G├│wniarz 5
Dodane przez Aquarius dnia Sierpie˝ 07 2017 22:53:22


Rozdział 5: C'est la vie

Maciej ju┼╝ od samego rana wiedzia┼é, ┼╝e to nie b─Ödzie dobry dzie┼ä. Bo dobre dni nie zaczyna┼éy si─Ö od wdepni─Öcia bos─ů stop─ů w ogromn─ů ka┼éu┼╝─Ö sik├│w. W dobre dni zazwyczaj nad cz┼éowiekiem nie wisia┼éo widmo z┼éamanego karku spowodowane po┼Ťlizgni─Öciem si─Ö na psich szczochach. Ca┼ée szcz─Ö┼Ťcie, ┼╝e ostatecznie sko┼äczy┼éo si─Ö tylko na mokrej nodze i obitym ty┼éku.
- Co si─Ö gapisz? - warkn─ů┼é do psa, kiedy podnosi┼é si─Ö z pod┼éogi. Zwierz─Ö zamacha┼éo swoim chudym, ┼éysym ogonem przypominaj─ůcym ogon szczura, po czym podesz┼éo do niego. Maciej odepchn─ů┼é psa od siebie ma┼éo delikatnie, a nast─Öpnie skierowa┼é si─Ö do ┼éazienki po mopa. Obawia┼é si─Ö, ┼╝e jak tak dalej p├│jdzie, to jego pi─Ökne i czyste mieszkanie zmieni si─Ö w zapchlon─ů melin─Ö ┼Ťmierdz─ůc─ů psimi odchodami. Koniecznie b─Ödzie musia┼é znale┼║─ç dla tego kundla jakie┼Ť inne lokum, ale obieca┼é ju┼╝ sobie, ┼╝e potrzyma go tutaj jeszcze przez tydzie┼ä. Durne siedem dni, ┼╝eby zwierz─Ö przybra┼éo troch─Ö na wadze, jego rany si─Ö zagoi┼éy, a potem - c'est la vie - wyrzuci go oboj─Ötnie gdzie. Nawet do schroniska. Swoje winy przecie┼╝ odkupi┼é.
Kiedy ju┼╝ upora┼é si─Ö ze starciem z pod┼éogi szczoch├│w i zmyciu ich z siebie, stan─ů┼é przed lustrem. A┼╝ si─Ö skrzywi┼é na widok podpuchni─Ötych, zm─Öczonych oczu oraz ma┼éych zmarszczek w ich k─ůcikach. Sk├│ra dooko┼éa ust i na czole tak┼╝e nie wygl─ůda┼éa najm┼éodziej, powoli traci┼éa swoj─ů elastyczno┼Ť─ç.
Momentalnie si─Ögn─ů┼é po krem. Jaki┼Ť bardzo drogi, bardzo ┼Ťmierdz─ůcy i niby bardzo skuteczny, ┼Ťci─ůgni─Öty zza granicy. Po umyciu twarzy wysmarowa┼é nim twarz, jak gdyby jedna aplikacja specyfiku mog┼éaby cofn─ů─ç up┼éywaj─ůcy czas. Kiedy sko┼äczy┼é, ruszy┼é do pokoju, ┼╝eby za┼éo┼╝y─ç jakie┼Ť dresy, wyj┼Ť─ç z psem na bardzo kr├│tki spacer (p├│ki kundel nie zd─ů┼╝y┼é jeszcze defekowa─ç na jego pi─Ökn─ů pod┼éog─Ö), a nast─Öpnie pojecha─ç do pracy.
Po powrocie do mieszkania, wypiciu kawy i szybkim sprawdzeniu telefonu, czy aby na pewno nikt z firmy si─Ö do niego nie dobija┼é (by┼é ju┼╝ sp├│┼║niony p├│┼é godziny), pojawi┼é si─Ö kolejny pow├│d, przez kt├│ry ten dzie┼ä z pewno┼Ťci─ů nie b─Ödzie nale┼╝a┼é do tych dobrych.
- Kurwa ma─ç - przekl─ů┼é i mia┼é ochot─Ö cisn─ů─ç swoim starym I-phonem - bo jeszcze nie zd─ů┼╝y┼é sprawi─ç sobie niczego nowszego - o ┼Ťcian─Ö. Nic takiego oczywi┼Ťcie nie zrobi┼é, Maciej zazwyczaj umia┼é opanowa─ç swoje emocje, stara┼é si─Ö te┼╝ nie przeklina─ç, bo po prostu uwa┼╝a┼é, ┼╝e to w pewnym wieku i na pewnym poziomie ju┼╝ nie pasuje. Teraz jednak nie m├│g┼é inaczej skomentowa─ç wiadomo┼Ťci, kt├│ra przysz┼éa na jego skrzynk─Ö odbiorcz─ů.
Pies podni├│s┼é si─Ö ze swojego pos┼éania i chwiejnym krokiem podszed┼é do niego, przygl─ůdaj─ůc mu si─Ö ciekawie. Ciemne oczy wci─ů┼╝ wydawa┼éy si─Ö Maciejowi ┼éadne, ale obecno┼Ť─ç zwierz─Öcia w apartamencie coraz bardziej mu ci─ů┼╝y┼éa. Nie by┼é przyzwyczajony do czego┼Ť, co ┼╝y┼éo tu┼╝ obok niego. To irytuj─ůce, kiedy k┼éad─ůc si─Ö spa─ç, s┼éysza┼é drugi oddech. Kiedy wci─ů┼╝ co┼Ť mu przypomina┼éo, ┼╝e nie by┼é sam, za ┼Ťcian─ů ci─ůgle s┼éysza┼é ruch i wiedzia┼é, ┼╝e to ju┼╝ nie tylko jego mieszkanie.
A Maciej nie lubi┼é si─Ö dzieli─ç. Lubi┼é swoj─ů samotni─Ö, kt├│r─ů teraz ten durny kundel mu odbiera┼é. Na domiar z┼éego jeszcze obszczywa┼é mu p┼éytki, pomy┼Ťla┼é, z furi─ů zawi─ůzuj─ůc cienki, granatowy krawat.

I tak naprawd─Ö wiedzia┼é, ┼╝e powodem jego z┼éo┼Ťci wcale nie by┼é przygl─ůdaj─ůcy mu si─Ö kundel, a SMS, kt├│rego chwil─Ö temu odczyta┼é i kt├│ry potwierdzi┼é jego poranne my┼Ťli o ┼║le rozpoczynaj─ůcym si─Ö dniu. To chore, warcza┼é w my┼Ťlach dalej, kiedy wk┼éada┼é swojego McBooka do teczki. Min─Ö┼éo tyle lat, a on wci─ů┼╝ i wci─ů┼╝ nie m├│g┼é si─Ö z niego wyleczy─ç. Telefon zapika┼é. Spojrza┼é w stron─Ö urz─ůdzenia, zamieraj─ůc. Zamkn─ů┼é na moment oczy, odetchn─ů┼é ci─Ö┼╝ko i dopiero po chwili si─Ögn─ů┼é po aparat.
A┼╝ wypu┼Ťci┼é powietrze z p┼éuc ze ┼Ťwistem, gdy dostrzeg┼é, ┼╝e to tylko Monika. Pyta┼éa, gdzie jest i za ile b─Ödzie, szybko jej wi─Öc odpisa┼é, ignoruj─ůc wiadomo┼Ť─ç, kt├│r─ů dosta┼é kilka minut wcze┼Ťniej.
Nie mia┼é zamiaru na ni─ů odpowiada─ç.

***

Do pracy dojecha┼é tak bardzo sp├│┼║niony jak jeszcze nigdy. Posiadanie psa przypomina┼éo posiadanie dziecka, przebieg┼éo mu przez my┼Ťli, kiedy wyskoczy┼é z samochodu, zabra┼é jeszcze teczk─Ö z tylnego siedzenia i szybkim krokiem ruszy┼é w kierunku budynku swojej firmy. Przywita┼é si─Ö zdawkowo z Monik─ů, kt├│ra u┼Ťmiechn─Ö┼éa si─Ö do niego zalotnie, czyli nic nowego.
- Co dzisiaj tak p├│┼║no? - zagadn─Ö┼éa, odbieraj─ůc od niego identyfikator. Od razu zauwa┼╝y┼é, ┼╝e podci─Ö┼éa w┼éosy i od┼Ťwie┼╝y┼éa ich kolor, czego jednak nie powiedzia┼é na g┼éos, bo uzna┼éaby to za flirt. Wygl─ůda┼éa ┼éadnie, jak zawsze zreszt─ů, co na samym pocz─ůtku ich znajomo┼Ťci nawet od czasu do czasu jej powtarza┼é. Teraz ju┼╝ z tego zrezygnowa┼é - Monika po takich komplementach stawa┼éa si─Ö nie do zniesienia. Ubzdura┼éa sobie, ┼╝e co┼Ť mo┼╝e z tego wyj┼Ť─ç, a po pami─Ötnym zaproszeniu na wesele ju┼╝ chyba widzia┼éa ich przysz┼éo┼Ť─ç z du┼╝ym domem, dw├│jk─ů dzieci i psem. Jak na razie w ca┼éej tej wizji tylko pies si─Ö zgadza┼é.
- Ma┼éy wypadek - powiedzia┼é i u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö do niej lekko. A w┼éa┼Ťciwie to zaparcia takiego jednego pchlarza, kt├│rzy przez kilkana┼Ťcie minut nie m├│g┼é si─Ö wysra─ç, dodaje w my┼Ťlach z irytacj─ů, czego nigdy oczywi┼Ťcie by nie powiedzia┼é na g┼éos. I to jeszcze przy kobiecie. Mo┼╝e w┼éa┼Ťnie dlatego ci─ůgle boryka┼é si─Ö z ich zalotami; Monika to nie pierwsza przedstawicielka p┼éci pi─Öknej, kt├│rej wpad┼é w oko. W ko┼äcu by┼é przystojny, grzeczny, kulturalny i jeszcze bogaty - marzenie ka┼╝dej trzydziestoletniej singielki. Niestety, jego boski ci─ůg zalet brutalnie psu┼éa jedna, jedyna cecha, o jakiej Monika - ani ┼╝adna inna podkochuj─ůca si─Ö w nim kobieta - nie mia┼éa poj─Öcia. Mowa tu oczywi┼Ťcie o homoseksualnej orientacji Macieja, kt├│r─ů, pomimo jego otwartego podej┼Ťcia do ┼╝ycia, nie chwali┼é si─Ö na prawo i lewo. Ludzie z pracy niekoniecznie musieli o niej wiedzie─ç, jeszcze zacz─Öliby traktowa─ç go inaczej, a nie przez pryzmat jego kompetencji i umiej─Ötno┼Ťci. - Ale to pierwsza taka moja wpadka od lat, my┼Ťl─Ö, ┼╝e zostanie mi to wybaczone - powiedzia┼é i, ca┼ékowicie mimowolnie, mrugn─ů┼é do niej, czego nawet nie zarejestrowa┼é. Wiedzia┼é, ┼╝e sam sobie by┼é winien za ten sznur podkochuj─ůcych si─Ö w nim bab. Czasem nawet nie zauwa┼╝a┼é, kiedy jego ton g┼éosu obni┼╝a┼é si─Ö. Zaczyna┼é balansowa─ç z rozm├│wczyni─ů na kraw─Ödzi flirtu i lu┼║nej, przyjacielskiej pogaw─Ödki, bardzo mocno przechylaj─ůc si─Ö jednak w stron─Ö tego nieszcz─Ösnego flirtu.
- Oczywi┼Ťcie - odpowiedzia┼éa od razu. - Miller bardzo ci─Ö lubi, ci─ůgniesz t─Ö firm─Ö. - Maciej w odpowiedzi tylko si─Ö do niej u┼Ťmiechn─ů┼é, odebra┼é identyfikator i przeszed┼é przez bramki prosto do windy.
I nagle poczu┼é, ┼╝e dopad┼éo go ogromne zm─Öczenie. Drzwi si─Ö zamkn─Ö┼éy, d┼║wig pomkn─ů┼é ku g├│rze, a on wyci─ůgn─ů┼é telefon z kieszeni i wszed┼é w skrzynk─Ö odbiorcz─ů.
-Maciej, prosz─Ö, odezwij si─Ö. Potrzebuj─Ö ci─Ö... - brzmia┼éa tre┼Ť─ç wiadomo┼Ťci, jak─ů dosta┼é rano. Skrzywi┼é si─Ö, a jego ┼╝o┼é─ůdek ┼Ťcisn─ů┼é si─Ö bole┼Ťnie, jakby mia┼é zaraz zwymiotowa─ç.
Nienawidzi┼é siebie za t─Ö s┼éabo┼Ť─ç. Gdyby nie ona, jego ┼╝ycie by┼éoby ca┼ékiem zadowalaj─ůce, takie, jakie powinno by─ç. Jeszcze kilka lat temu mia┼é nadziej─Ö, ┼╝e mi┼éo┼Ť─ç tak po prostu mo┼╝e zmieni─ç si─Ö w nienawi┼Ť─ç. I ca┼ékiem w to wierzy┼é, w ko┼äcu sk─ůd┼Ť musia┼éo bra─ç si─Ö powiedzenie, ┼╝e od nienawi┼Ťci do mi┼éo┼Ťci jeden krok. Ale to nie takie proste znienawidzi─ç kogo┼Ť, z kim wi─ůza┼éo si─Ö wszystkie swoje plany, komu ufa┼éo si─Ö bardziej ni┼╝ sobie. Mo┼╝e wtedy by┼é naiwnym dwudziestoparolatkiem zakochanym po uszy, kt├│rego ┼╝ycie do┼Ť─ç bole┼Ťnie uderzy┼éo w twarz, ale wci─ů┼╝ nie potrafi┼é si─Ö z tym ciosem pogodzi─ç. P├│┼║niej przeszed┼é w stan oboj─Ötno┼Ťci. Wm├│wi┼é j─ů sobie. Szybko jednak przekona┼é si─Ö, gdy tylko go z ni─ů zobaczy┼é, ┼╝e nie potrafi┼é do tego podej┼Ť─ç bez uczu─ç. Nie umia┼é tego tak po prostu zignorowa─ç, bo jeszcze nigdy na nikim nie zawi├│d┼é si─Ö tak, jak zawi├│d┼é si─Ö na ┼üukaszu.
A on teraz prosił go o spotkanie. Pisał mu, że go potrzebuje. Przychodził z podkulonym ogonem.
Mia┼é ju┼╝ dosy─ç swojej galaretowato┼Ťci, je┼╝eli chodzi┼éo o tego faceta. Gdy traci┼é grunt pod nogami i stawa┼é si─Ö kim┼Ť, kim normalnie by gardzi┼é - niezdatn─ů do ┼╝ycia, wielce zranion─ů osob─ů, niepotrafi─ůc─ů powiedzie─ç stanowczego "nie" - mia┼é ochot─Ö wyj┼Ť─ç z siebie, z┼éapa─ç za ramiona i raz a porz─ůdnie nimi potrz─ůsn─ů─ç. Potrzebowa┼é kub┼éa zimnej wody, mo┼╝e nawet ocucaj─ůcego policzka.
Po dw├│ch godzinach ca┼ékiem ci─Ö┼╝kiej pracy, jak─ů sam sobie narzuci┼é, postanowi┼é da─ç sobie moment wytchnienia. Si─Ögn─ů┼é po telefon i (nie, nie czyta┼é po raz kolejny wiadomo┼Ťci od ┼üukasza) zalogowa┼é si─Ö na Fellow. Dawno go ju┼╝ tu nie by┼éo, sprawdza┼é t─Ö aplikacj─Ö tylko wtedy, kiedy nie mia┼é ┼╝adnej ┼é├│┼╝kowej alternatywy na weekend, a bardzo jej potrzebowa┼é. Przelecia┼é wzrokiem maile, jakie dosta┼é od bardziej lub mniej urodziwych ch┼éopaczk├│w (b─ůd┼║ te┼╝ ca┼ékiem doros┼éych facet├│w), po czym przejrza┼é jeszcze inne powiadomienia.
I nagle dostrzeg┼é, ┼╝e Filipwilku doda┼é go do znajomych. Nie by┼é g┼éupi, oczywi┼Ťcie, ┼╝e wiedzia┼é, o kogo takiego chodzi┼éo. A┼╝ sapn─ů┼é i przetar┼é d┼éoni─ů twarz, nie mog─ůc si─Ö nie u┼Ťmiechn─ů─ç. Co za bachor, pomy┼Ťla┼é, otwieraj─ůc jego profil i kr─Öc─ůc z rozbawieniem g┼éow─ů. Nie mia┼é zbyt wielu zdj─Ö─ç - jedno, na kt├│rym siedzia┼é na jakim┼Ť murku, z piwem w d┼éoniach i okularami przeciws┼éonecznymi na nosie, a drugie w ┼é├│┼╝ku, bez twarzy, ale za to z nag─ů piersi─ů. Maciej od razu powi─Ökszy┼é fotk─Ö, przygl─ůdaj─ůc si─Ö drobnym, br─ůzowym sutkom, p┼éaskiemu brzuchowi i ciemnym w┼éoskom okalaj─ůcym p─Öpek. Musia┼é przyzna─ç, ┼╝e dzieciak mia┼é nie tylko ┼éadn─ů twarz, ale te┼╝ ca┼ékiem urocze, naznaczone licznymi pieprzykami cia┼éo. Oczywi┼Ťcie, o ile to by┼éo jego zdj─Öcie, a nie jakie┼Ť ┼Ťci─ůgni─Öte z Internetu.
Zastanowi┼é si─Ö chwil─Ö, co powinien zrobi─ç; odpowiedzie─ç na zaproszenie? Szybko jednak doszed┼é do wniosku, ┼╝e to wcale nie by┼éby taki dobry pomys┼é. Wilku przecie┼╝ dok┼éadnie tego oczekiwa┼é, a on nie mia┼é zamiaru ta┼äczy─ç tak, jak mu zagra┼é. Zreszt─ů, ten g├│wniarz go okrad┼é, wchodzenie w jakiekolwiek interakcje z nim by┼éoby przejawem ogromnej g┼éupoty. Jeszcze zanim by si─Ö obejrza┼é, dzieciak wyni├│s┼éby mu p├│┼é mieszkania, ┼é─ůcznie z kanap─ů i meblo┼Ťciank─ů, a on skapn─ů┼éby si─Ö dopiero po jakim┼Ť czasie. Nie, nie. Ten ma┼éy by┼é cwa┼äszy ni┼╝ Maciejowi wcze┼Ťniej si─Ö wydawa┼éo, mia┼é jaki┼Ť cel w przychodzeniu na klatk─Ö schodow─ů z poharatan─ů twarz─ů, a p├│┼║niej zaczepianiu go na durnym gejowskim portalu spo┼éeczno┼Ťciowym.
Od┼éo┼╝y┼é telefon na biurko, na moment jeszcze zapatruj─ůc si─Ö na widok za oknem - na d┼éugi sznur samochod├│w, przypominaj─ůcy mu o tym, ┼╝e w┼éa┼Ťnie wybi┼éy godziny szczytu. Westchn─ů┼é ci─Ö┼╝ko i wr├│ci┼é do pracy, nie my┼Ťl─ůc ju┼╝ ani o Filipie, ani o ┼üukaszu.

***

Nawet jako┼Ť bardzo si─Ö nie zdziwi┼é, kiedy wr├│ci┼é do domu i od razu uderzy┼é go nieprzyjemny zapach moczu. Spojrza┼é tylko na psa, kt├│ry powita┼é go ju┼╝ w progu z wiernie merdaj─ůcym ogonem, a nast─Öpnie przeni├│s┼é spojrzenie na ogromn─ů ka┼éu┼╝─Ö na p┼éytkach.
Szok, ┼╝e taki ma┼éy pies mo┼╝e tyle wysika─ç, pomy┼Ťla┼é jeszcze, kiedy zm─Öczonym krokiem skierowa┼é si─Ö do ┼éazienki. Wytar┼é skrupulatnie pod┼éog─Ö i nast─Öpnie ju┼╝ mia┼é si─Ögn─ů─ç po smycz, ┼╝eby wyprowadzi─ç pchlarza, nim ten zdecyduje si─Ö jeszcze jako┼Ť oznaczy─ç jego mieszkanie, gdy nagle rozleg┼éo si─Ö pukanie do drzwi. A┼╝ sapn─ů┼é, podejrzewaj─ůc, ┼╝e to kurier. Zam├│wi┼é wczoraj przez Internet paczk─Ö karmy dla kundla. Napisano, ┼╝e wysy┼éka w ci─ůgu dwudziestu czterech godzin, ale nie spodziewa┼é si─Ö, ┼╝e dotrze a┼╝ tak szybko. Postanowi┼é, ┼╝e skoro ma ┼╝y─ç z pchlarzem jeszcze przez kilka dni, b─Ödzie go przynajmniej dobrze karmi─ç. Jak na razie dostawa┼é jakie┼Ť tanie sklepowe ┼╝arcie dla ps├│w, ale kto┼Ť mu kiedy┼Ť m├│wi┼é (mo┼╝liwe nawet, ┼╝e Monika), ┼╝e karmienie takim Pedigree czy innym Chappi to najgorsze, co mo┼╝na zwierz─Öciu zrobi─ç. Wykosztowa┼é si─Ö wi─Öc i kupi┼é mu cholernie drogie, rekomendowane przez weterynarzy chrupki. Gdy ogl─ůda┼é ich reklam─Ö na stronie sklepu, czyta┼é te wszystkie certyfikaty i zapewnienia, ┼╝e sk┼éad jest w stu procentach naturalny, przez my┼Ťli przebieg┼éo mu jeszcze, ┼╝e brakowa┼éo napisu: "bez glutenu" i "produkt wega┼äski". Ale niech si─Ö kundel cieszy: bez barwnik├│w i konserwant├│w te┼╝ modnie brzmia┼éo.
Zostawiaj─ůc psa w spokoju, podszed┼é wi─Öc do drzwi i niczego zaskakuj─ůcego si─Ö nie spodziewaj─ůc, otworzy┼é je szeroko. Zaraz jednak po┼╝a┼éowa┼é, omal nie zamykaj─ůc ich z powrotem.
- Cze┼Ť─ç. - Spojrza┼é na zm─Öczon─ů, ale wci─ů┼╝ cholernie przystojn─ů twarz. Chocia┼╝ nie chcia┼é, zagapi┼é si─Ö na br─ůzowe, prawie czarne oczy, a jaka┼Ť kompletnie bezsensowna my┼Ťl w jego g┼éowie podsun─Ö┼éa, ┼╝e s─ů bardzo podobne do oczu Filipa. Tylko co niby takiego mia┼é Filip do ┼üukasza? Teoretycznie, skoro ju┼╝ szed┼é tym tropem, m├│g┼éby tu jeszcze dorzuci─ç oczy kundla. W ko┼äcu on te┼╝ mia┼é dwa wielkie, ciemne ┼Ťlepia, i te┼╝ por├│wnywa┼é je kiedy┼Ť do Wilczy┼äskiego.
- Moje nieodpisywanie na twoje SMS-y nie zasugerowa┼éo ci, ┼╝e nie mam ochoty si─Ö z tob─ů widzie─ç? - warkn─ů┼é, zaciskaj─ůc d┼éo┼ä na klamce i walcz─ůc ze sob─ů, by nie trzasn─ů─ç mu drzwiami przed nosem. To jednak by┼éoby do┼Ť─ç ┼╝a┼éosne, wi─Öc si─Ö powstrzyma┼é.
- Nie spodziewałem się, że mi odpiszesz - odparł Łukasz tym swoim spokojnym tonem, na dźwięk którego Maciej się skrzywił.
- I bardzo dobrze. - Nie odsun─ů┼é si─Ö od drzwi ani na krok, zagradzaj─ůc sob─ů wej┼Ťcie do mieszkania. Nie chcia┼é go wpuszcza─ç, czu┼é irracjonalny strach, ┼╝e gdy Malecki chocia┼╝ raz wejdzie, to nigdy nie wyjdzie. - By┼éem pewny, ┼╝e Daria odebra┼éa ci zdolno┼Ť─ç samodzielnego my┼Ťlenia - doda┼é z kpi─ůcym u┼Ťmiechem, jak zwykle nie mog─ůc powstrzyma─ç si─Ö przed z┼éo┼Ťliwo┼Ťciami. A ┼üukasz jak zwykle pu┼Ťci┼é je mimo uszu.
- Mog─Ö wej┼Ť─ç? - zapyta┼é. Maciej zmarszczy┼é brwi.
- Nie.
- Maciej, tylko pogada─ç, okej? - Nienawidzi┼é, kiedy tak na niego patrzy┼é. Nie r├│b tego, do cholery, zawarcza┼é w my┼Ťlach, czuj─ůc, jak powoli topnieje pod tym spojrzeniem. Malecki by┼é jedyn─ů osob─ů, kt├│ra doskonale wiedzia┼éa, w jaki spos├│b go podej┼Ť─ç. - Nic wi─Öcej. Naprawd─Ö potrzebuj─Ö rozmowy.
- I akurat to ja musz─Ö by─ç t─ů drug─ů stron─ů? - prychn─ů┼é i teraz ju┼╝ naprawd─Ö zacz─ů┼é rozwa┼╝a─ç, czy przypadkiem nie zamkn─ů─ç drzwi. - Id┼║ do ┼╝onki, b─Ödzie jako┼Ť na dniach rodzi─ç, no nie? - Im bardziej mu dokopie, tym lepiej. Mo┼╝e ┼üukasz zda sobie w ko┼äcu spraw─Ö, ┼╝e raz st┼éuczonego wazonu nie da┼éo si─Ö przywr├│ci─ç do stanu pocz─ůtkowego. Zawsze pozostan─ů jakie┼Ť rysy, nawet gdy spr├│buje si─Ö go sklei─ç. Ale w ich przypadku nawet u┼╝ycie super glue by nie pomog┼éo.
- Maciej, prosz─Ö ci─Ö. Obaj doskonale wiemy, ┼╝e m├│wisz to tylko po to, ┼╝eby zag┼éuszy─ç w┼éasne wyrzuty sumienia. - Zamknij si─Ö, nie udawaj, ┼╝e znasz mnie lepiej ni┼╝ ktokolwiek inny. Nie znasz. Nigdy nie zna┼ée┼Ť. - Jedna rozmowa, dobrze- Jedna, jedyna rozmowa. I je┼╝eli chcesz, znikn─Ö.
- Nie znikniesz. - S┼éowa same opu┼Ťci┼éy jego usta, nie m├│g┼é ich kontrolowa─ç. Poczu┼é, ┼╝e powoli odpuszcza, bo ┼üukasz wykazywa┼é si─Ö takim zdeterminowaniem, o jakie nigdy by go nawet nie pos─ůdza┼é. Normalnie nie odznacza┼é si─Ö przecie┼╝ ch─Öci─ů do zmiany rzeczywisto┼Ťci. Bra┼é ┼╝ycie takie, jakie by┼éo, pozostaj─ůc pasywny i milcz─ůcy.
- Nie znikn─Ö. - Pokiwa┼é g┼éow─ů. - I ty dla mnie te┼╝ nie. My┼Ťlisz, ┼╝e nie wiem... - zapyta┼é i nagle rozejrza┼é si─Ö dooko┼éa, na klatce schodowej roznios┼éy si─Ö odg┼éosy krok├│w. - Wi─Öc? Mog─Ö wej┼Ť─ç? To nie najlepsze miejsce na rozmow─Ö.
Skapitulowa┼é. Odsun─ů┼é si─Ö od drzwi, wpuszczaj─ůc go do mieszkania, w kt├│rym, jak mu si─Ö wcze┼Ťniej wydawa┼éo, nie by┼éo miejsca dla ┼üukasza. Malecki nie mia┼é tu wst─Öpu.
A jednak wszed┼é i wydawa┼é si─Ö zdziwiony obecno┼Ťci─ů psa. Nic jednak nie powiedzia┼é, ┼Ťci─ůgn─ů┼é buty, a Maciej wiedzia┼é, ┼╝e nawet je┼╝eli p├│┼║niej je za┼éo┼╝y i wyjdzie, to piach, jaki mu nani├│s┼é, zostanie.

***

Ca┼é─ů ich rozmow─Ö mo┼╝na by┼éoby stre┼Ťci─ç do kilku zda┼ä, ale mimo to ┼üukasz siedzia┼é u niego ponad godzin─Ö, opowiadaj─ůc o tym, jak to bardzo kiedy┼Ť si─Ö pomyli┼é. Nic odkrywczego, swojej natury nie da si─Ö oszuka─ç, ale skoro Malecki zdecydowa┼é si─Ö wzi─ů─ç ┼Ťlub, sp┼éodzi─ç kilka bachor├│w i udawa─ç zdrowego, heteroseksualnego faceta, to prosz─Ö bardzo. Mia┼é wszystko na w┼éasne ┼╝yczenie.
Nie doszli do ┼╝adnych konkretnych wniosk├│w, jednak kiedy ┼üukasz ju┼╝ zak┼éada┼é buty, prosz─ůc go jeszcze o kolejne spotkanie (a Maciejowi ju┼╝ nawet nie chcia┼éo si─Ö przypomina─ç, ┼╝e jeszcze niedawno m├│wi┼é tylko o tej jednej rozmowie), czu┼é si─Ö wyko┼äczony. Jakby co najmniej przebieg┼é kilka maraton├│w, a nie przeprowadzi┼é godzinn─ů dyskusj─Ö na temat spieprzonego ┼╝ycia ┼üukasza.
Co jednak najgorsze - wsp├│┼éczu┼é mu, cho─ç wsp├│┼éczu─ç nie chcia┼é. Pr├│bowa┼é wm├│wi─ç sobie, ┼╝e to nie jego sprawa, ┼╝e nie ma prawa ju┼╝ si─Ö w to wszystko miesza─ç, ┼╝e to przesz┼éo┼Ť─ç i wybory ┼üukasza, nie jego. On prowadzi┼é takie ┼╝ycie, jakie mu odpowiada┼éo. Jednak to nie by┼éo takie proste, bo Malecki wci─ů┼╝ budzi┼é w nim uczucia.
Otworzył drzwi i Łukasz wyszedł na korytarz, ale jeszcze nie pozwolił siebie spławić.
- Odezwij si─Ö - poprosi┼é, patrz─ůc na niego dziwnym, b┼éagalnym wzrokiem. - Mo┼╝emy gdzie┼Ť wyj┼Ť─ç, pogada─ç jak za starych, dobrych lat - doda┼é, a Maciej mia┼é wra┼╝enie, ┼╝e jeszcze troch─Ö, a padnie na pod┼éog─Ö jak spuszczony z powietrza balon. Jedyne, o czym teraz marzy┼é, to ┼é├│┼╝ko i sen, ale wiedzia┼é, ┼╝e to nie b─Ödzie takie proste, bo najpierw zabije go nat┼éok my┼Ťli.
- I jak ty sobie to wyobra┼╝asz? - mrukn─ů┼é w odpowiedzi. - ┼üukasz, daj mi ju┼╝ spok├│j, dobra? - Westchn─ů┼é ci─Ö┼╝ko. - Raz na zawsze daj mi spok├│j - brzmia┼é prosz─ůco, bo nie by┼é ju┼╝ w stanie opanowa─ç swojego g┼éosu.
- Dobrze wiesz, ┼╝e sam tego nie chcesz. - Co najdziwniejsze, nie czu┼é z┼éo┼Ťci, nie mia┼é ochoty mu przy┼éo┼╝y─ç, ani powiedzie─ç kilku mniej b─ůd┼║ bardziej wymownych uwag. U┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö jedynie pod nosem. Zda┼é sobie spraw─Ö, ┼╝e nawet je┼Ťli od tamtego pami─Ötnego dnia, w kt├│rym to ┼üukasz nagle og┼éosi┼é, ┼╝e bierze ┼Ťlub z jego siostr─ů, Dari─ů, min─Ö┼éo ju┼╝ kilka d┼éugich lat, to jednak Malecki wci─ů┼╝ doskonale go zna┼é. Kiedy┼Ť zdawa┼éo mu si─Ö, ┼╝e potrafi┼é czyta─ç mu w my┼Ťlach, odgadn─ů─ç ka┼╝d─ů emocj─Ö, i najwidoczniej ta umiej─Ötno┼Ť─ç nie zanik┼éa.
Nie mia┼é poj─Öcia, do czego znowu d─ů┼╝─ů i mo┼╝e nawet by o to zapyta┼é, gdyby nie us┼éysza┼é pisku na drugim ko┼äcu korytarza. Spojrza┼é w tamt─ů stron─Ö, momentalnie zamieraj─ůc, kiedy najpierw dostrzeg┼é ma┼ée dziecko w w├│zku, a p├│┼║niej t─Ö (cholernie zadowolon─ů z siebie) min─Ö. Wygl─ůda┼é tak jak wtedy, kiedy odchodzi┼é uradowany z ukradzionym mu telefonem. U┼Ťmiech na twarzy tylko si─Ö powi─Öksza┼é, jakby Filip pragn─ů┼é powiedzie─ç Maciejowi, ┼╝e tak, wszystko s┼éysza┼é. I ┼╝e teraz wie o nim wi─Öcej, ni┼╝ Wyszy┼äski by chcia┼é.
- Id┼║ ju┼╝ - Maciej rzuci┼é do ┼üukasza i nie ogl─ůdaj─ůc si─Ö ju┼╝ na Filipa, zamkn─ů┼é si─Ö szybko w swoim mieszkaniu. - Co za g├│wniarz - sykn─ů┼é, a pies podni├│s┼é g┼éow─Ö ze swojego prowizorycznego legowiska, na kt├│re sk┼éada┼éy si─Ö zwini─Öte w k┼é─Öbek koce.
O dziwo teraz g┼éow─Ö Wyszy┼äskiego zaprz─ůta┼é pewien kilkunastoletni kundel, a nie ┼üukasz. Chocia┼╝ mo┼╝e to i dobrze? Mo┼╝e to znak, ┼╝e wreszcie by┼é na w┼éa┼Ťciwej drodze, ┼╝eby raz na zawsze pozby─ç si─Ö Maleckiego ze swojego ┼╝ycia?

***

Nadej┼Ťcie pi─ůtku Maciej przyj─ů┼é z ulg─ů. No, prawie z ulg─ů, bo wcze┼Ťniej, nim rozpocz─ů┼é swoje przygotowania do wypadu na miasto, musia┼é zabra─ç pewne ┼Ťmierdz─ůce cielsko, wpakowa─ç je do samochodu i zawie┼║─ç na kontrol─Ö do weterynarza. M┼éody (ca┼ékiem przystojny) lekarz obejrza┼é zszyt─ů ran─Ö, stwierdzaj─ůc, ┼╝e bardzo ┼éadnie si─Ö goi┼éa. Wysmarowa┼é brzuch kundla jak─ů┼Ť ma┼Ťci─ů, wypisa┼é mu recept─Ö na tabletki wspomagaj─ůce odporno┼Ť─ç i - co najgorsze - w og├│le nie da┼é si─Ö poderwa─ç. A Maciej na samym pocz─ůtku za┼éo┼╝y┼é, ┼╝e doktor ┼╗urawski by┼éby do┼Ť─ç urocz─ů ofiar─ů. Niestety jednak, albo mia┼é powa┼╝n─ů wad─Ö wzroku (maciejowych zalot├│w nie da┼éo si─Ö pomin─ů─ç), albo naprawd─Ö nie by┼é gejem, w co jednak Wyszy┼äski nie chcia┼é uwierzy─ç. Kiedy┼Ť z jednym ze swoich koleg├│w zgodnie stwierdzili, ┼╝e w ka┼╝dym facecie tkwi co┼Ť z homoseksualisty, trzeba umie─ç tylko to wydoby─ç. Wniosek z tego by┼é wi─Öc taki, ┼╝e ┼╗urawski powinien chyba przej┼Ť─ç si─Ö do okulisty.

- Cze┼Ť─ç - rzuci┼é Kuba do s┼éuchawki, kiedy Maciej odebra┼é od niego telefon. Kuba by┼é jedynym gejem, kt├│rego co pi─ůtkowe towarzystwo Wszy┼äskiemu w og├│le nie przeszkadza┼éo. Ca┼éa reszta zgrai ciot, z jak─ů od czasu do czasu si─Ö trzymali, do┼Ť─ç mocno szarpa┼éa mu nerwy. Zazwyczaj wi─Öc, kiedy ju┼╝ si─Ö spotykali na imprezie, wypija┼é z nimi kilka drink├│w i si─Ö od┼é─ůcza┼é, szukaj─ůc innego towarzystwa. Ale Kuba nie dra┼╝ni┼é go w og├│le, co wi─Öcej, gdy polowali razem, cz─Östo ko┼äczy┼éo si─Ö to bardzo zadowalaj─ůco.
By┼é do┼Ť─ç przystojnym trzydziestopi─Öcioletnim architektem, z kt├│rym Maciej prze┼╝y┼é kilka ciekawszych eksces├│w. Pami─Ötnego gangbangu dwa lata temu w mieszkaniu Kuby chyba ju┼╝ nic nigdy nie przebije.
- Wpadasz do mnie, czy idziemy co┼Ť wypi─ç na miasto? - zapyta┼é, kiedy Wyszy┼äski si─Ögn─ů┼é po pust─ů misk─Ö z pod┼éogi, ┼╝eby wsypa─ç do niej karmy.
- Najlepiej na miasto - odpowiedzia┼é mu. - Ten tydzie┼ä mnie wym─Öczy┼é - zdradzi┼é, a w pomieszczeniu rozleg┼é si─Ö odg┼éos uderzaj─ůcych o porcelan─Ö chrupek.
- A┼╝ tak ┼║le? - zapyta┼é Kuba ze ┼Ťmiechem. Maciej kiedy┼Ť z┼éapa┼é si─Ö na tym, jak wiele jest w stanie koledze powiedzie─ç i jednocze┼Ťnie jak wiele rzeczy usi┼éuje przed nim zatai─ç. Ich zwi─ůzek by┼é do┼Ť─ç zabawnym uk┼éadem sprzeczno┼Ťci; z jednej strony ze sob─ů rywalizowali, a z drugiej przyja┼║nili. Potrafili nie utrzymywa─ç kontaktu przez naprawd─Ö bardzo d┼éugi okres, by zaraz zacz─ů─ç rozmawia─ç i spotyka─ç si─Ö dzie┼ä w dzie┼ä. ┼╗yczyli sobie jak najlepiej i zazdro┼Ťcili jednocze┼Ťnie. Ale pomimo tego wszystkiego Maciej naprawd─Ö lubi┼é Jakuba, ich rozmowy nie dotyczy┼éy tylko seksu i zaliczonych ty┼ék├│w. Kuba mia┼é sporo zainteresowa┼ä. Kiedy Wyszy┼äski po raz pierwszy znalaz┼é si─Ö w jego mieszkaniu, przerazi┼éa go liczba ksi─ů┼╝ek na pu┼ékach w sypialni. Tak wi─Öc Maciej znalaz┼é sobie kumpla nie tylko do klubu, ale tak┼╝e na imprezy wy┼╝szych lot├│w. Lubi┼é z nim chodzi─ç do teatru czy te┼╝ do opery i zazwyczaj wtedy wybierali to, co proponowa┼é Jakub. Wyszy┼äski nie mia┼é nosa do tego typu kultury, nawet jej jako┼Ť bardzo nie lubi┼é. Kilka razy zdarzy┼éo mu si─Ö nawet przysn─ů─ç na widowni, ale i tak odwiedza┼é te miejsca, bo nie chcia┼é sko┼äczy─ç tylko jako trzydziestolatek zabawiaj─ůcy si─Ö w klubie dla gej├│w. Inna sprawa, ┼╝e przez chodzenie do teatru czu┼é si─Ö troch─Ö m─ůdrzejszy. No i oczywi┼Ťcie nie m├│g┼é by─ç gorszy od Kuby, a o tym, ┼╝e wcale nie rozumia┼é takich sztuk, nie musia┼é przecie┼╝ nikt wiedzie─ç. Pracuj─ůc przez tyle lat w korporacji, nauczy┼é si─Ö ju┼╝ prowadzi─ç rozmow─Ö na ka┼╝dy temat, nawet je┼╝eli mia┼é o nim bardzo nik┼ée poj─Öcie.
- Tragicznie - powiedzia┼é i spojrza┼é na psa, kt├│ry ju┼╝ czeka┼é, a┼╝ poda mu misk─Ö z jedzeniem. - Powiem ci tylko tyle, ┼╝e doczeka┼éem si─Ö swojego prze┼Ťladowcy i w┼éa┼Ťnie karmi─Ö psa. - W s┼éuchawce nasta┼éa cisza, a on po chwili namys┼éu po┼╝a┼éowa┼é, ┼╝e powiedzia┼é mu to przez telefon. Wiele by odda┼é, ┼╝eby zobaczy─ç min─Ö Jakuba.
- Masz psa? - zapyta┼é wreszcie, na co on si─Ö za┼Ťmia┼é i postawi┼é przed zwierz─Öciem karm─Ö. Kundel momentalnie si─Ö na ni─ů rzuci┼é, zawsze jad┼é tak, jakby to mia┼é by─ç ostatni posi┼éek w ┼╝yciu.
- Powiedzmy. To tymczasowe.
- Przera┼╝asz mnie - skwitowa┼é Kuba, a Maciej u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö lekko, obserwuj─ůc, jak zwierz─Ö ┼éyka┼éo chrupki; tak si─Ö spieszy┼éo, ┼╝e nawet ich nie gryz┼éo. - Dobra, opowiesz mi wszystko, jak si─Ö spotkamy.
- W Warzelni za godzin─Ö?
- W Warzelni za godzin─Ö.

***

Warzelnia by┼éa spokojnym, klimatycznym i do┼Ť─ç snobistycznym miejscem, w kt├│rym mo┼╝na by┼éo si─Ö napi─ç piwa z prawie ca┼éego ┼Ťwiata. Jeden kufel kosztowa┼é tyle, co cztery w normalnym barze, ale ani Jakub, ani Maciej niezbyt si─Ö tym przejmowali. Uwielbiali odwiedza─ç takie lokale i nawet nie ukrywali, ┼╝e podoba┼éo im si─Ö obnoszenie z kas─ů.
- Wi─Öc? - zapyta┼é Jakub, kiedy ju┼╝ usiedli przy stoliku z alkoholem. Maciej westchn─ů┼é, zastanawiaj─ůc si─Ö napr─Ödce, co mo┼╝e Kubie powiedzie─ç, a co lepiej, ┼╝eby zachowa┼é dla siebie.
Powiedzia┼é mu wi─Öc o spotkanym pod klubem Filipie, o tym, jak dzieciak ukrad┼é mu telefon. O siostrze g├│wniarza mieszkaj─ůcej na tym samym pi─Ötrze, o jego poobijanej twarzy, kt├│r─ů pom├│g┼é przemy─ç, i oczywi┼Ťcie o kundlu. S┼éowem jednak nie wspomnia┼é o ┼üukaszu, Jakub nie zdawa┼é sobie nawet sprawy, ┼╝e kto┼Ť taki jak Malecki istnia┼é.

***

Kiedy tylko dotarli do Heaven, od razu si─Ö rozdzielili. Kuba wypatrzy┼é grupk─Ö znajomych przy stoliku, a Maciej, dostrzegaj─ůc tam kilka os├│b, za kt├│rymi niekoniecznie przepada┼é, skierowa┼é si─Ö do baru. Zbli┼╝a┼éa si─Ö p├│┼énoc, wi─Öc klub powoli zape┼énia┼é si─Ö lud┼║mi, a ich przedzia┼é wiekowy tym razem Wyszy┼äskiemu pasowa┼é. Odpowiedzia┼é na u┼Ťmiech jakiego┼Ť blondyna, mniej wi─Öcej ju┼╝ dzieciaka kojarzy┼é, wbrew pozorom Heaven mia┼é do┼Ť─ç sta┼éych bywalc├│w, co czasem Macieja denerwowa┼éo.
Nic jednak wi─Öcej nie zrobi┼é w kierunku dzieciaka, zlustrowa┼é go tylko uwa┼╝nym spojrzeniem. Przypomnia┼é sobie, jak─ů mu kiedy┼Ť wystawi┼é not─Ö (sze┼Ť─ç na dziesi─Ö─ç) i doszed┼é do wniosku, ┼╝e mo┼╝e mu doda─ç p├│┼é punktu wi─Öcej za spodnie, w kt├│rych jego ty┼éek wygl─ůda┼é ca┼ékiem apetycznie. Kiedy jednak patrzy┼éo si─Ö na blondyna i ocenia┼éo go za ca┼éokszta┼ét, wszystko psu┼é garbaty nos i odstaj─ůce uszy.
Ustawi┼é si─Ö przy barze z nowo zakupionym drinkiem, wypatruj─ůc ju┼╝ swojej potencjalnej ofiary. ┼Üledzi┼é wzrokiem t┼éum ludzi na parkiecie, szukaj─ůc kogo┼Ť, kto na d┼éu┼╝ej przyci─ůgn─ů┼éby jego uwag─Ö. Musia┼é przyzna─ç, ┼╝e dzisiejszy wiecz├│r w Heaven zapowiada┼é si─Ö ca┼ékiem dobrze i naprawd─Ö czu┼é, ┼╝e sko┼äczy si─Ö r├│wnie przyzwoicie. I wtedy go wy┼éapa┼é. Wysokiego, szczup┼éego, na oko dwudziestoparoletniego ch┼éopaka z ma┼é─ů, samurajsk─ů kitk─ů z ty┼éu g┼éowy. Troch─Ö go te fryzury bawi┼éy i naprawd─Ö cieszy┼é si─Ö, ┼╝e powoli wychodzi┼éy z mody, ale nie na uczesanie Maciej zwraca┼é najwi─Öksz─ů uwag─Ö. Zawsze najwa┼╝niejsza dla niego by┼éa twarz, a ch┼éopak, kt├│ry w┼éa┼Ťnie zosta┼é jego celem, mia┼é ┼Ťliczne rysy, wystaj─ůce ko┼Ťci policzkowe, ┼éadne, pe┼éne usta (uwielbia┼é, gdy by┼éy wydatne i ca┼éu┼Ťne), no i zgrabny, lekko zadarty nos. Skr├│tem: idea┼é na dzisiejsz─ů noc.
Szybko dopi┼é wi─Öc drinka, nie maj─ůc zamiaru d┼éu┼╝ej czeka─ç, a┼╝ kto┼Ť inny sprz─ůtnie mu seks sprzed nosa. Chcia┼é go, cholera. Na samo wyobra┼╝enie, co by z nim robi┼é, czu┼é ogromny przyp┼éyw podniecenia. Musia┼é jako┼Ť wy┼éadowa─ç swoj─ů frustracj─Ö z minionego tygodnia, a ten ch┼éopak nadawa┼é si─Ö idealnie.
Podszed┼é do niego i u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö, kiedy brunet z kitk─ů go wypatrzy┼é. Odpowiedzia┼é lekkim wykrzywieniem ust. Odwr├│ci┼é si─Ö przodem do Macieja, nie przestaj─ůc ta┼äczy─ç i kokieteryjnie kr─Öci─ç przy tym biodrami. Wyszy┼äski przysun─ů┼é si─Ö do niego tak, ┼╝e ich nosy niemal si─Ö ze sob─ů styka┼éy. Spojrza┼é w jego oczy, ale w klubowym ┼Ťwietle nie m├│g┼é dostrzec, jaki mia┼éy kolor. Zreszt─ů, kolor za bardzo si─Ö nie liczy┼é, wa┼╝niejsze by┼éy usta, kt├│re nieznajomy obliza┼é, a Maciej ju┼╝ wiedzia┼é, ┼╝e wygra┼é. Ca┼ékiem szybko mu posz┼éo, teraz jeszcze tylko kilka formalno┼Ťci: Chcesz drinka? U ciebie czy u mnie? A mo┼╝e do kibla?
Nie zd─ů┼╝y┼é jednak zada─ç ┼╝adnego z tych pyta┼ä, gdzie┼Ť nad ramieniem swojego bruneta wypatrzy┼é inn─ů, ca┼ékiem znajom─ů twarz. Postanowi┼é nie da─ç si─Ö rozproszy─ç i z ca┼éych si┼é spr├│bowa┼é doprowadzi─ç sw├│j podryw do ko┼äca. Po┼éo┼╝y┼é d┼éo┼ä na biodrze ofiary, przesun─ů┼é ni─ů w g├│r─Ö, a drug─ů r─Ök─Ö u┼éo┼╝y┼é tu┼╝ nad po┼Ťladkami. Ch┼éopak nie wydawa┼é si─Ö niezainteresowany, przysun─ů┼é si─Ö jeszcze bli┼╝ej, a ich piersi si─Ö ze sob─ů zetkn─Ö┼éy. Wykrzycza┼é w ucho Wyszy┼äskiego:
- Cz─Östo ci─Ö tu widuj─Ö! - I gdyby Maciej by┼é na nim skupiony, odpowiedzia┼éby co┼Ť w stylu: och, naprawd─Ö? Szkoda wi─Öc, ┼╝e wcze┼Ťniej na siebie nie wpadli┼Ťmy. Albo inny, bardzo typowy i wydawa┼éoby si─Ö, ┼╝e ┼╝a┼éosny (ale niekt├│rzy naprawd─Ö na niego lecieli) tekst: w takim razie gdzie ja mia┼éem oczy? Ale nic takiego nie pad┼éo, bo jego wzrok ┼Ťledzi┼é kr─Öc─ůcego si─Ö tu┼╝ obok i wyra┼║nie kogo┼Ť szukaj─ůcego Filipa. Wygl─ůda┼é na zdenerwowanego, co chwil─Ö popatrywa┼é na wy┼Ťwietlacz telefonu i ani przez moment nie przypomina┼é tego samego, zarozumia┼éego dzieciaka, kt├│rego Maciej pozna┼é.
Nie wiedzia┼é dlaczego tak po prostu odsun─ů┼é si─Ö od bruneta, ignoruj─ůc jego zdziwione spojrzenie. Rzuci┼é tylko pod nosem: "czekaj chwil─Ö" i nie przejmuj─ůc si─Ö, czy jego g┼éos przebi┼é si─Ö przez g┼éo┼Ťn─ů muzyk─Ö i tym samym, czy ch┼éopak to dos┼éysza┼é, odszed┼é. Zwali┼é wszystko na swoje upojenie alkoholowe. Gdyby tyle nie wypi┼é, na pewno nie zwr├│ci┼éby na Filipa wi─Ökszej uwagi, w ko┼äcu mia┼é instynkt samozachowawczy i wiedzia┼é, kt├│re osoby powinien omija─ç szerokim ┼éukiem. Teraz jednak jego instynkt zosta┼é przy─çmiony przez procenty.
Kiedy znalaz┼é si─Ö przed Wilczy┼äskim, mia┼é moment (dos┼éownie p├│┼é sekundy), ┼╝eby nacieszy─ç si─Ö jego zaskoczonym wyrazem twarzy. Tym razem role si─Ö odwr├│ci┼éy, pomy┼Ťla┼é z zadowoleniem Maciej, przypominaj─ůc sobie ich ostatnie spotkanie na klatce schodowej, kiedy to Filip pojawi┼é si─Ö znik─ůd, swoj─ů obecno┼Ťci─ů wprawiaj─ůc go w chwilowe os┼éupienie.
- No prosz─Ö - powiedzia┼é Wilku, kiedy ju┼╝ opanowa┼é zdziwienie i przywr├│ci┼é na twarz sw├│j zwyczajowy, z┼éo┼Ťliwy u┼Ťmiech. - Mog┼éem si─Ö spodziewa─ç, ┼╝e ci─Ö tu spotkam.
- I pewnie si─Ö spodziewa┼ée┼Ť - odpowiedzia┼é Maciej, patrz─ůc na niego z uniesion─ů brwi─ů. - Przyznaj, specjalnie tu przyszed┼ée┼Ť - zarzuci┼é mu. Gdyby nie by┼é pijany, z pewno┼Ťci─ů inaczej poprowadzi┼éby t─Ö rozmow─Ö. Wybra┼éby bardziej okr─Ö┼╝n─ů drog─Ö, pami─Öta┼éby, ┼╝e z tym dzieciakiem ka┼╝de spotkanie przypomina┼éo gr─Ö, kt├│r─ů trzeba by┼éo umiej─Ötnie rozstrzygn─ů─ç. Ale niestety - naprawd─Ö du┼╝o wypi┼é. Mo┼╝e i trzyma┼é si─Ö dzielnie, nie daj─ůc tego po sobie pozna─ç, jednak jego m├│zg nie dzia┼éa┼é ju┼╝ na najwy┼╝szych obrotach.
Filip si─Ö za┼Ťmia┼é, chowaj─ůc telefon do kieszeni. Nim jednak to zrobi┼é, zerkn─ů┼é jeszcze raz na wy┼Ťwietlacz, jakby w nadziei, ┼╝e co┼Ť na nim zobaczy.
- Serio? - zapyta┼é z rozbawieniem. - Sorry, stary, mam lepsze rzeczy do roboty, ni┼╝ ┼Ťledzenie ciebie. - Maciej z oczywistych wzgl─Öd├│w nie m├│g┼é wiedzie─ç, ┼╝e ostatnio w┼éa┼Ťnie to by┼éo najlepsz─ů rozrywk─ů Filipa. Nie m├│g┼é te┼╝ wiedzie─ç, ┼╝e owszem, ich spotkanie by┼éo przypadkowe, jednak Wilczy┼äski id─ůc tutaj, liczy┼é si─Ö z mo┼╝liwo┼Ťci─ů wpadni─Öcia na Wyszy┼äskiego. Nie oponowa┼é nawet, kiedy B┼éa┼╝ej zaproponowa┼é wypad do tego klubu - zdziwi┼é si─Ö jedynie, ┼╝e Pacu┼éa chcia┼é tu przyj┼Ť─ç. Niezbyt przepada┼é za takimi pedalskimi zbiegowiskami i zawsze powtarza┼é, ┼╝e obrzydza go ilo┼Ť─ç ciot, jaka t┼éumnie odwiedza┼éa Heaven.
Maciej zmarszczył brwi. Żałował, że tak szybko wypił ostatniego drinka.
- Mimo wszystko to trochę dziwne, że gdziekolwiek się nie ruszę, tam spotykam ciebie - powiedział i nagle, jakby zdał sobie sprawę, że faktycznie to trochę nienormalne, sprawdził swoje kieszenie. Portfel i telefon był na miejscu.
- Mo┼╝e przeznaczenie i te sprawy? - zapyta┼é Filip z szerokim u┼Ťmiechem i za┼éo┼╝y┼é r─Öce na piersi, popatruj─ůc na Macieja z zaciekawieniem. Zauwa┼╝y┼é, ┼╝e Wyszy┼äski by┼é pijany, mia┼é m─Ötne spojrzenie i g┼éupi, niepasuj─ůcy do bogatego korpo-szczura wyraz twarzy. Zabawnie go takiego zobaczy─ç, Filip wiele razy ju┼╝ obserwowa┼é nietrze┼║wego Macieja, zawsze jednak robi┼é to z odleg┼éo┼Ťci. Nigdy nie sta┼é na tyle blisko, ┼╝eby m├│c dostrzec lekko zarumienione policzki i niepokoj─ůco b┼éyszcz─ůce oczy. - Ale nie wydajesz si─Ö niezadowolony - doda┼é, nie mog─ůc si─Ö powstrzyma─ç.
- A dajesz mi jaki┼Ť wyb├│r? - odpar┼é zaraz Maciej, te┼╝ si─Ö u┼Ťmiechaj─ůc. Szok, ┼╝e dla tej g┼éupiej rozmowy zrezygnowa┼é z naprawd─Ö ciekawego seksu.
- Nie. - Filip a┼╝ si─Ö za┼Ťmia┼é. - Tw├│j Samuraj w┼éa┼Ťnie li┼╝e si─Ö z jakim┼Ť tlenionym - powiedzia┼é i wskaza┼é na co┼Ť, co znajdowa┼éo si─Ö za Maciejem. Wyszy┼äski obejrza┼é si─Ö. Dos┼éownie kilka metr├│w od nich, przy ┼Ťcianie, brunet, kt├│rego usi┼éowa┼é zaci─ůgn─ů─ç albo do kibla, albo do siebie, zajmowa┼é si─Ö jakim┼Ť chudym, niezbyt urodziwym ch┼éopaczkiem. - Chyba nie by┼ée┼Ť wystarczaj─ůco dobry. - U┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö jeszcze szerzej, prezentuj─ůc mu swoje du┼╝e, w miar─Ö r├│wne z─Öby z wystaj─ůcymi i ostro zako┼äczonymi k┼éami. Przez moment Maciej zastanawia┼é si─Ö, jakie to uczucie dotkn─ů─ç ich j─Özykiem.
- By┼ébym, gdyby┼Ť co chwil─Ö nie kr─Öci┼é si─Ö obok i mnie nie rozprasza┼é - odparowa┼é.
- Rozpraszam ci─Ö? - zapyta┼é Filip i mimo ┼╝e stali w stosownej odleg┼éo┼Ťci, Maciej niemal czu┼é ciep┼éo Filipa i jego oddech na swojej twarzy. Chyba w┼éa┼Ťnie prowadzili jak─ů┼Ť irracjonaln─ů gr─Ö wst─Öpn─ů i obaj wiedzieli, ┼╝e jej koniec nie zaprowadzi ich do ┼é├│┼╝ka. Mierzyli si─Ö wzrokiem, atmosfera dooko┼éa st─Ö┼╝a┼éa, a fakt, ┼╝e znajdowali si─Ö w klubie pe┼énym os├│b trzecich, zdawa┼é si─Ö nie mie─ç ┼╝adnego znaczenia.
- Oczywi┼Ťcie. - U┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö. - Nie wiem tylko, czy robisz to w ten spos├│b, w jaki by┼Ť chcia┼é.
Filip parskn─ů┼é ┼Ťmiechem. Lubi┼é go, cholera. Macieja nie tylko ciekawie si─Ö obserwowa┼éo, rozmowa z nim (nawet kiedy wypi┼é troch─Ö za du┼╝o) wydawa┼éa si─Ö r├│wnie ekscytuj─ůca.
- Czyli zaczynam ci─Ö wkurwia─ç? - Nie dosta┼é jednak odpowiedzi, nim Wyszy┼äski zd─ů┼╝y┼é otworzy─ç usta, telefon Filipa zawibrowa┼é. Wilku wyci─ůgn─ů┼é go i skrzywi┼é si─Ö, odrzucaj─ůc po┼é─ůczenie. Schowa┼é aparat z powrotem do kieszeni. - Dobra, biznesmenie, chyba nie zbiedniejesz, jak postawisz mi drinka, co nie? - Mimo wszystko nie zabrzmia┼éo to jak pytanie.
- I jak się pożegnamy, tym razem wrócę do mieszkania nie tylko bez komórki, ale też bez portfela i kluczy? - Poparzył na niego sceptycznie.
- Och, jasne, ┼╝e nie. - Filip machn─ů┼é r─Ök─ů i przewr├│ci┼é oczami, jakby ura┼╝ony, ┼╝e Maciej w og├│le o czym┼Ť takim pomy┼Ťla┼é. - Jeszcze bez zegarka. Wygl─ůda na ca┼ékiem drogi. - Wyszczerzy┼é si─Ö szeroko.
Wyszy┼äski nie m├│g┼é si─Ö nie u┼Ťmiechn─ů─ç. Wilku mo┼╝e i nie wygl─ůda┼é, ale by┼é ca┼ékiem rozgarni─Ötym dzieciakiem. Wydawa┼é si─Ö inteligentny na spos├│b, o jaki nie podejrzewa┼éo si─Ö ludzi z jego kr─Ög├│w.
- Niech b─Ödzie - powiedzia┼é, postanawiaj─ůc wcze┼Ťniej nie spuszcza─ç swojego ukochanego Breitlinga z oczu.
- Whisky z col─ů. Usi─ůd─Ö tam. - Wskaza┼é na zaciemniony dwuosobowy stolik przy jednej ze ┼Ťcian. Nim Maciej cokolwiek mu odpowiedzia┼é, Filip ju┼╝ si─Ö odwr├│ci┼é i ruszy┼é, by zaj─ů─ç miejsce. Nie pozostawi┼é Wyszy┼äskiemu z┼éudze┼ä - on nie poprosi┼é. On za┼╝─ůda┼é.
Normalnie pewnie by go zignorowa┼é, tylko ┼╝e po pierwsze: Maciej by┼é pijany. A po drugie: ju┼╝ nawet nie mia┼é zamiaru przed sob─ů ukrywa─ç, ┼╝e ten dzieciak go zainteresowa┼é. I nie, wcale nie chcia┼é zaci─ůgn─ů─ç go do ┼é├│┼╝ka, chocia┼╝ owszem, rozmowa z nim by┼éa ciekawa. Nigdy nie wiedzia┼é, jakie tory obierze, a jedno Maciejowi trzeba przyzna─ç - potrafi┼é prowadzi─ç konwersacje. Dziwi┼éo go wi─Öc, ┼╝e Filip, kt├│ry raczej wypowiada┼é si─Ö prosto i dosadnie, by┼é dla niego wyzwaniem.
Kiedy szed┼é z dwoma drinkami, stara┼é si─Ö nie my┼Ťle─ç o tym, ┼╝e w┼éa┼Ťnie robi to, czego tak bardzo nie chcia┼é - ta┼äczy┼é, jak Filip zagra┼é. By┼é pijany, usprawiedliwia┼é si─Ö. A jak jest si─Ö pijanym, to przecie┼╝ wiadomo, ┼╝e robi si─Ö rzeczy nie do ko┼äca zgodne ze swoimi przekonaniami.
- Jeden, jedyny drink - powiedzia┼é, stawiaj─ůc przed Filipem jego whisky z col─ů. Twarz Wilczy┼äskiego momentalnie poja┼Ťnia┼éa za spraw─ů u┼Ťmiechu.
- Dobrze. Obiecuję, że będę się delektować każdym łykiem - dodał z rozbawieniem.
- Oby, kosztowa┼é mnie osiemna┼Ťcie z┼éotych - odpar┼é, siadaj─ůc naprzeciwko. - Najpierw kradniesz mi telefon, a teraz stawiam ci drinka - zaburcza┼é pod nosem, nawet tego nie kontroluj─ůc. Filip zerkn─ů┼é na niego ciekawie.
- Powinni┼Ťmy sko┼äczy─ç w ┼é├│┼╝ku - rzuci┼é Wilku z rozbawieniem, obracaj─ůc s┼éomk─Ö w palcach.
- Powinni┼Ťmy - odmrukn─ů┼é Maciej, patrz─ůc na Wilczy┼äskiego o┼Ťwietlonego czerwonym blaskiem diod, jakie pozawieszano na ┼Ťcianach.
- Ale nie sko┼äczymy - ci─ůgn─ů┼é dalej i upi┼é wreszcie drinka. Maciej za┼Ťmia┼é si─Ö; nie mia┼é poj─Öcia, do czego w┼éa┼Ťnie d─ů┼╝─ů.
- Nie sko┼äczymy - przytakn─ů┼é, bawi─ůc si─Ö szklank─ů na blacie sto┼éu i okr─Öcaj─ůc dooko┼éa jej osi.
- Wi─Öc? Czemu ze mn─ů gadasz? - zapyta┼é Filip, trafiaj─ůc w punkt. - I czemu stawiasz mi drinka? Nie jestem a┼╝ tak tani. Kilkana┼Ťcie z┼éotych to za ma┼éo. - Zmarszczy┼é zabawnie brwi, a wzrok Macieja skupi┼é si─Ö na jego wargach wykrzywionych w u┼Ťmiechu. By┼éy ┼éadniejsze ni┼╝ usta tego Samuraja sprzed kilkunastu minut, pe┼éniejsze, a w klubowym ┼Ťwietle wydawa┼éy si─Ö bardziej apetyczne.
- Dolicz do tego I-phona sz├│stk─Ö. - Nie spuszcza┼é z niego wzroku. - My┼Ťl─Ö, ┼╝e to dobra cena i ┼╝e wystarczy nie tylko na jedn─ů noc - doda┼é, badaj─ůc uwa┼╝nie jego regularne, mi─Ökkie rysy twarzy.
Filip uni├│s┼é brwi. Trafna uwaga, przebieg┼éo mu przez my┼Ťli, czego jednak nie wypowiedzia┼é. U┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö jedynie, wzi─ů┼é sporego ┼éyka, dopijaj─ůc drinka niemal do po┼éowy i dopiero po chwili nachyli┼é si─Ö nad sto┼éem. Maciej a┼╝ poczu┼é zapach jego tanich perfum.
- Kim jest Łukasz?
Wyszy┼äski popatrzy┼é na niego ca┼ékowicie zbity z tropu. Szybko jednak si─Ö zreflektowa┼é. W ko┼äcu m├│g┼é spodziewa─ç si─Ö tego pytania; zdziwi┼éby si─Ö, gdyby Filip nie nawi─ůza┼é do ┼üukasza. Ju┼╝ mia┼é odpowiedzie─ç, kiedy przy ich stoliku wyros┼éa jaka┼Ť ogromna, barczysta sylwetka. Zdziwiony, tak samo zreszt─ů jak Wilku, spojrza┼é na kr├│tko ostrzy┼╝onego ch┼éopaka, mierz─ůcego go takim wzrokiem, jakby mia┼é go zabi─ç na miejscu. Mimo ┼╝e Maciej nie nale┼╝a┼é do w─ůt┼éych m─Ö┼╝czyzn, godziny sp─Ödzone na si┼éowni zaowocowa┼éy mi─Ö┼Ťniami, to jednak przy tym facecie czu┼é si─Ö po prostu ma┼éy.
- Szuka┼éem ci─Ö - warkn─ů┼é, przenosz─ůc swoje spojrzenie na Filipa, przez kt├│rego twarz przebieg┼é grymas niech─Öci.
- No wiem - prychn─ů┼é. - Wyjd┼║ na zewn─ůtrz, zaraz przyjd─Ö - powiedzia┼é, patrz─ůc na m─Ö┼╝czyzn─Ö antypatycznie.
- Kto to, kurwa, jest? - Dryblas nie dał się jednak spławić. Swoim grubym paluchem wskazał na Macieja.
- Znajomy - odpar┼é Filip i jakby nigdy nic popi┼é swojego drinka. Wyszy┼äski obserwowa┼é wszystko w milczeniu, nie maj─ůc zamiaru si─Ö odzywa─ç. Wilku troch─Ö ju┼╝ o nim wiedzia┼é, zobaczy┼é ┼üukasza i widzia┼é Macieja wnosz─ůcego cielsko kundla do mieszkania, do kt├│rego nawet wszed┼é. Pora, ┼╝eby teraz to Wyszy┼äski odkry┼é kilka jego kart.
- Znajomy? - warkn─ů┼é niczym pitbull. Maciej u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö jedynie pod nosem i popi┼é drinka. - Znajomy, kurwa, w klubie dla ciot? Pierdolicie si─Ö za moimi plecami? - Maciej mia┼é ochot─Ö si─Ö za┼Ťmia─ç. Ceni┼é jednak swoj─ů twarz i swoje wybielone, proste (dzi─Öki aparatowi, kt├│ry nosi┼é za dzieciaka) z─Öby, wi─Öc milcza┼é.
Nawet nie wiesz, jak bardzo si─Ö mylisz, pomy┼Ťla┼é tylko, zerkaj─ůc na dryblasa.
- Ja pierdol─Ö, B┼éa┼╝ej, we┼║ si─Ö uspok├│j i siary nie r├│b, co? Znajomy to znajomy - sykn─ů┼é Filip, a┼╝ zaciskaj─ůc ze z┼éo┼Ťci pi─Ö┼Ťci. Nie wygl─ůda┼é na kogo┼Ť, kto czu┼éby respekt przed tym gorylem, jak zacz─ů┼é nazywa─ç go Maciej w my┼Ťlach.
- Wychodz─Ö i masz, kurwa, pi─Ö─ç minut - zagrozi┼é mu palcem. Filip przewr├│ci┼é oczami, a goryl (b─ůd┼║ te┼╝ B┼éa┼╝ej) odszed┼é.
- M─ů┼╝ si─Ö upomina? - zapyta┼é Maciej, nie mog─ůc si─Ö powstrzyma─ç. Wilczy┼äski prychn─ů┼é.
- A ┼╝eby┼Ť wiedzia┼é - odpar┼é, popijaj─ůc wolno drinka, jakby nic sobie nie robi┼é z "masz, kurwa, pi─Ö─ç minut".
Maciej a┼╝ uchyli┼é usta i przez moment wygl─ůda┼é naprawd─Ö bardzo, bardzo g┼éupio. Nie tego si─Ö spodziewa┼é.
- Jeste┼Ťcie razem? - Naprawd─Ö nie my┼Ťla┼é, ┼╝e taki Filip m├│g┼éby mie─ç kogo┼Ť na sta┼ée. Filip i zwi─ůzki nie sk┼éada┼éy si─Ö w maciejowej g┼éowie w jedn─ů, kompatybiln─ů ca┼éo┼Ť─ç.
- Powiedzmy, ┼╝e tak to wygl─ůda - odpowiedzia┼é, ku niezadowoleniu Macieja, nie wdaj─ůc si─Ö w szczeg├│┼éy. - B─Öd─Ö si─Ö zbiera─ç - mrukn─ů┼é, ale nie ruszy┼é si─Ö z miejsca.
- Tw├│j kocha┼Ť nie wygl─ůda┼é na zadowolonego - nie odpuszcza┼é. Mia┼é nadziej─Ö, ┼╝e jako┼Ť poci─ůgnie Filipa za j─Özyk. Wilku jednak tylko u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö i zn├│w pochylaj─ůc si─Ö nad sto┼éem, spojrza┼é mu g┼é─Öboko w oczy. Po plecach Wyszy┼äskiego a┼╝ przebieg┼é elektryzuj─ůcy dreszcz.
- Tw├│j kocha┼Ť te┼╝ nie wygl─ůda┼é na zadowolonego, gdy wychodzi┼é od ciebie z mieszkania - odparowa┼é. Obaj chcieli si─Ö czego┼Ť dowiedzie─ç o drugim, nie zdradzaj─ůc jednocze┼Ťnie zbyt wiele o sobie. - Dobra, Maciu┼Ť - rzuci┼é Filip i wreszcie dopi┼é drinka, a Maciej m├│g┼é tylko zgrzytn─ů─ç z─Öbami na d┼║wi─Ök infantylnego zdrobnienia swojego imienia. - B─Öd─Ö lecia┼é, mi┼éo by┼éo.
- Czekaj - rzuci┼é Wyszy┼äski, ┼Ťci─ůgaj─ůc zdziwione spojrzenie Filipa. Szybko sprawdzi┼é swoje kieszenie. Kom├│rka, portfel, klucze. Szybkie zerkni─Öcie na nadgarstek - zegarek. Wszystko by┼éo na miejscu. - Dobra. Do zobaczenia - powiedzia┼é, a Wilku parskn─ů┼é ┼Ťmiechem i pokr─Öci┼é g┼éow─ů.
- Powtarzanie dwa razy tej samej kradzie┼╝y, jest jak ponowne za┼éo┼╝enie gumy: tego si─Ö po prostu nie robi - oznajmi┼é tonem filozofa, a Maciej a┼╝ uni├│s┼é brwi, nie spodziewaj─ůc si─Ö takiego wyg├│rowanego por├│wnania. - Gdybym mia┼é ci─Ö znowu okra┼Ť─ç, postara┼ébym si─Ö zrobi─ç to inaczej. Najpierw zdoby┼ébym twoje zaufanie, p├│┼║niej odwiedzi┼é ci─Ö w mieszkaniu i co┼Ť z niego wyni├│s┼é. - Mrugn─ů┼é do niego, a Wyszy┼äski m├│g┼é tylko parskn─ů─ç ze zdumieniem, wci─ů┼╝ nie mog─ůc przyzwyczai─ç si─Ö do zuchwa┼éo┼Ťci tego dzieciaka.
- Le─ç ju┼╝, bo tw├│j goryl si─Ö w┼Ťcieknie. - Filip tylko zerkn─ů┼é na niego z u┼Ťmiechem, odwr├│ci┼é si─Ö i odszed┼é. Wzrok Macieja na moment zawiesi┼é si─Ö gdzie┼Ť w okolicach po┼Ťladk├│w Wilczy┼äskiego. Nie by┼é to najlepszy ty┼éek, jaki widzia┼é w ┼╝yciu, ale Wilku zdecydowanie nadrabia┼é ┼Ťliczn─ů twarz─ů i niewyparzonym j─Özorem.

Siedzia┼é tak jeszcze przez moment, dopijaj─ůc drinka i ┼Ťledz─ůc to, co dzia┼éo si─Ö na parkiecie. Zbli┼╝a┼éa si─Ö godzina pierwsza w nocy, wszyscy ju┼╝ bawili si─Ö w najlepsze. Gdzie┼Ť w t┼éumie mign─ů┼é mu nawet Jakub z jakim┼Ť ch┼éopakiem. Nie mia┼é jednak zamiaru mu przeszkadza─ç, ze zdziwieniem odkry┼é, ┼╝e wola┼éby ju┼╝ wr├│ci─ç do domu. I tak nikogo przecie┼╝ ju┼╝ nie poderwie, t┼éumaczy┼é si─Ö, chocia┼╝ wiedzia┼é, ┼╝e to nieprawda. Cz─Östo przecie┼╝ znajdywa┼é kogo┼Ť na ostatni─ů chwil─Ö.
Kiedy ju┼╝ wypi┼é, wsta┼é od sto┼éu i ruszy┼é do wyj┼Ťcia z klubu. Poczu┼é znajome ssanie w prze┼éyku, przypominaj─ůce mu, ┼╝e odk─ůd zacz─ů┼é imprez─Ö, wypali┼é tylko jednego papierosa. A to stanowczo zbyt ma┼éo jak na jego mo┼╝liwo┼Ťci i potrzeby. Wyszed┼é na zewn─ůtrz w samej koszuli, by┼éo przyjemnie ciep┼éo. Przed wej┼Ťciem sta┼éo kilka os├│b, pal─ůc i rozmawiaj─ůc. Normalnie pewnie opar┼éby si─Ö o ┼Ťcian─Ö, przyjrza┼é si─Ö ka┼╝demu z tych ch┼éopak├│w z osobna, oceni┼é, a na ko┼äcu wreszcie wybra┼é swoj─ů ofiar─Ö (albo te┼╝ wycofa┼é si─Ö, dochodz─ůc do wniosku, ┼╝e nic tu po nim). Tym razem jednak ruszy┼é do wyj┼Ťcia z podw├│rka, w kt├│rym ukryto Heaven. Min─ů┼é z┼╝art─ů przez rdz─Ö bram─Ö i wyszed┼é na chodnik. Ulice o tej porze ┼Ťwieci┼éy pustkami, s┼éycha─ç by┼éo tylko odg┼éosy samochod├│w jad─ůcych kilka przecznic dalej, ujadanie jakiego┼Ť psa i st┼éumion─ů muzyk─Ö dobiegaj─ůc─ů z klubu, nic wi─Öcej. W┼éa┼Ťnie wysup┼éa┼é z kieszeni spodni paczk─Ö papieros├│w, gdy us┼éysza┼é d┼║wi─Öki jakiej┼Ť szamotaniny.
- Kurwa... wiedzia┼éem... chuju... - tylko tyle by┼é w stanie wy┼éapa─ç. Wiedziony impulsem, poszed┼é w stron─Ö odg┼éos├│w, kt├│re z ka┼╝dym jego krokiem stawa┼éy si─Ö coraz g┼éo┼Ťniejsze. A┼╝ nagle w zau┼éku pomi─Ödzy kamienicami dostrzeg┼é dwie postacie. Ogromne plecy jednej z nich przys┼éania┼éy t─Ö drug─ů.
- We┼║ si─Ö, kurwa, odwal! Nie moja wina, ┼╝e za─çpa┼ée┼Ť! - krzykn─ů┼é ni┼╝szy, a Maciej chyba wsz─Ödzie rozpozna┼éby ten pe┼éen pogardy ton. Kiedy dryblas uni├│s┼é r─Ök─Ö i spoliczkowa┼é Filipa, kt├│ry w odpowiedzi napar┼é na niego w szale, poczu┼é, jak co┼Ť zaciska si─Ö na jego gardle. Sta┼é chwil─Ö w milczeniu, obserwuj─ůc jak B┼éa┼╝ej odpycha Filipa, a nast─Öpnie potrz─ůsa nim jak szmacian─ů lalk─ů. Wilczy┼äski nie mia┼é przecie┼╝ ┼╝adnych szans, ten goryl zgni├│t┼éby go, gdyby tylko chcia┼é.
- Ej! - Niemal nie rozpozna┼é w┼éasnego g┼éosu. Co on, do cholery jasnej, robi┼é? Po co si─Ö w to miesza┼é? Powinien odwr├│ci─ç si─Ö i zostawi─ç ich samych, w ko┼äcu to nie pierwszy i z pewno┼Ťci─ů nie ostatni siniak na twarzy Filipa. Jego d┼éo┼ä mimowolnie zacisn─Ö┼éa si─Ö na paczce papieros├│w, kiedy B┼éa┼╝ej odwr├│ci┼é si─Ö i spiorunowa┼é go wzrokiem. - Bicie s┼éabszych to troch─Ö strza┼é w kolano, nie uwa┼╝asz?