Sweet razorblade 1
Dodane przez Aquarius dnia Lipiec 04 2011 19:27:29
Dobra, to moje pierwsze opowiadanko, więc proszę o wyrozumiałość i konstruktywną krytykę :



- Dzień dobry panie profesorze.
- Dla kogo dobry dla tego dobry.
Ciemnowłosy nauczyciel z krzywym uśmieszkiem zabrał się do pisania na tablicy pytań "krótkiej kartkóweczki". Klasa wydała z siebie chóralny jęk, jednak już po chwili rozległ się szelest wyrywanych kartek i uczniowie zabrali się do roboty. Tym czasem profesor Łubieński otrzepał z krety szczupłe dłonie i usiadł za biurkiem z gazetą, której nie zdążył doczytać przy śniadaniu. Tak, zawsze dobrze jest mieć w zanadrzu jakiś teścik zapewniający jeszcze dwadzieścia minut spokoju. Tylko od czasu do czasu odrywał wzrok od lektury by obrzucić klasę uważnym spojrzeniem, jednak wszystko było w jak najlepszym porządku. Uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem: nauczył ich moresu: nawet nie próbują ściągać, choć wiele twarzy wykrzywia już nie wysiłek ale lekkie załamanie nerwowe. I tak być powinno. Tak jest najlepiej. W przeciwnym razie...cóż, bał się myśleć co byłoby w przeciwnym razie.

Od początku wiedział, że to nie jest najlepszy pomysł: nie nadawał się na nauczyciela w liceum. Szczerze mówiąc nawet wykładowca był z niego marny i sam nie wiedział dlaczego władze uczelni przez tyle lat trzymały go, mało tego, płaciły całkiem rozsądną pensję. Dlatego gdy Romek po raz pierwszy powiedział mu z jaką prośbą przychodzi, Jeremi go wyśmiał. Później jednak się zgodził: w końcu nie kopie się leżącego, a trudno było inaczej określić sytuację rachitycznego nauczyciela. Romka znał jeszcze z podstawówki, kończyli to samo liceum, chodzili na ten sam uniwersytet, potem jednak ich drogi się rozeszły. Zdecydowanie mniej błyskotliwy, pozbawiony siły przebicia polonista wylądował w jakiejś zabitej dechami dziurze i zniknął tam na kilka ładnych lat. A potem nagle pojawił się u Jeremiego: zabiedzony, blady, wciąż splatał w dziwny sposób dłonie. Nerwowo popijając herbatę, zarysował staremu przyjacielowi niewesołą sytuację: cały czas nie najlepiej sobie radził, zbyt nerwowy i niezbyt pewny siebie a w tym roku trafiła mu się najgorsza klasa w historii szkoły. Nie dość, że bachory były bezczelne, pozbawione szacunku do czego i kogokolwiek, to jeszcze w dodatku na tyle błyskotliwe, by wykpiwać się z większości poważniejszych problemów. Dosłownie zniszczyli Romka, do tego stopnia, że wylądował u psychiatry z silną nerwicą. Lekarz oczywiście zalecił odpoczynek no i kazał natychmiast przerwać pracę. I tu właśnie pojawił się problem: dyrektor, który i tak nigdy nie przepadał za polonistą, zagroził zwolnieniem. Dał mu tydzień na znalezienie zastępstwa. Dobrego zastępstwa. Ze znanych Romkowi nauczycieli tylko Jeremi kwalifikował się, przynajmniej oficjalnie, jako kompetentny i dyspozycyjny. Ten wcale nie palił się do wyjazdu na prowincję i użerania się z bandą nadpobudliwych nastolatków. Nie mógł jednak odmówić widząc zabiedzonego, nerwowego mężczyznę i wiedząc co zrobi z nim dalsza praca z małymi potworami. Więc się zgodził.

W ten oto sposób wylądował w niewielkim, paskudnym miasteczku. Wynajął schludną choć niezbyt elegancką kawalerkę i w poniedziałek rano zameldował się u dyrektora: postawnego mężczyzny po pięćdziesiątce z gigantycznymi zakolami i minął flegmatycznego żółwia. Widział jak podkrążone oczy z niechęcią taksują jego nie najlepiej odprasowaną koszulę z postawionym kołnierzem, dżinsy i o wiele za długą marynarkę. Powstrzymał wredny uśmieszek gdy krzaczaste brwi podskoczyły na widok jego CV. Jajowata głowa zachwiała się na pomarszczonej szyi.
- Taaak, witamy pana w naszej szkole, profesorze.
- Doktorze.
- E, tak. Więc....
...więc zaprowadzili go do tej słynnej klasy na pierwsze zajęcia. Zastanawiał się potem jakie wrażenie na nich zrobił, gdy pojawił się w drzwiach: zaspany, w niedbałym stroju, z sięgającymi do ramion włosami i wytartą skórzaną aktówką w dłoni. Czy uznali go za wyzwanie? Chyba nie. I to był właśnie błąd. Próbowali być zabawni.
- Nie uznaję nieobecności i usprawiedliwień od rodziców: tylko zwolnienia lekarskie. Zwłaszcza jeśli chodzi o sprawdziany: kto się nie pojawi bez ważnego powodu nie zalicza.
Jedna ręka strzeliła w górę. Spodziewał się protestu, głupiego jęczenia, że przecież przeziębienia, babcie, te sprawy. Ale oni próbowali być dowcipni.
- A co ze śmiertelnym przemęczeniem seksem?
Po klasie gruchnął śmiech, Jeremi poczuł na sobie wyczekujące spojrzenia. Powstrzymując uśmieszek odnalazł wzrokiem dowcipnisia i po chwili milczenia, w kompletnej ciszy powiedział.
- Więc będzie pan pisał druga ręką.
Tego się nie spodziewali. I dobrze. Niech wiedzą, że nie jest Romkiem, który w takiej sytuacji zapewne zacząłby histeryzować albo zamilkł speszony. Dowcipniś poczerwieniał aż po same cebulki bardzo jasnych włosów.
- A teraz przejdźmy do tematu lekcji...

Jasne, że zauważył go już pierwszego dnia: towarzysz z ławki tego świńskiego blondyna, tego dowcipnisia. Znacznie cichszy, pełen ostrożnej rezerwy ale z podobnymi piekielnymi ognikami w oczach i złośliwym uśmieszkiem. Gdy chabrowe oczy przyglądały mu się, gdy prowadził lekcję, Jeremi czuł się niemal jak pod rentgenem. Taksował go, starał się oszacować przeciwnika. Nauczyciel od razu wyczuł niebezpieczeństwo, natychmiast zmienił plan działania. Początkowo planował tylko wprowadzić tu trochę dyscypliny, pokazać dzieciakom gdzie ich miejsce, teraz wiedział, że będą musieli go znienawidzić. Na szczęście dokładnie wiedział jak to osiągnąć.

Listę sprawdził dopiero pod koniec lekcji, co okazało się błędem, gdyż ta prosta czynność sporo wyjaśniła. Marcel Jaworski. I wszystko jasne. Więc uczucie, że skądeś zna tę twarz nie było tylko kretyńskim urojeniem. Miał oczy ojca i usta: doskonale wykrojone, lekko ironiczne. Za to kasztanowe włosy i bladą cerę pewnie po matce. Wydatne kości policzkowe ojca, ale podbródek już nie ten, tak samo jak wąski, prosty nos. Zdusił współczucie jakie na chwilę zamigotało w jego sercu: chłopak nie miał zapewne łatwego życia jednak to jeszcze nie powód, żeby traktować go inaczej niż resztę. Fakt, że jako nastolatek podziwiał jego ojca na scenie też nic tu nie zmieniał. W końcu odziedziczył dobre geny: jeśli ma jakieś problemy, znaczy że źle je wykorzystuje. A to już nie problem Jeremiego.

Teraz minął już miesiąc i nauczył ich moresu: na innych lekcjach nadal robią co chcą i terroryzują całą szkołę, ale na polskim siedzą cicho jak trusie, uczą się coraz więcej. Pokazał im też, czego Romek najwidoczniej nie potrafił, że umiejętność ściemniania i pewna wiedza ogólna nie zamaskują nieznajomości lektury. Na początku latali za drzwi na każdej lekcji aż nauczyli się ciszy. Tracili kartkówkę za kartkówką zanim nauczyli się, że z wysokości katedry nauczycielskiej widać naprawdę wszystko a Jeremi nie ma zamiaru się nad nimi litować. Teraz w zasadzie miał spokój, nawet nie specjalnie bał się o dociągnięcie ich do matury: powinni sobie poradzić. Sam Jeremi mógł zająć się nudzeniem się i użalaniem nad sobą w mieszkaniu, które z dnia na dzień wydawało mu się coraz bardziej paskudne.

Szarą monotonię rozjaśniła jedynie pewna wizyta. Brnęli właśnie przez krótką powtórkę z romantyzmu, gdy niespodziewanie otworzyły się drzwi. Jeremi już szykował jakąś ciętą uwagę na temat punktualności, gdy nagle szczęka niemal mu opadła do ziemi. W ostatniej chwili opanował się i zdziwienie okazał jedynie uniesieniem jednej brwi. Na progu stał potężnie zbudowany blondyn o radosnym, dziecinnym uśmiechu i oszałamiających zielonych oczach.
- A ty co tu robisz?
- Też się cieszę, że cię widzę. Tak wpadłem, sprawdzić co gwiazda naszego uniwerku porabia na prowincji.
Jeremi westchnął.
- Niewdzięczna orka. Cóż, poznajcie doktora-jeszcze-nie-habilitowanego Marka Zawadzkiego. A wracając do tematu...Marcel, kto tak naprawdę zaczął spór romantyków z klasykami?
- Brodziński, który próbował bronić romantyzmu europejskiego...
- Brawo, awansowałeś nieco na drabinie ewolucyjnej. Jeszcze trochę i dotrzesz do etapu prostych narzędzi. - Wściekłość zapłonęła w oczach chłopaka, Jeremi jednak nie zwracał już na niego uwagi. Spojrzał na zegarek: jeszcze pięć minut.
- Dobra, możecie już wyjść, tylko mi nie wrzeszczeć na korytarzu.
Po chwili zostali w sali sami. Jeremi uśmiechnął się wreszcie.
- Cieszę się że przyjechałeś, paskudo.
- Tak, ciebie też miło widzieć. Dobra, to gdzie tu się można zabawić?
- Hmm, możesz się zapisać na kółko różańcowe...nie patrz tak! Ubaw po pachy. Dobra, no jeszcze mamy scholę i muzeum regionalne...AŁA! Przestań, tu naprawdę nie ma co robić!
Marek przewrócił oczami.
- Jak ty tu w takim razie wytrzymujesz?
- Na szczęście monopolowy mają. Proponuję zatem kupić jakieś wino i po prostu usiąść u mnie.
- Chętnie, ale z wina zrezygnuję: jestem zaproszony na oficjalny obiadek, nie mogę tak iść wstawiony.
- Ach tak, a cóż to za okazja i ważna osobistość? - Wiedział dobrze, któż zacz, ale wolał zgrywać kretyna. A nuż, widelec się uda?
- Otóż zaprosiła mnie pani Marta, wdowa po nieodżałowanym Krzysiu Jaworskim. Uwierzyłbyś, że mieszka tutaj?
- Cóż, różne dziwactwa chodzą po ludziach.

Jeremi naprawdę lubił Marka: był naprawdę inteligentny, przystojny, sympatyczny, dobry w łóżku i nie traktował okazyjnego seksu zbyt osobiście. Również dzisiaj przyjemnie urozmaicił mu zwykle samotne przedpołudnie, mimo to świeżo upieczony nauczyciel miał ochotę go zamordować. Wiedział, że blondyn najprawdopodobniej nie utrzymaj języka za zębami i wypaple, że przecież stary znajomy jej zmarłego męża uczy słodkiego Marcelka. No i zaczną się niedzielne obiadki, wymuszona bliskość dwojga światowców na tym intelektualnym i kulturalnym odludziu. A wiedział, że to bardzo, bardzo niedobrze. Przeczuwał kłopoty których wcale nie chciał ale których nie mógł też uniknąć.
Gdy Marek wychodził, jak to w grudniu, było już ciemno. Jeremi zamknął za nim drzwi i natychmiast opadł z powrotem na pościel. Nie miał ochoty się ruszać, nie miał ochoty na nic a najbardziej nie miał ochoty czekać na jutrzejszy dzień. Dość szybko zapadł w męczący, niespokojny sen.