Niebo nad nami 1
Dodane przez Aquarius dnia Wrze秐ia 22 2012 14:25:29
Prolog

Pikanie aparatury wype艂nia艂o ca艂e pomieszczenie, ale on nie przejmowa艂 si臋 ju偶 tym d藕wi臋kiem. Ignorowa艂 go, a mo偶e ju偶 nawet nie s艂ysza艂. Za d艂ugo ju偶 tu siedzi.
Tydzie艅? Dwa? Musia艂 chwil臋 pomy艣le膰, straci艂 ju偶 rachub臋. Zbli偶a si臋 trzeci tydzie艅. Trzeci, a on ani na chwil臋 jej nie opuszcza. Ona 艣pi, zmo偶ona lekami przeciwb贸lowymi, czasem tylko si臋 budzi, patrzy na niego tymi swoimi zmatowia艂ymi oczami, kt贸re jeszcze p贸艂 roku temu mia艂y w sobie tyle blasku, a p贸藕niej je zamyka. M贸wi co艣 do niego, co艣 bardzo nieistotnego i zn贸w zasypia. Przychodzi te偶 lekarz, zapisuje co艣 na karcie, sprawdza, ona zn贸w si臋 budzi, bada j膮, mruczy pod nosem i odchodzi.
Ona umiera. Wiedzia艂 o tym. Z ka偶dym dniem jest bli偶ej 艣mierci, bo za p贸藕no tu trafi艂a. Radioterapia ju偶 nie u艣mierza b贸lu tak jak kiedy艣. Jest coraz gorzej. Prawie trzy tygodnie 艣pi, jest pod艂膮czona do aparatury i… i on wie, 偶e Carmen umiera.
Na pocz膮tku mia艂 nadziej臋 i to on ca艂y czas jej powtarza艂, 偶e wszystko b臋dzie dobrze. 呕e to jest dwudziesty pierwszy wiek, 偶e przy tak rozwini臋tej medycynie nie mo偶na nie pokona膰 raka kostnego. A p贸藕niej rzeczywisto艣膰 okaza艂a si臋 okrutna, szpiczak mnogi, choroba, o kt贸rej lekarze ma艂o co wiedz膮.
I to wszystko trwa艂o prawie p贸艂 roku. Ca艂a ta walka, kt贸ra w艂a艣ciwie od pocz膮tku by艂a skazana na pora偶k臋. Za p贸藕na diagnostyka, wszystko za p贸藕no.
- Dean? – Cichy szept obudzi艂 go z zamy艣lenia. Zamruga艂, by nast臋pnie przenie艣膰 wzrok na jej zmizernia艂膮 twarz. Na zapadni臋te policzki, szar膮, ziemist膮 cer臋 i na te oczy. Pe艂ne zm臋czenia i b贸lu. Gdzie podzia艂a si臋 tamta Carmen, kt贸r膮 pozna艂 dziesi臋膰 lat temu, z kt贸r膮 pi臋膰 lat temu zamieszka艂 i z kt贸r膮 cztery lata temu si臋 o偶eni艂? Gdzie podzia艂a si臋 pyzata Latynoska, o d艂ugich, pi臋knych w艂osach, okr膮g艂ych kszta艂tach i zwalaj膮cym z n贸g u艣miechu?
Umar艂a. Zosta艂a z偶arta… nie, to co艣 jeszcze j膮 je.
Chcia艂by mie膰 nadziej臋. T臋 g艂upi膮 nadziej臋, kt贸r膮 si臋 karmi艂 przez p贸艂 roku, a kt贸ra umar艂a tak szybko, jak robi艂a to Carmen. Nie zd膮偶yli nawet tak naprawd臋 by膰 ma艂偶e艅stwem. Tak naprawd臋 nie zd膮偶yli zrobi膰 nic. Nie kupili nawet psa, tak jak to robi wi臋kszo艣膰 m艂odych ma艂偶e艅stw. Zamierzali kupi膰, ale Carmen zacz臋艂a chorowa膰, na pocz膮tku chodzi艂a do lekarzy, kt贸rzy nie potrafili poda膰 prawid艂owej diagnozy. Dopiero p贸艂 roku temu trafi艂a do hematologa i dowiedzia艂a si臋, 偶e to szpiczak mnogi. I 偶e jest ju偶 p贸藕no. Lekarz nie m贸wi艂, 偶e za p贸藕no, po prostu – p贸藕no. I wierzyli razem, 偶e p贸藕no nie oznacza za p贸藕no, i on j膮 pociesza艂. I naprawd臋 wierzy艂, 偶e wszystko b臋dzie dobrze.
Ale dobrze nie by艂o. By艂o coraz gorzej, a偶 w ko艅cu zmuszony by艂 zostawi膰 prac臋. Zostawi膰 ca艂e swoje 偶ycie, by by膰 przy niej. By j膮 wspiera膰.
- Jestem tu. – By艂, ca艂y czas by艂.
- Mia艂am sen – powiedzia艂a cichym, ochryp艂ym g艂osem. Delikatnie pog艂aska艂 jej d艂o艅, boj膮c si臋, 偶e mo偶e sprawi膰 jej tym b贸l. U艣miechn臋艂a si臋, a w tym u艣miechu on odnalaz艂 cz膮stk臋 dawnej Carmen. Ale tylko cz膮stk臋. – By艂e艣 w nim, wiesz? I by艂e艣 szcz臋艣liwy.
- I co robi艂em? – zapyta艂, ale tylko dla podtrzymania rozmowy. Tylko dlatego, by cho膰 przez chwil臋 poczu膰, 偶e ona wci膮偶 z nim jest.
Kocha艂 j膮. Kocha艂 j膮 jak nikogo innego na tym 艣wiecie. By艂a ca艂ym jego 艣wiatem, by艂a dla niego wszystkim.
- Umr臋, Dean – powiedzia艂a, ignoruj膮c jego pytanie. Albo go nie dos艂ysza艂a. Albo bredzi艂a przez zbyt silne 艣rodki przeciwb贸lowe.
- Co ty wygadujesz? – By艂 twardym m臋偶czyzn膮, zawsze do wszystkiego podchodzi艂 z dystansem i ci臋偶ko by艂o doprowadzi膰 go do 艂ez. W艂a艣ciwie, to nie p艂aka艂 od 艣mierci matki, kt贸ra umar艂a gdy mia艂 trzyna艣cie lat. Ale teraz nie chcia艂 by膰 twardy albo mo偶e raczej nie by艂 w stanie, widz膮c, 偶e jego 艣wiat umiera.
- Wiesz o tym, prawda? 呕e umr臋. – Przesta艅. Prosz臋 ci臋, przesta艅…
- Nie ple膰 bzdur, za kilka tygodni wr贸cisz ze mn膮 do domu. A p贸藕niej wybierzemy si臋 na jakie艣 wakacje. I b臋dziemy mie膰 synka, tak jak chcia艂a艣. – U艣miechn臋艂a si臋 i wbi艂a wzrok w szpitalny sufit, po偶贸艂k艂y z zaciekami. A nast臋pnie w okno, malutkie i nieprzepuszczaj膮ce wiele 艣wiat艂a.
- Ale najpierw psa – powiedzia艂a.
- Najpierw psa – potwierdzi艂.
Chwila milczenia. D艂ugiego milczenia, a偶 przez chwil臋 pomy艣la艂, 偶e znowu zasn臋艂a, jednak w ko艅cu si臋 odezwa艂a.
- Pokochasz jeszcze kogo艣, prawda? U艂o偶ysz sobie 偶ycie, obiecaj.
- Nie gadaj g艂upot, wr贸cisz ze mn膮 do domu i b臋dziemy mie膰 psa – odpar艂 przez zaci艣ni臋te gard艂o. Nie potrafi艂 ju偶 sobie wmawia膰, 偶e wszystko b臋dzie dobrze, bo przecie偶 nie by艂o.
- Labradora?
- Labradora.
Za艣mia艂a si臋, a jej 艣miech przez chwil臋 brzmia艂 tak jak kiedy艣. Rado艣nie, beztrosko. A p贸藕niej si臋 skrzywi艂a. Pewnie co艣 zacz臋艂o j膮 bole膰. Pewnie leki przeciwb贸lowe powoli przestawa艂y dzia艂a膰. Pewnie za chwil臋 lekarz poda jej kolejn膮 dawk臋 i pewnie po nich zn贸w b臋dzie spa艂a ca艂y dzie艅.
Wyci膮gn膮艂 d艂o艅 i przesun膮艂 po jej rzadkich i matowych w艂osach, kt贸re by艂y skutkiem chemioterapii. Pami臋ta艂, jakie pi臋kne by艂y kiedy艣.
- Chyba jednak chc臋 Wodo艂aza.
- A nie Labradora?
- Chyba wol臋 takiego wielkiego, czarnego i puszystego. Pi臋kne maj膮 pyski.
- Zgadza si臋.
I zasn臋艂a. A p贸藕niej zn贸w si臋 obudzi艂a, wi艂a si臋 na tym 艂贸偶ku w spazmach b贸lu, a radioterapia tylko cz臋艣ciowo jej pomog艂a.
I p贸藕niej zn贸w spa艂a, zmo偶ona silnymi lekami. Spa艂a kolejne dwa dni, budz膮c si臋 tylko czasami. I umiera艂a w jego oczach, nawet lekarz to przyzna艂, cho膰 oczywi艣cie niedos艂ownie. By艂 lekarzem, a Dean ju偶 zd膮偶y艂 si臋 nauczy膰, 偶e lekarze nic nie m贸wi膮 dos艂ownie. Wykryli艣my szpiczaka mnogiego w trzecim stadium, ale medycyna potrafi czyni膰 cuda. I wierzyli w te cuda, a偶 do teraz. A偶 do tej cholernej nocy, w kt贸rej straci艂 wszystko.

Cz臋艣膰 pierwsza: Niebo nad Nowym Yorkiem
Rozdzia艂 pierwszy

Tykanie zegara. Denerwuj膮ce. Wdzieraj膮ce si臋 w my艣li i przeszywaj膮ce umys艂. Wype艂niaj膮ce ca艂e pomieszczenie. Tykanie. Niezno艣ne. B臋d膮ce jedynym odg艂osem w dwupokojowym mieszkaniu. Towarzysz膮ce mu przez ostatnie kilka dni. Przypominaj膮ce o tym, co zasz艂o trzy miesi膮ce temu.
I jeszcze co艣. Jeszcze jaki艣 d藕wi臋k m贸wi膮cy mu, 偶e wcale nie jest sam w tym ma艂ym kiedy艣, a tak wielkim i pustym teraz, dwupokojowym mieszkaniu. D藕wi臋k, kt贸rego nie s艂ysza艂 za 偶ycia Carmen, a o kt贸rym razem marzyli. Jednak na zrealizowanie tego marzenia zabrak艂o im czasu.
Ciche odg艂osy psich pazur贸w uderzaj膮cych o panele i post臋kiwanie. Dzieci臋ce, piskliwe. 呕a艂osne i s艂odkie. Rozlegaj膮ce si臋 tu偶 obok dwuosobowego 艂贸偶ka, na kt贸rym le偶a艂 Dean.
A p贸藕niej kolejny d藕wi臋k, tym razem ju偶 niezbyt przyjemny – d藕wi臋k darcia materia艂u, na kt贸ry m臋偶czyzna niemal od razu podni贸s艂 si臋 do siadu. Czarna, puszysta kuleczka spojrza艂a na niego zaciekawiona, z prze艣cierad艂em, a mo偶e raczej jego strz臋pkiem, w pysku.
Diabe艂. Istny diabe艂 z l艣ni膮cymi 艣lepiami, czarnym, zawsze mokrym noskiem i puszyst膮, szczeni臋c膮 sier艣ci膮. Pow贸d, dzi臋ki kt贸remu jeszcze nie zwariowa艂, bo ma艂y Diabe艂 zawsze wymy艣la艂 mu jakie艣 zaj臋cie. Tylko czasem, kiedy Diabe艂 akurat spa艂, a on le偶a艂 na dwuosobowym, niezwykle wielkim po jej 艣mierci 艂贸偶ku i rozmy艣la艂… wtedy wariowa艂. Bo wsz臋dzie otacza艂a go ona. Bo jej poduszka w br膮zowe misie dalej tu by艂a i dalej pachnia艂a ni膮. Bo na stoliku nocnym dalej sta艂o ich 艣lubne zdj臋cie. Bo ona, cho膰 jej nie by艂o, to dalej wype艂nia艂a to mieszkanie. Dalej by艂a w nim obecna.
Ale p贸藕niej budzi艂 si臋 Diabe艂 i zmienia艂 my艣lenie Deana o szczeniakach, jako o uroczych i s艂odkich maluszkach.
- I co, potworze? – powiedzia艂, wyci膮gaj膮c z pyska zwierz臋cia kawa艂ek prze艣cierad艂a. Pies wpatrzy艂 si臋 w niego i nie rusza艂 si臋 przez chwil臋. Ale Dean zd膮偶y艂 si臋 ju偶 przekona膰, 偶e Diabe艂 d艂ugo nie usiedzi w miejscu, wi臋c nie zdziwi艂 si臋, kiedy ten nagle poderwa艂 si臋 i zacz膮艂 biega膰 po pokoju. U艣miechn膮艂 si臋, widz膮c szczeniaka goni膮cego much臋, kt贸ra wlecia艂a do pomieszczenia przez uchylone okno, razem ze 艣mierdz膮cym Nowojorskim powietrzem.
Nie wiedzia艂, dlaczego kupi艂 Diab艂a. Dlaczego dwa tygodnie po 艣mierci Carmen znalaz艂 w Internecie stron臋 hodowli Wodo艂az贸w i zarezerwowa艂 ostatniego szczeniaka. P艂e膰 zwierz臋cia by艂a mu oboj臋tna, chcia艂 jedynie Wodo艂aza, tak jak Carmen.
Z pocz膮tku nawet nie lubi艂 Diab艂a. By艂 denerwuj膮cym, nadpobudliwym szczeniakiem. Zachowywa艂 si臋, a i dalej si臋 zachowuje, jak dziecko z syndromem ADHD. Dopiero noc膮, kiedy Diabe艂 si臋 uspokoi艂 i nie biega艂 po ca艂ym mieszkaniu jak szalony, i kiedy wy艂, a mo偶e raczej p艂aka艂, za rodzin膮 od kt贸rej zosta艂 odebrany, polubi艂 go. Nie, wcale nie by艂o mu 偶al szczeniaka. Przecie偶 ka偶dy szczeniak przez to przechodzi. Po prostu zrozumia艂, 偶e ten ma艂y g艂upek te偶 ma uczucia.
Westchn膮艂, rozgl膮daj膮c si臋 po pomieszczeniu zawalonym wszystkim co mo偶liwe. Tylko pod艂oga by艂a czysta ze wzgl臋du na Diab艂a, bo ten uwielbia艂 kra艣膰 ubrania. W og贸le uwielbia艂 kra艣膰 wszystko, co by艂o w zasi臋gu jego pyska.
Spojrza艂 na biurko, gdzie jeszcze trzy miesi膮ce temu sta艂 laptop Carmen i ramka ze zdj臋ciem. Ten laptop i ramka wci膮偶 gdzie艣 tam by艂y, przykryte papierami, ubraniami i naczyniami. Bo nie mia艂 ch臋ci sprz膮ta膰. Bo nie mia艂 dla kogo sprz膮ta膰.
Nast臋pnie skierowa艂 wzrok na szaf臋, w kt贸rej wci膮偶 wisia艂y jej rzeczy. Nie chcia艂 ich si臋 pozbywa膰. Nie chcia艂 pozbywa膰 si臋 Carmen.
A偶 w ko艅cu na 艂贸偶ko. Dwuosobowe. Puste. Bez niej.
- Zawsze by艂a egoistk膮 – powiedzia艂, a szczeniak niemal natychmiast si臋 zatrzyma艂. Usiad艂, zostawiaj膮c much臋 w spokoju i popatrzy艂 na niego. Przekrzywi艂 g艂ow臋 na bok, po czym ziewn膮艂 i zn贸w si臋 podni贸s艂. I pobieg艂 do przedpokoju, zostawiaj膮c Deana samego. Ale nie na d艂ugo, niestety, pomy艣la艂 m臋偶czyzna, gdy pies przybieg艂 do niego z papierem toaletowym w z臋bach, a za nim ci膮gn臋艂a si臋 rolka.
- Nienawidz臋 ci臋, ty zapchlony kundlu – niemal j臋kn膮艂 cierpi臋tniczo. Pies w odpowiedzi jedynie zamacha艂 ogonem.

***


Diabe艂 mia艂 bardzo piskliwy, a przy tym denerwuj膮cy, szczeni臋cy g艂os. Kiedy wi臋c szczeka艂, Dean mia艂 czasem ochot臋 czym艣 w niego rzuci膰. Raz nawet wycelowa艂 w niego poduszk膮, ale Diabe艂 zgrabnie jej unikn膮艂, co by艂o bardzo dziwne ze wzgl臋du na to, 偶e jego ruchy nie by艂y jeszcze skoordynowane. Wci膮偶 si臋 przewraca艂 i potyka艂, ale kiedy chodzi艂o o unikanie lec膮cych w jego stron臋 przedmiot贸w to by艂 mistrzem.
I Diabe艂 w tym momencie denerwowa艂 swojego pana swoim dra偶ni膮cym s艂uch g艂osem. Sta艂 pod drzwiami i zawodzi艂 gorzej od kota. To oznacza艂o tylko jedno, kto艣 sta艂 po drugiej stronie i za chwil臋 mia艂 wej艣膰.
- Zamknij si臋 – powiedzia艂, podchodz膮c do drzwi i je otwieraj膮c. Nie zdziwi艂 si臋, gdy zasta艂 za nimi ojca. Ojciec by艂 jedyn膮 osob膮, kt贸ra o nim nie zapomnia艂a. Jedyn膮, z kt贸r膮 utrzymywa艂 sta艂y kontakt.
- Cze艣膰 Diabe艂 – powiedzia艂 ojciec, kiedy tylko przekroczy艂 pr贸g. Diabe艂 zamacha艂 ogonem i od razu si臋 z nim przywita艂, jednak jego zainteresowanie go艣ciem nie trwa艂o d艂ugo. Poliza艂 d艂o艅 m臋偶czyzny i pobieg艂 gdzie艣. A gdzie to Dean wola艂 nie wiedzie膰, 偶eby znowu si臋 nie denerwowa膰. – Cze艣膰 – powiedzia艂 do syna.
Ojciec Deana by艂 wysokim, starszym m臋偶czyzn膮. Pod nosem, odk膮d Dean tylko pami臋ta艂, zawsze wdzi臋czy艂 mu si臋 w膮s. Wcze艣niej, jakie艣 dziesi臋膰 lat temu, by艂 jasnobr膮zowy, jednak teraz, z wiekiem, posiwia艂. Po dawnym, intensywnym, br膮zowym kolorze pozosta艂y jedynie nieliczne prze艣wity. By艂 r贸wnie偶 dobrze zbudowany, jak na m臋偶czyzn臋 w tym wieku. Mia艂 tylko delikatne 艣lady „mi臋艣nia piwnego” i og贸lnie m贸g艂 jeszcze uchodzi膰 za atrakcyjnego. A i Dean podejrzewa艂 nawet, 偶e kogo艣 ma. Niestety Ojciec nigdy mu tego kogo艣 nie przedstawi艂. Od 艣mierci mamy upiera艂 si臋, 偶e jest sam. Ale Dean nie naciska艂, bo nie mia艂 takiej potrzeby.
Ojciec rozejrza艂 si臋 po pomieszczeniu, a jego wzrok zatrzyma艂 si臋 na obgryzionej framudze. Westchn膮艂 ci臋偶ko, a p贸藕niej si臋 u艣miechn膮艂.
- Diabe艂 zdobi ci mieszkanie – powiedzia艂, kiedy 艣ci膮ga艂 buty. Dean dopiero teraz zauwa偶y艂 dwa worki w jego d艂oni, kt贸re szybko od niego odebra艂. Lepiej by艂o nic nie stawia膰 na pod艂odze w pobli偶u Diab艂a.
- Codziennie co艣 nowego. – Ruszy艂 do kuchni, ale zatrzyma艂 si臋 w jej progu, bo uderzy艂 go nieprzyjemny zapach starych, brudnych naczy艅. Co si臋 dziwi膰, skoro ca艂y zlew by艂 nimi zawalony? I sta艂y tak cztery, no mo偶e pi臋膰 dni, a ich kupka wcale nie mala艂a. Z ka偶dym dniem ros艂a, a w szafach zosta艂y mu tylko nieliczne egzemplarze naczy艅. Ju偶 nawet sztu膰c贸w nie mia艂. Ale czy to sk艂ania艂o go do sprz膮tania? Oczywi艣cie, 偶e nie.
Skrzywi艂 si臋 jedynie i ruszy艂 w stron臋 okna. Uchyli艂 je, 偶eby smr贸d naczy艅 zamieni膰 na smr贸d Nowojorskiego powietrza pe艂nego dymu i spalin. Rozejrza艂 si臋 jeszcze po kuchni, zastanawiaj膮c si臋, gdzie m贸g艂by po艂o偶y膰 zakupy. St贸艂 nie wchodzi艂 w gr臋, gdy偶 znajdowa艂a si臋 na nim spora g贸ra r贸偶nego rodzaju papier贸w, w tym ksi膮偶ek, naczy艅, a i nawet mo偶na by艂o znale藕膰 tam ubrania. Szczyt tej wie偶y zdobi艂 laptop. To cud, 偶e jeszcze nie spad艂 i nie roztrzaska艂 si臋 o kremowe kafelki.
Nie zastanawiaj膮c si臋 ju偶 d艂u偶ej, odsun膮艂 krzes艂o, przez kt贸rego oparcie przewieszona by艂a jego kurtka, bluza i spodnie, i po艂o偶y艂 zakupy na jego siedzeniu.
- Cholera jasna. – Us艂ysza艂 za plecami. – Kurwa ma膰, Dean! – Ojciec, mimo bardzo powa偶nego i nieco biznesowego wygl膮du, gdy偶 lubi艂 chodzi膰 w garniturach, cz臋sto u偶ywa艂 przekle艅stw. By艂 te偶 typem choleryka, o czym Dean przekona艂 si臋 ju偶 nie raz. – Nie by艂o mnie pi臋膰 dni, rozumiesz? Pi臋膰. Pi臋膰 dni temu ci tu wszystko posprz膮ta艂em, a ty przez pi臋膰 dni potrafisz tak napaskudzi膰… - By艂 te偶 pedantem. Strasznym pedantem, w kt贸rego mieszkaniu nie znalaz艂o si臋 ani grama kurzu. Jak jego mama mog艂a 偶y膰 z takim facetem? Nie wiedzia艂. Jednak jedno by艂o pewne, nie mia艂 gen贸w ojca, no chyba, 偶e chodzi o wygl膮d. Ale pod ka偶dym innym aspektem si臋 r贸偶nili.
- Nikt nie ka偶e ci sprz膮ta膰. – Wzruszy艂 ramionami.
- Niewdzi臋cznik – powiedzia艂 pod nosem, kiedy 艣ci膮ga艂 szar膮 marynark臋. Powiesi艂 j膮 na oparciu krzes艂a, na kt贸rym wisia艂y ju偶 ubrania Deana.
- Zawsze ci dzi臋kuj臋, kiedy posprz膮tasz, ale sprz膮tanie tu nie jest konieczne. A i podwi艅 r臋kawy, bo znajduj膮 si臋 w zasi臋gu nosa Diab艂a. – Ojciec zarzuci艂 r臋kawy marynarki na oparcie krzes艂a.
- Swoj膮 drog膮, adekwatne imi臋. – I zabra艂 si臋 do zmywania.
- M贸wi艂e艣 ju偶.
- Podobno pies identyfikuje si臋 z imieniem. – Pierwszy talerz zosta艂 umyty. Dean zajrza艂 do work贸w, kt贸re przyni贸s艂 ojciec. Pieczywo, mi臋so i mro偶onki, czyli zestaw, kt贸ry ma pom贸c Deanowi prze偶y膰 jeszcze kilka dni.
- Wiesz, 偶e nie lubi臋 serk贸w topionych – mrukn膮艂, rozpakowuj膮c powoli zakupy.
- Zapomnia艂em.
- Tato? – powiedzia艂, kiedy otwiera艂 lod贸wk臋.
- Tak?
- Dzi臋ki – powiedzia艂 z g艂ow膮 w lod贸wce.

***


Diabe艂 spa艂, a to oznacza艂o chwil臋 spokoju. A chwila spokoju w przypadku Deana oznacza艂a r贸wnie偶 nat艂ok my艣li. Snucie si臋 po mieszkaniu w celu znalezienia zaj臋cia i natrafianie na jej rzeczy, kt贸re by艂y wsz臋dzie. W 艂azience kosmetyki, w kuchni fartuch, w przedpokoju na wieszaku kurtka, a w sypialni jej poduszka. Jej ubrania. Jej laptop. Jej krem do r膮k w szufladzie szafki nocnej. Jej okulary do czytania na szafce nocnej. A偶 w ko艅cu ich zdj臋cia.
Ale to przesz艂o艣膰. Wszystko to tylko marne wspomnienia.
I tak snu艂 si臋 po tym mieszkaniu. I wariowa艂 bez Diab艂a, kt贸ry spa艂 w najlepsze. Musia艂 co艣 ze sob膮 zrobi膰, czym艣 si臋 zaj膮膰.
Nigdy nie by艂 samotny, a teraz w艂a艣nie tak si臋 czu艂. Pomimo ojca i Diab艂a. Po pierwszego wystarczy艂oby jedynie zadzwoni膰, a tego drugiego obudzi膰, ale nie chcia艂 prosi膰 o pomoc. Ani ojca, ani Diab艂a, nawet je偶eli Diabe艂 by艂 tylko g艂upim szczeniakiem.
Nie mia艂 pracy, wi臋c nie mia艂 te偶 zaj臋cia. Nie mia艂 nic, a 偶y艂 z zaoszcz臋dzonych kiedy艣 pieni臋dzy. Razem z Carmen zbierali na wakacje. Carmen wymarzy艂a sobie Floryd臋, a on Hawaje i nie mogli doj艣膰 do porozumienia, wi臋c zbierali na jedno i na drugie. Ale teraz te pieni膮dze nie by艂y potrzebne. Troch臋 z nich wyda艂 na Wodo艂aza, bo to pies rodowodowy. Wodo艂az czystej krwi, a Carmen zawsze chcia艂a mie膰 rodowodowego psa. Kupi艂 wi臋c tego Wodo艂aza, kt贸ry okaza艂 si臋 by膰 szatanem, ale ju偶 nie dla niej. Bo ona nie mog艂a zobaczy膰 Diab艂a i stwierdzi膰, 偶e ten szczeniak jest najgorszym szczeniakiem jakiego ma okazje pozna膰. 呕e Diabe艂 to z艂o pod postaci膮 pieska, 偶e jest denerwuj膮cy i irytuj膮cy. Ale 偶e da si臋 go te偶 pokocha膰 za bycie tak okropnym szczeniakiem.
W艂膮czy艂 laptopa, bo nie mia艂 ju偶 偶adnych pomys艂贸w na znalezienie dla siebie zaj臋cia. Zacz膮艂 przegl膮da膰 strony. Byle jakie. G艂upie, kt贸re w zamiarze tw贸rc贸w mia艂y by膰 艣mieszne, ale wysz艂y 偶a艂o艣nie. A偶 w ko艅cu, tak od strony do strony, przez przypadek, nie szuka艂 przecie偶 pracy, natrafi艂 na og艂oszenie. Mia艂 pieni膮dze na prze偶ycie kilku miesi臋cy, wi臋c praca nie by艂a mu potrzebna. Nawet nie zastanawia艂by si臋 nad t膮 ofert膮, ale co mia艂 robi膰, jak nie pracowa膰? Dalej snu膰 si臋 po mieszkaniu i czeka膰, a偶 Diabe艂 si臋 obudzi?
Napisa艂 maila z CV na podany w og艂oszeniu adres. Niech dzieje si臋 co chce.
Dwa dni p贸藕niej dosta艂 odpowied藕. Rozmowa kwalifikacyjna we wtorek, biurowiec, GE Building na ulicy Czterdziestej dziewi膮tej, pi臋tro szesnaste.

***


Nowy York jest miastem, kt贸re nigdy nie zasypia. Nie ma dla niego takiej pory dnia, 偶eby na jego g艂贸wniejszych ulicach panowa艂 spok贸j. Bo spok贸j tutaj nigdy nie panuje. Zawsze spotyka si臋 ludzi, kt贸rzy si臋 gdzie艣 spiesz膮, kt贸rzy s膮 dla siebie jak duchy, widma. Nie zauwa偶aj膮 siebie, a jednak tworz膮 pewn膮 ca艂o艣膰. Tworz膮 Nowy York. To samo tyczy si臋 r贸wnie偶 samochod贸w. Jeden nic nie znaczy, jest niczym, zwyk艂ym samochodem, ale wi臋cej takich pojedynczych samochod贸w potrafi stworzy膰 co艣, na co przeklina ka偶dy kierowca. Korek.
Tak, korki by艂y przekle艅stwem Nowego Yorku. Nie da艂o przejecha膰 si臋 przez miasto bez postania w korku i Dean dobrze o tym wiedzia艂, dlatego te偶 zazwyczaj nie pcha艂 si臋 g艂贸wnymi ulicami… Ale maj膮c spotkanie w GE Building znajduj膮cym si臋 na Czterdziestej dziewi膮tej, czyli w centrum, nie da艂o si臋 omin膮膰 kork贸w. I faktycznie, korek go nie omin膮艂.
Uderza艂 nerwowo palcami o kierownic臋, spogl膮daj膮c co chwil臋 na zegarek znajduj膮cy si臋 na desce rozdzielczej. Cholera, kto by pomy艣la艂, 偶e b臋dzie tak d艂ugo sta艂 w korku? Nie by艂 g艂upi, przewidzia艂 to, dlatego te偶 wyjecha艂 z domu godzin臋 pr臋dzej. Bo czasem nawet i tyle mo偶na by艂o sobie posta膰. Takie ju偶 s膮 uroki Nowego Yorku.
Jest. Zielone. Szybciej, ty g艂upi taks贸wkarzu. Szybciej, to zd膮偶ysz jeszcze przejecha膰 na tym zielonym! I nie tylko ty. Sam by jeszcze zd膮偶y艂 przejecha膰. Ale g艂upi taks贸wkarz to g艂upi taks贸wkarz. Nie skorzysta艂 z okazji przejechania na zielonym, wi臋c Deana czeka艂a jeszcze chwila siedzenia w swoim Passacie i klni臋cia na g艂upiego taks贸wkarza siedz膮cego w samochodzie przed nim.
W ko艅cu jednak zapali艂o si臋 wymodlone przez m臋偶czyzn臋 zielone 艣wiat艂o. W ko艅cu ruszy艂 i zostawi艂 korek, w kt贸rym sp臋dzi艂 p贸艂 godziny, za sob膮. W ko艅cu te偶 uda艂o mu si臋 dojecha膰 na Czterdziest膮 dziewi膮t膮, by艂 nawet przed czasem. Dziesi臋膰 minut, ale to bardzo niewiele, bo jeszcze musi dotrze膰 do biura, a patrz膮c na GE Building, jaki pi臋trzy艂 si臋 tu偶 obok, mog艂a go czeka膰 d艂u偶sza chwila sp臋dzona w windzie.
Wyci膮gn膮艂 klucz ze stacyjki i odetchn膮艂. Po co to robi艂? Przecie偶 wcale nie zale偶a艂o mu na tej pracy, wi臋c dlaczego tak chcia艂 zd膮偶y膰 na czas? Jednak musia艂 w ko艅cu zrobi膰 co艣 z tym swoim 偶yciem. Musia艂 czym艣 si臋 zaj膮膰, nie tylko Diab艂em.
Wysiad艂 z samochodu i spojrza艂 na tego n臋dznego Passata, kt贸rego tak bardzo lubi艂, pomimo tego, 偶e by艂 bardzo niewdzi臋czny. Co najmniej raz w miesi膮cu musia艂 zawita膰 u mechanika, a i te偶 nie prezentowa艂 si臋 dobrze. Wgniecenie w drzwiach ze strony pasa偶era, pami膮tka po prowadzeniu Carmen, psu艂o wszystko. Odchodz膮ca farba w okolicach przednich reflektor贸w tak偶e nie dodawa艂a czarnemu Passatowi uroku.
Jednak Dean lubi艂 go. Lubi艂, bo kupi艂 go razem z Carmen. Bo 艂atwo przywi膮zywa艂 si臋 do przedmiot贸w. W og贸le 艂atwo si臋 przywi膮zywa艂.
A p贸藕niej spojrza艂 na pozosta艂e zaparkowane samochody i a偶 zrobi艂o mu si臋 g艂upio. Wszystkie zgodne z trendami motoryzacji, l艣ni膮ce i nowe, drogie. Nie to co jego marny Passat.
Za艂膮czy艂 alarm, odchodz膮c od swojego samochodu, kt贸ry wygl膮da艂 艣miesznie w艣r贸d tych drogich i 艂adnych. Nie mia艂 jednak czasu na zastanawianie si臋 nad tym. Spojrza艂 na GE Building pi臋trz膮cy si臋 po drugiej stronie ulicy i przypominaj膮cy mu klocek lego. Wielki, kanciasty budynek. Nie mia艂 poj臋cia, dlaczego wielu ludzi tak si臋 nim zachwyca艂o. Mo偶e i by艂 olbrzymi, a cz艂owiek wygl膮da艂 przy nim jak mr贸wka, ale nic wi臋cej. Nie zapiera艂 mu tchu w piersiach, by艂 po prostu budynkiem, jednym z wielu w Nowym Yorku.
Spr贸bowa艂 przej艣膰 przez ulic臋, ale szybko zda艂 sobie spraw臋, 偶e przy tym nat臋偶eniu ruchu na Czterdziestej dziewi膮tej, b臋dzie mu ci臋偶ko. Co chwil臋 drog臋 przecina艂a jaka艣 偶贸艂ta taks贸wka, czy te偶 kolejny, drogi samoch贸d, nie patrz膮c nawet na to, 偶e on chcia艂by przej艣膰. Czeka艂 wi臋c, coraz bardziej si臋 denerwuj膮c i ju偶 wyklinaj膮c wszystkich taks贸wkarzy w tych swoich g艂upich taks贸wkach.
Ale nagle, jeden z tych g艂upich taks贸wkarzy zatrzyma艂 si臋. Machn膮艂 Deanowi r臋k膮, pozwalaj膮c mu przej艣膰, a Dean zaraz nazwa艂 go w my艣lach jedynym normalnym taks贸wkarzem i czym pr臋dzej skorzysta艂 z pozwolenia, kiwaj膮c jeszcze w podzi臋kowaniu g艂ow膮.

***


Pi臋tro szesnaste, biuro agencji reklamowej. Ale nie, nie mia艂 zamiaru bawi膰 si臋 w reklamy, reklamy nie by艂y jego dzia艂k膮. Nawet ta praca nie by艂aby zgodna z jego wykszta艂ceniem.
Gabinet szefa. Du偶y i przestronny, z d臋bow膮 komod膮 i trzema du偶ymi statkami w butelce, z olbrzymim biurkiem, dwoma laptopami, srebrnym wahade艂kiem, kt贸re cz臋sto widuje si臋 w filmach i kaw膮. Paruj膮c膮 fili偶ank膮 kawy z mlekiem. Jego kaw膮, kt贸r膮 zaproponowa艂a mu mi艂a sekretarka.
A kto za biurkiem? Gruby m臋偶czyzna, ubrany w czarn膮, opinaj膮c膮 si臋 na nim marynark膮. Z malutkimi, 艣wi艅skimi i do tego podkr膮偶onymi oczami. Z du偶ym, kartoflanym nosem. Z czerwonymi policzkami. I z 艂ysiej膮c膮 g艂ow膮. Tak Dean wyobra偶a艂 sobie po偶eracza ludzkich pieni臋dzy, kt贸rym z pewno艣ci膮 Adolf James Connell by艂. 艢wini膮 偶eruj膮c膮 na ludziach. Ale na szcz臋艣cie Dean nie mia艂 pracowa膰 w jego firmie, zreszt膮 nawet by si臋 nie zgodzi艂.
- By艂y agent FBI, tak? – zapyta艂a 艣winia, jak Dean zacz膮艂 okre艣la膰 m臋偶czyzn臋 w my艣lach. Potakn膮艂 i si臋gn膮艂 po kaw臋. – Co sprowadza do mnie by艂ego agenta FBI?
- Tak si臋 z艂o偶y艂o. – Kawa nie przypomina艂a kawy, pr臋dzej siki.
- Z艂o偶y艂o?
- 呕ycie… Musia艂em si臋 zwolni膰, a teraz chcia艂bym znale藕膰 prac臋 – powiedzia艂. Odstawi艂 t膮 obrzydliw膮 kaw臋 jak najdalej od siebie. Ju偶 jej nie ruszy, taka kawa powinna od razu wyl膮dowa膰 w zlewie.
- Nie chcesz wr贸ci膰 do federalnych? – 艢winia by艂a bardzo podejrzliw膮 艣wini膮. Ale nic w tym dziwnego, tu przecie偶 chodzi艂o o ma艂e prosi臋ta. Dean mia艂 zosta膰 osobistym ochroniarzem jednego z tych prosi膮t, dlatego 艣winia musia艂a dowiedzie膰 si臋 o nim wszystkiego. Zaraz zacznie pyta膰 o numer buta i grup臋 krwi, pomy艣la艂 sfrustrowany.
- Chc臋 odpocz膮膰.
- Nie wiem, czy tak odpoczniesz z moimi dzie膰mi. – Opad艂 na oparcie czarnego, sk贸rzanego fotela, kt贸ry zatrzeszcza艂 przera藕liwie, jakby alarmuj膮c, 偶e wi臋kszego obci膮偶enia nie wytrzyma.
- W por贸wnaniu z prac膮 w FBI na pewno. – Wci膮偶 sili艂 si臋 na grzeczny ton, ale nie potrafi艂 polubi膰 艣wini. Nie podoba艂o mu si臋, gdy kto艣 dr膮偶y艂 temat, chocia偶 zdawa艂 sobie spraw臋, 偶e to jest przecie偶 rozmowa kwalifikacyjna. Mia艂 wra偶enie, 偶e zaraz 艣winia zacznie wypytywa膰 o jego 偶ycie prywatne.
- My艣lisz?
- My艣l臋. – Tak, tak w艂a艣nie my艣li. Pilnowanie tr贸jki bachor贸w jest niczym w por贸wnaniu z tym, co przeszed艂.
- Moje dzieci musz膮 ci臋 jeszcze pozna膰. Najstarsza, Juliett, ma dwadzie艣cia jeden lat. Brandon, 艣redni, ma dwadzie艣cia, a Keith nied艂ugo sko艅czy dziewi臋tna艣cie. – My艣la艂, 偶e b臋d膮 m艂odsi… Ma pilnowa膰 doros艂ych ludzi?
- Oczywi艣cie. – Wola艂 si臋 w ten temat nie zag艂臋bia膰. – Z ch臋ci膮 ich poznam. – G贸wno prawda.
艢winia si臋gn臋艂a po co艣 do szuflady. Chwil臋 przewraca艂a w niej, czego艣 szuka艂a, a偶 w ko艅cu znalaz艂a. By艂a to malutka karteczka, na kt贸rej 艣winia zapisa艂 co艣 swoim ko艣lawym pismem.
- Pojaw si臋 przed bram膮 jutro o dziesi膮tej. Wst臋pnie ci臋 przyjmuj臋, ta praca w FBI mnie przekona艂a.
- Dzi臋kuj臋 bardzo – powiedzia艂 niech臋tnie, chocia偶 wymusi艂 u艣miech. – Do zobaczenia jutro.
- Do zobaczenia – odpowiedzia艂a 艣winia, a krzes艂o po raz kolejny zatrzeszcza艂o.