Połączeni 29
Dodane przez Aquarius dnia Czerwca 13 2015 15:45:37


Ciężko mu było znieść wzrok Yavetila na sobie. Mężczyzna patrzył na niego wyczekująco, a uniesione brwi i założone na nagiej piersi ramiona tylko potęgowały wrażenie, że Terrik nie opuści tego miejsca dopóki nie powie o sobie prawdy. Prawdy jakiej Yav w końcu zażądał, po całym dniu kochania się nad rzeką i w chatce. Zanim jednak zaczął mówić, wpierw porozglądał się po chacie, w której znajdowała się jedna izba dzielona na część kuchenną i sypialną. Znajdowali się w tej pierwszej części i chociaż Terrik miał ochotę usiąść na stołku, i dać ciału odpocząć, nie potrafił tego zrobić. Przechadzał się z kąta w kąt, czasami przystając i dopiero po długim milczeniu w końcu podjął temat:
– Miałem zaledwie szesnaście wiosen, kiedy spotkałem tego mężczyznę. Tego, który... Wiesz, że zainteresował mnie, ale nie miałem wielkiej nadziei, że coś z tego będzie. Po pierwsze był starszy, a po drugie rok wcześniej byłem ślepo zakochany w pewnym dwudziestolatku, ale on moich uczuć nie odwzajemniał. To było właściwie uczucie z mojej strony. Potem spotkałem Iatriela. Jemu się podobałem. Byłem w niego strasznie wpatrzony. Tak bardzo, że gdy on poprosił mnie o rękę zgodziłem się.
– Słucham? – Przerwał Galdor. Znał tę historię, ale jak teraz słyszał, nie całą. – Jak to zgodziłeś się i jak to poprosił? Byłeś dzieckiem, nie mogliście się zaręczyć, a tym bardziej pobrać.
– To był bardzo majętny pan. Za zgodą mego ojca i zgodą biskupa mogliśmy się pobrać. A jak wiesz dawny biskup był bardzo przekupnym człowiekiem.
– Ale król nie mógł na to pozwolić.
– Król Saeros, był przyjacielem mego ojca. I chciał dla mnie jak najlepiej. Iatriel obiecywał dać mi miłość i opiekę, a jak wiesz mój ojciec już był bardzo chory, umierał, więc uznali, że tak będzie lepiej. Moje zaślepienie nie pozwalało się sprzeciwić. Iatriel i ja pewnego dnia poszliśmy do króla i w obecności mego ojca on poprosił mnie o rękę. Zgodziłem się, a król na to przystał. Nie było tam rady, arystokratów, ale do księgi został wpisany mój status.
– I nie chciałeś mi powiedzieć, że byłeś zaręczony? Nie potrafiłeś wyznać, że nie pierwszy poprosiłem cię o rękę i nie pierwszy będę widniał w oficjalnej księdze jako twój przyszły małżonek? O to chodziło? Dlatego chciałeś uciec? To był twój głupi powód? – syknął Yavetil.
– Po części tak. Król odczytałby, że byłem zaręczony, wściekłbyś się, że nic ci nie powiedziałem, a po drugie było mi wstyd, że ktoś, komu zaufałem i kogo zgodziłem się poślubić zgwałcił mnie To nie był zwykły mężczyzna, tylko mój narzeczony. Wstyd mi, że byłem z kimś takim i wstyd mi, że to nie ty jesteś moim pierwszym mężczyzną jakiego chciałem i chcę poślubić. Boli mnie, że już nie będę w twoich oczach taki jaki byłem, bo pozwoliłem na tamten ślub. Zwyczajnie sprzedałem się, by nie zostać sam. Nie chciałem żebyś wiedział, gdyż moja głupota i strach przed samotnością, gdy stracę ojca zmieniły dużą część mego życia. Zaufałem nie temu komu trzeba i zapłaciłem jedną z najgorszych cen. Odebrano mi niewinność siłą i zrobił to ktoś, kto miał być moim mężem. – Terrik chciał, by Yavetil zrozumiał co on czuje. I nie patrzył na niego tak jak w tej chwili. Ze złością w oczach. – Nie chciałem, żebyś wiedział jaki byłem głupi i naiwny. Jak zaufałem...
– Przestań! Chodziło tylko o to? O to, że jak się dowiem, że jesteś tylko człowiekiem, to nie zaakceptuję ciebie, bo zawsze byłeś idealny? – Zbliżył się do niego.
– Nie, po prostu bałem się twojej reakcji. Wstydziłem siebie. Sprzedałem się jak ulicznica.
– I to miało zmienić moje zdanie o tobie? Miałeś szesnaście lat. Miałeś prawo się bać. Spotkałeś człowieka, który jak się wydawało był godny zaufania. Tymczasem prawie cię zabił. – Przyciągnął go do siebie i skrył w ramionach. – Nie wątp w to, że cię znam. Wiem jaki jesteś i kocham cię – szeptał mu do ucha.
– Wybacz, że wziąłeś moje zachowanie, jako okaz tego, że się ciebie wstydzę. – Objął rękoma plecy Yava. – Nigdy się ciebie nie wstydziłem i nie wstydzę. Bałem się z początku jak dwór będzie patrzył na nasz związek, ale nikt nie ma nic przeciw. Kocham cię i nie chcę nikogo innego.
– Mój, Terrik. – Uśmiechnął się w jego włosy.
– Jak dobrze być z tobą. – Czuł się przy tym mężczyźnie bezpieczny i kochany.
– Kiedy chcesz wracać do pałacu? – zapytał Yavetil nie wypuszczając go z ramion.
– Wolałbym na tę noc zostać tutaj o ile ci to nie przeszkadza.
– Mam wolne dni. Co powiesz na zrobienie czegoś do jedzenia, a potem oddaniu się wyłącznie przyjemnościom.
– Aż do jutra? Przez całą noc? – uniósł głowę z jego ramienia, by spojrzeć na twarz narzeczonego. Ten tylko kiwnął głową, a w oczach pojawił się znajomy błysk. – Jest jeszcze jedna rzecz, którą musimy wyjaśnić. – Wsunął rękę do kieszeni szaty i wyjął pierścień. – Będę się z tobą kochał, ale wolę to robić z narzeczonym. Przyjmiesz go ponownie?
A kiedy pierścień zajął swoje stałe miejsce na palcu Yavetila, mężczyźni zapomnieli o posiłku po raz kolejny, nigdy sobą nienasyceni, oddając się wyłącznie sobie i sycąc się płynącą z ich ciał rozkoszą.

***


Naela ponownie została uściskana przez królową matkę, która okazywała zachwyt swej brzemiennej córce. Księżniczka i Dante uznali, że już najwyższy czas powiedzieć swym bliskim o przyszłym potomstwie.
– Wspaniale córeczko. Wielkie gratulacje. Dante, Naelo jestem z was dumna – powiedziała królowa ocierając dyskretnie łzę.
Riven i Aranel, ten drugi stojący w objęciach męża, czekali na swoją kolej, by złożyć gratulacje Naeli. Chociaż Riven miał teraz głowę zaprzątniętą czymś innym i koniecznie musiał porozmawiać o tym ze swym ojcem. Tak nie może być, żeby porywano dzieci i wykorzystywano je w tak różny sposób, a każdy z nich był straszniejszy. To psuło psychikę dzieci i nie miało to znaczenia w jakim byli wieku. Oni powinni żyć przy boku bliskich, bawić się, pobierać nauki o ile mieli taką możliwość, a nie pracować czy oddawać się choremu człowiekowi. Człowiekowi, którego już nienawidził. I gdyby tylko nie chciał zostawiać Aranela już byłby w Lare wymierzając sprawiedliwość. Tym razem, jednak zostawi wszystko ojcu i jego żołnierzom, a on sam zajmie się mężem, a także sprawdzi tę dzielnicę, o której opowiadał Delreth. Nie wierzył, że tamto miejsce jest pozbawione bezprawia. Jakim cudem, skoro ludzie, którzy są odpowiedzialni za tamten rejon miasta, mieli dość złota i lejtów, aby wszystkiego pilnować? I czemu ludzie stamtąd nic nie robili? Cóż bandytom dobrze, robią co chcą, a zwyczajni obywatele nie raz się boją, będąc zastraszanym, i wolą milczeć niż się skarżyć królowi lub już przyjmują, że tak ma być. On nigdy się niczym nie interesował, ale teraz dostrzegał jak wielki robił błąd. Ślub z Aranelem sprawił, że stał się odpowiedzialnym człowiekiem i takim będzie księciem.
Pogrążony w rozmyślaniach nawet nie zauważył, kiedy przyszła ich kolej na uściskanie Naeli i pogratulowanie Dantemu, że z nią wytrzymuje, tym bardziej teraz.
Aranel czuł się częścią tej rodziny, pomimo że ostatnio szczególnie myślał o swoim ojcu. Nie akceptował, że dopiero w rok po ślubie może pojechać do miejsca, gdzie się urodził i wychował. Robiono tak, aby ten kto zamieszkał w obcym miejscu i wbrew swej woli, przyzwyczaił się do nowego życia, a powroty do domu rodzinnego wzmacniały by tęsknotę i ból wyjazdu. Nie chciał tego. Pragnął pojechać do Risran. Wspaniałego Risran. Pozwolił sobie na smutek dopiero jak Naela go wyściskała i mógł z mężem wrócić do ich komnaty.
– Aranelu co się stało? – Przygnębienie na twarzy ukochanego natychmiast rzuciło się w oczy Rivena. Wziął go za rękę i zaprowadził na szezlong, na którym usiadł, a Aranela usadził pomiędzy swoimi nogami i oparł o siebie plecami. Objął go przy tym w pasie przytulając twarz do głowy partnera. – Nie udawaj, że wszystko jest w porządku.
– Nie chcę udawać. – Położył dłonie na jego rękach i gładził je kciukiem. – Zastanawiam się co u mego ojca. Jak byliśmy tak wszyscy razem przy kolacji, to zacząłem myśleć, że dobrze mi tutaj, ale...
– Ale mimo wszystko tęsknisz za nim, za pałacem.
– I Risran. Chociaż przebywałem tylko w pałacu i ogrodach. Co do ojca jest mi obcym człowiekiem, lecz chciałbym zadać mu wiele pytań wśród których jest jedno.
– Czemu cię nie kocha? – Nie uzyskał odpowiedzi na pytanie, ale wiedział, że trafił z tym w sedno. Aranel spiął się. – Możemy tam wyruszyć.
– A co z tym, że dopiero po roku mogę tam pojechać?
– To dekret, który można podważyć. To tylko punkt w umowie. Nie jest prawnie narzucony. Potrzebować będziemy jakiegoś miesiąca, na uchylenie dekretu i możemy wyruszyć do Risran.
Gdyby Aranel mógł widzieć, zapewne wbił by teraz szczęśliwy wzrok w niego, ale nie mógł i tylko odwrócił się bokiem do Rivena i wtulił twarz w jego ciało. Saeros dokładnie wiedział co to oznacza, już zdążył poznać męża. Jeszcze wiele przed nimi, ale potrafił rozróżniać jego nastrój i pragnienia, nie tylko te życiowe. Na razie jednak odrzucił na bok pragnienia dotyczące bliskości cielesnej wiedząc, że dziś w nocy Aranel będzie potrzebował innej czułości. Był nawet zły na siebie, że nie brał pod uwagę tego, iż partner zatęskni za Risran.
Dobrze mu było w jego ramionach, bardzo dobrze. Był szczęśliwy, że tak dużo się zmieniło i to na dobre. Z Rivenem u boku, a zawsze chciał go już przy sobie mieć, nic nie wydawało się straszne.

***


Oderwał się od ciepłego ciała, przewrócił na drugi bok wpadając w kolejne ramiona. Usta mimowolnie się uśmiechnęły. Wszędzie wokół było mu ciepło i rozkosznie. Otworzył oczy, ale w ciemności nic nie mógł zobaczyć. Wiedział jedynie, że teraz jest skierowany twarzą do swego partnera, a za plecami ma Leteno. Poczuł, że chce mu się pić i jakoś musiał wydostać się z łoża. Uniósł się trochę, czując jak ma obolałe mięśnie i nie tylko. Siłą rzeczy przypomniał sobie co we trójkę zrobili i zakłopotany, tym bardziej, że ten cały błogostan minął, chciał pobyć chwilę sam. Przekroczył Asmanda i zsunął jedną nogę, a potem drugą na podłogę. Po ciemku odnalazł jakieś ubranie, czym była koszula Asmanda, co stwierdził będąc już w kuchni i zapalając lampę naftową. Koszula sięgała mu do połowy ud i pachniała jego kochankiem. Jednym z jego kochanków.
O bogowie. Ja i Leto. I to co czuję. Kocham go. Czyżbym kochał go w taki sposób jak on mnie? Ale jak to możliwe? To mój brat.
Myślał nalewając sobie do glinianego kubka wody z dzbana.
Mój brat, a ja mu się oddałem i chciałem tego. Nie dlatego że, byłem zaślepiony pożądaniem. Ja go naprawdę chciałem. To niemożliwe, to jest złe, ale...
Potarł dłonią czoło, a po chwili napił się.
– Za dużo myślisz.
Erki odwrócił się gwałtownie, omal nie wylewając na siebie wody.
– Leto, błagam, nie strasz mnie tak w środku nocy. – Przesunął wzrokiem po ciele chłopaka odzianym tylko w prześcieradło. – Zabrałeś to z łoża? – Wskazał palcem na niecodzienne ubranie.
– Nie. Z półki, nie mogłem znaleźć spodni, a nie chcę chodzić nagi na wszelki wypadek, gdyby Kal się zbudził.
– Dla mnie mógłbyś i nagi chodzić. – Zasłonił dłonią usta przestraszony tym co one wypowiedziały.
– Erki, dla ciebie mógłbym wiele. Wracaj do sypialni, a tam to zrzucę.
Sama myśl, że znów zobaczy go nago, nie pomogła w uspokojeniu swego ciała. Miał to być tylko jeden jedyny raz, lecz czy chciał na tym poprzestać?
– Znów to roztrząsasz. – Nie okazywał tego, ale się bał reakcji Erkirana na to wszystko. Niemniej jednak jego strach się zmniejszył, widząc jak Erki na niego patrzy i co mówi.
– Nie... Nie patrz tak. Może trochę wgłębiam się... Dobrze, przeżywam nikły szok, ale nie taki, którego się spodziewałem. Raczej jestem zaskoczony swą reakcją i uczuciami. Leto, od zawsze cię kochałem i potrzebowałem. Jesteś mi najbliższą osobą na świecie. – Odstawił kubek i podszedł do brata, który wyglądał na niepewnego. – Przepraszam, że kiedy wyznałeś mi swoje, dodatkowe, uczucia, ja... – Wyciągnął rękę i odsunął mu opadającą grzywkę z czoła.
– Sam czułem do siebie to, co ty powiedziałeś. To nie jest normalne. – Posmutniał.
– Nikt nie musi o tym wiedzieć, że nasza miłość jest inna. – Przemieścił dłoń na jego kark i zagryzł dolną wargę.
– Czy to znaczy, że chcesz... – Nadzieja urosła w potężną falę radości i miłości, i ponownie bał się, że z następnym słowem spadnie w dół, ale musiał zapytać. – Chcesz byśmy byli razem?
– Razem z Asmandem.
– Nie ma mowy, że bez niego. Świetnie całuje i nie tylko to. – Teraz to zakłopotany Leteno zagryzł wargę.
– Co jeszcze dobrego robię?
Drgnęli i spojrzeli w stronę skąd doszedł głos ich, tak ich, kochanka. Asmand stał oparty o futrynę drzwi z rękoma na piersi i patrzył z czułością na nich. Przyjemnie było ich widzieć razem. Nie odpowiedzieli mu tylko uśmiechnęli się w taki sposób, że poczuł jak jego penis drgnął w spodniach.
– Wracajcie do łoża.
– Nie chce nam się spać – powiedział Erkiran zadziornie, nadal głaszcząc brata po szyi.
– To ja mam dobry sposób na sen. – Wskazał ręką w stronę sieni.
– Nie powiesz co to za sposób? – zapytał Leteno prawie mrucząc z powodu dotyku Erkirana.
– Zrobię to co nazwałeś „nie tylko to”. – Wolnym krokiem As podszedł do nich i obu złapał za ręce, by zaprowadzić ich do sypialni, a tam pokazać, jak bardzo ich pragnie. Owszem, poszli za nim, jak mogli odmówić takiej prośbie? Erki tylko zawrócił, by zagasić świecę i pomieszczenie kuchenne pogrążyło się w mroku.

***


Tawerna wciąż wywoływała w Asmandzie chęć ucieczki, ale nie miał wyboru. Powrót tutaj wiązał się z tym co obiecał Leto. Powrót myślami do tego młodzieńca, z którym on i Erkiran od przeszło trzech tygodni są razem, sprawiła, że w serce mężczyzny wpłynęło kolejny raz ciepło. Spodziewał się, że będzie o wiele dłużej trwało przekonywanie Erkirana do tego, by byli w trójkę ze sobą, a tu, ten jeden pocałunek Leteno zmienił wszystko.
Usiadł za wielkim stołem, mając na sobie swój płaszcz z kapturem, który zasłaniał mu twarz jak w dniach, kiedy był zupełnie inną osobą, chcącą zabić Aranela, tylko pobrudził go trochę, aby wyglądał na zniszczony. Obserwował dokładnie całą salę i przysłuchiwał się rozmowom. Wiedział na kogo miał zwracać szczególną uwagę. Stolik przy którym grano za leity pozostawał nadal pusty. Lecz z tego co Leteno mu opowiadał, mężczyźni zbierali się o późniejszym czasie. Przesuwając wzrokiem po ludziach tak różnych z wyglądu i charakteru, że miał wrażenie, jakby w tym miejscu zbierała się cała dzielnica, natrafił na wchodzącego do gospody swego tymczasowego wspólnika. Mężczyzna ubrany w stare odzienie od razu go rozpoznał. Pewnym krokiem podszedł do niego i usiadł na drugiej ławie.
– Mam nadzieję, że nie spóźniłem się zbytnio.
– Sam dopiero się tu pojawiłem, Yav. Naszych obiektów jeszcze nie ma.
– Poczekamy, bracie.
– Co szanownym panom podać? – Do ich stolika podeszła kuso ubrana dziewczyna.
– Wody dla nas obu – rzekł Yavetil.
– Są panowie tutaj nowi? – zapytała zaciekawiona.
– Jak najbardziej nowi. – Asmand wiedział, że w tym stroju nikt go nie rozpozna, ale gdyby zrzucił kaptur niektórzy mogliby przypomnieć go sobie, kiedy był tu z Erkim po Leteno. Sam Galdor wyglądał inaczej. Stare łachmany, włosy tak upięte, że wyglądały jakby były o wiele krótsze i zdjęte kolczyki, nie wskazywały na zajmowane stanowisko. Do tego narysowane dwie szramy na policzku, co było zasługą Erkiego, odmieniło całą jego postać. A to, że są tutaj razem zmieniło jedno spotkanie. Kiedy mężczyzna wrócił z narzeczonym do pałacu, nie minęły dwa wschody słońca, jak zjawił się w jego domu i powiedział, że książę się z nim spotkał i opowiedział mu o sytuacji z rodzicami Erkirana oraz tej dzielnicy. Żołnierz, poniekąd wysłany przez Rivena, a poniekąd przez samego siebie, zaproponował mu pomoc w odnalezieniu osób, które jak podejrzewał Dante, gdyż także był na rozmowie z Saerosem, zabili nie tylko Tirette i Linela Ladrimów. W taki sposób znaleźli się w tym miejscu dokładnie wiedząc co robić.
– Panowie, ta dzielnica schodzi coraz bardziej na psy, nie radziłabym długo pozostawać – rzekła dziewczyna.
– Droga pani, interesy nas tutaj trzymają – powiedział Yavetil. – Poprosimy o wodę. – I tak nie zamierzali tutaj nic pić, ale nie mogli siedzieć przy pustym stole.
– Twój narzeczony wypuścił cię tutaj samego? – zapytał Delreth, kiedy zostali sami. Od ich pierwszego spotkania w domu, widzieli się już wiele razy i nawiązała się pomiędzy nimi nić przyjaźni, zapoczątkowana w czasie podróży do Noir. Wydawało mu się to śmieszne, on morderca przyjaźni się z kimś kto mógłby go wtrącić do lochu. Wiedział, że hrabia nie ma za wielkiej ochoty wypuszczać narzeczonego ze swego łoża i ramion. Zwłaszcza odkąd byli oficjalnie zaręczeni.
Yavetil uśmiechnął się tylko, od razu powracając wspomnieniami do jednego z najwspanialszych dni w swoim życiu.

Zaraz następnego dnia, po powrocie z chatki, poprosili o audiencję władcę krainy Lorin, żeby na oczach zebranych Yavetil mógł poprosić kogoś, kto w pewien sposób stał się ojcem dla Terrika, o rękę ukochanego. Na audiencji była obecna cała królewska rodzina wraz z ważnymi arystokratami będącymi w królewskiej radzie.
Yavetil, ubrany w swój wyjściowy strój ozdobiony złotymi ornamentami jasno określającymi pełnioną funkcję i u jakiego władcy służył, uklęknął przed królem:
– Wasza królewska mość, jestem tylko nic nieznaczącym dowódcą twoich wojsk, nie zasługuję na to o co proszę, ale proszę z całego serca, które umiera bez mężczyzny swego życia, o zgodę na poślubienie hrabiego Terrika Melissi.
– Chłopcze – odezwał się król – to nie przede mną powinieneś klękać, tylko przed swym wybrankiem i jego pytać o zgodę.
– Już to zrobiłem, panie. – Podniósł głowę i spojrzał prosto w przyjazne oczy króla. – Zgodził się, ale teraz obaj potrzebujemy zgody naszego króla, wedle starych praw. Chcę, aby wszystko było tak jak należy i, żeby mój ukochany dostał to co jemu się należy.
– Terriku, podejdź tutaj. – Król wyciągnął rękę i wskazał miejsce, do którego mężczyzna miał podejść.
Terrik zrobił to na drżących nogach wzruszony działaniami narzeczonego. Naprawdę mogli wziąć zwyczajny ślub, bez zgody króla. Chociaż zawsze o tym marzył. O oficjalnych zaręczynach z kimś kogo naprawdę kochał. Tylko gdyby jego ojciec i matka żyli, Yav klęczałby teraz przed nimi, a potem oni poszliby do władcy.
– Wasza wysokość.
– Terriku, jesteś dla mnie jak syn. Miałeś niecałe siedemnaście wiosen, gdy odszedł od nas mój drogi przyjaciel, a twój ojciec i to ja wziąłem cię pod opiekę. Jak wiesz tamte czasy były trudne dla wszystkich. Czy chcesz poślubić Yavetila Galdora?
– Tak, panie, z całego serca tego pragnę. – Upadł na kolana przy narzeczonym.
– Czy dowódca Galdor wie o twojej przeszłości?
– Tak wie, że miałem już narzeczonego.
– W takim razie odczytanie tego nie będzie szokiem dla niego, a później sam wpiszę wasze nazwiska do księgi związków i już teraz udzielam wam zgody na ślub pod warunkiem, że nie nastąpi on za wiele lat.
– Obiecuję, panie, że z twoją zgodą i przychylnością postaram się, aby Terrik już mi nie uciekł – powiedział Yavetil i obecni w sali ludzie roześmiali się. Nawet Aranel siedzący przy boku męża i promieniejący szczęściem. Szczęściem, które i on czuje.


– Gdy podpisaliśmy dokument już widziałem, że nic nas nie rozdzieli, a za kilka tygodni zostaniemy związani na zawsze. – Nawet nie zwrócił uwagi, że nie tylko wspominał, ale w pewnym momencie zaczął opowiadać wszystko Asmandowi. – Nienawidzę wielu starych praw, książę Riven chce coś zmienić, ale akurat to, kiedy narzeczony prosi o rękę wybranka, samego króla, zawsze szanowałem. Co najdziwniejsze to właśnie ono nie musi być respektowane, a inne, które są upokarzające... – urwał, gdyż jego uwagę zwrócili mężczyźni rozpychający się pomiędzy klientami tawerny i kierujący się do stolika przy którym grali. Byli bardzo głośni i wyglądali jakby oni tu rządzili.
– To oni. Odczekamy, aż się napiją i na stole będzie stos leitów, a potem się przyłączymy, jak sądzisz szybko się zaprzyjaźnimy z tymi panami? – zapytał Delreth.
– Panie, Tasaru nie my się zaprzyjaźnimy, ale to tak. – Dotknął przypiętą do swego pasa pełną sakwę leitów. Na potrzeby misji zmienili swe nazwiska i albo dobrocią i przekupstwem dowiedzą się pełnej wersji wydarzeń sprzed roku, albo zrobią to dość brutalnie, ale najwyższy czas, by prawda dlaczego zabito Ladrimów wyszła na jaw. Wiedzieli, że nie stanie się to dzisiaj, ale najdalej za kilka księżyców wszystko będzie jasne.

***


Późnym wieczorem król wezwał Rivena do swego gabinetu z czego książę nie był rad, gdyż musiał zostawić męża, co do którego miał plany na tę noc, a Aranel był co do nich bardzo przychylny. Dlatego w nie najlepszym humorze wpadł do gabinetu ojca.
– Co jest tak ważnego, że przysyłasz służbę do mnie, kiedy kazałem nikomu nie wchodzić, ani nie przeszkadzać Aranelowi i mnie, jak jesteśmy w swoich komnatach i nikogo nie wzywamy.
– Sądziłem, że bardzo martwisz się sprawą pana Obalina z Lare i zechcesz wiedzieć, że mężczyzna nareszcie powrócił ze swej podróży i został aresztowany za handel dziećmi i nie tylko. – Król skrzywił się na samą myśl co im robiono. – Właśnie posłaniec przywiózł informację.
– Znaleziono dzieci? Jak on mógł to robić? Powiedział coś? – Nie potrafił ustać w miejscu.
– Dzieci znaleziono, trochę potrwa zanim odnajdą ich rodziców. Była ich dwudziestka z czego piątka, dwóch chłopców i trzy dziewczynki służyły w domu do... tych obrzydliwych rzeczy. Obelin to szaleniec. Tylko się śmieje i powtarza, że te dzieci same do niego przyszły lub rodzice ich oddali na służbę. Dlatego nikt się tym nie interesował.
– Niechby wpadł w moje ręce...
– Uspokój się. Czeka go kara. Sam go skarzę. Sądzę, że dożywotnie więzienie za to co robił, a przecież dowody mamy, będą większą karą niż śmierć. Obelin żyje w luksusach i srogą będzie dla niego karą śmierdzący loch w Ariży. Dlatego lepiej, że wolałeś zostać u boku męża niż jechać i zabić tego człowieka.
– Masz rację ojcze. Czasem śmierć bywa wybawieniem, więc niech ten człowiek żyje i cierpi tak bardzo jak ci, których porywał i niewolił. – Zadowolony z wiadomości wstał i skłonił głowę. – Pozwól, że wrócę do męża.
– Idź. Zawołałem cię tylko, gdyż wiedziałem, że czekasz na te wieści niecierpliwie synu. I pamiętaj, że jutro masz jechać na pastwiska. Trzeba będzie przed zimą sprowadzić stada na jarmark kupiecki i wybrać konie, które z nami zostaną. Jakkolwiek bym nie cenił twojej biurowej pracy, tak zawsze byłeś najlepszy w wyborze odpowiednich ogierów i klaczy na sprzedaż.
– Ojcze, dziękuję. – Myśl, że spędzi dwa dni i noc bez męża bolała, ale zew przestrzeni wzywał go uparcie od jakiegoś czasu i nie zaspokajały go długie przejażdżki konne, nawet jak przy boku miał Aranela.
Teraz jednak powrócił do czekającego męża, by spełnić swą obietnicę kochania się z nim do rana.

***


Mężczyźni opuścili tawernę później nocy. Tak jak się domyślali, niczego się nie dowiedzieli, ale zostali przyjęci do gry. Wszak wielu oczy się błyszczą na widok takiej ilości leitów, które mogą wygrać.
– Ten Slotan wie dużo. Podejrzewam nawet, że to oni zabili rodziców twego partnera.
– Też tak sądzę. Z tego co mówił Leteno ten mały, pyskaty człowieczek jest szefem i tak też wynika z obserwacji. Gdybyśmy Slotana wzięli na stronę i zmusili do rozmowy, nie ważne w jaki sposób, powie nam wszystko. A przekupny jest skoro sam z siebie zaproponował informację, gdy przysiadł się do Leteno.
Szli krótszą drogą, która prowadziła obok byłego domu Erkirana i Asmand nagle zatrzymał się, łapiąc Yavetila za rękaw.
– Co jest? – Galdor przystanął.
– Tutaj mieszkało rodzeństwo Ladrima. Ktoś się kręci koło ich domu.
– Może ogląda, bo chciałby tu zamieszkać, dziwię się. Gdy zakończymy obecne zadanie, wyślę tu straż. Już wiemy, że ci odpowiedzialni za dzielnicę nie zajmowali się nią, tak bardzo jak sobą i swymi rodzinami. Nie straż królewska, ale straż miastowa powinna mieć pod opieką...
– Yav, zostań tutaj. Zapytam czego ten ktoś szuka – powiedział Asmand i ruszył krok za krokiem w stronę mężczyzny. Z każdą chwilą jak się do niego zbliżał widział, że ten ktoś jest ubrany elegancko. Co ktoś taki robi w miejscu, gdzie mogą go okraść?
– Co pan tu robi? – zapytał Asmand.
Człowiek natychmiast odwrócił się do niego sięgając po broń.
– Spokojnie, nie chcę walczyć, ale tutaj mieszkali bliscy mi ludzie i chcę wiedzieć dlaczego kręci się pan przy ich domu.
– Powiedziano mi, że tutaj mieszka mój syn. – Mężczyzna nadal trzymał rękę na nożu. Nie widział twarzy tego z kim rozmawia, a wielu już go tak zagadywało, aby potem napaść.
– Syn?
– Tak. Leteno, mój syn.