Dzieci boga granic 3
Dodane przez Aquarius dnia Grudzie 03 2011 10:14:58
3.

Takhir miał rację: upicie się pomogło, przynajmniej częściowo. Nagie Czaszki odjechały rano, ich wódz mówił coś o zbyt mocnym zachodnim winie. Obiecywał przynieść Diyar znowu, gdy drogi plemion się spotkają. O ile oczywiście inny młodzieniec nie zdąży jej do tego czasu uprowadzić.
Kekhart modlił się, by ją uprowadził. Coraz bardziej był pewien, że mógłby sobie nie poradzić. Nie, żeby cierpiał na brak sił witalnych, zdawał sobie sprawę, iż jego męski członek jest sprawny. Problem polegał na tym, że nie reagował poprawnie. Nie reagował na kobiety.
Wcześniej młody ork tego nie zauważał – teraz, kiedy doszedł do wieku męskiego obudziły się w nim instynkty. Niewłaściwe instynkty. Przez kolejne miesiące uczył się je rozumieć – i ukrywać, mając w pamięci ostrzegawcze słowa Takhira.
Gdyby był jakiś sposób odmienienia tego… Nie wiedział jednak, jak to uczynić. Może szamani znali sposób… ale zwrócenie się do Ulugha oznaczało hańbę. W tak beznadziejnych przypadkach konieczny był Czarny Szaman, a Takhir jak na złość w kilka zaledwie dni po uroczystości opuścił swą zimową jurtę i wyruszył w nieznane, nie zaszczycając Przyciętych Uszu pożegnaniem. Nie miał zresztą takiego obowiązku nawet.
Zima minęła i Przycięte Uszy wyruszyły na letnie pastwiska. Hurik oddzieliła się prędko, szukając Świętych Kobiet. Vardan z kolei pomału nabierał odwagi i gdy w podróży natknęli się na wrogie plemię, walczył dzielnie, choć znów odniósł ciężkie rany. Udało mu się jednak zdobyć uwagę kobiet, co podbudowało go tym bardziej. Zaczął snuć plany dłuższej wyprawy na południe, w celu zdobycia żon, najlepiej z Płowych Wilków lub Zielonych Skór, bo orczyce z tych plemion słynęły z urody.
Kekhart miał szczerą nadzieję, że do wyprawy nie dojdzie. Miał też nadzieję, że gdy przetną drogą ze Zrodzonymi Z Błyskawicy spotka wśród nich Takhira i porozmawia z nim.
Przyłapywał się na myśli, że ma za złe alvablotet: opuszczenie. Może Czarny Szaman niczego nie obiecywał, ale Kekhart i tak miał doń pretensje. Czasem obwiniał go o wywołanie wątpliwości. O pobudzenie ciekawości również: w mniej spokojne noce młody ork zastanawiał się, jak wygląda ktoś, kogo uczyniono „czymś pomiędzy mężczyzną, a kobietą”. Niestety, nie doszedł do żadnych wniosków, gorzej: Takhir zaczął pojawiać się w jego snach w kontekstach nie przystojących wojownikowi, a zapewne możliwych dla szamana.
W końcu ich ścieżki skrzyżowały się następnej jesieni, ledwo Przycięte Uszy wróciły na zimowisko. Kekhart wyruszył na samotne polowanie – coraz częściej zdarzały mu się takie wyprawy, ale na szczęście nikt nie uważał ich za niewłaściwe. Młody ork mógł więc swobodnie odwiedzić jurtę alvablotet i sprawdzić, czy Czarny Szaman powrócił.
Nie powrócił. Domostwo było opustoszałe, zwierzęce czaszki nadal szczerzyły zęby u wejścia, na znak, że duchy strzegą jurty pod nieobecność właściciela. Przez jakiś czas Kekhart krążył wokół niej, rozważając wejście do środka, nie starczyło mu jednak odwagi. Niebiosa jedynie wiedziały, jaka kara spadłaby na tego, kto odważyłby się sprofanować siedzibę Czarnego Szamana.
Młodzieniec zawrócił więc konia i ruszył w kierunku południa, z nadzieją na znalezienie godnej tropienia zwierzyny.
Nie minęło pół dnia, gdy dostrzegł na horyzoncie niewielką kawalkadę. Koń i juczny muł, za nimi owca i dwie kozy. Na koniu samotny jeździec, nie śpieszący się wcale, choć skinął głową Kekhartowi, ledwo go dostrzegł – i nim rozpoznał. Gdy młody ork podjechał bliżej, rozpoznał Takhira, najwyraźniej w doskonałym humorze. Czarny Szaman jadąc gwizdał jakąś melodię. Przestał, poznając kto nadjeżdża z przeciwka.
– Kekharcie, synu Uzoga! Cóż za spotkanie! Przysiągłbym, że jedziesz od mojej własnej jurty!
– Bo jadę.
– Och, niedobrze tedy, będę musiał skłonić duchy do ukarania cię.
– Nie przekroczyłem bramy.
Alvablotet kiwnął głową.
– Ach. W takim razie czy zechcesz przekroczyć ją za moim zaproszeniem?
Nie przyjęcie zaproszenia to obraza. Nawet więc, gdyby Kekhartowi przeszła przez głowę ucieczka, nie uczyniłby tego. Zawrócił i po chwili był już w zimowej jurcie Takhira pomagając gospodarzowi doprowadzić domostwo do porządku.
– Mam wino – rzekł Czarny Szaman, wyciągając bukłak z juków. – Przywiozłem z Urhan. Chcesz trochę?
Kekhart skinął głową. Bardziej jednak niż samo wino zainteresowało go jego pochodzenie.
– Widziałeś Urhan?
– Owszem. Przebyłem cały step i odwiedziłem też miasto. Spędziłem tam nieco czasu, cóż, osiadłe życie zabija w niektórych ducha, lecz Czarny Szaman zawsze jest potrzebny. Przywiozłem ze sobą wiele rzeczy – i opowieści. Widzę, Kekharcie, że chcesz posłuchać?
– Tak.
– Dobrze. A potem opowiesz mi, co działo się na letnich pastwiskach i co dzieje się w moim plemieniu.
Spędzili wiele godzin, wymieniając wieści. Kekhart jak oczarowany słuchał o Urhan, o którym dotąd słyszał tylko legendy. Około sto zim wcześniej na zachodzie, w kamieniołomie, gdzie ludzcy nadzorcy wykorzystywali niewolniczą siłę schwytanych na stepie orków, wybuchł bunt. Ludzi wybito do nogi, kamieniołom zaś stał się miejscem, gdzie dawni niewolnicy wznieśli miasto – dość silne i potężne, by dawni oprawcy nie zbliżali się do niego więcej. Przez dziesięciolecia Urhan rosło w siłę, z którą musieli liczyć się koczownicy: pierwsze wielkie miasto orków, wzniesione na wzór miast innych ludów, obronna twierdza z miejscowego kamienia, centrum handlu.
– Obyczaje mają inne, niż my, to oczywiste, ale nie wypierają się swych korzeni. Wielu jest wśród nich takich, którzy nie trzymali nigdy broni w ręce, rzemieślników i rolników, lecz trudno powiedzieć o nich, że stali się zbyt leniwi, aby walczyć. Działają jak rolnicy, ale myślą jak koczownicy. Są ciekawym ludem, innym, niż my, zupełnie innym. Zresztą, pokażę ci – Wyjął z juków coś jeszcze, wielki kawał skóry z narysowanymi na nich liniami. – To mapa, obraz świata. Tu jest Urhan. Tu, nieco na zachód, granica z ludzkim królestwem, Karanesse. Ich wojownicy tak się boją, że od stóp do głów zakuwają się w stal. Nie wiem, jak mogą to udźwignąć oni i ich konie… A tu, tak, blisko Urhan – to państwo elfów. Nie, nie widziałem dotąd elfa, choć ponoć kiedyś żyło ich nieco na stepie… To jest morze. Tam też nie dotarłem. Ale wiele słyszałem o miastach na jego brzegu… w Salvei ludzie czczą jednego tylko boga, Auriena, Pana Światłości, syna Niebios. I nienawidzą każdego, kto czci innych bogów, z Niebiosami na czele… a to jest Dalle, tam parają się handlem, tam przybywają goście ze wszystkich stron świata, także i czarni ludzie zza morza… Tak, ich skóra jest czarna jak u demonów, ale nie sądzę, by przybywali z zaświatów. Tam na wschodzie, widzisz, u stóp gór jest miasto zwane Shnai’ar… o nim nie wiem wiele, tylko legendy, lecz ponoć mieszkają tam smokowcy, a kiedyś rządził nim potężny Czarny Szaman… Na północ od nas znajdują się góry, a dalej – lodowa kraina, pewnie żyją tam demony śniegu… a tu, na zachód leży Lavia, gdzie rządzą ich własne Święte Kobiety…
Kekhart patrzył, słuchał i próbował wyobrazić sobie wszystkie te odległe miejsca.
– Chciałbym to zobaczyć.
– Musiałbyś opuścić plemię, synu Uzoga. Chcesz tego?
Pomyślał o tym, że ostatnio i tak za dużo przebywa poza plemieniem… pomyślał o Vardanie planującym wyprawę, o Hurik szukającej w stepie Świętych Kobiet. O Diyar, z którą niedługo przyjdzie mu się znów spotkać, a wtedy…
– Moje miejsce jest w plemieniu – powiedział. – Tu się urodziłem, tu pozostanę.
– A twoja narzeczona?
Kekhart skrzywił się. Chciał tej rozmowy – dawno, dawno temu. Teraz nie był już taki pewien, czy jej chce.
– Nie widziałem jej od tamtej nocy.
– I nie masz ochoty jej znowu oglądać?
– To nie tak! – zaprotestował. – Nie mam wyjścia, jak tylko poślubić jakąś kobietę prędzej czy później, ale wiem, że nie jestem taki, jaki być powinienem. Ty jesteś Czarnym Szamanem, więc może znasz jakieś sposoby.
– Na co?
– Abym mógł pożądać kobiet a nie… – zawahał się – ...mężczyzn – dodał po chwili.
Takhir oparł łokieć na blacie stolika.
– Och. – rzekł tylko.
W Kekharcie wzbierał gniew.
– Jestem mężczyzną i wojownikiem, chcę być mężczyzną i wojownikiem! Mówiłeś, bym nie wychodził poza rolę, jaką przewidziano dla mnie w plemieniu i nie chcę poza nią wychodzić.
Czarny Szaman pokręcił tylko głową.
– Nie da rady – rzekł.
– Co?
– Nie ma sposobu, by to zmienić, jeśli się taki urodziłeś. Nie jesteś jedyny, tyle ci powiem, choć w większości plemion nie mówi się o tym. Matka Ziemia sprawiła, że taki się narodziłeś, to przykre, ale nie ma innego sposobu, jak tylko opuścić plemię lub tłumić pragnienia. Jeśli się postarasz, spłodzisz potomka, nie będzie to dla ciebie przyjemne, ale wypełnisz swoją rolę. To jedyne, co mogę ci doradzić.
Kekhart warknął głucho, gniewnie. Szaman wstał, położył mu dłoń na ramieniu.
– Nie unoś się gniewem, synu Uzoga. Nie na mnie. Wiem, co mówię, jestem taki, jak ty.
– Jesteś szamanem.
– Owszem. Jestem szamanem więc mogę być taki. Nie jestem do końca mężczyzną, nie jestem kobietą, idę zawsze krawędzią. Ty nie. Ty jesteś wojownikiem i nadzieją plemienia. Wracaj do siebie, poślub Diyar, miej synów.
– Nie chcę.
– Nie chcesz czego? Nie chcesz być wojownikiem i częścią plemienia, czy nie chcesz pożądać mężczyzn? Musisz wybrać jedno.
Młodzieniec warknął znowu.
– Chcę… obu tych rzeczy – wyznał z trudem. Jeśli Ziemia rzeczywiście takim go stworzyła, czy mógł odrzucać jej wolę?
– A ja ci mówię, Kekharcie, nie możesz. Wracaj do swoich i żyj zgodnie z wolą plemienia. Dobrze ci radzę.
Młody ork nie powiedział już ani słowa. Wybiegł z jurty, dosiadł konia i pogalopował w stronę obozowiska, nie oglądając się za siebie. Z polowania wrócił, pierwszy raz, z pustymi rękoma i z głową pełną gniewu.
Słowa Takhira nie opuszczały go i wisiały niczym chmura nad jego sercem. Urodzony taki… Ziemia chciała… Szamani też, czasem, ale to szamani, szamani mogli…
Ciekawe – przemknęło mu przez głowę – czy Takhir pozwoliłby się dotknąć, skoro sam wyznał, że też nie pragnął kobiet, a mężczyzn właśnie. Ta myśl wywołała w nim nieprzyjemny dreszcz, ale nie opuszczała przez kolejne dni, podążając za młodzieńcem, prześladując i nie dając zasnąć. Już wcześniej, w lecie, stwierdził, że alvablotet budzi w nim emocje, których budzić nie powinien, teraz te wróciły ze zdwojoną siłą.
W końcu ciekawość zwyciężyła i Kekhart znów osiodłał konia.
Czarny Szaman naprawiał swoją obszytą frędzlami kamizelę, gdy młodzieniec z Przyciętych Uszu stanął w drzwiach jego jurty, zdyszany i zdenerwowany. Zachował spokój, odłożył pracę, podniósł się wolno.
– Kekharcie, synu Uzoga, cóż sprowadza cię tym razem? – spytał.
Kekhart przełknął ślinę. Na przodków, nigdy dotąd nie bał się tak bardzo!
– Myślałem wiele – powiedział. – I nie wiem, czego pragnę, ale wiem, że chcę spróbować. Nie byłem z kobietą, pewnie będę, skoro muszę, ale chcę spróbować zbliżyć się z mężczyzną, a jeśli ty masz podobne pragnienia jak ja…
Takhir zbliżył się.
– Ja? – dotknął piersi czubkami palców. – Och, czuję się zaszczycony. Wielki wojownik zwraca się do Czarnego Szamana… rzadko, rzadko spotyka kogoś z nas tak wielki zaszczyt, rzadko ktoś chce zbliżenia z własnej woli… A jednak, Kekharcie, ostrzegę cię po raz kolejny: lepiej zapomnij, bo jeśli przekroczysz granicę między snem, a czynem, nie będzie już zza niej odwrotu. Nie jesteś wybranym przez duchy, to, czego chcesz przyniesie ci hańbę.
– Więc będę zhańbiony przed Niebem, Ziemią i przodkami – rzekł młodzieniec zdecydowanym tonem. – ale nie przed tobą.
Czarny Szaman pokręcił głową.
– Nie, nie przede mną – przyznał.
Pomału oderwał dłoń od swojej piersi i położył ją na piersi Kekharta. Chłopak czuł lęk. Nie bał się walczyć i zabijać, bał się tego… tego kroku poza, do miejsca gdzie nie było już odwrotu. Ale wykonał go – sam dotknął palcami skóry Takhira, zaczął badać ją, najpierw wolno, potem coraz intensywniej, kiedy pragnienie zaczęło w nim narastać – wbrew wszelkim zasadom i wbrew porządkowi.
***
Mógł przekonać się, co Takhir miał na myśli, mówiąc, że uczyniono go częściowo kobietą. Mógł też spytać i spytał.
– Duchy powiedziały mojemu nauczycielowi, że powinienem krwawić jak kobieta, więc wziął nóż i zrobił nacięcie tutaj – wyjaśnił Czarny Szaman. – Bolało. Bolało długo. Gdyby duchy zechciały, straciłbym męskość i byłbym eunuchem. Ale nie jestem.
– Ach – Kekhart skinął głową.
Musiał to wszystko… pojąć. Zrozumieć. To, co się stało, to, co odczuwał. Zaspokojenie, jakiego nie zaznał nigdy dotąd. Fascynację ciałem innego mężczyzny. Wstyd wywołany świadomością, że okrył się hańbą i odtąd będzie musiał żyć w kłamstwie. Pragnienie, które wcale nie opuściło go raz na zawsze, wręcz przeciwnie – zdawało się już na dobre w nim zagnieździć.
To co uczynili, było obrzydliwe. Ohydna parodia aktu, jaki zgodnie z wolą Niebios i Ziemi winien dokonywać się między kobietą, a mężczyzną, dotykanie miejsc na ciele, które nie powinny być dotykane, w dziwaczny sposób, który budził wewnętrzny sprzeciw.
To, co uczynili było piękne i satysfakcjonujące. Jeśli matka Ziemia uczyniła ich ciała podatnymi na rozkosz wywołaną takim dotykiem, jak mieli nie korzystać z jej daru? Czyż nie z jej woli istnieją ciała i czyż nie z jej woli istnieje rozkosz zbliżenia?
– Nie wycofasz się teraz – rzekł Takhir, jakby czytając w myślach młodzieńca. – Nie wiesz, czy czuć wstręt, czy szczęście, czy nienawidzić się, czy zaakceptować. Ale nie wycofasz się, idziesz teraz po krawędzi i niech przodkowie cię strzegą, bo zbyt łatwo z niej spaść.
Niech spadam – myślał Kekhart, nie odpowiadając, tylko nachylając się nad ciałem szamana, sięgając znów po radość i rozkosz, po upodlenie i żal. – Niech spadam i niech się dzieje co chce.
***
Dziwne były kolejne dni – powrót do obozowiska, znów z pustymi rękoma i znów kręcenie się bez celu, bez własnego miejsca. W końcu kolejna ucieczka: do jurty Takhira. I znów powrót, który rozdzierał.
Czarny Szaman ostrzegał go nieustannie, powtarzał, że to nie jest rozsądne postępowanie. Jeśli Kekhart chciał dłużej utrzymywać ich relację na tak fizycznym poziomie, lepiej, by nauczył się ją umiejętnie ukrywać. Kekhart nie słuchał – to znaczy, słuchał, ale zapominał prędko, oszołomiony fizyczną bliskością. Nie liczyło się nic poza ucieczkami raz na kilka dni i ciałem alvablotet w ramionach.
Oczywiście, członkowie plemienia prędko domyślili się, że nie o polowania chodzi. Żartowali z młodzieńca przyjacielsko, poklepywali go po plecach.
– Nie czekasz, aż przywiozą ci znowu Diyar – zauważył Vardan. – Och, twoja kobieta musi być wiele warta, skoro tyle ryzykujesz. Porwij ją w końcu, jeśli ma już męża, zabijemy go, gdy przyjdzie ją odzyskać!
Cieszyli się, że Kekhart w końcu zainteresował się jakąś kobietą, że przedłuży ród. Kekhart odpowiadał półsłówkami, nie próbując nawet zdementować pogłosek. Cóż zresztą miałby powiedzieć? Prawdy nie mógł, brnął więc w kłamstwo i nawet tego nie zauważał. Nie myślał o tym. Spadał.
Nieuchronne w końcu nadeszło.
Kekhart znów opuścił obóz na kilka dni. Spędził je z Takhirem, który nie mówił już nic, postanowiwszy pozostawić sprawy ich naturalnemu biegowi. Dużo rozmawiali, jeździli razem konno, długie godziny spędzali na posłaniu wewnątrz jurty. Młody wojownik pomału zaczynał zapominać o uczuciu zbrukania, które towarzyszyło pierwszym zbliżeniom i uczył się czerpać z nich nieskrępowaną radość. Coraz bardziej był pewien, że to Matka Ziemia uczyniła go takim i że nie ma innego wyjścia, jak tylko zaakceptować siebie – i uczucie do drugiego mężczyzny, uczucie, którego nie nazywał miłością, którego nie nazywał w ogóle, lecz które było w nim silne, było piękne i przez ten krótki czas stanowiło cały sens jego życia.
Nie wiedział, co odczuwa szaman. Nie rozmawiali o tym, mężczyzna nie potrzebuje mówić o emocjach, wystarczy, że świadczą o nich jego czyny. Takhir nie uciekał, przeciwnie, szukał kontaktu, wydawał się nadrabiać lata samotniczego życia w stepie. Nie był stworzony do samotności, nikt nie jest, zwłaszcza wśród koczowników, dla których nie ma nic ważniejszego, niż więź z plemieniem i rodem. Czarny Szaman musi je zerwać, ale żyje pragnieniem: powrócić, znów należeć, być z kimś. Kekhart był dla Takhira taką właśnie namiastką powrotu.
Leżeli na skórach posłania, wyczerpani po zbliżeniu, gdy na zewnątrz zadudniły końskie kopyta. Takhir zerwał się momentalnie, wciągnął pośpiesznie szatę, i ruszył w kierunku wyjścia z jurty, dłonią nakazując Kekhartowi pozostanie wewnątrz – i ciszę.
Młodzieniec nie zamierzał się ujawniać. Pośpiesznie chwycił ubranie i zaczął je zakładać, słysząc, jak Czarny Szaman ostro dyskutuje z kimś na zewnątrz. Musiał być oburzony faktem, że ktoś przekroczył granicę jego terytorium.
– To naruszenie praw – słychać było jego podniesiony głos. – Jeśli nie chcecie, bym wezwał duchy, które zaczną was ścigać, odejdźcie natychmiast, opuścicie moją jurtę!
Kekhert pośpiesznie wiązał spodnie. Palce plątały mu się, na czoło wystąpił pot. Bał się – i wstydził własnego strachu. Gdybyż na zewnątrz stali wrogowie chcący go zabić, dokonać zemsty za krzywdy wyrządzone przez Przycięte Uszy – Kekhart wiedziałby co robić i jak walczyć. Gdyby złapano go w jurcie z kobietą z wrogiego plemienia też wiedziałby, jak postąpić… ale to wymykało się wszystkim schematom, jakie dotąd poznał. Mógł jedynie liczyć na wsparcie duchów, na to, że jeśli któryś z przybyszów wejdzie do jurty, nie zauważy go – i nie pozna.
– Szamanie, chcę tylko wiedzieć, czy ktoś jest u ciebie. Jeśli jest tu ten, którego szukam, nie skrzywdzę go, nie rozleję krwi w twym domostwie.
Głos, który wypowiedział te słowa zagrzmiał niczym grom. Kekhart zamarł, rozpoznał w nim bowiem głos chana Nagich Czaszek.
Powtarzał sobie, że wódz nie ma prawa wiedzieć, że właśnie on jest tutaj – bo skąd? Pewnie szuka kogoś innego, zbiegłego niewolnika czy porywacza kobiet, ale nie…
Dostrzegł plecy Takhira, który na rozsuniętych nogach stanął w drzwiach jurty.
– W moim domostwie nie ma nikogo, względem kogo mielibyście mieć zatargi. Odejdźcie. To moje ostatnie ostrzeżenie.
– Z drogi, eunuchu! – krzyknął chan.
Kekhart usłyszał odgłos ciosu i zobaczył, że Takhir pada na ziemię. Nie wytrzymał – instynktownie chwycił jatagan i skoczył na zewnątrz, do wejścia prosto naprzeciw grupie Nagich Czaszek.
Takhir podnosił się, masując policzek – uderzono go jak kobietę, lecz z całej siły.
– Uderzyłeś mnie – oznajmił złowrogim tonem. – Zapłacisz za to!
Któryś z wojowników cofnął się, przerażony. Podniesienie ręki na jakiegokolwiek szamana było pogwałceniem tabu, ale uderzenie Czarnego Szamana oznaczało krwawą zemstę duchów.
Chan nie zwracał uwagi na lęk swoich towarzyszy. Patrzył na Kekharta, uśmiechając się groźnie.
– Więc mieli rację moi zwiadowcy, wilczku. A ja sądziłem, że ty przyniesiesz chwałę swemu i mojemu plemieniu… Twój ojciec da mi twoją głowę, jeśli nie chce stracić własnej i zapomnę, być może, że Przycięte Uszy to zniewieściali tchórze.
– Duchy przyniosą mi twoją głowę – odpowiedział mu Takhir. – Naruszyłeś spokój mojego domostwa i grozisz wojownikowi, który jest moim gościem.
– To już nie wojownik, szamanie, i ty sam do tego doprowadziłeś. Nie zabiję go. Nie tutaj. Jego ojciec sam to uczyni, gdy się dowie. Żegnaj, śmieciu – rzucił w stronę Kekharta, spluwając mu pod nogi.
Wsiedli na konie i odjechali – w stronę obozowiska Przyciętych Uszu. W Kekharcie wrzało od gniewu, tym razem jednak gniew krył tylko strach.
Takhir był nadzwyczaj spokojny.
– Mówiłem ci - powiedział ze smutkiem. – Nie słuchałeś.
– Pojadę. Będę pierwszy.
– I cóż uczynisz? Odwrócisz, co się stało? Wywołasz wojnę? Sądzisz, że twoje plemię będzie bronić cię po tym, jak je zhańbiłeś?
– Mogę…
– Nic nie możesz – głos Czarnego Szamana był szorstki i nieprzyjemny. – Mogłeś do mnie nie przychodzić, posłuchać, gdy ostrzegałem. Sam to na siebie ściągnąłeś…
– Ty możesz…
– Zabić tego tłustego wieprza? Tak. Zrobię to, wierz mi. Ale ty, ty Kekharcie możesz tylko uciekać. Chyba, że wolisz by zabiło cię własne plemię. To w końcu zmazanie win dla niego. Przywrócenie honoru twojemu rodowi. Zapobieżenie wojnie. Twoje życie – to cena.
Młodzieniec przełknął ślinę. Takhir miał rację. Śmierć mogłaby zmniejszyć hańbę…
Chwycił kaftan, naciągnął na siebie pośpiesznie.
– Żegnaj – rzucił krótko. – Idę więc umrzeć. Pamiętaj o mnie.
– Twój duch odejdzie do przodków, choćbym miał zmusić do tego Niebiosa. Żegnaj, Kekharcie.
Młody wojownik wskoczył na konia i pogalopował za Nagimi Czaszkami, w stronę obozowiska plemienia.
Przywitało go wielkie, milczące zgromadzenie na centralnym placu, tym samym, gdzie rok temu odbywała się jego ceremonia. Chanowie obu plemion patrzyli na niego z niechęcią, ojciec miał zaciśnięte wargi. O duchy przodków, jak do tego doszło? Rok temu witali go jak bohatera, teraz zaś…
– Więc jednak – odezwał się wódz Nagich Czaszek – pozostało nieco odwagi w tym żałosnym śmieciu. Mogłeś uciec, a przyszedłeś po swoją śmierć.
– Jeśli moja śmierć zmyje hańbę, przyjmę ją – odparł Kekhart. – Splamiłem mój ród, moje imię, nie jestem godzien być członkiem plemienia – mówił dalej, klękając w pyle, przed zgromadzonymi. – Chciałeś mojej głowy, dostajesz ją. Teraz ktoś tylko musi ją obciąć.
Pochylił się, czekając. Nikt nie ruszył się, nie drgnął nawet. Nie oczekiwali po nim takiej odwagi, spodziewając się raczej zniewieściałości i tchórzostwa. Kekhart nigdy nie był tchórzem. Niech to zobaczą, w tej ostatniej chwili, niech wiedzą, że nade wszystko ceni swój honor.
Długo trwał w bezruchu, czekając.
– Czy wam zabrakło odwagi?! – wykrzyknął w końcu. – Cóż to za niebezpieczny czyn, zabić mnie! Ten, kto to uczyni przyniesie swemu plemieniu chwałę! Dalej!
– Jestem mu winien życie – odezwał się nieoczekiwanie Vardan. – Ocalił mnie. Zachował się wtedy jak prawdziwy mężczyzna i nie wierzę, by mężczyzną nie był. Proszę o darowanie mu życia.
– I któż to mówi, tchórz, który dygotał jak osika, czekając na haniebną śmierć! – odparował chan.
– Ten tchórz ma dość honoru, by spłacić dług. Kekhart walczył dla mnie, ja będę walczył dla niego, jeśli to będzie konieczne.
Wódz Nagich Czaszek wydał z siebie wściekły warkot.
– Duchy uczyniły cię honorowym, w końcu. Dobrze, nie wezmę jego głowy, lecz wciąż mój honor jest pohańbiony, a wraz z nim – honor wasz. Uzogu – zwrócił się do kekhartowego ojca – nie przyjmiesz przecież z powrotem do rodu tego, kto popełnił tak ohydną zbrodnię.
– Nie – padła odpowiedź – nie mam od dziś syna, nigdy go nie miałem.
– Imię Kekharta zostanie zapomniane – ogłosił Nargyal. – Nikt nie ma prawa odezwać się do niego, zaś zabicie go nie wywoła zemsty. Nikt nie udzieli mu schronienia, ani wśród Przyciętych Uszu, ani wśród Nagich Czaszek, ani wśród innych plemion, które dowiedzą się o jego występku. Nie ma odtąd plemienia i nie należy nigdzie, jego krew jest splamiona, jego dusza nie zazna spokoju. Tak rzekłem.
Rozchodzili się pomału, pozostawiając młodzieńca klęczącego w pyle, sam na sam ze swoim upokorzeniem. Darowali mu życie, lecz odebrali wszystko inne: przynależność do plemienia, która definiowała to, kim Kekhart był.
Wygnanie. Samotność. Hańba. Po stokroć Kekhart wolałby zginąć. Bez plemienia, bez rodu, ze splamiona krwią, bez prawa do schronienia, zdany tylko na siebie. Pozwolono mu zabrać broń i konia. Nikt nie odzywał się do niego i patrzono za nim ponuro, gdy opuszczał obóz.
Gdzie udać się teraz? Niebo zasnuło się chmurami, panowało zimno. Zły czas na wędrówkę dla wygnańca bez plemienia.
Zginąć teraz? Zabić się? Samobójstwo zwiększyłoby tylko hańbę. Nie wchodziło w grę.
Nie namyślając się wiele, udał się z powrotem do jurty Takhira.
Szaman czekał na niego. Stał w drzwiach jak pzy pierwszym spotkaniu, paląc swoją długą fajkę.
– Żyjesz, Kekharcie bez plemienia i rodu. Wiedziałem, że tak będzie. Chodź do mnie, jeśli nie boisz się życia na granicy.
– Nie boję – odparł młodzieniec.
W końcu, co teraz mu pozostało, jeśli nie uchwycenie się powodu hańby?
W końcu, czyż powód hańby nie był też czymś pięknym, czymś, bez czego nie umiałby żyć?

C.D.N.



Uwaga kulturoznawcza: Subincyzja, czyli nacięcie penisa generalnie jest praktykowana w Australii – w naszym świecie nie występuje na terenach Eurazji. Ale znów, prawo autorskiej dowolności: specyfika Czarnych Szamanów pozwala im na różnego rodzaju rany inicjacyjne. Szczegółów zabiegu oszczędzę. Osobom odpornym polecam użycie googli/wikipedii. Zabieg nie powoduje impotencji (aborygeni australijscy nie wyginęli).

Uwaga do czytelników: Dziękuję pięknie za wsparcie :) Bardzo się przydaje, pokazuje, że ma to wszystko cel i w końcu nauczyłam się pisać coś, co może się spodobać.