A niech was wszystkich szlag trafi... 1
Dodane przez Aquarius dnia Lipiec 04 2011 19:56:20
Gwoli wyjaśnienia - tekst po ponad trzech latach od napisania doczekał się gruntownej korekty - i oto jest w nowej wersji. W razie czego proszę nie mordować, zmiany były absolutnie konieczne^^'

Beta: Ava Ingray


Schiz



Tego, zdawać by się mogło, zwyczajnego i beznadziejnie nudnego dnia odtwarzałem swoje rutynowe czynności jak zepsuty magnetofon. W słodkiej nieświadomości katastrofalnych zmian, jakie miały się dokonać już za kilka sekund, siedziałem w szatni i pracowicie wiązałem glany. Szarpnąłem mocniej upartą sznurówkę - w efekcie część została mi w dłoni i nim zdążyłem zamanifestować wzbierającą we mnie złość, znienacka obok pojawił się pewien osobnik, którego wyjątkowo nie cierpiałem.
Prawdę mówiąc, mało kogo tolerowałem, istniała jednakże grupka, która w moim mniemaniu zasługiwała tylko i wyłącznie na potępienie i powolną śmierć w męczarniach. Elitka. Banda długowłosych, nadmiernie używających życia chłopaczków. Było ich pięciu; niejaki Kołek o napuszonym, farbowanym czerepie i jego wierna straż przyboczna. Bratanie się z typkami tego rodzaju było zdecydowanie poniżej mojej godności. Poza tym, kiedy tak widziałem ich, siedzących całą paczką na przerwie, krew mnie zalewała. W liceum nie odniosłem żadnego sukcesu towarzyskiego, wręcz przeciwnie nawet. Ludzie z klasy patrzyli na mnie ze zdziwieniem i lekką pogardą, ja zaś odpłacałem im pięknym za nadobne.
Chłopak, który stał przede mną, należał właśnie do elitki.
Na pierwszy rzut oka - nic specjalnego. Długawe brązowe kudły sterczały jak siano, ciemne oczy popatrywały z ciekawością, chude to-to było niesamowicie. Ale za to - wysokie jak diabli. A ja przecież nie cierpiałem ludzi wyższych ode mnie, bo patrzenie na nich z dołu głęboko raniło moją miłość własną!
Odgarnąłem włosy i wyprostowałem się, zerwaną sznurówkę rzucając w kąt. Niechętnie spojrzałem na przerośnięte indywiduum i warknąłem niezbyt przyjaźnie:
- Co jest?
- Tylko bez nerwów - odpowiedział chłopak tonem dziarskiego kaprala. - Coś ty taki nerwowy?
Gapił się natarczywie, jakbym był jakąś niezwykle ciekawą osobliwością przyrodniczą. No, przepraszam bardzo! Też sobie znalazł obiekt badań, niech go!
- No czego, do jasnej cholery?
Rzuciłem mu wieloznaczne a groźne spojrzenie i, nie uzyskawszy odpowiedzi, wróciłem do batalii z opornym buciorem. Kapral, znudziwszy się bierną obserwacją, przysiadł na drewnianej ławce.
- Ja się tak zastanawiam - powiedział w zamyśleniu - czemu ty tak na wszystkich warczysz?
- Hy? - nie zrozumiałem. - Warczę?
- Nie, skądże - zakpił, patrząc z politowaniem. - Zostaw tego glana w spokoju. Wracamy ze szkoły razem - dodał tonem nie znoszącym sprzeciwu.
Byłem zbyt zaskoczony, by protestować. Nieprzyzwyczajony do tak wojskowego reżimu, podniosłem plecak z podłogi i zarzuciłem na ramię. Kapral wciąż nade mną stał.
- Co, będziesz tak się gapił?!
- A czemu nie? - spytał chłopak ze stoickim spokojem, machając mi przed oczami kawałkiem bezskutecznie poszukiwanej sznurówki. Wyrwałem mu ją z rąk i demonstracyjnie rzuciłem na podłogę. Kapral tylko parsknął śmiechem.
- Chodź - zażądał.
- Ty nie bądź taki Napoleon. Kto powiedział, że w ogóle pójdę...
- A co, masz zamiar wykupić sobie lokal w szatni?
- ... z tobą - uzupełniłem.
- Lokal ze mną? - zaciekawił się Kapral. - Daruj, ale nie uważasz, że jeszcze trochę za mało się znamy?
- Nie mam zamiaru iść z tobą! - wrzasnąłem dobitnie.
- No, ty już nie wymyślaj. Idziemy!
Zabrzmiało to jak prawdziwa komenda wojskowa i ledwo powstrzymałem się od zasalutowania. Wyprostowałem się nieznacznie i poczłapałem za Kapralem na kształt pokornego, skarconego kadeta. A rola ta wybitnie mi nie odpowiadała. Nienawidziłem sytuacji, w których ktoś przejmował nade mną dowodzenie.
Kapral gadał jak nakręcony, ja sam w ramach konwersacji zdecydowałem się jedynie na ograniczone parsknięcia i prychnięcia, plus złośliwe komentarze na temat ogółu świata (za wyłączeniem mojej osoby, rzecz jasna). W komentarzach jednakże ten przerośnięty badyl bił mnie na głowę; dawno nie spotkałem kogoś, kto miałby odpowiedź na każdą z moich uwag.
Patrzyłem na niego z lekkim niedowierzaniem. I to z kimś takim chodziłem do klasy od prawie dwóch lat? Kapral zyskał duży, bardzo duży plus; nie próbował okazywać, za jakże nędzną, wynaturzoną i ograniczoną umysłowo istotę mnie uważa. Zwykle ludzie warczeli na mnie nie gorzej, niż ja na nich.
Ani się nie spostrzegłem, kiedy minęliśmy skrzyżowanie i skręciliśmy w wąską uliczkę między blokami. To już blisko; zaraz pozbędę się badylowatego stworzenia, lecz - o ironio! - wcale nie byłem taki pewien, czy rzeczywiście tego chcę.
- Mieszkasz na starym osiedlu, prawda?
- Aha - mruknąłem odruchowo. - Po co ty w ogóle ze mną idziesz? - nie wytrzymałem. Zwykle po pierwszym "spieprzaj" ludzie nie zawracali sobie mną głowy. A tu - Kapral pobił wszelkie rekordy i wytrzymał całe piętnaście minut. Koniec świata!
- Zamierzam cię uspołecznić - oznajmił z udawaną powagą.
- Nie potrzebuję żadnego cholernego anioła stróża! - warknąłem. - Odwal się!
- No, co jest? - spytał chłopak pogodnie. - Nie wkurzaj się tak - ciągnął, nie zrażony moimi fochami. - Wiesz? Jak się tak nie rzucasz, jesteś całkiem w porządku.
Zastrzeliwszy mnie tym stwierdzeniem, pożegnał się prędko i poszedł. I tak zostałem pod klatką, dziwnie ogłupiały, z rozdziawioną gębą i całkowitą pustką w głowie.
W porządku? Ja?!
Niemożliwe.

* * *

Ziewnąłem. Od niechcenia rzuciłem okiem na straszliwy bałagan, piętrzący się dosłownie wszędzie. Na podłodze walały się jakieś śmieci, talerze, pusty słoik po musztardzie, rozkręcona latarka kieszonkowa i - cholera wie, skąd właściwie wzięte - puchate pluszowe chomiki. W okolicy szafy kłębiły się ciuchy nie pierwszej świeżości (drugiej zresztą też nie).
Świątynia zwana moim pokojem wymagała natychmiastowego sprzątania, aczkolwiek jakoś się do tego nie kwapiłem. Sobotnie popołudnia nie wpływały dobrze na moje samopoczucie, nie mówiąc już o bezdyskusyjnym fakcie, że od prac gospodarskich miałem babcię. Leżałem więc wśród skłębionej pościeli, odziany jedynie w dość przykrótki dół od ulubionej piżamy, a głowę wypełniały mi podejrzliwe myśli na temat Kaprala.
Poprawiłem słuchawki, pogłośniłem muzykę i przymknąłem powieki.
Uspołecznianie! Dobre sobie; Kapral niewątpliwie upadł na głowę. Zachciało mu się konkurować z tym jakże wspaniałym Kołkiem, czy co? No chyba nie myślał, że będę mu robić za straż przyboczną.
- Dobre sobie - powtórzyłem na głos. - Też coś! Mało wyrafinowany sposób na narajanie sobie wielbicieli. Nic mnie on nie obchodzi, nic a nic .
I wtedy najpewniej skończyły się baterie w discmanie, bo potępieńczy łomot ucichł jak nożem uciął. Poirytowany nagłą ciszą, spędziłem sprzed oczu obraz Kaprala, uchyliłem jedną powiekę, uniosłem się na łokciu - i zachłysnąłem się.
Kapral. Kapral, który był absolutnie materialny i stał sobie spokojnie na środku pokoju.
Zaszokowany, utkwiłem w nim wzrok. W straszliwym milczeniu kontemplowałem jego sylwetkę; metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, cienkie kończyny i włosy w nader artystycznym nieładzie.
- A ty skąd się tu wziąłeś?! - krzyknąłem wreszcie i zeskoczyłem z łóżka, omal nie wpadając w ramiona tego przerośniętego badyla.
- Wpadłem po drodze - wyjawił beztrosko, a kącik ust drgał mu zdradziecko, jakby przeklęty Kapral dusił się ze śmiechu. - No co, nie cieszysz się, że mnie widzisz?
Cofnąłem się nieco i potknąłem na pluszowym chomiku.
- Wiesz co? - jęknąłem, podnosząc z podłogi jakąś koszulkę i niemal czując, jak moja reputacja chwieje się w posadach. - A może ty idź sobie do kuchni?
Nie czekając, aż chłopak raczy spełnić tę rozpaczliwą prośbę, wypchnąłem go za drzwi i prędko rzuciłem się przywdziewać przypadkowe sztuki odzieży. Też sobie znalazł porę na wizyty, niech go!
Już ubrany, z miną pozornie obojętną, poszedłem do kuchni i usiadłem za stołem. Zastukałem palcami o blat.
- Strasznie oporny z ciebie materiał - usłyszałem. - Kolega do ciebie przychodzi, a ty to warczysz, to znowu milczysz jak grobowiec. Porozmawiać nie łaska?
Znacząco przewróciłem oczami.
- Jak kolega do mnie przychodzi, to niech się produkuje.
Naraz drzwi uchyliły się i wyjrzała zza nich fizjonomia babci. Staruszka już od progu zauważyła Kaprala i zlustrowała go uważnym spojrzeniem.
- Nakarm go! - zwróciła się do mnie takim tonem, jakby bała się, że chłopak zaraz zemdleje z głodu i osunie się na podłogę, milknąc na wieki wieków.
- Babciu, dajże spokój!
- Ależ proszę pani! - zaprotestowaliśmy jednocześnie.
Babcia nic sobie nie zrobiła z naszych zająkliwych okrzyków. Niezłomnie podążyła do lodówki, wyjęła prowiant i chwyciła za nóż. Kapral umilkł, zapewne przejęty atawistycznym lękiem na widok ostrza w ręku staruszki. Babcia jednakże, zamiast poderżnąć chłopakowi gardziołko, z werwą zabrała się do krojenia chleba. Wreszcie postawiła na stole wypełniony po brzegi talerz i chrząknęła znacząco, a gdy nie doczekała się odpowiedzi - wyszła, mrucząc coś pod nosem. Jak jeszcze braciszek tu wpadnie, to zamorduję! - poprzysiągłem sobie.
Kapral rzucił się na jedzenie, ignorując wszelkie zasady dobrego wychowania.
- No, no - mruknął. Zerknął na mnie z ciekawością. - No aż się zastanawiam, czy zdążę cię uspołecznić przed wyjazdem. to już prawie za miesiąc.
- A ty wciąż o jednym, co? Nigdzie nie jadę.
- Tylko pomyśl, co mógłbyś stracić. - Chłopak zapchał się kanapka i mruczał coś niezrozumiałego; w końcu przełknął i zwrócił się do mnie: - Otóż widzisz, na przykład Kołek. Szaleją w nim jakieś mroczne namiętności; niech no by ujrzał tę twoją piżamkę w pentagramki, a rzuciłby się i zdarł ją z ciebie przemocą.
Rozkaszlałem się gwałtownie.
- Ty mnie chcesz uspołeczniać czy oddawać w łapy zboczeńca?!
- A co, boisz się? - Kapral śmiał się głośno. - Najzwyczajniej w świecie, Kołkiem targają satanistyczne tęsknoty.
- I ja się do tych tęsknot zaliczam?
- Niekoniecznie. Chociaż... - Chłopak przyjrzał mi się uważnie, szczerząc się jak głupi. - Chociaż to nigdy nic nie wiadomo.
Prychnąłem.
- Zboczeniec - powtórzyłem z uporem.
- Ja?
- Kołek.
I nagle zapadła niezwykle niezręczna cisza. Nerwowo stukałem palcami o blat stołu, Kapralowi natomiast kanapki chyba skleiły szczęki; pożerał je tak namiętnie, jakby rzeczywiście był na skraju śmierci głodowej. Wreszcie oderwał się od jedzenia i spojrzał na mnie.
- To pojedziesz? - spytał z nadzieją.
- Nie - burknąłem. - Próbuj dalej.
- Aaa, jeszcze ci mało? No dobra. To jedziemy dalej - mruknął Kapral i zabrał się za wyliczanie: - Tomeczek zbiera, co mu w łapy wpadnie i chomikuje to w podejrzanych miejscach. Już nie mówiąc o tym, że na każdej nowennie ksiądz wyczytuje prośbę jego rodziców o powołanie kapłańskie dla syna.
- E...
- ...Śledź lubuje się w pierwszakach i nosi ze sobą lusterko kieszonkowe, w którym ustawicznie ogląda sobie migdałki; jak na razie nie doszliśmy do odpowiedzi na pytanie, dlaczego mianowicie.
- Nie jestem pierwszakiem.
- ...a Lucuś... - ciągnął Kapral niezłomnie. - Hm. Lucuś. Lucuś ma zapędy ekshibicjonistyczne i lubi paradować w bokserkach. W diabełki.
- Ha, ha - mruknąłem. - Jest tam u was ktokolwiek normalny?
- No a jakże! Właśnie zjadł ci kanapki.
Parsknąłem ironicznym śmieszkiem.
- Ale - pojedziesz?
- Nie.
- No wiesz? To ja ci tu wyjawiam mroczne sekrety elitki, a ty nawet nie chcesz się koledze odwdzięczyć?
- Nie pojadę!
I w tym momencie musiała pojawić się babcia.
- Dzieciaczku, a gdzie to? - wymamrotała, radosnym wzrokiem omiatając stół, pusty talerz i Kaprala.
- Na wycieczkę, proszę pani - usłużnie podsunęło to straszliwe indywiduum, ukradkiem kopiąc mnie w kostkę. - Na tydzień, wszyscy chcemy, żeby jechał.
- No a czemu to babci nie mówi? - W głosie staruszki pobrzmiewał łagodny wyrzut. - Babcia da piniążki, da.
- Ale... - próbowałem zaprotestować, lecz Kapral zrobił wymowną minę i złapał mnie za rękę, ściskając tak, że ledwo powstrzymałem się od długiego a beznadziejnego wycia.
- Dziękuję za kanapki - powiedział przypochlebnie. - Bardzo smaczne, proszę pani.
Babcia została tym ostatecznie podbita. Ślepa na rozpacz, niewątpliwie malującą się na mojej twarzy, pokręciła się po kuchni, włożyła talerz do zlewu i wreszcie wyszła, mamrocząc do siebie coś na temat "piniążków", najwyraźniej upojona sukcesem kulinarnym.
- No wiesz co?! - warknąłem wściekle, lecz Kapral niewiele sobie z tego zrobił.
- No widzisz - powiedział z satysfakcją.
- Nie - jęknąłem.
- Tak!
- Nie.
- Przecież i tak pojedziesz - powiedział, śmiejąc się do mnie - do mnie! - No? Nie zostawisz chyba kolegi, co?
- No dobrze! - warknąłem w końcu na odczepnego, a potem, nieoczekiwanie dla samego siebie, odwróciłem wzrok. - Ale puść mnie wreszcie.
Nieco skruszony, uwolnił z uścisku moją biedną, zmaltretowaną dłoń. Z pokazowo obrażoną miną rozcierałem palce.
- Hej. no nie złość się tak. - Kapral podparł się na łokciu i przechylił w moją stronę. - Ja naprawdę chcę, żebyś pojechał.
- Aha, jasne - prychnąłem. - A ja jestem pluszowym chomikiem.
- Czemu nie? Skoro chcesz. Lubię chomiki.

* * *

Przez kilka kolejnych tygodni Kapral trzymał się mnie z godnym podziwu uporem. Wbrew woli zacząłem przyzwyczajać się do tej chuderlawej tyki, która podczas każdej przerwy wyrastała u mojego boku. Bezczelny badyl odważył się nawet wpakować do mojej ławki, mojej osobistej, bezpiecznej twierdzy! Zaprotestować nawet nie zdążyłem. Kapral był istnym potworem.
Nie, żebym traktował go jakoś specjalnie; normalny człowiek dawno zacząłby unikać mnie jak ognia. Tymczasem - nic z tych rzeczy. Bynajmniej nie zanosiło się na to, żeby Kapral miał się odczepić. O jednym jednak nie dawał mi zapomnieć; wciąż był członkiem klasowej elitki.
Teraz właśnie przeżywałem jeden z tych potwornie denerwujących momentów, kiedy domniemany kumpel przedkładał ich towarzystwo nad moje. Stał z kolesiami pod oknem, chichocząc jak hiena nafaszerowana marihuaną. Nie dziwota, że oględnie mówiąc, byłem wściekły. Elitka wtargnęła na korytarz i natychmiast zajęła sobą całą uwagę Kaprala. Zostawił mnie tak po prostu, zastygłego w jakimś idiotycznym geście, w połowie pasjonującej dyskusji, i w te pędy przykleił się do wiernych, starych kumpli.
W milczeniu przygryzałem wargę, hamując cisnące się na usta przekleństwa. Gniew, przemieszany z dziwnym uczuciem zazdrości, skutecznie wytrącał mnie z równowagi. Ten popieprzony, tyczkowaty Kapral zupełnie się mną nie zajmował! Jak tak można?!
Przyszło mi do głowy, że zachowuję się jak rozkapryszone dziecko, któremu zabrano ukochaną zabaweczkę.
Ukochaną? Zaraz, zaraz! Jaką znowu ukochaną? Ani mnie on grzał, ani ziębił, w zasadzie. Przeklęty badyl.
Tuż nade mną wściekle zabrzęczał dzwonek; aż podskoczyłem. Kapral oderwał się od konwersowania z elitką i, nie zaszczycając mnie choćby spojrzeniem, polazł gdzieś, w upojeniu paplając coś do Tomeczka.
Zdrajca! Poczułem się niemal fizycznie dotknięty. Już nie wspominając o tym, że Tomeczka najchętniej zamordowałbym z wyjątkowym okrucieństwem, i z całą pewnością nie miałbym wyrzutów sumienia.
Opętany destruktywnymi myślami, nawet nie zauważyłem, kiedy w pobliżu znalazła się elitka.
- Schizuś! - zakrzyknął ktoś z emfazą, składając mi dworski ukłon, godny jakiejś markizy Angeliki.
Zignorowałem to, pełen wzniosłego postanowienia, żeby nie zniżać się do poziomu hołoty. Oparłem się plecami o ścianę, niby to nagle zafascynowany podłogą. Od strony elitki natychmiast doleciały mnie zduszone parsknięcia. I to również udało mi się zlekceważyć.
Ale banda nie mogła długo wytrzymać w milczeniu.
- Cóż to się dzieje - podjął Kołek z głębokim, acz udawanym namysłem - że jego wysokość Schiz raczył spojrzeć łaskawym okiem na jednego z nas?
Prawdę mówiąc, sam chciałbym to wiedzieć, ale taka odpowiedź nie wchodziła w rachubę. Kołkowi trzeba było jednak odciąć się jasno, prosto i dobitnie. W innym przypadku mógłby nie zrozumieć.
- Co wam do tego? - wymyśliłem w końcu.
- Co nam do tego? Co nam do tego? - naigrawał się Kołek. - Słyszycie? - zwrócił się do kumpli. - Schiz pyta, co mamy do jego ukochanego przyjaciela!
Ku mojej gigantycznej konsternacji, cała trójeczka wybuchła uradowanym kwikiem. Nie miałem zielonego pojęcia, co z sobą zrobić, otoczony wianuszkiem świrów, z których każdemu wydawało się, że ma święte prawo się na mnie wyżywać. Gdybym był sam na sam z Kołkiem, bez namysłu sprasowałbym mu pysk, ale trzech na jednego - to zdecydowanie za dużo jak dla mnie!
- O co wam chodzi?! - wydarłem się, tracąc cierpliwość. - Odwalcie się!
Wprawdzie nie miałem klaustrofobii, jednakże zacieśniający się krąg rozrechotanych indywiduów wywoływał u mnie wręcz duszności. Nie znałem przyczyny zabójczego entuzjazmu bandy, i cholernie mi się to nie podobało.
Już miałem zrobić coś nieprzemyślanego i niewątpliwie głupiego, kiedy dostrzegłem Kaprala.
Klepnął w łopatkę najbliżej stojącego kolesia i spytał, o co chodzi, niepewnie popatrując na mnie. Zerknąłem na triumfalną minę Kołka. Już, już miał coś powiedzieć, lecz Kapral zareagował błyskawicznie. Przepchnął się kilka kroków dalej i, łapiąc mnie za rękaw, odciągnął na bok. Pozbawiona miejscowej atrakcji, elitka pośmiała się jeszcze chwilę i pomknęła do klasy.
- Czego od ciebie chcieli? - spytał Kapral zdawkowo.
- Tego co zwykle - mruknąłem. - Nudzi im się.
Zerknąłem na niego spode łba i natychmiast spuściłem wzrok. Jakimś sposobem peszyło mnie patrzenie mu prosto w oczy. A przecież podczas wymiany komplementów z Kołkiem nie miałem takich dylematów. Rzeczywiście, zabawne. Odchrząknąłem.
- Tak już z nimi jest - dodałem beztrosko. - Chrzanię to.
Żeby sobie przypadkiem nie pomyślał, anioł dobroci jeden, że to wieczne, dziecinne i wyzbyte jakiegokolwiek polotu dogadywanie jakoś specjalnie mnie boli. Bo i nie bolało! To, że elitka nie potrafiła docenić mojej wspaniałej indywidualności, świadczyło jedynie o ewidentnym braku inteligencji.
- Nie przejmuj się nimi - powiedział cicho Kapral, jakby nie słyszał moich lekceważących wypowiedzi.
Nijak tego nie skomentowałem. Jeśli Kapral uważał, że zamartwiam się z powodu klasowych przychlastów, był w błędzie.

* * *

Z ponurą miną snułem się po parku, czubkiem buta rozkopując liście na wszystkie strony. Podejrzliwie zerkałem na Kaprala; na chłopaka ewidentnie nie działały żadne sposoby, jakie przedsięwziąłem, by go do siebie zniechęcić. Szedł obok, badyl jeden, i rozprawiał w najlepsze. Jak tylko przebywało się z Kapralem sam na sam, wyłaziła z niego gaduła straszliwa.
- A ty to przypadkiem nie powinieneś plątać się teraz w towarzystwie Kołka i bandy? - nie zdzierżyłem. - Nie wątpię, że moja osoba jest. - prychnąłem - szalenie atrakcyjna, ale twoi drodzy przyjaciele.
- Wybacz, ale dla moich drogich przyjaciół jesteś jeszcze zbyt mało społeczny, bym miał się z nimi tobą dzielić.
- Ale ja nie o tym - warknąłem. - Dlaczego wyszedłeś ze mną. A nie z nimi. Albo - z jakąś dziewczyną.
- Oho! Na dobrą sprawę to jesteś mniej szkodliwy, niż taka przedsiębiorcza panienka, co to z łatwością człowieka wrobi w jakąś płomienną miłość i diabli wiedzą, co jeszcze.
- Mniej szkodliwy, co?! - wściekłem się. - Ty nie bądź taki pewny. Żebym ja ciebie w coś nie wrobił.
- W płomienną miłość?
- Kretyn! - warknąłem.
Kapral machnął ręką i zatrzymał się. Odgarnął z ławki liście i usiadł, udając głęboką zadumę. Zabawnie to wyglądało; jakby ktoś go złamał w połowie i upchnął na ławeczce.
- Powiem ci w sekrecie, że dziewczyn to ja się boję - wyjawił chłopak konfidencjonalnym tonem, ledwo hamując śmiech.
- No, no? A czemuż to?
- Dwie sprawy. Wyobraź sobie, że w zamierzchłych czasach przeżyłem prawdziwą, hm, tragedię miłosną.
- W zamierzchłych czasach?
- No. Przedszkola. - Zachichotał. - Jedna z tych nazbyt przedsiębiorczych panienek uznała, że jestem idealnym materiałem na mężczyznę jej życia. I ciągała mnie na jakieś samotne wycieczki w okolice przedszkolnej stołówki.
- Może uznała, że jesteś niedożywiony - palnąłem.
- .razem kradliśmy banany ze stolików sąsiadów, po czym raczyliśmy się tymi bananami w upojeniu. Ale nie to było najgorsze. Moja, hm, luba, kazała rysować sobie różowe kucyki pony, co naprawdę przekraczało moje możliwości twórcze, obłapiała mnie w miejscach publicznych, a nawet wrobiła mnie w ojcostwo.
- W przedszkolu?!
- Aha. Miałem być tatusiem jej kudłatego słonika.
Zakrztusiłem się ze śmiechu.
- I wtedy. - ciągnął Kapral - i wtedy uznałem, że to stanowczo zbyt wiele. I powiedziałem: dość. I zwiałem.
- A ten drugi powód?- spytałem, przygryzając wargi i tłumiąc śmiech.
- Irenka - szepnął chłopak znacząco. - Irenka i jej piękne dłonie.
W mojej głowie pojawiła się jakaś wielce sugestywna, a niezbyt cenzuralna wizja; zbyłem ją szybko, zamrugałem i wpatrzyłem się w towarzysza.
- Co ona ci robiła tymi dłońmi? - wymamrotałem.
- Obrzucała mnie gruszkami przez płot. Ty wiesz, jaki to cios dla męskiej dumy, dostać gruszką w łeb podczas zaganiania kur do kurnika? A Irenka siadała na płocie, przyglądała się swoim dłoniom i mruczała.
- Mruczała, co?
- Aha. Mruczała. Nie wiem; do mnie, do siebie czy tych swoich pięknych rąk - tak czy siak, do dzisiaj mam traumę na mruczenie. A później Irenka brała tę nadgnitą gruszkę, celowała, i. No, sam wiesz. Raz trafiła w kurę. Ledwośmy ją docucili; kurę, nie Irenkę, rzecz jasna.
- Mordercze dziewczę.
- A żebyś wiedział. Wszystkie zwierzątka z okolicy jej unikały. Chłopcy też. Razem z Tomeczkiem - wiesz, to jej kuzyn, chłopak to ma pecha w życiu - znosiliśmy ją jedynie z konieczności.
Wspomnienie Tomeczka nieco popsuło mi humor. Pokręciłem głową i zagapiłem się na jakąś dziewczynę, z pasją rozgrzebującą stertę liści.
- O, widzisz? - mruknął Kapral, zauważywszy obiekt mojego przelotnego zainteresowania. - Diabli wiedzą, co takim po głowach chodzi. A spróbuj tylko podejść, jak nie fuknie! Jeszcze cię w tych liściach pogrzebie samym spojrzeniem.
- Przerażasz mnie.
- No, nie wątpię. - Chłopak wyszczerzył się do mnie. - No a ty? Jak tam twoje doświadczenia z tą straszliwą płcią?
- Nijak. Mamusia. Babcia sztuk jeden.
- Ale chyba ich nie podrywałeś?
- Zwariowałeś? - syknąłem z niesmakiem. - Ale zawsze ty byś mógł spróbować z moją babcią - dodałem jadowicie. - Ona lubi takich, co to może sobie podokarmiać.
- Powtórka po lubej z przedszkola? O, nie, nie! Wybacz, ale nie skorzystam. Ale swoją drogą - jakim cudem ty jeszcze nie masz dziewczyny? - zainteresowało się nagle to badylowate stworzenie. - Panienki na ciebie nie lecą? A dziwne, bo obiektywnie mówiąc, to ty wcale nieźle wyglądasz. A tych twoich włosów to ci połowa szkoły zazdrości, sam bym takie chciał mieć, czarne i proste. - Ze smętnym uśmieszkiem dotknął swoich rozczochranych kudłów.
No, cóż. Doskonale wiedziałem, że odznaczam się urodą nieprzeciętną, swoim wyglądem byłem w pełni usatysfakcjonowany i miałem pojęcie, jakież może wywierać wrażenie na osobach postronnych.
- No? - mruknął Kapral.
- Lecą, lecą - burknąłem. - Ale ja na takie akurat nie lecę.
- A co, uwłaczałoby to twojej godności?
- Jasne. Jeszcze bym się z taką przestał korzystnie prezentować - palnąłem bez namysłu.
- Oho, nie obraź się, ale rozumowanie godne Kołka.
- Właśnie się obraziłem - zakomunikowałem oficjalnym tonem.
- No coś ty - zaśmiał się. - Wariat. Ale dobrze, dobrze, ja tam nawet jestem za tym twoim rozumowaniem - przynajmniej żadna panieneczka nie będzie na mnie psioczyć.
- Taki jesteś delikatny?
- Ty sobie nawet nie wyobrażasz, jak bardzo. A spróbowałbyś ty z Irenką jeszcze zaczynać! Trauma to by mi została na resztę życia.
- Nie wątpię. Która to Irenka?
- O, nie, nie. Takich informacji to ja ci nie będę podawać, jeszcze wykorzystasz przeciwko mnie!.
- No, zawsze mogę poznać po mruczeniu - zauważyłem zjadliwie. - I przyglądaniu się dłoniom.
Kapral jak na komendę chwycił się za przegub, bynajmniej nie w celu podziwiania rąk - nawiasem mówiąc, smukłych i wcale niebrzydkich, jak zauważyłem z niejakim zdziwieniem - tylko odsłonił materiał bluzy i spojrzał na zegarek.
- No, my już sobie pójdziemy - zakomunikował dziarsko. - Wstawaj.
Ruszyłem więc za chłopakiem, szeleszcząc w liściach rozkopanych przez tamto dziewczę.
- Boisz się dziewczyn, co? - mruknąłem niby to do siebie, ale na tyle głośno, żeby Kapral usłyszał. - Kto by pomyślał, że i twój mroczny sekret odkryję.

* * *

Na lekcji polskiego, zamiast zwyczajowego strzelania w nauczycielkę kąśliwymi uwagami, całą uwagę skupiałem na tym, żeby przypadkiem nie znaleźć się za blisko Kaprala. Miało to konkretną i wyjątkowo niepokojącą przyczynę, mianowicie, gdy niechcący stykałem się z nim łokciem, przechodziło przeze mnie coś w rodzaju impulsu elektrycznego. Było to reakcją raczej nieusprawiedliwioną, chyba że Kapral stał się potężnym elektromagnesem o niebywałej sile przyciągania. Bo mimo iż kuliłem się w najdalszym kącie ławki, coś mnie do niego potwornie ciągnęło.
Otrząsnąłem się. Zdziwiony nagłą ciszą, zwróciłem błędny wzrok na polonistkę. W tym samym momencie Kapral szturchnął mnie dyskretnie.
- W sumie on jest całkiem popieprzony, ale ciągnie mnie do niego jak cholera - wyrwało mi się.
Mój głos wypełnił każdy zakątek sali, klasa zamarła, polonistka popatrzyła na mnie z osłupieniem. Po ułamku sekundy wszyscy, z elitką na czele, gruchnęli ogłuszającym śmiechem. Poczułem się jak porwany przez oko cyklonu. Wcale nie miałem zamiaru informować ogółu społeczeństwa o moich odczuciach względem Kaprala!
Babka opanowała się i uciszyła rozradowanych uczniaków, zwracając się do mnie ze zjadliwą uprzejmością, co przypuszczalnie miało maskować zaskoczenie:
- Czy mógłbyś powtórzyć?
Zamrugałem ze zdziwieniem.
- Ale co?
- To, co powiedziałeś.
- Eee. a jakie było pytanie? - wybełkotałem. Coś mi się wydawało, że będzie kiepsko.
- Pytałam cię o twój osobisty stosunek do bohatera tytułowego "Pana Tadeusza" - uświadomiła mnie nauczycielka.
Kapral chichotał, zgięty wpół.
- Ja. tego. Nic mnie ten Tadek nie obchodzi! - naburmuszyłem się, wywołując kolejny zbiorowy atak porażającego śmiechu.
Nie miałem pojęcia, jak dotrwałem do końca lekcji. Hamując zgrzytanie zębami i wszelkie mordercze zapędy, na pierwszy dźwięk dzwonka z ulgą zerwałem się z miejsca i porwałem plecak. Kapral dał mi znak, żebym poczekał na niego w szatni. Skinąłem głową, odgarnąłem włosy z czoła i pognałem po schodach na sam dół.
- Te, Schiz! - usłyszałem lekceważący głos Kołka.
Nie zatrzymałem się; Kołek irytował mnie niezmiernie i w przeciwieństwie do klasowych dziewczyn, nie upatrywałem największego szczęścia w prowadzeniu z nim konwersacji.
- Schiz! - zagrodził mi drogę.
- Spieprzaj.
- Chciałbyś. - prychnął. - No, co? Przyjaźnisz się z naszym Badylkiem? - spytał jadowicie, patrząc na mnie kpiąco. - No, no. przepięknie.
- Kołek! Spieprzaj! - powtórzyłem. Powinien wykonać polecenie bez szemrania, a nie rościć sobie jakieś prawa do indagowania mnie w sprawach osobistych! Popchnąłem go, lecz na nic się to nie zdało.
- Daruj, ale najpierw to my sobie porozmawiamy - wyjawił Kołek z rozkosznym uśmieszkiem, ukazując bielutkie zęby. - O twoim kochanym przyjacielu, rzecz jasna.
Najchętniej wytargałbym go za farbowane kudły, względnie oberwałbym mu uszy, ale coś mnie powstrzymało od dokonania tego chwalebnego czynu. Mianowicie, ten specjalny, wyważony ton głosu i iskrząca się w niedużych oczkach perfidia. Dawno nie miałem okazji widzieć Kołka tak uradowanym.
- Gadaj i spieprzaj! - krzyknąłem.
- Głupi jesteś - oświadczył na wstępie, jakby nie mógł wykazać się znajomością oryginalniejszego epitetu. - Badylek wcale się z tobą nie kumpluje.
Znacząco popukałem się w czoło.
- Co, takiś pewien swego? No to dowiedz się, Schizie jeden, że Badyl robi to tylko i wyłącznie na moje osobiste życzenie.
Patrzyłem na Kołka spode łba, nie do końca pojmując, o co mu chodzi, jakby nagle ulotniła się ze mnie cała zdolność myślenia. Zamiast mózgu miałem jakąś ohydną, lodowatą kaszkę.
Otrząsnąłem się, poprzysięgając sobie, że nie dam się wyprowadzić z równowagi.
- Odwaliło ci? - zapytałem, zabrzmiało to jednak dość słabo.
- Założył się z nami - wyjaśnił Kołek, ledwo tłumiąc szaloną radość. - Założył się o skrzynkę piwa, że zaprzyjaźni się z największym schizem w klasie.
- Skrzynkę. piwa? - powtórzyłem bezwiednie. - Skrzynkę. piwa?
Stałem tak, ogłupiony do granic możliwości, i gapiłem się na Kołka wzrokiem zbitego psa.
- Jasne - dobił mnie Kołek, rozciągając gębę w złośliwym uśmiechu. - Dokładnie tak. Sam więc widzisz, jak beznadziejnie naiwny jesteś. Beznadziejnie - dobitnie zaakcentował to słowo.
Nie dałem chłoptasiowi okazji do przeżywania triumfu. Niewiele myśląc, kopnąłem go poniżej kolana - najpewniej trafiłem w goleń, bo Kołek począł kwiczeć i popiskiwać, podskakując na jednej nodze. Wykorzystałem sytuację i zwiałem w kierunku szatni.
Nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić. Miałem czerwone płaty przed oczami, a jedyne, czego pragnąłem z całego serca, to spuścić komuś porządne lanie. Bo dlaczego?! Jakim prawem ta banda przychlastów przez bite trzy tygodnie robiła sobie ze mnie świetną zabawę?
ZE MNIE!
I nagle, zaskoczony, stanąłem oko w oko z Kapralem. Zjawił się w wybitnie nieodpowiednim momencie. Ręce automatycznie zacisnąłem w pięści, a włosy poleciały mi na oczy, jak zwykle w momentach skrajnej wściekłości. Byłem gotów mordować, ciąć w plasterki i konserwować w formalinie.
- No co?! - ryknąłem. - Wynocha!
Kapral, wyraźnie zaskoczony, usiłował schwycić mnie za bluzę i nietęgą miał minę, kiedy zarobił w ramię i ledwo co uchylił się od ciosu w czerep.
- Spieprzaj, sukinsynu!
- Hej, co z tobą? Hej!
Walnąłem pięścią na odlew i wtargnąłem do szatni, szarpiąc się z glanami. Pieprzony Kapral! A ja myślałem.
Zagryzałem wargi, bojąc się, że w zwierzęcej furii wywrzeszczę coś, o czym Kapral nigdy nie powinien się dowiedzieć.
Wstałem gwałtownie.
- Powiedziałem ci coś?! - wrzasnąłem.
- Co się z tobą dzieje? Schiz, czekaj!
- Odwal się! Leć, śmiejcie się razem z Kołkiem! No leć, płaszcz się przed nim, zabawiaj go swoją niebywałą erudycją!
W tym momencie siłą rzeczy musiał pojąć, o co mi chodzi, bo ręce mu opadły, a na twarzy jaskrawym rumieńcem wypisało się poczucie winy.
- To nie tak. - powiedział słabo. - Poczekaj, ja ci wszystko wytłu.wytłumaczę!.
- Zamknij się!
- Poczekaj!
Pobiegłem na górę, przeskakując po dwa schodki i zupełnie nie troszcząc się o rozwiązane sznurówki.
- Poczekaj! - usłyszałem za sobą.
Kapral złapał mnie za kaptur.
- To nie tak, jak myślisz!
- Co? - wymamrotałem, zwracając głowę w bok. - No puszczaj, cholero!
- To nie tak! - bezradnie powtórzył Kapral. - Przecież ja. ja cię lubię. Nie chciałem, żeby to tak wyszło! Schiz, to było żałosne, głupi zakład, i. Schiz, nie zachowuj się jak obrażona królewna, proszę, zrozum, no!.
- Przestań pieprzyć! - krzyknąłem i wyrwałem się.
Chwyciłem klamkę i szarpnąłem z całej siły, mając szczery zamiar trzasnąć tak, żeby powylatywały szyby. Niestety! Siła odrzutu walnęła mną o drzwi i dostałem w twarz. Poczułem tylko tępy ból i jak na urągowisko krew puściła mi się z nosa. Nie zwracając na nią uwagi, wyleciałem ze szkoły jak pocisk z karabinu.
Dysząc ciężko, gnałem najszybciej jak umiałem; przebiegłem przez ulicę i nawet nie zwróciłem uwagi na pisk opon samochodu, który ledwo zdołał wyhamować. Wariacki pęd niemal mnie wykończył; usiadłem na schodkach pod jakąś bramą i starałem się uspokoić.
Serce waliło tak głośno i szybko, że musieli je słyszeć nieliczni przechodnie. Skronie pulsowały boleśnie, krew z nosa lała się nieprzerwanie i nie mogłem jej zatamować. Złość zaczęła przeradzać się w dojmujące uczucie bezsilności i - zupełnie nowe doświadczenie - żalu. Okropny, przytłaczający ciężar, który zwalił się na mnie znienacka i zepchnął w kąt wszelkie teorie o mojej wyższości wobec innych.
Objąłem kolana; dżinsy błyskawicznie nasiąkły krwią. Zagryzałem wargi i w końcu spostrzegłem, że płaczę.
Cholerny Kapral! Jak ja go w tym momencie nienawidziłem!

* * *

Dobrze, że nikt mnie nie widział w tej chwili słabości; koniec końców sam wstydziłem się tego wybuchu, tak nie licującego z moją godnością.
Przejrzałem się w brudnej szybie drzwi wejściowych i już całkiem trzeźwo skonstatowałem, że wyglądam jak mały, rozzłoszczony potworek z zaczerwienionymi oczkami, z opuchniętymi wargami, z koszulą, która przypominała zakrwawioną szmatę.
Cholera.
Odetchnąłem głęboko. Spokojnie, tylko spokojnie.
Powlokłem się smętnie do domu, a droga, która zwykle zajmowała pięć minut, wydłużała się w nieskończoność.
W mieszkaniu od progu przywitał mnie pełen przerażenia ryk braciszka. Zapewne, zobaczywszy zakrwawione indywiduum z mordem w oczach, wywnioskował, że oto nadchodzi kara za wszystkie jego niecne czyny, i poleciał w bezpieczną ostoję ogromnego brzuszyska babci.
Babcia w pozie pogromczyni dzikich zwierząt wyległa chyżo do przedpokoju, w ręku ściskając tasak z pozostałościami czegoś, co przypuszczalnie było obiadem.
Zrezygnowany, oparłem się o futrynę.
Babcię cechował mimo wszystko mniejszy niedorozwój, gdyż nie wydając z siebie podejrzanie brzmiących chrząknięć, załamała tylko ręce w geście rozpaczy i jęknęła zbolałym głosem:
- Dziecko! Cóżeś ty zrobił? Dziecko!.

* * *

Wcale go nie lubię - powtarzałem sobie równie uparcie, co beznadziejnie. Wcale go nie lubię! - akcentowałem prawdziwość tych słów, tłukąc pięścią o brzeg wanny. I niczego nie udało mi się uzyskać. Wszystkie uporczywe przemyślenia na temat tego sukinsyna kończyły się jedynie stwierdzeniem, że wina leży po mojej stronie.
Sam dałem się naciąć jak ostatni frajer. Wykiwany frajer - oto, kim był Schiz.
Zimny okład na obolałym nosie, koszulka wirująca w pralce, piekące oczy i nadmierna uprzejmość rodziny tylko utwierdzały mnie w przeświadczeniu o własnej głupocie.
Długo, długo w noc nie mogłem zasnąć; obrazy nakładały się jeden na drugi, natrętnie usiłując zburzyć chwalebne postanowienie ignorowania Kaprala po wieczne czasy. Argumenty pokojowego rozwiązania trafiały wyłącznie w tarczę dumy i urażonej godności, i w żaden sposób nie mogły przebić się na drugą stronę. Dobrze, że nie mogły. Pod tarczą czaił się dzieciak, słaby jak ślimak wydłubany ze skorupki.
A przecież byłem taki wspaniały, taki świetny, taki doskonały i znający swoją wartość! To co się teraz, u diabła, podziało?
To nie prawda, co zdawało mi się wcześniej. Nieprawda. Nie potrzebowałem ani pieprzonego badyla, ani tej zakichanej, podlanej fałszem "przyjaźni".
Nie wiem, kiedy ponure myśli ulotniły się z głowy, a ich miejsce zajęły marzenia senne.
Jak na ironię, śnił mi się Kapral.

* * *

Kiedy opuchnięty nos zredukował się do przyzwoitych rozmiarów, kiedy zapanowałem nad wyrzutami sumienia w stosunku do uporczywie nieodbieranych telefonów i nieodpisywania na smsy - uznałem, że mogę zaszczycić szkołę swoją obecnością. Wystroiwszy się jak szczur na otwarcie kanałów, z artystycznym nieładem na głowie i postrzępionymi dziurami na kolanach spodni, wkroczyłem w progi liceum.
Wszedłem do klasy, efektownie trzaskając drzwiami. I od razu ujrzałem skruszonego Kaprala, tkwiącego sztywno w "naszej" ławce. Na mój widok jeszcze bardziej zesztywniał i pochylił głowę.
Nienawidzisz go! - błyskawicznie przypomniał wewnętrzny głos, gdy już chciałem zająć miejsce przy Kapralu, jak gdyby nigdy nic. Zatrzymałem się przy ławce, jakby skończyły mi się baterie. Nie istniało dla mnie nic; nauczyciel od fizy, elitka - jakby na parę sekund czas litościwie stanął w miejscu
Kapral podniósł głowę i uśmiechnął się przepraszająco.
- Wiesz. wtedy tak głupio wyszło - powiedział, zacinając się i unikając mojego wzroku. - Chciałbym jeszcze raz.
Nie słuchałem dalej tych infantylnych tłumaczeń. Przeszedłem obok i usiadłem na pierwszym wolnym miejscu, jakie się nawinęło.
Szczerze mówiąc, wcale nie byłem pewien, czy dobrze zrobiłem. Siła przyciągania Kaprala wcale nie przestała działać. I to było najgorsze.
Niestety, mój szczególny stan psychiczny nikogo nie wzruszał. Tym bardziej naszego ukochanego fizyka o władczym nazwisku, który nie zważając na moją beznadziejność i nieprzydatność do niczego, jednym prostym pytankiem rozpoczął katorgę.
- Powiedz, dziecko - zagaił Król perfidnie - co to jest liczba atomowa pierwiastka?
Ponieważ uczenie się fizyki nie przyszłoby mi do głowy nawet na Sądzie Ostatecznym, zmuszony byłem improwizować.
- E. Liczba atomów w jądrze? - palnąłem bez przekonania.
- Liczba atomów w jądrze? Dziecko, ty się najpierw przeżegnaj!
Król począł biadolić na temat upadku ducha u ówczesnej młodzieży, a dreamteam z Kołkiem na czele prychał w garście. Na sobie czułem deprymujące spojrzenie Kaprala, wbijające się w kark jak drobniutkie igiełki. Poczułem, że rumieniec zdradziecko wylewa mi się na twarz.
- Dowiemy się, co to jest ta liczba atomowa pierwiastka?
- Nie wiem. - wyznałem. - Cholera, ja już nic nie wiem.
- Nie wiesz? - nauczyciel wyraził łagodne zdziwienie.
- Nie.
- A wiesz, jak się nazywasz? - zakpił.
Moja odpowiedź wprawiła go w osłupienie, a klasę w stan bliski upojenia:
- Nie wiem. - jęknąłem mianowicie.
- Nie?
- Nie, nie wiem - pogrążałem się coraz bardziej.
Królowi w niezwykle malowniczy sposób opadły ręce, po czym jął publicznie znęcać się nad moją niewiedzą:
- Wasz kolega, jak widzicie, nic nie wie. Co ja mam z nim w takim wypadku zrobić?
- Z nim lepiej nic - zahukał Kołek z ostatnich rzędów i zwinął się na ławce, chichocząc jak popieprzony.
Klasa zaśmiała się służalczo, przychodząc mu w sukurs. To i fakt, że nie słyszałem charakterystycznego śmiechu Kaprala spowodowało, że zrobiło mi się gorąco.
Moje subtelne uczucia nie uszły uwadze Króla.
- A co ty się tak czerwienisz? - zapytał podejrzliwie.
- On się zakochał - zakwilił Kołek, po czym zleciał pod stolik. - Tylko jeszcze nie wiemy, w kim.
Opadłem na krzesło i schowałem głowę w ramionach, przezornie nie odzywając się już do nikogo.
W połowie lekcji jakaś znudzona panienka wsunęła mi pod łokieć pieczołowicie zwiniętą kartkę. Pismo! Znałem, a jakże. Pewnie obserwował mój "występ", a teraz przesyłał gratulacje; tak, to było w jego stylu!
Nie wiem, jaki diabeł mnie podkusił, ale wstałem. Chwyciłem kartkę i, nie czytając, przedarłem ją na dwa, potem kolejno cztery, osiem i szesnaście maleńkich kawałeczków. Zebrałem śmieci i krokiem lunatyka podszedłem do okna. Pozbywszy się strzępków niepożądanej wiadomości, usiadłem na parapecie, pozornie beztrosko machając nogami.
- Ej, kolego! - zareagował fizyk. - Złaź no stąd!
Demonstracyjnie przełożyłem nogi na drugą stronę parapetu. Dostarczając tym sposobem dodatkowej radości klasie, malowniczo rozsiadłem się w oknie, zanurzając dłoń we włosach.
- Obawiam się, że nie zejdę - powiedziałem.
Nadąłem się, doskonale świadomy, że robię z siebie idiotę. Nic mnie to już nie obchodziło. Z radosną miną wychyliłem się do przodu; jeszcze trochę, a byłbym zleciał, lecz w tym momencie najmniej się tym martwiłem.
- No to jak chcesz tam siedzieć, to siedź - dobitnie rzekł Król i powrócił do prowadzenia lekcji.
Urażony brakiem zainteresowania, które jawnie uwłaczało mojej godności, zaciąłem wargi, dobrowolnie zlazłem z parapetu, wykonawszy uprzednio kilka mrożących krew w żyłach ewolucji, i nie odzywałem się już ani słowem do samego końca lekcji. A na przerwie.
- Schizuuusiu! - zawył przeraźliwie Kołek, doganiając mnie w hollu ze swoją Trójcą Świętą przy boku.
Zignorowałem ich i zasiadłem pod ścianą, z mocnym postanowieniem niewdawania się w kłótnie, cokolwiek by Kołek nie powiedział. Niestety. W niczym mi to nie pomogło.
- Schizusiu, może byś łaskawie powstał? Odrobinę szacunku, co?
- Nie mam do ciebie szacunku - odparłem beztrosko.
- Taa, w to mogę uwierzyć - rzekł Kołek z przekąsem. - Czy ty do kogokolwiek masz szacunek, hę?
- Nie. I bardzo mi z tym dobrze. Odwal się wreszcie, kretynie.
- Schizusiu, co się z tobą stało? Chcesz, żebym ci powiedział, mój drogi, jaki to byłeś milutki przez ostatnie trzy tygodnie?
Wreszcie zrozumiałem, co się święci.
- Och, jak dawno nie widziałem cię tak milusim. I to dlaczego, no? Kto to sprawił, że nasz Schizuś stał się układnym, słodziutkim chłopczykiem? - naigrawał się Kołek.
- A chcesz w zęby? - warknąłem słabo.
- Schizusiu, no co to się dzieje? Och, tak! - Kołek jakby się zreflektował. Wyszczerzył zęby, sprawdził, czy jego poza robi odpowiednie wrażenie na chichoczących panienkach, i kontynuował z namaszczeniem: - No tak! Twój tak zwany przyjaciel ma cię głęboko gdzieś! Jakże mogłem zapomnieć!
Piranie zachichotały przypochlebnie.
- I co, świrusie? Swoją drogą to po tych relacjach z waszych spotkań ja już przestaję się dziwić, czemu jesteś taki popieprzony .
W tym momencie wstałem, choć poprzysiągłem sobie siedzieć, i podstawiłem Kołkowi pod nos zwiniętą pięść. Ponieważ demonstracja ta okazała się niewystarczająca, wściekle dysząc, łupnąłem raz. I drugi. I trzeci!
Kołek uchylał się ze śmiechem. Rąbnąłem go w końcu z całej siły, czując, że przepełnia mnie furia tak straszliwa, że koniecznie muszę ją na czymś wyładować. Zanim chłopak zdołał złapać mnie za nadgarstek, zanim reszta hien zdążyła mnie spacyfikować, Kołek oberwał w pysk, aż zadzwoniło.
- No i co, Schizie jeden? Szczęśliwszy jesteś? - wymamrotał, trzymając się za policzek. - Schizie pieprzony, dużo mi zrobiłeś, faktycznie. Głupolu. Badylowi żeś wierzył, że on niby taki twój "przyjaciel". Frajer z ciebie nieziemski! Myślisz, że jak mi oko podbijesz, to Badylek do ciebie wróci? Frajer!
Zarechotał.
- I żebyś mi później nie płakał, że nikt cię nie lubi. - Otarł wyimaginowaną łezkę. - U twojego kochanego Badylka jesteś spalony, pamiętaj! Nie musisz się już martwić, on chrzani cię tak, jak ty chrzanisz nas!
Nie musiał tego mówić. Nie musiał, sam doskonale wiedziałem. Ale to nie znaczyło, że byłem z tego powodu jakoś specjalnie rozradowany.
Schiz, którego nigdy nic nie obchodziło, miał wrażenie, że coś się wali, sypie w kawałki z oszałamiającą prędkością. Konsternację powiększał fakt, że po raz pierwszy przytyki bandy przychlastów celnie trafiały w najczulszy punkt.
Przygryzłem wargi aż do krwi - i wtedy go zauważyłem.
Stał obok bandy, ale głowę miał spuszczoną, nie patrzył na nikogo i garbił plecy. Pewnie przypuszczałbym, że dusi się ze śmiechu, ale udało mi się dostrzec jego minę.
Tak jak ja, mocno zagryzał wargi. Ręce zaciskał w pięści, a na twarzy malowała się totalna rezygnacja. Widziałem to tylko przez chwilkę, krótką jak mgnienie oka, ale wystarczyło. Wystarczyło, żeby dokonał się we mnie przewrót.
Nienawidzę go, nienawidzę! - rozpaczliwie powtarzałem sobie w duchu. Nic z tego. Bo przecież nie nienawidziłem Kaprala. Beznadziejne próby ratowania własnego honoru spełzały na niczym. I tutaj właśnie, w obecności elitki, zrozumiałem, że są takie rzeczy, których w żaden sposób nie da się logicznie wytłumaczyć. Uczucia, które powstają szybciej, niż człowiek zdąży się zorientować.
Trudno myśleć o dalszej egzystencji, kiedy zakochało się we własnym przyjacielu.

* * *

Tyle wczoraj.
A dziś? Dziś siedzę na "naszej" ławce w parku i staram się uciec od odpowiedzialności za nieprzemyślane i niechciane uczucie, które zżera mnie od środka. Bo jak to jest? Myślałem, że takie rzeczy mnie nie dotyczą. Nie mogą dotyczyć!
Ja i Kapral? Wredny, rozbestwiony gówniarz, który za największy autorytet uznaje siebie samego i. Chłopak. Inny chłopak. Dobrze wiem, jak powinienem teraz nazwać nagłe ciągoty do osobnika tej samej płci. Wiem, i wcale mi się to nie podoba.
Próbuję wyciszyć się jakoś, przestać myśleć. Nie umiem się pogodzić ze swoim wypaczonym zestawem hormonów i nieprawidłowymi reakcjami. Zawsze chciałem być oryginalny i niepowtarzalny; chciałem wyróżniać się na tle innych, to fakt. Ale żeby do tego stopnia?
Kochać. Kaprala? Kogoś, dla kogo jestem tylko Schizem, którego z braku lepszej zabawki wykorzystuje się do poprawiania sobie humoru. Czy to ma sens?
Chciałbym wiedzieć.