Americana 5
Dodane przez Aquarius dnia Listopada 21 2016 18:57:07


Rozdział 5: Maciej taki fajny, Maciej taki przystojny

Aleks zerknął za okno taksówki i spiął się jeszcze bardziej, gdy zauważył, że wjechali do tej części miasta do której lepiej było się nie zapuszczać nocą. Doskonale znał tu każdą ulicę, każdy zakamarek. Stare kamienice piętrzyły się nad zielonym seatem, jak jakieś zjawy z jego wspomnień. Pamiętał wieczory, gdy szedł tędy po szkole, a raczej po całym popołudniu przesiedzianym w bibliotece. Nienawidził wracać do domu, wolał już spędzić ten czas ze starą, bardzo niemiłą bibliotekarką, niż użerać się z pijanym ojcem.
– Straszna okolica – powiedział nagle taksówkarz, sprowadzając myśli Białeckiego do wnętrza samochodu. Spojrzał na starszego mężczyznę, którego dłoń na kierownicy podrygiwała w rytm sączących się z radia przebojów początku dwudziestego pierwszego wieku. – Tydzień temu była tu głośna sprawa, bo zadźgano siedemnastoletniego chłopaka nożem – mówił. Wyglądał na typ osoby, która wiedziała wszystko co działo się w mieście i zawsze z chęcią dzieliła się tym z innymi. Aleks zacisnął usta, ale nic nie odpowiedział –
kiedyś też się takie rzeczy tu działy, pomyślał.
Krzysztof chrząknął, najwidoczniej nie wiedząc co odpowiedzieć. Patrzył to na widok za oknem, to na Białeckiego, jakby chcąc sprawdzić, jak Aleks się czuje. Jakby myślał, że wszystko może wyczytać z mimiki twarzy, stwierdził z rozdrażnieniem Aleksander, a jego dłoń wystukiwała nerwowo jakiś bliżej nieznany mu rytm na kolanie. Nie chciał tam jechać, pomyślał, zdając sobie sprawę, że coraz bardziej zbliżają się do tego, co nieuniknione – do stanięcia twarzą w twarz z jego rodzicami.
A co jeżeli ten dzieciak naprawdę istniał? Żył i dorastał w patologicznej rodzinie. No właśnie… Co wtedy, Białecki? – zapytał samego siebie. Chciałby na to odpowiedzieć: nic. Ale doskonale wiedział, że wtedy siebie okłamie, bo nie mógłby znieść myśli, że pozwolił ojcu i matce spieprzyć dzieciakowi wszystko, dosłownie: wszystko. On nie był w stanie znaleźć sobie normalnej pracy, wykształcić się chociażby do stopnia średniego. I wylądował tu, gdzie jest teraz, jako utrzymanek starszego faceta.
O wszystko obwiniał rodziców. Może to była prawda, a może problem znajdował się tylko w nim… Ale przecież tak jest łatwiej. Obarczenie winą kogoś innego zawsze było łatwiejsze, niż wzięcie tego na własne barki i spróbowanie zmienienia losu.
Poraziły go te myśli. Wpatrzył się szeroko otwartymi oczami w szarą kamienicę wybudowaną w okresie powojennym. Miała cztery piętra, była plombą pomiędzy jednym pięknym, ale zapuszczonym poniemieckim budynkiem, a drugim. Wyglądała okropnie, jakby wyciągnięta z innego świata. Brzydka i nijaka, zwykła, kanciasta bryła.
Tak, to była wina rodziców – uciął swe rozważania i czym prędzej wyszedł z taksówki, zostawiając Krzychowi zapłacenie za taryfę. Wsunął dłonie do kieszeni spodni i zapadł się w połach swojej skórzanej kurtki. Listopad powoli dobiegał końca, a na zewnątrz robiło się coraz zimniej, bardziej ponuro i nieciekawie. Zerknął jeszcze na łyse drzewo rosnące przy chodniku, idealnie przed jednym z okien kamienicy. Zagryzł wargę, przypominając sobie, że było to okno od jego dawnego pokoju, którego zresztą nienawidził. Był może duży, jak to pomieszczenia w starych kamienicach, z wysokim sufitem, ale do teraz pamiętał to przerażające zimno w każdą zimę.
– Chodźmy. – Poczuł ciężkie dłonie na swoich ramionach, obejrzał się i spojrzał na Krzysztofa uśmiechającego się do niego lekko, samym kącikiem ust. – Będzie dobrze – powiedział mężczyzna swoim cichym, nijakim tonem głosu, na co Aleks prychnął. Musiał wziąć się w garść, nie był cipką, która bała się spotkania z rodzicami. Luźnym krokiem podszedł do starych, ciężkich drzwi kamienicy i pchnął jedno ze skrzydeł. To otworzyło się z głośnym skrzypnięciem, odbijającym się echem po pustym betonowym korytarzu.
Daj dupie siana i pokaż, że masz jaja. Podszedł do starych, obdrapanych drzwi z naklejoną cyfrą dwa, po czym zapukał. Mimowolnie zerknął jeszcze za siebie, jakby z nadzieją. Krzychu jednak nie poszedł za nim, pozwolił mu załatwić to na własną rękę. Aleks przez chwilę sam nie wiedział czy to dobrze, czy nie, ale w tym momencie w progu pojawiła się główka jakiegoś chłopca. Świat jakby na chwilę się zatrzymał albo przestał istnieć – to akurat nie miało dla Białeckiego znaczenia, bo nic oprócz małych, ciemnych oczu go nie obchodziło. Były zbyt podobne do jego ojca, by tak po prostu mógł to zignorować, przełknął ciężko ślinę, już wiedząc, że mama nie kłamała.
– Są rodzice? – zapytał, a dziecko pokręciło głową, patrząc na niego ni to zdziwione, ni zawstydzone. Może nawet trochę przestraszone.
To mój brat – brzęczało w głowie Aleksa. Cholera, pomyślał, odwracając wzrok na drzwi wyjściowe z kamienicy, to naprawdę mój brat.
Nie wytrzymał. Odwrócił się i tak po prostu odszedł, żałując, że w ogóle wpadł na pomysł by tu przyjechać. Że posłuchał Krzycha i poznał tego dzieciaka (fakt, że wcale nie znał jego imienia w ogóle się dla niego nie liczył). Zapadł się w połach swojej kurtki, gdy wyszedł na zimne, prawie już zimowe powietrze. Odetchnął, a jego twarz owiała gorąca para.
– I jak? – Usłyszał.
To była jego wina, stwierdził Aleks patrząc na mężczyznę, który zerkał na niego dość niepewnie, jakby z troską. W jednej chwili w Białeckim coś zawrzało, miał ochotę podejść i przyłożyć Krzysztofowi, złapać go za fraki, przycisnąć jego czterdziestoletnie cielsko do ściany, a później tak po prostu je zlać. Gdyby go nie ciągnął, gdyby nie naciskał, Aleks w życiu by tu nie przyjechał! Nie zobaczyłby tego cholernego dzieciaka, a jego sumienie byłoby spokojne i nienaruszone.
– Mam brata – odpowiedział cicho, dopiero jednak gdy wypowiedział te słowa na głos, nie tylko w głowie, zdał sobie sprawę jak to absurdalnie brzmiało… Niedorzecznie, a zarazem też przerażająco, bo dopiero w tamtej chwili dotarło do niego, że ten dzieciak nie ma wcale życia usłanego różami. – I… – Nagle wsunął dłoń w swoje przydługie włosy, nie zdając sobie nawet sprawy, jak bardzo bezradnie wyglądał. – Tak nie powinno być. Ci ludzie nie powinni mieć więcej dzieci. Czemu się tym nikt nie zajmie? – zapytał nagle Krzysztofa, a ten popatrzył na niego jakby ze współczuciem.
– To… – zaczął mężczyzna powoli i nagle urwał. – To będzie sporo pracy, ale mogę pomóc. Myślę, że można byłoby odebrać im dziecko – dodał, wsuwając dłonie w kieszenie swojego płaszcza. Aleks spojrzał na niego zdziwiony, przez chwilę nie wiedząc co powiedzieć. Zabrać im dziecko? I co później zrobić? Sam miałby zacząć się nim zajmować? To niedorzeczne!
– Muszę sobie to przemyśleć – uciął, nie chcąc już o tym rozmawiać. Jedyne czego w tamtej chwili pragnął, to znalezienie się w swoim mieszkaniu.

***


Mieliśmy się umówić – ta wiadomość sprawiła, że po jej przeczytaniu Aleks zapomniał o całym Bożym świecie, nawet o bracie, który przez cały dzień zaprzątał mu myśli. Przełknął ciężko ślinę, skupiając wzrok na okienku wiadomości fejsbukowej. Poczuł przyjemny dreszcz przebiegający mu po plecach i serce coraz silniej łomoczące mu w piersi. Ani przez chwilę nie pomyślał, że zachowuje się jak nastolatek, a przecież nastolatkiem dawno już nie był – przynajmniej tak sobie wmawiał. Traktował się jak dorosłego, całkiem ogarniętego mężczyznę… któremu nie chce się nic zrobić ze swoim życiem, ale to akurat bardzo mały szczegół.
Jestem chętny – odpisał szybko, zupełnie jakby bał się, że Maciej zaraz się rozmyśli. Nawet wkradła mu się literówka, za co miał ochotę walnąć głową w ścianę. Nigdy nie lubił pisać z błędami, zawsze starał się, żeby jego wypowiedzi miały ręce i nogi, a tu, przy rozmowie z takim facetem, nie potrafił nawet zapanować nad krótkim stwierdzeniem.
Patrząc na monitor pogłaskał szybko gładkie futerko Demona (nie zrobił tego zbyt delikatnie), który niezadowolony wysunął główkę spod jego palca i odsunął się, jeszcze mierząc go swoimi czerwonymi oczkami, jakby właśnie usiłował rzucić na niego klątwę. Szczur bardzo często się obrażał, miał ego jak książę perski, ale właśnie to sprawiało, że Aleks tak bardzo go lubił. Był wyjątkowy.
Na odpowiedź Macieja trochę się naczekał. Pięć minut. Później kolejne pięć i następne, ale wiadomość zwrotna nie przychodziła. Pojawiła się tylko informacja, że to co napisał mu Aleksander zostało odczytane i… to wszystko. Białecki nagle prychnął zły i wstał, kierując swoje kroki od razu do kuchni. Nie lubił być ignorowany, w szczególności nie przez takiego faceta, a, cholera, trzeba przyznać, że Maciej wpadł mu w oko. Złapał za butelkę coli i odkręcił ją z charakterystycznym świstem uciekającego gazu. Nie miał co ze sobą zrobić, więc sięgnął po to, co stało najbliżej na blacie, a był to napój. Nalewając go do szklanki przyjrzał się żółtemu znaczkowi sieci sklepów Biedronka. Gdy brał pierwszy łyk, próbował się skupić na rozszyfrowaniu tajemniczego składu coli, jednak wystarczyło tylko, że ciszę w mieszkaniu przerwał charakterystyczny dźwięk nadchodzącej wiadomości z fejsbuka, a on już odstawił szklankę i ruszył do laptopa.
Drink jutro o dwudziestej. Jesteś chętny? – brzmiała odpowiedź zwrotna. Aleks przełknął ślinę, czując jak wszystko mu się w żołądku skręca ni to z nerwów, ni to z podekscytowania.
Tak – odpisał szybko, jakby się bał, że Maciej zaraz się rozmyśli.
– Ja pierdole – sapnął i opadł na oparcie swojej wersalki. Sam nie wierzył co się z nim działo, już nie mógł doczekać się tego spotkania. Ostatecznie stwierdził, że zachowuje się jak nastolatek, ale uśmiechnął się pod nosem, zdając sobie sprawę, że tak właśnie zawsze zaczynało się zauroczenie kimś. Przeżywał to ostatni raz mając kilkanaście lat i już zapomniał, jakie to uczucie. Dość przyjemne, trochę niespokojne, dziwne.
W pewnym momencie rozległ się pierwszy akord jednej z piosenek The Offspring. Białecki nie od razu na to zareagował, siedział przez chwilę, uśmiechając się do ekranu monitora głupkowato i czytając co pisał mu Maciej. Mieli się spotkać jutro przy jednym z McDonaldów w ich mieście, a, trzeba zaznaczyć, nie było ich tu zbyt wiele, jedynie dwa. W końcu, co Aleks zawsze powtarzał, mieszkał w dziurze zabitej dechami. Jedyne dobre, co tu można było kupić, to bilet do większego miasta.
Dopiero po chwili zreflektował, że dzwoni mu telefon. Podniósł się ciężko z westchnieniem i zaczął rozglądać po pomieszczeniu. Nie miał pojęcia, gdzie rzucił komórkę, więc szukał jej po omacku, idąc za dźwiękiem, a wskazywał on na górę ciuchów w przedpokoju. Aż jęknął, gdy zdał sobie sprawę, że czasem naprawdę warto jest odkładać rzeczy na swoje miejsce. Przykucnął przed niezidentyfikowaną kupką wszystkiego – kurtek, bielizny, spodni, koszulek i bluz – i w tym momencie dźwięk się urwał. Na szczęście dla biednego, poszkodowanego własnym lenistwem Aleksa, telefon znów się rozdzwonił, ułatwiając mu poszukiwania. Znalazł go po długiej chwili, przeklinając po drodze każdą rzecz, którą musiał odrzucić na bok, by dotrzeć do spodni z komórką w kieszeni.
– Halo? – odebrał, dobrze już wiedząc, że po drugiej stronie połączenia był Krzysztof.
– Cześć – powiedział mężczyzna tym swoim cichutkim, denerwującym głosikiem. Mówił bardzo cicho, takim tonem, jak gdyby miał zaraz paść na podłogę trupem. – Jak się czujesz? – zapytał, a Aleks aż opadł pośladkami na posadzkę. Jasne, Krzychu często pytał go o samopoczucie. I jasne – czasem też do niego dzwonił, jednak wtedy zazwyczaj po prostu umawiał się z nim na seks. A na następne spotkanie byli umówieni.
– Ja? No… – odchrząknął, teraz to on brzmiał jakby umierał – dobrze – powiedział już pewniej.
– Skontaktowałem się z moim prawnikiem – powiedział Krzysztof, a Aleks wpatrzył się w ścianę. Nie wiedział jak ma zareagować, w końcu nie często ktoś mu pomagał. – Odebranie twojego brata rodzicom jest jak najbardziej możliwe. Jeżeli chcesz. Mówiłem ci, że możesz na mnie liczyć.
– Serio? – zapytał dość podejrzliwie. Nie wiedział jak ma spojrzeć na tę sprawę. Krzysztof będzie chciał czegoś w zamian? Na pewno – odpowiedział sobie szybko w myślach – nie ma nic za darmo.
– Tak. Pomogę ci.
– Nie zrobię w łóżku nic obrzydliwego – odparł nagle Aleks, bojąc się, że to wszystko może mieć drugie, dość nieprzyjemne, dno.
– Nie chcę nic! – Krzysztof prawie zapiszczał i chyba zdał sobie sprawę, że jego głos zabrzmiał dość komicznie. – Nie chcę. Widzę, że się męczysz. Chcę pomóc.
– Zastanowię się jeszcze – uciął, dobrze wiedząc, że nie mógł się na to zgodzić bez przemyślenia wszystkiego. – Dzięki – mruknął, choć nie było to szczere. Jakoś nie potrafił uwierzyć w jego dobre intencje.

***


Od samego rana padało. Chmury zebrały się na niebie i nic nie wskazywało na to, żeby pogoda miała się polepszyć, bo ani jeden promyk słońca nie mógł się przez nie przebić. Na ziemię za to spadał rzęsisty deszcz, ale nic na zewnątrz nie zwiastowało zbliżającej się zimy. Jesień chyba postanowiła zadomowić się dłużej, bo od kilku dni albo lało jak z cebra, albo wiał niemiłosiernie zimny wiatr. To jednak najwidoczniej nie przeszkadzało Aleksowi wpatrywać się w widok za oknem z szerokim uśmiechem. Jego dobrego humoru, który trzymał go już od godziny ósmej (kto by pomyślał, że Białecki obudzi się o tej nienormalnej porze bez budzika!), nie zepsuła ani szarość za oknem, ani pozginane pod naporem wiatru łyse drzewa, ani nawet fala parasoli na ulicach. A, trzeba dodać, Aleksander nienawidził takiej pogody, zawsze uważał, że jesień wysysa z ludzi energię życiową.
Tym razem było inaczej i wcale nie wpływał na to fakt, że Jasiek załatwił ich zespołowi koncert w jednym z klubów. Energia rozsadzała Białeckiego od środka, właśnie dlatego we wczesne popołudnie sączył ze swojego ulubionego, nieco obszczerbionego po boku zielonego kubka w fioletowe słonie, herbatę zamiast kawy. Kawa w jego podekscytowanym stanie mogłaby być śmiertelnie niebezpieczna, a przynajmniej tak stwierdził Aleks.
Na porannej próbie szło mu nad wyraz dobrze, nawet nie czepiał się o nic Jaśka, a Jasiek siedział ze swoimi durnymi uwagami cicho. Mogłoby być lepiej? No oczywiście – wieczorem idzie z Maciejem na drinka, a to już za kilka godzin. Wstał, sięgnął po ziarenko dyni z woreczka i podał je siedzącemu na jego ramieniu Demonowi. Zwierz odebrał jedzenie jakby mechanicznie, po czym zaczął je skubać, a Aleks ruszył, dziwnie lekkim krokiem do salonu. Przeszedł nad wielką stertą rozwalonych ubrań, których nie dane mu było ułożyć, bo jakoś nie potrafił znaleźć na to czasu, mimo że spędził już godzinę na gapieniu się przez okno, doszedł do wersalki i posadził na niej Demona. Sam zabrał się za dobieranie ciuchów, a warto dodać, że nie miał zbyt różnorodnego wyboru. Jego ubrania dzieliły się na czarne i szare, więc szafa (albo podłoga, bo szafa pełniła jedynie funkcję dekoracyjną pokoju) prezentowała się dość monotonnie.

***


Wsunął dłoń w kieszeń kurtki, a drugą zacisnął na drewnianej rączce parasola. Uśmiechnął się, patrząc na długą, wąską uliczkę między odrestaurowanymi kamienicami. W każdym mieście jest takie miejsce, taka właśnie stara, urokliwa uliczka, na której kwitnie życie czy to przemysłowe (w końcu pełno tu różnej maści sklepów), czy to towarzyskie. Kawiarnie, puby, kluby… Ludzie kręcący się w tę i z powrotem, bez jednej konkretnej średniej wiekowej. I młodzi i starsi. Aleks zawsze uwielbiał ten specyficzny klimat, który tylko bardziej się rozniecał w okresie przedświątecznym, bo zawieszone nad brukowaną drogą świecące lampki dodawały wszystkiemu ciepła i tej specyficznej magii. I nawet on, stary, zatwardziały ateista, negujący wszystko co kościelne, wszystko co związane z jakimkolwiek bóstwem, temu ulegał. Rozświetlona nocna uliczka, której deszcz tylko dodawał więcej blasku, stawała się czymś czarodziejskim.
– Jesteś. – Usłyszał niski, bardzo przyjemny głos tuż przy swoim uchu. Czyjś gorący, a może nawet palący oddech owiał jego odsłoniętą skórę na karku. Czas dla Aleksa na chwilę stanął, serce załomotało mocniej w piersi, gdy się odwrócił i spojrzał Maciejowi w oczy.
– Cześć. No przyszedłem. – Był z siebie dumny, naprawdę bardzo dumny, bo nie zająknął się, ani nie zabrzmiał zbyt szczeniacko. Po prostu spotkanie koleżeńskie, mówił sobie w myślach, gdy Maciej prowadził go schodami do jednej z bardziej ekskluzywnych pijalni piwa, a on już wiedział, że zostawi tu całą swoją zawartość portfela. A, niestety, nie było jej zbyt wiele.
Znaleźli się w bardzo wąskim, ale urokliwym barze, z jedną ścianą całą przeszkloną, z której rozpościerał się widok na ulubioną uliczkę Białeckiego. W tle przygrywała bardzo przyjemna muzyka, ni to za głośna, ni za cicha, w sam raz do rozmów. Na drewnianych stołach paliły się świeczki, rozświetlając swoim blaskiem całe pomieszczenie, w którym panował półmrok. Jedynie bar, z młodą, śliczną barmanką, był mocno podświetlony.
Maciej poprowadził go do stolika tuż przy szybie. Wszystko wyglądało jak randka, myślał gorączkowo Aleksander, zdejmując z siebie skórzaną kurtkę, na którą dawno już było zbyt zimno. Przemoczony parasol oparł o ścianę, nie przejmując się, że powstaje pod nim kałuża. Nim usiadł, wygładził jeszcze czarną koszulę, którą zapomniał uprasować. Denerwował się.
– Wybierz coś, zamówię – powiedział Maciej i podsunął mu wąską, zalaminowaną kartę menu. Aleks spojrzał na listę piw i aż się przeraził. Poczuł się jak dziecko w sklepie z gadżetami dla dorosłych, kompletnie zdezorientowany i przerażony.
– Wezmę to co ty – odparł i uśmiechnął się lekko, postanawiając, że takie rozwiązanie będzie najlepsze.
– Ja zazwyczaj biorę St. Bernardus, to belgijski browar – wyjaśnił, a Aleks tylko pokiwał głową, bo nie miał pojęcia, co mógłby na to odpowiedzieć. Miał tylko nadzieję, że piwo wcale nie będzie takie wstrętne i że jakoś je przełknie. Aby poznać odpowiedź, nie czekał jednak długo i ostatecznie stwierdził, że trunek nie był taki zły.
– Dobre! – powiedział na wyrost i uśmiechnął się do Macieja, mając nadzieję, że wyszło bardziej kokieteryjnie niż zabawnie. Mężczyzna pokiwał głową.
– Mówiłem, piję tylko to co dobre – mruknął mało skromnie i uśmiechnął się szeroko, prezentując całe swoje idealne uzębienie. Aleks popatrzył na niego nieco maślanym wzrokiem, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. – I co u ciebie? – zapytał Maciej, ale zabrzmiał tak, jakby wcale się tym nie interesował. Białecki jednak w ogóle tego nie wyłapał, był zbyt podekscytowany ideą wieczoru – no bo przecież to musiała być randka, innej opcji nie widział, żadne tam koleżeńskie spotkanie!
– Dobrze, mieliśmy dzisiaj z zespołem próbę – pochwalił się. – I szło świetnie. A niedługo gramy koncert w takim klubie, Beczkarnia, kojarzysz może? – zapytał z nadzieją. Piwo pił dość szybko, prawie już kończył, w przeciwieństwie do Macieja, który wydawał się delektować cierpkim, gorzkim smakiem.
– Słyszałem – powiedział i tym razem Aleks dostrzegł już skrzywienie. No tak! Ależ był głupi, Maciej przecież pochodził z wyższej klasy. On nie chadzał do tak niszowych miejsc. Białecki poczuł się nagle jak jakiś błazen, Maciej pewnie nawet za takiego go już miał. Miał wrażenie, że jeszcze chwila, moment, a spali się na tym bardzo niewygodnym, drewnianym krześle.
– No. To tam gramy – powiedział, tracąc rezon. Maciej pokiwał głową, milczał przez chwilę aż nagle pochylił się do Aleksa i złapał go za dłoń.
– Podobasz mi się – rzucił, na co Aleksander aż otworzył szeroko oczy. Przełknął ślinę i uśmiechnął się dziwnie rozmarzenie.
– Ty mi też.
– Idziemy do mnie? – padło w końcu pytanie, a Białecki nawet nie pomyślał o tym, że rozmawiali góra pół godziny i już pojawiła się taka propozycja. Wszystko wydawało mu się normalne, a Maciej jeszcze przystojniejszy niż go zapamiętał. Kiwnął więc głową, czując kumulujące się w podbrzuszu podniecenie.

***


Było świetnie. Najlepiej – nigdy jeszcze nie przeżył tak silnego orgazmu i to dwukrotnego, myślał, idąc do domu na dziwnie miękkich nogach. Chciał zostać na noc u Macieja, ale ten mówił mu, że ma jeszcze sporo pracy, a Aleks wcale nie wziął tego za mało dyskretną wymówkę i próbę jak najszybszego spławienia go. W końcu był seks, Białecki wypiął mu się tak, jak Maciej sobie tego życzył, nie miał więc powodów, by trzymać go dłużej.
Ale Aleksander tego w ogóle nie widział, był zauroczony mężczyzną, jego głosem, ruchami i nieskazitelnym wyglądem. No i oczywiście też osiągnięciami Macieja: mieszkał w naprawdę pięknym, a przy okazji też zapewne bardzo drogim mieszkaniu, miał samochód prosto z salonu i zapewnioną przyszłość w firmie otwartej na zachodnie rynki. Czego chcieć więcej? Aleksandrowi to wystarczyło i nawet nie zastanawiał się nad sobą, gdzieś w głowie krążyła mu myśl, że zachowuje się jak nastolatek, a ma już przecież dwadzieścia cztery lata na karku, jednak skutecznie te głosy rozsądku ignorował.
Wszedł do swojego mieszkania z głupawym, rozmarzonym uśmiechem na ustach. Rzucił się na kanapę i wpatrzył zadowolony w pożółkły sufit. Już wiedział, że tej nocy długo nie będzie mógł zasnąć, a jego bolący tyłek wcale nie miał z tym nic wspólnego.