Kaprys
Dodane przez Aquarius dnia Lipca 02 2011 21:52:09
MOJEJ PRZEWODNICZCE PO ŚWIECIE FANTAZJI I CUDOWNOŚCI-GENIALNEJ ANNE RICE


Czuł irytację. Jego irytację...Jej irytacje? Przenikała go na wskroś. Drżał, chociaż w jego zacisznej komnacie panowało miłe ciepło, płynące od wesoło płonącego ognia w kominku. Była to wąska komnata. Sprawiała wrażenie źle zaprojektowanej, ale mimo to miała swój nieprzenikniony urok. No i była jedyną komnatą w jego pałacu, w której zamontowano coś tak niepraktycznego i zbytkowego jak kominek. Natomiast ściany pomalowano na delikatny, oddziaływujący na wyobraźnie, seledynowy kolor, dodatkowo pozłacany w miejscach, gdzie wyrzeźbiono swoistego rodzaju kolumny. Tkwiły one bezpośrednio w ścianach i przypominały trochę pnie drzew oplatane przez liany. O ile ten zabieg architektoniczny wyglądał już dość ekstrawagancko, to całkowicie oszklony sufit bił go na głowę! Składał się, bowiem z zielonego i błękitnego szkła ułożonego w egzotyczne wzory razem tworzące literę "G". Na wystrój tego niezwykłego pomieszczenia składały się: bardzo dużych rozmiarów fotel, okrągły stolik, na którym obowiązkowo stała popielniczka i wazon z bukietem niewinnych stokrotek, skromne łoże z baldachimem oraz popielaty dywan o tak gęstym włosiu, że stopy dosłownie w nim tonęły.
Siedział w fotelu, karykaturalnie maleńki i nieporadny w porównaniu z ogromem mebla. Wyglądał jak prawdziwy anioł z obrazka. Podejrzewał nawet, że to na podstawie jego powierzchowności ludzie wyobrażali sobie również inne anioły... Bo i najczęściej ze wszystkich archaniołów jawił się istotom ludzkim. Posyłano go, ponieważ najlepiej pasował do anielskiego image'u lansowanego w Raju specjalnie dla ludzkich oczu. Cóż... W sumie to za bardzo nie protestował. Wiedział, że był, jest i będzie piękny... Mógłby z powodzeniem otrzymać imię Próżność... Albo Złość. Albo Spryt. Albo Złośliwość... Albo Zgryzota... A jednak nazwano go Gabriel- Odwaga...
Czas powoli się sączył niczym krew z lekko draśniętej nożem skóry. Oddech archanioła stawał się coraz bardziej płytki. Czuł to bardzo dobrze... Ona musiała wziąć długopis i zacząć pisać...Ona sprawiła, że oto znowu zaczął istnieć... Drżącą dłonią sięgnął po ledwo zaczętego papierosa, który posłusznie czekał oparty o popielniczkę. Tak... Był przecież piękny... Swoje cudownie pofalowane włosy o kolorze lnu często splatał w luźny warkocz, swobodnie opadający mu na lewe ramię. Nie przepadał ze biżuterią, choć od czasu do czasu nosił długi, złoty kolczyk w prawym uchu. Miał bladą skórę, od której odbijał się błękit jego lekko skośnych oczu. Rysy jego twarzy były tak delikatne, że bez trudu można by było uznać go za kobietę. Ale to się zmieniało, gdy wpadał w gniew. Wtedy jakby otwierał swoją piękną skorupę i pokazywał, jaki był naprawdę...
Niespiesznie wydmuchnął dym. Popiół z papierosa opadł na jego pistacjową tunikę. Sięgała mu za kostki i przypominała trochę bardzo nietypowy płaszcz. Założył nogę na nogę, zdradzając w ten sposób, że pod tuniką nosił luźne, wygodne, kremowe spodnie, tylko pozornie ozdobione przez pasek ze złotą sprzączką. Pozornie gdyż w owej złotej sprzączce mieściła się cała jego moc... Wystarczyło by nacisnął specjalny przycisk, umieszczony pod sprzączką, aby tuż obok niego pojawił się strażnik. Jego własny, osobisty strażnik... Własny, osobisty... Gabriel zgniótł w dłoni papierosa. Poparzył przy tym palce i skrzywił się z bólu. Strażnik był, bowiem największym i najbardziej kłopotliwym problemem dumnego archanioła. Uczyniono nim ostatnią osobę, którą w ogóle pragnął oglądać na oczy, a co dopiero znosić jej nienawistną obecność 24 godziny na dobę! Na wielkie nieszczęście Gabriela, jego strażnik nienawidził go równie mocno, a może nawet jeszcze mocniej... I nie zmieniło się to również po ich wspólnej wędrówce po wymiarze Koronis.
Wstał z fotela i otworzył okno ukryte za zasłoną baldachimu. Umiejscowiono je tuż obok łóżka, przez co bardzo trudno było je zauważyć. Poczuł rześki powiew wiatru na swojej twarzy. Pchnął oba skrzydła okna i spojrzał na niezwykła panoramę stolicy Raju. Zrobił to wręcz machinalnie. Ileż to już razy tak na nią spoglądał? Przestał liczyć przy 200setnym razie... To było przecież tak dawno...
A jednak ten 200setny raz na zawsze wyrył się w jego pamięci...

Gabriel. O tak! Był czas, gdy czuł analogicznie do swojego wyglądu! Czuł całkiem normalnie. Ba! Nawet naturalnie..., przyjaźnie i z bezgraniczną wiarą... I jakże ta wiara była szczera! Po prostu wierzył- w Boga, siebie, innych, świat... Teraz czasami chciałby znowu tak czuć... I przeklinał ten dzień! Dzień, w którym stracił wiarę, a wraz z nią całą swoją nadprzyrodzoną moc...
Stał wtedy przy oknie i tępym wzrokiem wpatrywał się w przepyszny widok roztaczający się przed jego oczami. Gabriel powoli stawał się pusty... Z przerażającą obojętnością pozwalał ulatniać się swojej wierze. Zacisnął palce na brzegu parapetu, jakby nie potrafił samodzielnie utrzymać pionowej pozycji.
Ona spacerowała po pokoju w tę i z powrotem. Słyszał miękki odgłos jej nerwowych kroków. Oj, tak. Była zdesperowana. Ta, silna, niezależna anielica dosłownie krzyczała ze strachu! A więc bała się... Senator Koronis, uważana za najważniejszą osobę w państwie zaraz po palatynie, zwyczajnie się bała, gdy tymczasem w nim dojrzewał skrzętnie skrywany bunt...
- Gabrielu!
Zatrzymała się. Nieznaczny, ironiczny uśmiech przemknął po jego twarzy.
- To, co myślę, jest już całkowicie nieistotne...
Spojrzał na nią i odrzucił włosy z ramion. Nie wiązał ich jeszcze w warkocz. Spływały mu po plecach prawie sięgając pasa. Uniósł lekko lewą brew, co w połączeniu z ironicznym uśmiechem sprawiało, że oblicze anioła przybrało wyjątkowo wredny wyraz.
- Co?!- zdawała się nie rozumieć jego słów.
- Nieistotne...- powtórzył- Powiedz lepiej czego ode mnie chcesz... Bo ja nie umiem cofnąć czasu. Bo ja nie umiem zmienić tego, co wciąż do niego czujesz! I nie umiem ci pomóc... Z resztą nie chcę! Zawiodłaś mnie, Koronis...
Widział wściekłość w jej oczach. Nagle wszystkie przedmioty w pokoju zaczęły się unosić. Siłą woli ciskała nimi w Gabriela. Zasłonił się ramieniem i korzystając ze swojej mocy odbijał każdy z atakujących go obiektów.
- Draniu!- syknęła, przelewając na niego całą swoją frustrację- Oczekiwałam od ciebie wsparcia, a ty się ode mnie odwracasz! Zapłacisz mi za to!
- A co mogę innego zrobić?! Już mówiłem, że nie umiem ci pomóc! I nie kieruj na mnie swojego gniewu, bo to nie ja cię zniszczyłem, ale to dziecko, które nosisz w swoim łonie!- odwarknął nie panując nad gniewem- Może to je powinnaś zaatakować, siostro?
- Nie musiałeś być teraz cyniczny...
- Nie?! Wobec tego jak ty to sobie wyobrażasz? Dobrze wiesz, że to dziecko Lucyfera i kiedyś zostanie królem Piekieł!
Ogarnęło go wielkie przerażenie. Oddychał z coraz większym trudem... Gniew i strach mieszały mu w umyśle. Bał się, bo sam nie wiedział, co w tej sytuacji było słuszne...
- Ale to również moje dziecko! I zawsze nim będzie! Nikt i nic tego nie zmieni!- powiedziała gwałtownie i odwróciła się do niego plecami.
- Nie oszukuj się, Koronis... Zniszcz je lepiej, nim będzie za późno!- Gabriel nie rezygnował, wciąż przekonany, że uda mu się przemówić siostrze do rozsądku- Jeżeli brakuje ci odwagi, to ja to zrobię...
- Chcesz zniszczyć moje dziecko?! A kim ty niby jesteś, żeby mu zagrozić?!- anielica źle zinterpretowała jego intencje- Będę je bronić, a przy mnie jesteś zerem, Gabrielu!
Wyciągnęła przed siebie rękę i zanim zdołał dostrzec jej ruchy znalazła się tuż obok niego. Złapała go za gardło i uniosła jedną ręką, jakby był piórkiem. Położył dłoń na ręce Koronis. Krew odpłynęła mu z twarzy, ale miał w sobie na tyle tupetu, by jeszcze się wrednie uśmiechnąć.
- A więc zdecydowałaś... Brawo, siostrzyczko!
Zmarszczyła brwi.
- Nigdy ci tego nie wybaczę...
- Tak? Cóż to za nowość!- zakpił- Ty przecież nigdy nikomu nie wybaczasz! Ale ja nie czuję się winny... Źle robisz.
- Niczego nie można być pewnym. Przyszłość pokaże, które z nas miało rację. Postaram się, żebyś do tego czasu się nie nudził...
Nie odpowiedział. Poczuł tylko jak jego ciało staje się coraz bardziej wiotkie i bezużyteczne... Opuściła go wiara, a teraz także moc... Przymknął lekko oczy. Nie potrafił zaprotestować, lub, chociaż krzyknąć... Na sam koniec stracił przytomność.
Przebudzenie Gabriela należało do tych nietypowych. Widział wszystko z perspektywy trzeciej osoby. Patrzył więc na swoje bezwładne ciało, leżące niczym szmaciana lalka pod ścianą. Jedyną rzeczą, którą naprawdę czuł był przerażający chłód. Okno wciąż pozostawało otwarte, przez co straszliwie zmarzł. Z pozoru wszystko było tak jak przedtem. Ale tylko z pozoru, gdyż od tej chwili archanioł Gabriel przestał być stuprocentowym aniołem. Nie posiadała już nadprzyrodzonej mocy, przez co stał się podobny do ludzi. Myślał nawet, że zupełnie przeistoczył się w człowieka. Na szczęście, siostra zaoszczędziła mu tego cierpienia...
Otworzył oczy dokładnie w momencie, gdy ktoś zamknął okno. Spojrzał w tamtą stronę i spostrzegł wysokiego anioła wpatrującego się w niego z niemała ciekawością, ale i z troską...
- Co, do cholery?!- zaklnął pod nosem, a jego dziwny towarzysz przykucnął obok i bez słowa pomógł mu wstać.
Archanioł chwiał się na nogach i musiał się oprzeć na ramieniu niespodziewanego opiekuna. On nie skomentował tego ani jednym słowem. Gabriel chciał zapytać o jego tożsamość, ale nim zdążył otworzyć usta, anioł powiedział:
- To dla mnie niezwykły zaszczyt poznać cię, panie... Mam na imię Konstanty i od dzisiaj jestem twoim strażnikiem...
- Że, co?!- miał ochotę się roześmiać- Nie potrzebuję żadnego, pieprzonego strażnika! Posadź mnie tylko na fotelu i zmiataj póki pozostajesz w jednym kawałku!
Ku jego wielkiemu zdziwieniu, Konstanty uśmiechnął się wyrozumiale.
- Lady Koronis ostrzegała mnie, że jesteś nieokiełznany, panie...
- Koronis?! Ta zdzira?! Nasłała na mnie szpicla!
- Panie, uspokój się!- anioł usadowił go w fotelu- Odpocznij chwilę... Może przynieść ci coś do picia?
- Kpisz, czy o drogę pytasz?!- Gabriel nie wydzierżył- Natychmiast mów, czego chcesz, albo wezwę straż!
- Nie masz już żadnej straży, panie... Jestem tylko ja... Lady Koronis odebrała ci moc i zaklęła ją w sygnecie. A dokładnie w tym sygnecie...- podstawił mu pod nos prawą dłoń, na której serdecznym palcu tkwił srebrno-czarny sygnet- Ten kto go nosi, w pełni korzysta z twojej mocy, aby obronić cię przed możliwymi niebezpieczeństwami. Lady Koronis wybrała mnie, abym to ja pełnił tę odpowiedzialną funkcję. A teraz, napijesz się herbaty, panie?
Gabriel był cały czerwony z oburzenia.
- Ja ci dam sygnety, debilu! Ja ci dam strażników! Niech ja tylko wstanę! Koronis, ty dziwko! Ukręcę ci łeb!
- Widzę, że w takiej sytuacji lepiej będzie podać panu napar z melisy...- Konstanty pokiwał głową ze zrozumieniem.
I tak już było zawsze...Konstanty zawsze traktował go ze zrozumieniem. Czasem Gabriel sam się zastanawiał skąd on brał tyle ciepła, cierpliwości i dobrej woli... Nie potrafił nie docenić jego oddania, ale to zupełnie nie przeszkadzało mu być wobec niego okrutnym...Wściekał się, gdy strażnik nic sobie z tego nie rozbił i bez oznak jakiejkolwiek przykrości spełniał każdą jego nawet najbardziej wybredną zachciankę. W końcu archanioł sam nie wiedział, kiedy bezgranicznie się do niego przywiązał. Żyli w dość specyficznej symbiozie, aczkolwiek Gabriel miał duże zadatki na pasożyta... I wbrew pozorom, nie wszystkim się to podobało... Bo był jeszcze on... Największa zmora beztroskiego życia anielskiego złośnika...
Wiedział, że w końcu otworzy okno. Bardzo dobrze go znał... Ba! Może nawet lepiej niż sam Konstanty! Biedny, kochany Konstanty... Taaa... Życie bywa nieprzewidywalne... Swojego czasu Gabriel był dla niego tylko wcieleniem przewrotnego zła, przeszkadzającym mu w istnieniu. Nienawidził go. Nienawidził za bezduszność z jaką traktował jego brata bliźniaka- Konstantego. Cóż... To już minęło... Najprawdopodobniej bezpowrotnie...
Stał w wielkim ogrodzie archanioła. Gabriel lubił kwiaty. Były dla niego pamiątką dawnych lat, kiedy jeszcze wierzył... Wówczas otaczał się kwiatami i sam był porównywany do kwiatu. Dzisiaj pozostał mu tylko ten ogród, charakteryzujący się tysiącami barw i duszących zapachów... Odnotował to z uczuciem przemożnej rezygnacji. On zdecydowanie nie mógł być kojarzony z kwiatami i nie pasował do tego sielankowego krajobrazu, w który musiał się niestety wkomponować. Z resztą jego życie nigdy nie było sielanką... Dlaczego miałby, więc udawać?
Z pewnym nerwowym przyzwyczajeniem odgarnął niesforne kosmyki z czoła. Nie związał włosów. Zwyczajnie o tym zapomniał i teraz uparcie opadały mu na twarz. Były proste jak druty, pysznie lśniące i długie. Sięgały mu bowiem do połowy pleców. Podobnie jak jego brat był wysokim blondynem. W przeciwieństwie do niego jego twarz była bardziej surowa i na swój przewrotny sposób niezwykle przystojna. Miał też inny kolor oczu. Nie błękitny, jak to wszystkim dobrze wychowanym aniołom przystawało, lecz brązowy o miodowym odcieniu piwa. Ponadto anioł Konstant nazywany często po prostu Konst posiadał coś naprawdę niepowtarzalnego. Ludzie nazwaliby to stylem. W dodatku styl Konstanta był jak na anielskie warunki dość niepowtarzalny i jakby to zgrabnie określić- kontrowersyjny... Ubierał się jak szaleni rockowi muzycy: najczęściej w ciemne skóry, zwiewne, "hardcorowe" płaszcze z masą srebrnych ozdóbek i ciężkie, wiązane glany. Dodatkowo lubił nosić kolczyki i to niekoniecznie w uszach... Tego nietypowego obrazu dopełniała japońska katana. Pasowała do niego jak pięść do oka, ale on uwielbiał nią szpanować... Na nieszczęście jego potencjalnych przeciwników umiał się nią doskonale posługiwać... Ukończył Anielską Akademię Wojskową z wyróżnieniem, chociaż przez swoje liczne wybryki wielokrotnie próbowano go stamtąd usunąć. Za każdym razem dosłownie wybijał wykładowcom ten pomysł z głowy...
W Raju samym swoim pojawieniem się w miejscu publicznym wzbudzał postrach. Nic dziwnego, gdyż jego hobby było rozpętywanie bójek, a w walce bywał napastliwy i agresywny... Co niektórzy uważali go za szaleńca, ale Konst traktował to jako komplement. Sam w życiu kierował się jedynie jedną zasadą-, "Jeżeli coś ci się podoba, weź to bez względu na środki". I nigdy nie przegrywał. Bynajmniej jeszcze mu się to nie przytrafiło... Dużo czas spędzał też wśród ludzi, kultywując ich marne nałogi. Palił papierosy, nie stronił od alkoholu i trawy, a ze swoim niewątpliwym urokiem osobistym bez trudu uwodził panienki... I co to w ogóle za anioł? Sam Konst uważał, że stanowił wręcz idealny obraz demona i tylko przez swe niewybredne, czarne poczucie humoru, Bóg uczynił go aniołem. Niezbadane są Jego wyroki, czyż nie? Częściowo podzielał to zdanie i wbrew pozorom wierzył w Boga, co wcale nie oznaczało, że go lubił... Gdyby tak było, zapewne śpiewałby w anielskim chórze i ubierał się w prześcieradło.
Jej też nie lubił. Wiedziała o nim wszystko, a kiedy tylko brała długopis do ręki stawał się Jej bezwładna zabawką i nigdy nie wiedział, co tym razem zamierzała z nim zrobić. A Konst nienawidził tracić kontrolę nad sytuacją...
Zadrżał, gdy poczuł chłodny powiew wiatru na plecach. Zmrużył oczy od słońca i nieco uważniej spojrzał w stronę okna. Gabriel oparło łokcie o parapet i wreszcie go zauważył. Przez chwilę patrzyli na siebie z nieskrywaną niechęcią i bynajmniej nie pozorną ciekawością.
- Zagramy w moją grę?- zapytał w końcu Konst, rozszerzając usta w prowokacyjnym uśmiechu.
- Pieprz się!- odwarknął archanioł, marszcząc brwi, co nadało jego twarzy wyjątkowo poirytowanego wyrazu.
- Wolę ciebie...
- Tylko spróbuj!
- Zapewniam cię, że spróbuje...
Gabriel tak mocno zacisnął usta, że aż utworzyły prostą linię, a wargi stały się białe. Wycofał się w głąb pomieszczenia i zamknął okno. Odetchnął z ulgą, kiedy znalazł się w zaciszu swoje komnaty. Usiadł z powrotem w fotelu, a następnie wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni. Pomylił się jednak myśląc, że tak szybko uda mu się spławić największego, niebiańskiego rozrabiakę...
W chwili, gdy zapalił papierosa, rozległ się przeraźliwy dźwięk tłuczonego szkła. Szyba wypadła z ram i rozpadła się na tysiące kawałków. Konstant stanął na parapecie, schował skrzydła i wślizgnął się do środka. Jego długi, ciemny płaszcz zaszeleścił, kiedy zrobił krok w stronę archanioła, który na ułamek sekundy zastygnął bez ruchu. Potem zerwał się jednak z fotela i krzyknął:
- Doszczętnie cię porąbało! Rozpierdoliłeś mi okno! To już szczyt wszystkiego!
- Zamknij się i siadaj!
Konst ruszył w jego stronę z nieco większym zdecydowaniem.
- Sam sobie, kurwa, siadaj!
- Klniesz jak demon!
- Co najmniej z takim zacięciem jak ty!- uśmiechnął się złośliwie, przekrzywiając lekko głowę- Jakoś wcześniej ci to nie przeszkadzało!
No tak... Konstant naprawdę nie był podobny do brata... W tym momencie istotnie trafił go szlag! Popchnął Gabriela z powrotem na fotel.
- Siadaj, kurwa, bo pożałujesz!- syknął
W oczach archanioła zabłysnął gniew. Nie zdążył nic powiedzieć, gdyż jego strażnik złapał go za brodę i zmusił, by spojrzał mu w twarz. Mina Konsta wyrażała wielkie zniecierpliwienie.
- Posłuchaj mnie... Posłuchaj siebie, bo nigdy nie chciałeś tego zrobić! Od początku nie chciałeś słuchać... Ani mnie, ani siebie...Boisz się?
- Wielkie słowa nie pasują do ciebie, mój drogi!- zakpił, wyrywając się z uścisku jego dłoni- Sądziłem, że nie stać cię na takie głębokie wyznanie!- a potem dodał z ledwo kontrolowaną nienawiścią- Przeklęty dzień, w którym przypierdoliłeś się do mnie, jak rzep do psiego ogona! A to wszystko przez tego cholernego Konstantego!
- Możesz sobie klnąc ile chcesz, ale nie pozwolę ci obrażać Konstantego!
- Teraz to i tak już bez znaczenia! W końcu on nie żyje...
Konst odsunął się od niego, jakby zobaczył żmiję. Pokręcił głową z niedowierzaniem i ku zaskoczeniu archanioła odszedł w stronę wybitego okna.
- I to niby ja się boję?- teraz to on spróbował zdobyć się na prowokację, ale strażnik nie zareagował.
Wtedy Gabriel pomyślał, że nie życzy sobie, by Konstant go w tej chwili opuszczał... Ba! Nie życzy sobie nawet, by w ogóle go opuszczał! Cóż za ironia losu! Albo jakby to trafnie zauważył Konst- kpina Boga...
Tamtego dnia stał centralnie przed tronem. Zacisnął palce na pole od swojego płaszcza. Jego twarz wyrażała tylko jedną, przerażającą emocję- desperację. Był Desperacją. Oczy płonęły mu od jakiejś wielkiej pewności,... wręcz świętego przekonania!
- Palatynie Metatronie!
Niebiański palatyn nieznacznie odchylił głowę, co sprawiło, że blady blask świec odbił się w jego bystrych oczach. Miał na sobie długą, kremową szatę skrojoną na wzór swoistego rodzaju sukienki. Uniósł rękę, by odrzucić włosy z prawego policzka. Ciężkie bransoletki zdobiące jego nadgarstek zabrzęczały cicho, kiedy to zrobił. Zdawał się być całkowicie pogrążony w ponurych myślach, gdyż nie zareagował na dźwięk jego głosu. Minęła kolejna, przeciągająca się w nieskończoność chwila milczenia.
- Metatronie...- nie rezygnował jednak zdobywając się nawet na pouchwałość- Musi istnieć jakiś sposób! Proszę... Zdradź mi go! Musisz mi go zdradzić! Met!
Palatyn nieznacznie przygryzł wargę i w końcu wstał ze swojego tronu. Podszedł do podwładnego i położył mu dłonie na ramionach. Archanioł poczuł się nieswojo. Metatron był od niego nieco niższy, ale nie na tyle by nie mógł spojrzeć mu prosto w oczy.
- Wiem, że jest ci teraz ciężko... Konstanty zginął w twojej obronie... W gruncie rzeczy nie możesz już znieść tego, że jesteś taki bezradny i choć bardzo chciałeś to jednak nie potrafiłeś mu wtedy pomóc... Ale nie istnieje sposób, by przywrócić ci moc. Gdyby taki był, możesz mi wierzyć na słowo, że zrobiłbym wszystko, abyś znowu nią dysponował. Przykro mi, Gabrielu...
Jego serce zalał dziwny, kojący spokój. Jakby kompletny brak nadziei znowu go otrzeźwił i wyznaczył nowy cel... I tak w istocie było...
- Jeżeli nie ma żadnego sposobu, by zwrócić mi moc, to powiedz chociaż jak mogę pozbyć się Konstanta! To na pewno jest możliwe! Niech to szlag! Met, wolę zginąć, niż pozwolić żeby ten szalony degenerat pozostawał moim strażnikiem i w dodatku bez skrępowania korzystał z mojej dawnej mocy! Nie wytrzymam tego!
Palatyn spojrzał na niego ze zdziwieniem i uśmiechnął się niespodziewanie. Był to bardzo pogardliwy i urągający uśmiech. Gabriel zamarł bez ruchu. Zdawał się być zawstydzony. Metatron odsunął się od niego i skrzyżował ramiona na piersi.
- A ja sądziłem, że ty się wreszcie zmieniłeś!- powiedział wreszcie, kręcąc głową z niedowierzaniem- Podczas gdy ty ani razu nie myślałeś o nikim innym poza sobą!
- To chyba normalne?- wzruszył ramionami, nie kryjąc już swojego rozdrażnienia i obrazy.
- Normalne? W twoim przypadku rzeczywiście normalne!- Met machnął ręką- Słuchaj mnie dobrze! Konstant jest twoim aktualnym strażnikiem, bo na to miejsce wybrał go Konstanty i pozostanie nim do swojej lub twojej śmierci! Jeżeli spróbujesz się go w jakiś sposób pozbyć spotka cię zasłużona kara! Obiecuję ci to!- w głosie palatyna zadźwięczała stal- Mam już dość twojego niedojrzałego zachowania!
Urażony Gabriel wiedział teraz, że rozmowa była skończona... Ale zdecydowanie nie ten temat... Bowiem obiecał sobie, że nie spocznie dopóki Konst nie zniknie z jego życia, tak szybko jak się w nim pojawił...
Konstant podniósł kawałek szkła z podłogi. Odłamek był całkiem duży i bez trudu odbił zarys jego szlachetnego profilu, gdy odwrócił głowę by spojrzeć na archanioła. Uśmiechnął się jednym z tych swoich najprzebieglejszych i najokrutniejszych uśmiechów.
- Ja się niczego nie boje! Zapomniałeś?
Gabriel zmrużył oczy jak rozleniwiony kot. Uniósł papierosa do ust i beznamiętnie zaciągnął się dymem. Nie odpowiedział. Konst znowu do niego podszedł, tym razem trzymając w dłoni szkło. Archanioł utkwił w nim wzrok, ale wciąż nie odzywał się ani słowem. Strażnik przykucnął i oparł łokcie o jego kolana. Gabriel patrzył tylko na odłamek szkła, jakby był co najmniej sztabką złota. Niespiesznie wydmuchnął dym. Konstant pomachał ręką, by nie doszedł do jego nozdrzy. Potem uniósł szkło i niespodziewanie przystawił je do prawego oka archanioła.
- Tak cię to interesuje? Przypatrz się dobrze!- zakpił spokojnie chłodnym głosem.
Gabriel spróbował odchylić głowę, ale natrafił tylko na oparcie fotela.
- Zabierz.- wykrztusił w końcu.
Nienawistny uśmiech igrał na ustach Konsta.
- Nie.- odparł po prostu.
Przybliżył jeszcze odłamek. Teraz prawie dotykał szklistej gałki ocznej. Gabriel wreszcie patrzył tylko na niego. Nie próbował się poruszyć. Poznał swojego strażnika na tyle dobrze, by nabrać pewności, że gdyby zechciał jakoś zaprotestować, Konst niechybnie wybiłby mu oko...
- Czy tylko mając przystawione szkło do oka, jesteś w stanie na mnie spojrzeć?
Nie. Nie tylko wtedy... Miał, bowiem wiele okazji, aby dokładnie mu się przyjrzeć. Tylko, że zazwyczaj kierowała nim wówczas nienawiść...
Jednak, kiedy po raz pierwszy zobaczył Konstanta, jeszcze nie czuł do niego nienawiści. Co najwyżej niesmak i pogardę. Ale to były uczucia, którymi obdarzał prawie wszystkich na wstępie jakiejkolwiek znajomości.
Nad Rajem zapadał właśnie cichy i spokojny wieczór. Tutaj zdarzały się tylko takie wieczory... Przynajmniej dla Gabriela. Podparł brodę dłonią i leniwie przymknął oczy. Myślał już o relaksującej kąpieli w olbrzymiej wannie. Zdawał się nie słuchać oskarżeń kierowanych pod adresem wysokiego anioła, ubranego w skórzaną kurtkę, jakby całe życie spędził na motorze w towarzystwie gangu.
- Przyłapaliśmy go na przemycaniu narkotyków. Zamierzał sprzedawać je innym aniołom. Zabił pięciu strażników nim udało nam się go schwytać!- referował oburzony strażnik- I niech pan minister spojrzy na jego ubranie! Że też Bóg może znieść jego istnienie i nie strzeli w niego piorunem!
Gabriel przeciągnął się na krześle i odparł z uroczym uśmiechem:
- Od tego ma mnie!
Oskarżony rzucił mu szydercze spojrzenie. To przesądziło o ostatecznej decyzji archanioła.
- Przemycanie do Raju ludzkich używek jest surowo zabronione! Dlatego kierując się dobrem naszych obywateli, skazuję obecnego tutaj dealera na śmierć!
- Bez sądu?- zainteresował się oskarżony, przekrzywiając lekko głowę, tak aby jego twarz znalazła się w kręgu mocniejszego światła- Ależ to samowola, panie ministrze! Zdaje mi się, że nie masz aż takich uprawnień... Postępujesz, więc gorzej ode mnie!
W pierwszej chwili Gabriel nie potrafił wydobyć z siebie słowa. Anioł patrzył na niego z bezczelnym wyzwaniem, a także z pewną dozą frywolności. Minister nigdy nie spotkał się z taką bezwzględną szczerością ze strony swojego więźnia. Nikt, bowiem jeszcze się na to nie odważył. Aż do tej pory...
- Ty... pierdolony wykolejeńcu!- wybuchnął minister, rozkoszując się widokiem zdziwienia malującego się na przystojnej twarzy dealera; najwidoczniej nie spodziewał się usłyszeć szpetnych przekleństw w ustach najbardziej szanowanego archanioła w Raju- Za kogo ty się niby uważasz, żeby mnie pouczać?! Myślisz, że sąd orzeknie inny wyrok? Otóż, nie! Pozwól, więc, że zaoszczędzę mu pracy i każę cię natychmiast stracić!
- Skoro już pytasz mnie o pozwolenie, to niestety musisz mi wybaczyć, ale nie uzyskasz go aż tak łatwo, panie MINISTRZE!- celowo położył nacisk na ostatnie słowo, a uśmiech, który bez przerwy igrał na jego ustach stał się nagle niebezpieczny.
Wykonał szybki ruch i w jego dłoni pojawiła się katana. Miał ją przywiązaną do uda. Była tak zamaskowana, że prawie nie odróżniała się od spodni. Wystarczyło tylko, by rozluźnił jeden przytrzymujący ją pasek i mógł bez trudu oswobodzić miecz.
W mgnieniu oka ogłuszył strażników i nim oszołomiony archanioł zdążył podnieść się z krzesła, przystawił mu ostrze do gardła.
- A więc...- dealer parsknął ironicznym śmiechem- Chcesz mnie skazać na śmierć, tak? A co jeśli to ja ciebie skażę na ŚMIERĆ?!
Gabriel poczuł, że drży mu prawa powieka. Chyba jeszcze nigdy nie był tak wściekły!
- Nie zabijesz mnie! Nie stać cię na taką bezczelność! Jesteś zwykłym rzezimieszkiem!- odparł głosem drżącym od bezsilnej złości.
- Heh! Śmiesz mnie oceniać, panie MINISTRZE?! Niezwykły rzezimieszek czepia się zwykłego rzezimieszka?! Tak, słyszałem o tobie, Gabrielu... Minister oświaty i dobrych obyczajów. Święta, Rajska Inkwizycja! Prześladujesz każdego, kto choć trochę odchylił się od przyjętych tutaj norm. Skazałeś mnie na śmierć, nie przez te narkotyki, tylko przez to jak wyglądam... przez to jak jestem ubrany i co przez to dla ciebie reprezentuję. Sam to pięknie określiłeś: "wykolejeniec"! Myślisz, że ty świecisz przykładem?! Wydaje mi się, że nie za bardzo...
Powiedziawszy to, lewą dłonią wyciągnął papierosy z kieszeni kurtki. Następnie nie odwracając wzroku od twarzy Gabriela wybrał sobie jednego zębami, schował paczkę i wyszperał zapalniczkę tym razem z kieszenie spodni. Przez ten czas archanioł mierzył go pogardliwym spojrzeniem. Wyobraził sobie, że chłosta zuchwałego awanturnika swoim długim batem, aż w końcu zmaltretowany anioł umiera z wycieńczenia i bólu.
- Patrząc na ciebie można się naprawdę zdziwić, że stać cię na takie głębokie przemyślenia!- powiedział w końcu minister, uśmiechając się ironicznie.
- Nigdy nie zabijałem dla przyjemności- wyznał dealer, przypalając papierosa- Dzisiaj to będzie pierwszy raz!
Wykorzystując zaabsorbowanie napastnika papierosem, Gabriel niepostrzeżenie sięgnął dłonią pod blat stołu. Poszperał trochę przy klamrze od paska i nacisnął przycisk przywołujący jego osobistego strażnika. W ułamku sekundy za jego plecami zmaterializował się Konstanty.
Dealer z wrażenia opuścił miecz i aż zakrztusił się dymem. Odkaszlnął głośno, zasłaniając usta dłonią. Archanioł zachichotał, nie tylko rozbawiony konsternacją swojego prześladowcy, ale również faktem, że poczciwy, łagodny Konstanty rzeczywiście potrafił kogoś do tego stopnia przestraszyć. Nie mógł przecież widzieć miny strażnika. Gdyby ją zobaczył, ochota do śmiechu szybko by mu odeszła!
- Co ty tutaj robisz?- zapytał w końcu autor całego zamieszania.
- To ja powinienem zadać ci to pytanie!- w głosie Konstantego wibrowała ledwo słyszalna ironia- Znowu rozrabiasz?! Nie można cię ani na chwilę zostawić samego!
- Zaraz, zaraz!- Gabriel zerwał się z krzesła i stanął twarzą w twarz ze swoim obrońcą- O co tutaj chodzi?! Czyżbyś go znał?!
Anioł przygryzł wargę. Był zmieszany, a za razem do głębi oburzony. Gabriel jeszcze nigdy nie widział go w takim stanie ducha. Uniósł pytająco brwi, a podwładny cofnął się o krok, spuściwszy najpierw głowę w zrezygnowanym geście. Przyglądający się temu dealer wybuchnął śmiechem.
- To mój brat, panie...- wyznał Konstanty, tak cicho, że archanioł ledwo go usłyszał.
- Brat?- minister oparł dłonie na biodrach i uśmiechnął się wrednie- Och, jakie to smutne! Będziesz musiał go dla mnie zabić!
- A czy ty zabiłbyś Konstantego, gdyby rzeczywiście cię wtedy zaatakował? Pamiętasz?
Konst zmarszczył brwi. Nie krył swojego zdziwienia, które zmąciło dawny, wyrafinowany spokój w jego oczach. W ułamku sekundy Gabriel dostrzegł, że go pokonał. Konstant mógł teraz mówić, co tylko mu przyjdzie do głowy, by się obronić, a i tak zostanie pokonany. Jego twarz zmieniła wyraz.
Zrezygnowanie?
Milczeli.
To było pierwszy i ostatni raz. Nie zszokował się za bardzo, a raczej przez cały czas czuł niesmak. Nawet nie obrzydzenie... Po prostu niesmak, że widział go w takim stanie i sam też musiał w tym uczestniczyć, gdyż był jedyną osobą, która mogła tego wysłuchać. Zaczęło się dość niewinnie.
- Panie ministrze... Chciałbym z panem porozmawiać...
Gabriel kończył pisać sprawozdanie z kolejnego dnia pracy i właśnie umieścił w nim wyrok śmierci dla bezczelnego dealera. Zrobił to z wręcz sadystyczną przyjemnością. Jeszcze nigdy nienawidził żadnego z tych nieszczęśników, których bez mrugnięcia okiem posyłał na śmierć. Teraz było inaczej. Nikt, bowiem nie miał prawa zachowywać się wobec niego w taki skandaliczny sposób!
Gdyby nie Konstanty, nie wiadomo jak skończyłaby się ta konfrontacja. Anioł po raz kolejny uratował życie swojemu panu, a przy okazji także życie skazańca. Odmówił bowiem walki z zamachowcem i kazał go odprowadzić do celi, nawet mimo protestów archanioła.
Gabriel uniósł nieznacznie głowę i obdarzył Konstantego szybkim, zupełnie nie zainteresowanym spojrzeniem.
- Mów.- pozwolił, maczając pióro w atramencie.
Zamierzał złożyć podpis pod sprawozdaniem.
- Proszę tego nie robić!
- Czego?- zapytał machinalnie i dotknął papieru piórem.
Jednak nim zdołał postawić, choć pierwszą literkę swojego imienia, poczuł mocny uścisk palców na swoim nadgarstku.
- Tego.
Konstanty powstrzymał go przed podpisaniem dokumentu.
- Co ty wyprawiasz, do cholery?!- warknął minister z nieskrywaną złością- Rozum ci odebrało?
- Gabrielu...
Nie spodziewał się tego. Pewnie, dlatego w pierwszej chwili nie zareagował. Strażnik nie puścił jego dłoni, tylko przycisnął ją do ust, a następnie uklęknął u jego stóp.
- Czy kiedykolwiek czymś ci uchybiłem w swojej służbie?
- Co?!- archanioł zdecydowanie nie miał nastroju do uczestnictwa we wzruszających scenach. Z resztą nigdy go nie miał...- Idź się leczyć, szaleńcze!
- Odpowiedz, panie!- Konstanty mocno uścisnął jego palce.
- Puść mnie, idioto!
- Odpowiedz!- upór strażnika bardzo denerwował Gabriela.
Westchnął ciężko i dla świętego spokoju odparł:
- Przecież wiesz, że jesteś niezastąpiony! Puścisz mnie wreszcie?!
Konstanty spojrzał mu w oczy z wręcz dziką radością, ale nie oswobodził go ze swojego uścisku. To właśnie wtedy minister poczuł, że ogarniał go niesmak. Skrzywił się demonstracyjnie i z większym zdecydowaniem spróbował wyrwać dłoń.
- Jeżeli tak uważasz, panie, sądzę, że powinienem mieć odwagę prosić cię o jedną, jedyną przysługę!
- Hę?!
- Proszę cię o darowanie życia mojemu bratu!
Przez chwilę Gabriel milczał, patrząc na anioła jakby przefarbował sobie włosy na różowo.
- Czy mam rozumieć, że spełnisz moją prośbę, panie?- zapytał Konstanty, gdy archanioł wciąż się nie odzywał.
Dopiero wtedy minister wybuchnął śmiechem. Niezwykle okrutnym i dosłownym śmiechem...
- Ja miałbym darować mu życie?! Nie wiedziałem, że masz takie błyskotliwe poczucie humoru! To było dobre!
Strażnik zbladł. Rozbawiony Gabriel nie dostrzegł wściekłego błysku w jego oczach.
- Jeżeli tego nie zrobisz, odejdę!
- A odchodź sobie! I tak cię namierzę!
- Nie wydaje mi się... Mogę przecież wyrzucić sygnet...
- Nie odważysz się!- odparł z rozbrajającą pewnością siebie- Jesteś dobrym i posłusznym sługą. Niech tak pozostanie!
- Mało mnie znasz, mój panie...
Konstanty wstał i ściągnął z palca sygnet. Archanioł jeszcze się cicho śmiał, gdy strażnik otworzył okno.
- Szaleniec!- szybko jednak spoważniał, widząc że żarty zdecydowanie się skończyły- Przestań natychmiast, bo pożałujesz!
- Nie.- chłodne spojrzenie anioła, utwierdziło go w przekonaniu, że sygnet za chwilę wyląduje w ogrodzie.
- Czego chcesz?!- warknął zirytowany Gabriel, zaciskając dłonie w pieści.
- Ułaskawienia dla Konstanta.
Dla ministra to ultimatum było zupełnie nie do przyjęcia!
- Chyba żartujesz! Nie ma mowy!- odparł więc z właściwą sobie arogancją, chociaż niezłomna postawa Konstantego napawała go lekkim strachem.
" Naprawdę aż tak zależy mu na tym dealerze?- pomyślał oburzony- To ja powinienem być dla niego najważniejszy!"
- Sam mnie do tego zmusiłeś...- strażnik wyciągnął rękę za okno.
- Niech cię szlag!- syknął pokonany Gabriel i pociągnął podwładnego za rękaw- Podpiszę wszystko co mi karzesz, tylko nie wyrzucaj sygnetu!
- Nie wierzę ci.
- No, co za bezczelność!
- Masz przy mnie podpisać ułaskawienie i od razu mi je oddać.
Spokój strażnika, doprowadzał archanioła do szału, ale nic nie mógł na to poradzić. Właściwie od samego początku był na straconej pozycji...
- Zapłacisz mi za to! Obiecuję!
Pochylił się nad biurkiem i napisał kilka zdań na czystej kartce. Konstanty wyrwał mu ją z rąk, słusznie domyślając się, że poniżony Gabriel dobrowolnie mu jej nie odda.
- Dziękuję, panie...- skłonił się grzecznie i ignorując wściekłe spojrzenie ministra, niespiesznie wyszedł z komnaty.
- Spierdalaj, draniu!- krzyknął, zrzucając wszystkie dokumenty z biurka- I więcej nie wracaj!
Opadł na krzesło zupełnie bez sił. Tak oto wieczory Gabriela przestały być ciche i spokojne...
Bo od tej pory anioł Konstant stał się częstym gościem na dworze Gabriela. Zjawiał się jak duch, nabroił i znowu z szybkością ducha znikał. Minister nienawidził go z całego serca. Zwłaszcza, że miał związane ręce przez groźbę Konstantego i w żaden sposób nie mógł pozbyć się natręta z taką bezwzględną złośliwością uprzykrzającego mu życie. W dodatku jego dotąd nieskazitelna opinia została mocno nadszarpnięta. No, bo jak to! Pierwszy w Raju krzewiciel moralności toleruje obecność największego rozrabiaki na swoim dworze i jeszcze nie reaguje na jego skandaliczne wybryki?! Gabriel szukał różnych sposobów eliminacji Konsta. Niestety wszystkie jego działania były zupełnie bezowocne, a kapryśny los tudzież kapryśna pisarka;) zadecydowała, że już na zawsze zwiąże go z jego wrogiem.
Dzisiaj Gabriel był w stanie śmiać się z tych irytujących igraszek losu. Gniew powoli go opuszczał..., a razem z nim Próżność, Złość, Spryt, Zgryzota... Słowem wszystko to, czym był przez większą część swojego istnienia. Kiedy tak łagodniał stawał się prawie dawnym, uroczym aniołkiem z obrazków. Prawie, bo Gabriel już nigdy miał nie powrócić do starych nawyków. To, co przytrafiło się jego siostrze odmieniło go na zawsze...
W tej chwili Konstant przypominał mu głęboko zranione dziecko. Tak... Pan minister doskonale wiedział jak go zranić, żeby naprawdę bolało... I nie potrzebował do tego szkła! Ale teraz nie chciał już, żeby Konst cierpiał. Nigdy więcej. Nigdy więcej przez niego...
Wyciągnął rękę i zacisnął palce na dłoni Konstanta, w której trzymał odłamek szkła.
- Byłem wtedy porządnie narajany...-powiedział cicho anioł- Gdyby Konstanty zdecydował się ze mną walczyć, na pewno bym go zabił. Nie miało dla mnie znaczenia, że był moim bratem, którego kochałem bardziej od samego siebie... Jestem bezkompromisowy w walce, a po takich środkach walczę tylko na śmierć i życie...
Wypuścił szkło. Gabriel podniósł je z oparcia fotela i odrzucił na dywan.
- Dlaczego?! Dlaczego o to zapytałeś?!
- Bo jestem okropny!- odparł szczerze archanioł, unosząc lewą brew.
Zmierzwił mu włosy nad czołem i bez jakiegokolwiek oporu ze strony Konsta, położył jego głowę na swoich kolanach.
- Jestem najgorszym złośnikiem, jakiego stworzył Bóg.- kontynuował, uśmiechając się do siebie z zadowoleniem- I wiesz co, Konst? Dobrze mi z tym...
- Tobie tak, ale innym nie najlepiej!- skomentował Konstant z przekąsem.
- Oj, siedź cicho, jak ci dobrze!- obruszył się Gabriel i zgasiwszy papierosa położył dłonie na głowie kochanka.
- Dobrze...? Czy ja wiem?
Strażnik błyskawicznie oswobodził się z jego uścisku. Pochylił się nad mało to zdziwionym ministrem i pocałował go w usta. Odsunął się jednak po krótkiej chwili, prezentując niezwykle poirytowaną minę.
- Chyba powinieneś otworzyć usta, uparciuchu!- burknął.
- Nie, bo znowu całujesz mnie bez mojego pozwolenia!
- Gdybym miał czekać na twoje pozwolenie, to nigdy bym cię nie pocałował!
- Fakt...- Gabriel zamyślił się na moment, a Konst znowu spróbował go pocałować.
Tym razem próba musiała okazać się pomyślna, bo trochę to trwało nim Konstant znowu się od niego oderwał.
- Koronis miała rację.- stwierdził wstając.
- Niby, dlaczego?!- oburzył się archanioł.
Wspominanie przy nim imienia jego siostry było zawsze bardzo ryzykowne!
- Pasujemy do siebie!
Koronis. Całe życie Gabriel zastanawiał się, dlaczego ta dziwka zawsze musiała mieć rację! Ale i tak nigdy jej nie słuchał... Kiedy zginął Konstanty, a jego nowym strażnikiem został Konstant, archanioł stwierdził, że miał już tego serdeczne dosyć! Nie słuchając głosów rozsądnych doradców z Metatronem na czele, udał się na poszukiwania siostry. Tylko ona mogła w końcu poradzić coś na jego przekleństwo, bo to przecież ona je na niego rzuciła... Tym sposobem Gabriel znalazł się w obcym wymiarze, gdzie ponoć po urodzeniu syna Lucyfera, ukrywała się Koronis. I gdyby nie niespodziewana pomoc Konsta, zapewne ta podróż nie skończyłaby się dla niego w szczęśliwy sposób...
- Co ty tutaj robisz?!
- Stoję.
- Kurwa, nie wkurwiaj mnie!
- Nie zamierzam! Gdybym zamierzał, byłbyś teraz małym, wrednym kłębkiem nerwów!
Konstant obscenicznie zapalił papierosa i wyrzucił jeszcze dymiącą zapałkę. Był ubrany w długi, zwiewny płaszcz z odprutymi rękawami, fioletową koszulkę ozdobioną agrafkami, ciemne spodnie i glany. W dodatku na jego lewym ramieniu widniał tatuaż, który chyba najbardziej gorszył ministra oświaty& dobrych obyczajów.
Konst zaciągnął się i wydmuchnął dym prosto na zniesmaczonego Gabriela.
- Jesteś największym debilem, jakiego znam!- Wyznał strażnik- Bo tylko ostatni idiota wybiera się w takie miejsce bez eskorty! Zwłaszcza, że nie posiada żadnej mocy...
Krnąbrny uśmieszek anielskiego rozrabiaki doprowadził archanioła do ataku szału.
- A ty niby, dlaczego tutaj jesteś?!- zapytał w końcu, kiedy znudziło go wykrzykiwanie przekleństw.
Konstant zdążył w tym czasie usiąść na pobliskim głazie. Rozejrzał się uważnie po okolicy, przy okazji lustrując wzrokiem resztki pozostałe po stworach, które zaatakowały Gabriela. Konst dosłownie zmiótł je z powierzchni ziemi...
- Dostałem rozkaz od Metatrona. Nie myśl, że uratowałem ci życie z sympatii. Dobrze wiesz, że cię nienawidzę!- odparł strażnik, wciąż obserwując otoczenie- Cóż za romantyczne miejsce wybrała sobie twoja siostra na spędzenie reszty życia! No, nie powiem!
Wymiar Koronis wyglądał jak wielka, niezmierzona, kamienista pustynia. Niebo było granatowe, jakby zaraz miał lunąć deszcz. Konst podejrzewał nawet, że nigdy nie świeciło tutaj słońce...
- Rozkaz od Metatrona?- Gabriel spojrzał na niego podejrzliwie- Ty nie słuchasz żadnych rozkazów!
- Ale ten wydał mi się całkiem sensowny...- Konstant wstał i włożył dłonie do kieszeni- Ty chcesz pozbyć się mnie, a ja ciebie. Ale żeby to zrobić, musimy sobie nawzajem pomóc. To proste. Bez mojej pomocy nie dotrzesz do swojej siostry, a ja bez ciebie nie dogadam się z lady Koronis.
- Chcesz powiedzieć, że nim dotrzemy do zamku Koronis będę musiał znosić twoją obecność?!- prychnął oburzony archanioł.
- To raczej ja twoją!- Konst zaczynał tracić cierpliwość- A teraz... Chyba wiesz, w którą stronę mamy się udać?
Gabriel rozejrzał się wreszcie i jego skonsternowana mina wystarczyła Konstantowi za odpowiedź!
- Kurwa!- zaklnął pod nosem.
Włosy Gabriela były w kompletnym nieładzie. Wiatr potargał je we wszystkie strony, rozplatając warkocz. Szli już 2 dni tylko z przerwami na nocleg. Minister trzymał się z tyłu, bo nie potrafił dotrzymać kroku Konstantowi, który zdawał się być zupełnie w swoim żywiole. Narzucił mordercze dla Gabriela tempo i w dodatku nie wykazywał żadnych symptomów zmęczenia.
Im bardziej wiatr targał archaniołowi włosy, im bardziej kamienie raniły mu stopy, im bardziej niszczyło się jego ubranie i im bardziej stawał się brudny, tym bardziej nienawidził swojego nowego strażnika. Przepełniała go ogromna nienawiść. Zupełnie nie zauważał, że sam wpakował się tę niedorzeczną sytuację. To przecież on doprowadził do kłótni z Koronis... Od tego momentu zaczęły się jego wszystkie kłopoty. Gdyby, chociaż Konstanty żył...
Gabriel zatrzymał się nagle i przewrócił twarzą do ziemi całkowicie bez sił. Konstanty od razu by go podniósł i zarządził postój. Konstant natomiast nawet się nie odwrócił, a wręcz demonstracyjnie przyspieszył kroku.
- Nie mam siły!- krzyknął minister.
Konst przystanął w końcu, zezłoszczony do tego stopnia, że nie mógł przypalić papierosa. Ledwo nad sobą panował, a wtedy zawsze drżały mu dłonie.
,"Dlaczego?! Boże, dlaczego?! Dlaczego skazałeś mnie na towarzystwo tego rozkapryszonego, nadętego pseudoministra, który nie potrafi przejść jednego kilometra o własnych siłach?!- pomyślał zmierzając w stronę Gabriela- Jeżeli dotychczas jeszcze nikt nie nauczył go prawdziwego życia to ja go teraz nauczę!"
Cóż... Dla archanioła zapowiadała się właśnie bardzo ciężka lekcja... A w dodatku jego "nauczyciel" nie miał w zwyczaju stosować cywilizowanych metod! Gabriel przekonał się o tym, gdy poczuł niespodziewany ciężar na plecach. Jęknął z bólu. To "coś" było tak ciężkie, że czuł wszystkie żebra i nie potrafił swobodnie nabrać powietrza w płuca.
- Chciałeś postoju, więc będziesz go miał!- powiedział Konst z nieskrywaną satysfakcją i dopiero wtedy archanioł uświadomił sobie, że jego niestrudzony prześladowca siedział mu na plecach!
Krew uderzyła mu do głowy. W mgnieniu oka zapomniał o ogromnym zmęczeniu i krzyknął:
- Złaź, ty cholerny draniu!
- Możesz sobie wrzeszczeć ile chcesz... Radziłbym ci jednak zachować energię na dalszą drogę.- odparł ironicznie Konstant, wydmuchując dym- Rozkoszuj się upragnionym odpoczynkiem! Swoją drogą... Bardzo mi wygodnie... Muszę częściej na tobie siadać!
Oburzenie Gabriela sięgnęło zenitu. Był zmęczony, głodny, obszarpany i wściekły. Zebrał w sobie resztki sił i spróbował unieść się na łokciach.
- Leż spokojnie, bo złamiesz sobie kręgosłup!- Konst był wyraźnie rozbawiony usiłowaniami archanioła.
Gabriel nie zrezygnował jednak. Naprężył mięśnie i mimo ciężaru obrócił się na drugi bok. Ponieważ anioł nie siedział na nim okrakiem, stracił równowagę i wylądował na ziemi. Minister odsunął trochę jego nogi i z trudem się podniósł. Konsta rozjuszyło, że "ofiara" zdołała mu umknąć. "No proszę…, Kiedy chce potrafi wykrzesać z siebie całkiem dużą siłę! Mnie jest bardzo trudno zrzucić... A temu złośnikowi się udało!- pomyślał, oddając Gabrielowi pewną sprawiedliwość- Ale to jeszcze nie powód, żeby nie było po mojemu!"
Tymczasem archanioł otrzepywał ubranie, zastanawiając się nad zemstą. Wtedy poczuł, że strażnik złapał go za kostkę, a następnie z całej siły za nią pociągnął. Stracił równowagę, ale tym razem przewrócił się tak niefortunnie, że połamał sobie palce prawej dłoni, którą zamortyzował upadek. Potworny ból na chwilę pozbawił go przytomności. W tym czasie Konst zdążył obrócić go na plecy i przygwoździć swoim ciałem do ziemi. Kiedy Gabriel się ocknął zobaczył nad sobą jego twarz.
- Chyba nie masz już ochoty na postój, skoro tak bardzo garniesz się do wstawania!- kpiący uśmiech rozszerzył usta Konstanta.
- Zabiję cię!
- Ależ proszę bardzo! Jestem tylko ciekawy jak!
Przez chwilę archanioł poddawał się bezsilnemu gniewowi i prawdziwej rozpaczy. Szybko się jednak pozbierał i ignorując ból palców, uderzył strażnika w twarz.
- Puść mnie! To rozkaz! Jesteś moim sługą i czy ci się to podoba, czy nie masz mnie słuchać! Dla własnego dobra zacznij to wreszcie robić!
- Jak to?! Przecież cały czas oddanie ci służę! Chciałeś postój, to go masz!- odparł chłodno Konstant, ale w jego oczach czaił się niebezpieczny błysk, zwiastujący rychły wybuch.
Gabriel już miał obdarzyć go paroma, niezbyt przyjaznymi epitetami, gdy Konst domyślając się tego, zatkał mu usta dłonią. Minister zaczął się szarpać, ale na jego prześladowcy nie zrobiło to żadnego wrażenia.
- Pozwól, że coś ci wytłumaczę...- wyszeptał archaniołowi do ucha, przy okazji wykręcając mu zdrową rękę, którą Gabriel próbował złapać go za włosy- Jesteś ode mnie całkowicie zależny. Sam nie umiesz nawet porządnie iść! Zrobię z tobą, co będę chciał zrobić, bo zawsze robię tylko to, co CHCĘ. Nie to, co muszę, lub to, co wypadałoby zrobić! Mam nadzieję, że teraz pojąłeś, w jakiej znajdujesz się sytuacji... Oszczędzi ci to wielu przykrości!
Gabriel przestał się szarpać i spojrzał mu wyzywająco w oczy. Patrzyli tak na siebie przez dłuższy moment.
" On rzeczywiście jest piękny. Sztandarowy wizerunek anioła.- zauważył nie bez lekkiego zdziwienie strażnik- Aż CHCE się to dziwactwo przelecieć! Dziwne... Czemu wcześniej na to nie wpadłem?"
Nagle poczuł ból. Archanioł ugryzł jego dłoń. Kierując się swoją ostatnią refleksją, Konst odsunął rękę i nim Gabriel zdążył zaczerpnąć powietrza, pocałował go w usta.
Konstant smakował papierosem. To był taki lekko gorzkawy smak, który z czasem bardzo przypadł archaniołowi do gustu. I był to jeden z powodów, dla których zaczął palić. Ale wtedy, w wymiarze Koronis był tak zszokowany pocałunkiem Konsta, że nawet nie zwrócił uwagi na ten papierosowy posmak. Nigdy czegoś takiego nie przeżył. Zuchwałość strażnika doprowadziła go prawie na skraj szaleństwa, bo nie wiedział, co się z nim działo. Dlaczego nagle było mu tak... dobrze? Nie zrobił nic, żeby powstrzymać Konstanta, dając się zwyciężyć swojemu zdziwieniu i niespodziewanej przyjemności. I o dziwo to właśnie Konst pierwszy się opamiętał. Puścił ministra i usiadł obok. Trochę się przestraszył, bo zbyt mocno się zaangażował. A przecież to był ten świętoszkowaty Gabriel! Nie miał żadnych powodów żeby go całować, za to dużo powodów żeby go zabić!
Oswobodzony archanioł zerwał się z ziemi i w ogóle nie myśląc, pomknął przed siebie, jakby go stado diabłów goniło. Oddalał się w zastraszającym tempie. Tymczasem Konst zapalił jeszcze jednego papierosa i mruknął:
- A niby był taki zmęczony! Chociaż... To naprawdę ciekawe... A więc można robić z nim coś więcej, niż tylko się kłócić?!
Gabriel pędził przed siebie jak szalony. Trzeba przyznać, że Konstant rzeczywiście dał mu porządną nauczkę... Tylko, że to nie złamane palce, potworny ból w krzyżu czy też urągające mu słowa aż tak bardzo na niego poskutkowały... Bowiem Konst pokonał go czymś, co powinno kojarzyć się z przyjemnością i paradoksalnie z miłością- pocałunkiem. Myślenie o tym zdarzeniu sprawiało, że archanioł coraz bardziej przyspieszał. Prawie biegł. Chciał przed TYM uciec, bo nie potrafił się bronić. Pierwszy raz odkąd spotkał Konstanta naprawdę się go przestraszył. Przestraszył się jego pocałunków, dotyku dłoni, przyjaznego ciepła ciała... Ten strach utwierdził go jeszcze w przekonaniu, że musi natychmiast widzieć się z Koronis. Należało raz na zawsze skończyć z tą błazenadą!
Tymczasem przebył już znaczną odległość i od strażnika dzieliły go 2 niewielkie pagórki. Podczas dotychczasowej wędrówki, Gabriel nie zauważył żywych istot. Nie rosły tu nawet żadne rośliny. Były tylko kamienie, skały i żwir. Zupełnie zapomniał, że kiedy tutaj przybył, zaatakowało go stado dzikich bestii i jedynie dzięki interwencji Konsta wciąż żył. Pamięć o tym zdarzeniu wróciła mu dopiero, gdy schodził wąską ścieżką w dół wąwozu, który znajdował się tuż za drugim pagórkiem. Stało się tak za sprawą wielkiego, szarego zwierzęcia z rodziny kotowatych. Z wyglądu przypominało wymarłego tygrysa szablozębnego, a w jego oczach błyszczała żądza mordu. Gabriel zatrzymał się i zamarł z przerażenia. Nie dostrzegł nawet, że krajobraz uległ nagłej zmianie. Wąwóz porośnięty był rozległym parkiem i to właśnie tam tygrys znalazł sobie schronienie.
Archanioł cofnął się o krok. W jednej chwili całe życie przeleciało mu przed oczami. Nie obraziłby się, gdyby Bóg, albo, chociaż kapryśna pisarka pozwoliła mu jeszcze trochę pożyć... Niestety ani Bóg, ani pisarka nie byli na tyle łaskawi, aby zaoszczędzić mu stresu. Zwierzę rzuciła się w jego kierunku. Obrócił się i zaczął biec w przeciwnym kierunku, niż zamierzał. Nie pomyślał nawet, żeby wezwać na pomoc Konstanta. Duma mu na to nie pozwalała!
Tygrys dogonił go w mgnieniu oka i przewrócił na ziemię, wbijając przy tym pazury w jego plecy. Ból sparaliżował umysł Gabriela. Był jak bezlitosny zwiastun zbliżającej się śmierci... Poddał mu się całkowicie...
- No proszę... Zostawić go na chwilę samego!- powiedział do siebie Konst.
Stał na wierzchołku pagórka. Beznamiętnym wzrokiem spoglądał w dół, na Gabriela przygniecionego tygrysem. Kiedy zwierzę rozwarło paszczę, żeby zatopić kły w jego karku, Konstant rozwinął skrzydła i wyciągnąwszy katanę z pochwy, przeleciał odległość dzielącą go od ministra i jego oprawcy. Jednym, celnym ciosem odciął tygrysowi głowę. Z głuchym łoskotem upadła na ziemię. Pozbawione jej ciało zwiotczało, lecz wstrząsające nim pośmiertne drgawki sprawiły, że pazury nie odczepiły się od pleców ofiary. Konst wylądował i zrzucił korpus zwierzęcia z archanioła. Gabriel obficie krwawił, a z jego ozdobnej, czerwonej tuniki pozostały tylko bezkształtne strzępy. Strażnik przykucnął przed nim, jakby chciał mu się lepiej przyjrzeć.
- Czyż nie mówiłem ci, że bez mojej pomocy nie potrafisz nawet porządnie iść?- zakpił.
Minister nie był w stanie unieść głowy.
Milczeli.
W końcu Konstant westchnął ciężko i powiedział:
- Jedno magiczne słowo... Wystarczy, że poprosisz!
Cisza.
Archanioł z trudem oparł się na łokciu i spojrzał mu w oczy. W tym wzroku tradycyjna już złość mieszała się z czymś, co wprowadziło strażnika w niezłą konsternację- a mianowicie z wdzięcznością. I nie było w nim pogardy. Zastąpiło ją zaufanie...
- Pomóż mi...
Zdawać się mogło, że Gabriel wyciągnął odpowiednie wnioski z tej lekcji. Nie odezwał się ani słowem, gdy Konstant pomógł mu się podnieść, a potem z wielką zręcznością, o którą go w ogóle nie podejrzewał, opatrzył mu rany na plecach. Nie rozumiał jego postępowania. Coś się tutaj nie zgadzało. Nigdy przedtem nie był dla niego taki...miły! Archanioł czuł się wręcz upokorzony tą jego nagłą, zmianą zachowania. Przedtem nie pozwolił mu nawet na chwilę odpoczynku podczas wędrówki, a teraz bez żadnej awantury opatrzył mu rany!
Konst wziął go nagle za rękę. Gabriel rzucił mu groźne spojrzenie i od razu wyrwał się z jego uścisku.
- A wiec nie chcesz, żebym nastawił ci palce?- skomentował strażnik, obdarzając ministra ironicznym uśmieszkiem.
Archanioł zacisnął usta, powstrzymując się od odpowiedzi.
- Hej, hej! Milczenie jest nie w twoim stylu! Cóż mnie to jest obojętne czy będziesz miał sprawne palce, czy nie... Jednak, jeżeli teraz ci ich nie nastawię, będziesz miał problemy z utrzymaniem pióra, a o pisaniu już nie wspomnę! I jak będziesz podpisywał wyroki śmierci?!
Ta wizja na tyle przeraziła Gabriela, by wyciągnął rękę w stronę Konsta.
- Dlaczego?- zapytał w końcu.
- Co, dlaczego?- zaciekawił się Konstant, ujmując jego dłoń.
Szybko i sprawnie nastawił mu palce. Minister skrzywił się z bólu, ale nie krzyknął.
- Dlaczego mi pomagasz?- wyjaśnił, kiedy ból trochę zelżał.
- Bo mnie o to poprosiłeś, czyż nie?- strażnik wzruszył ramionami.
- Nie wierzę!
- I bardzo dobrze...
Anioł parsknął długo wstrzymywanym śmiechem i nim Gabriel zdążył zareagować, pogłaskał go po policzku.
- Tak naprawdę chcę się przekonać, w jaki sposób okazujesz wdzięczność...
- Jesteś durniem, Konstant!- minister uniósł brwi, a jego usta wykrzywił złośliwy uśmieszek- Nie uprawiam sexu z wdzięczności!
Strażnik był wyraźnie zmieszany ta ripostą, bo przez chwilę milczał. Archanioł wybuchnął śmiechem na widok jego miny.
- Kto powiedział, że ja tego właśnie CHCĘ?!- odburknął wreszcie obrażony Konst.
- Oj, daj spokój!- Gabriel przybliżył twarz do jego oblicza- Pragniesz mnie... To naturalne. Wszyscy mnie pragną. Jestem piękny!- zaśmiał się znowu zadowolony z obranej taktyki- Nie boję się ciebie, wiesz?- skłamał.
- Nie?- prychnął Konstant- To dlaczego uciekłeś, kiedy cię pocałowałem?
- To, dlaczego mnie puściłeś?
- Nie przeciągaj struny!
- Cha! Cha! Cha!
- Naprawdę tego pożałujesz!
- Najwyżej! A poza tym nie jestem ci wdzięczny!
- Nie? O, to bardzo dobrze! W końcu nie uprawiasz sexu z wdzięczności!
Gabriel nie przestawał się śmiać, aż do czasu, gdy Konst popchnął go na ziemię.
- Co robisz?!- warknął.
Konstant pochylił się na nim.
- Pragnę cię. To naturalne. Wszyscy cię pragną. Jesteś piękny!- odparł, parafrazując jego wypowiedź.
- Kompletnie oszalałeś!
- Nie wiedziałeś?
Archanioł zmarszczył brwi. Chciał się poddać. Chciał, chociaż to mu zupełnie nie wypadało. Chciał, chociaż Bóg mógł go za to powiesić na pierwszej, lepszej gałęzi! Chciał, bo i ona tego chciała, a mając po swojej stronie jej wolę, niczego się nie obawiał. Nawet gniewu Boga...
- No to pocałuj mnie, durniu!
Obawiał się, że zatraci się w tej przyjemności. Była pod nimi wszystkim, czego w życiu zaznał. Z trudem nad sobą panował, o ile w ogóle panował.
"O Boże jest zbyt dobrze!"- pomyślał w ostatnim przebłysku racjonalnej świadomości.
Oszalał. Szaleństwo Konstanta wlewało się w niego z każdym jego pocałunkiem, z każdym gwałtowniejszym ruchem ciała...
Czy świat naprawdę wtedy istniał?
Czy Bóg naprawdę wtedy nad nim czuwał?
Czy ona naprawdę wtedy pisała?
Szczerze powiedziawszy nie miało to już żadnego znaczenia...
- Pasujemy?- zapytał Gabriel, jakby dopiero, co przebudził się z długiego snu- To zależy co masz na myśli!
Konstant parsknął śmiechem. Odwrócił się w stronę wybitego okna z zamiarem odejścia.
Anioł Konstant przez całe swoje życie bardzo się starał nie świecić przykładem i może właśnie dzięki temu wiele rzeczy na tym pięknie świecie rozumiał. Teraz jednak nie krył zdziwienia, przyglądając się archaniołowi. Gabriel milczał jak zaklęty i z całym swoim uporem i wyrafinowaniem starał się utrzymać od niego bezpieczną odległość, na co najmniej 5 metrów.
Pierwszy raz potraktowano go w taki obraźliwy sposób po całkiem udanym sexie! Ba! Konst był bliski stwierdzenia, że w całej swojej karierze kochanka nie spisał się tak dobrze jak tym razem. Więc o co temu zwariowanemu ministrowi chodziło?! Przecież nie zrobił niczego wbrew jego woli! Tymczasem Gabriel zachowywał się, jakby go zgwałcił albo... Ta druga myśl tak poraziła Konstanta, że aż przystanął. Ależ tak! Archanioł po prostu go wykorzystał! Zmierzali właśnie do zamku wszechmocnej byłej senator Koronis, by na zawsze się od siebie uwolnić i to na pewno bez reszty zaprzątało głowę Gabriela. Niedługo pozbędzie się swojego strażnika, a taki niezobowiązujący sex był sposobem na kategoryczne zakończenie ich żarłocznej, ale za to bardzo ciekawej znajomości. A więc pan minister miał go tylko za kolejną zabawkę, którą po "użyciu" nawet nie odstawiał na swoje miejsce, lecz od razu wyrzucał do kosza?! Jakże to do niego pasowało! I jak to się stało, że on- niezmordowany pogromca wszelkich, brudnych sztuczek Gabriela, sam dał się nabrać na jedną z nich?! Aż tak go pragnął? Nie! To przecież niemożliwe! Poczuł bezsilną złość, tym bardziej niebezpieczną, bo właśnie bezsilną... Miał wielką ochotę skręcić archaniołowi kark i w ten prosty sposób zakończyć szaleństwo, w którym wciąż tkwił po uszy. Był jednak dotknięty do żywego i w końcu uznał, że ten cholerny inkwizytor nie zasługiwał nawet na śmierć z jego ręki!
Szedł więc zachowując narzucony mu przez Gabriela dystans, pocieszając się, że zamek Koronis musiał być już niedaleko.
Wolał się nie odzywać. Po prostu nie wiedział, co powiedzieć, jak ująć w słowa to, co teraz czuł i czy miał w ogóle prawo to robić? Wybrał alternatywne rozwiązanie i nie powiedział nic. Szedł przodem, jakby przecierał szlak. Przede wszystkim sprzeniewierzył się zasadom, które niezmiennie reprezentował, odkąd tylko został ministrem oświaty i dobrych obyczajów. W jego myślach nie zajmowało to jednak prawie żadnego miejsca. Coś się zmieniło... Nie potrafił już obudzić w sobie dawnej złości do Konsta. Odkrył w nim coś szczególnego... Coś, czego wcześniej nie dostrzegał... Coś, co nie pozwalało mu więcej go nienawidzić...Konstant- z wierzchu zimny, wyrachowany drań bez żadnych zasad, od środka okazał się czułym, niezwykle wrażliwym aniołem z własną wizją świata i sposobem na życie. Chciał sam podejmować decyzje, a potem brać za nie pełną odpowiedzialność. Do tego rzeczywiście nie potrzebował katalogu sztywnych reguł. Wystarczyło tylko, żeby pozostawał sobą. Gabriel wreszcie zauważył to wszystko i nie potrafił potępić. Już nie... I proszę mi więcej nie mówić, że sex nie zmienia punktu widzenia... W dodatku nie złościło go więcej podarte ubranie, rozczochrane włosy, czy nawet połamane palce. Nie złościło go, bo Konstant nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Jemu to nie przeszkadzało, więc czemu miałby się tym przejmować? Nigdy wcześniej nie myślał w ten sposób. Wygląd miał dla niego zawsze ogromne znaczenie... Co się z nim działo? Bo czy można zakochać się w kimś w przeciągu dwóch dni? Przecież znali się od tak dawna... Dlaczego teraz? Dlaczego tutaj? Dlaczego w taki sposób? To było tak nieprawdopodobne jak cała ta podróż. Szli teraz przez idealnie zadbany i przystrzyżony ogród, który znajdował się tuż za parkiem. Rosły w nim niezliczone gatunki kwiatów, ale najwięcej było róż. Prym wiodły te czerwone. Wyglądały jak niezmierzony, krwisty dywan. Dodatkowo drzewa wyrzeźbiono w kształty powabnych kobiet. Ich włosy tworzyły zielone liście.
Gabriel zatrzymał się nagle. Tuż przed nim stał niewielki zamek z jedną wieżyczką. Jej czubek tonął w chmurach. Sam zamek był trochę nieproporcjonalny. Swoim kształtem bardziej przypominał prostopadłościan, niż prostokąt. Brama pozostawała otwarta, jakby Koronis spodziewała się gości. Cegły, będące budulcem, miały zadziwiający fioletowy kolor, a ramy okienne mieniły się z daleka szczerym złotem.
- Baba sfixowała na tym pustkowiu!- minister zadrżał, gdy tuż obok jego ucha rozległ się głos Konstanta- Fioletowy zamek! Phi!
Gabriel zignorował go i zrobił krok do przodu. Przez nieuwagę potknął się o kamień i na pewno runąłby na ziemię, gdyby nie Konst, który złapał go za rękę. Nim się zorientował, znajdował się już w jego ramionach. Bez słowa wtulił głowę w jego szyję, Konstant pogłaskał go po włosach.
- No to jesteśmy.- powiedział- Niech to się już skończy!
Archanioł wyswobodził się z uścisku strażnika i gniewnie zmarszczył brwi.
- Właśnie!- odparł- Nie mogę więcej z tobą przebywać! Źle wpływasz na mój system nerwowy!
- Mój wpływ nie ma tu nic do rzeczy! Ty i bez niego jesteś stuknięty!- zrewanżował się Konst, sięgając do kieszeni po papierosy.
,"Co za nieokrzesany prostak! Jak mogłem pomyśleć, że on jest inny niż się zachowuje?!"- wściekł się Gabriel i przełknąwszy zniewagę w milczeniu, ruszył w stronę wejścia.
Wnętrze zamku przypominało prawdziwą galerię sztuki. Utrzymano je w stylu "art novveau". Ściany ozdobiono realistycznymi malowidłami. Przedstawiały najpiękniejsze, ziemskie krajobrazy, jakie tylko Konst mógł sobie wyobrazić. Były tam wzburzone morza, wyniosłe góry, zielone lasy, przerażające monotonią pustynie, złociste pola pszenicy, barwne ogrody obowiązkowo pełne czerwonych róż i jeszcze wiele innych cudów natury. Wszystko to wyglądało jak prawdziwe. Kiedy przechodził obok ściany, na której przedstawiono morze, zdawało mu się, że słyszał szum fal... Pod sufitem natomiast umocowano misternie rzeźbione belki, a w każdym kolejnym pomieszczeniu stały na nich donice z kwiatami. Miały one ogromne liście i oplatały belki jak bluszcz. Meble zrobiono z przezroczystego, nietłuczącego się szkła. Konst oniemiał na widok szklanej szafy. Z ciekawości zajrzał do jej wnętrza, by ujrzeć prowokujące, wyszukane i eleganckie ubrania. Dotknął rękawa jednej z sukienek. Zrobiono go z delikatnego, cienkiego materiału, który ledwo poczuł pod palcami. Nie zdziwiłby się gdyby była to po prostu mgła...
Na każdym kroku napotykał też rzeźby. Zachwycały swoją precyzją i doskonale dobraną paletą kolorów. Zazwyczaj były to zmysłowe kobiety, swoją urodą przyćmiewające niejedną, żywą przedstawicielkę płci pięknej...
Chyba tylko w pałacu palatyna znajdowało się tyle cudowności! Konst nie krył zauroczenia tym miejscem i zastanawiał się jak niezwykłą anielicą musiała być lady Koronis, skoro w taki sposób urządziła sobie zamek.
Gabriel dla odmiany nie wykazywał żadnego zdziwienia. Szczerze powiedziawszy, spodziewał się zobaczyć większe cuda... Aż za dobrze znał upodobania siostry.
Podczas ich spaceru po niezliczonych komnatach nie spotkali ani jednej, żywej duszy. Konst był tym zaniepokojony... Niezamieszkany, oryginalny zamek, stojący samotnie na pustkowiu miał w sobie coś przerażającego. Zaczynał już podejrzewać jakąś pułapkę, gdy wreszcie weszli do ogromnej, rzęsiście oświetlonej biblioteki. Ich oczom ukazały się niekończące się ściany książek. Tylko w samym centrum pomieszczenia stał maleńki stoliczek z lampką w kształcie odwróconego tulipana umiejscowionej na jego blacie, a obok niego błękitny szezlong, na którym na wpół leżała piękna anielica. Czytała jakąś książkę ze swojej kolekcji, opierając głowę na ręce. Długie, jasne włosy spływały jej po plecach falującą kaskadą. Miała na sobie bladoróżową sukienkę z muślinu, odsłaniającą ramiona. To ubranie raczej nie skrywało jej wdzięków... Wręcz przeciwnie! Równie dobrze mogłaby leżeć tu nago. Dzięki mało dyskretnej sukience Konst dostrzegł, że była właścicielką długich nóg, szczupłej talii i niewielkich, acz kształtnych piersi, które z resztą spodobały mu się najbardziej z całego jej oszałamiającego wizerunku...
Podniosła głowę i spojrzała na nich ironicznie. Miała seledynowy kolor oczu i namiętne, sercowate usta.
- Gabrielu, wyglądasz okropnie!- stwierdziła zmysłowym, uwodzicielskim głosem.
Klasnęła w dłonie. Od razu pojawiło się 6 służebnic, odzianych w takie same, białe suknie z jedwabiu, zawiązane na prawym ramieniu. Na przegubach nosiły złote bransolety. Wszystkie były blondynkami. 3 z nich podeszły do Konstanta i pociągnęły go za sobą. Pozostałe zwróciły się w stronę Gabriela, lecz wyrwał się i podszedł do siostry.
- Nie po to przeżyłem prawdziwe piekło, żeby teraz dać się ot tak po prostu spławić!- warknął oburzony.
Koronis zmierzyła go krytycznym wzrokiem.
- Nie martw się, kochany! Nawet podobne tobie kreatury obowiązuje moja zasada gościnności!- odparła, a Konst parsknął śmiechem.
Poczuł do niej niewymowną sympatię. Anielica uśmiechnęła się do niego. Potem znowu spojrzała na brata. Był wściekły.
- Moje służące doprowadzą cię do porządku. Wtedy wyjawisz mi powód swojej wizyty!
Sądząc po minie archanioła, zamierzał właśnie wybuchnąć przekleństwami, więc Konstant wtrącił rozjemczo:
- Posłuchaj jej... Pamiętaj o swoich palcach... Potrzebujesz pomocy!
Gabriel rzucił mu poirytowane spojrzenie, które znaczyło tyle, co: "Ty zdrajco!" i zacisnął zdrową dłoń w pięść. Mimo to jego argumenty do niego trafiły, gdyż w końcu pozwolił się poprowadzić. Kiedy wychodzili z biblioteki, Koronis zapytała:
- Gdzie jest Konstanty?
Konst i Gabriel odwrócili się równocześnie. Niesforny kosmyk opadł jej na czoło sprawiając, że twarz nabrała figlarnego wyrazu. Oczy pozostały jednak niewzruszone.: chłodne, uważne i wyrachowane. Wyglądała przerażająco. Szybko to zatuszowała, układając wargi w uroczy uśmiech.
- Taaak... Odpocznijcie. Później przyjdzie czas na rozmowę!
Koronis nic się nie zmieniła. Stała się może nawet bardziej niezależna i samowolna. Gabriel doszedł do tego wniosku, leżąc w wielkiej wannie. Była napełniona pachnącą wodą, a płatki różnych kwiatów pływały na powierzchni. Nie potrafił się do końca zrelaksować. Myślenie o siostrze wprowadzało go w posępny nastrój. Lady Koronis. Kiedyś senator i najbliższa współpracownica palatyna. Gdyby nie ciąża i jej katastrofalne konsekwencje, to nie Metatron zostałby nowym palatynem, tylko właśnie ona. Minister nie miał ku temu żadnych wątpliwości. Czekała ją świetlana przyszłość... Tymczasem związała się z niewłaściwym mężczyzną i zniszczyła sobie życie. Narzeczony okazał się zdrajcą i został królem Piekieł- wszechmocnym Lucyferem. Koronis urodziła jego syna- księcia Koryu, po czym wycofała się z polityki i osiadła w stworzonym przez siebie wymiarze. Gabriel nie widział jej od czasu ich pamiętnej kłótni, w skutek której stracił moc. Zadrżał na samo wspomnienie tego przeżycia.
Wyprostował rękę na brzegu wanny, żeby nie zamoczyć świeżego bandaża. Nadworny medyk Koronis porządnie nastawił mu palce i ból jakby lekko zelżał. Westchnął z ulgą, przymykając oczy.
Tymczasem w sąsiedniej komnacie, Konst oddawał się takiej samej kąpieli. Był na tyle bezczelny, by zażądać, aby służące mu anielice rozebrały się i potowarzyszyły mu w wannie. Z resztą za bardzo nie opierały się temu pomysłowi. Och, tak! Uwielbiał roztaczać swój osobisty urok na piękne kobiety...
Bardzo się jednak zdziwił, gdy po chwili pojawiła się również ta najpiękniejsza... Lady Koronis wciąż pozostawała ubrana w prowokującą, bladoróżową sukienkę. Stanęła obok wanny i z tajemniczym uśmiechem zarządziła:
- Zostawcie nas!
Kiedy służące opuściły łazienkę, była pani senator błyskawicznie pozbyła się sukienki i weszła do wanny. Przez chwilę mógł podziwiać jej idealne ciało w całej okazałości. Było jakby wykute z marmuru- bez żadnej skazy, proporcjonalne i po prostu cudowne. Miała seksowny pieprzyk na prawym udzie. Uniósł brew, zafascynowany naturalnością i kompletnym brakiem skrępowania Koronis. Usadowiła się na przeciwko i dopiero wtedy zapytała:
- Mogę prawda?
Sięgnął po papierosa i beznamiętnie go przypalił.
- To ty jesteś tutaj gospodarzem.- odparł dyplomatycznie, zaciągając się dymem- A moje palenie, będzie ci przeszkadzać?
- Nie.
Obserwowała go spod rzęs. Nie odwrócił wzroku, choć coś władczego w jej spojrzeniu nakazywało mu to zrobić. W końcu uśmiechnęła się.
- Jesteś twardy...
- Ty też.
- Dziękuję...
Odrzuciła włosy z ramion. Nigdy wcześniej nie widział tak pięknej kobiety.
- A tak przy okazji...Kim ty w ogóle jesteś?- wiedział, że prędzej czy później o to zapyta...
Cóż... Wyszło, że prędzej... Odchylił głowę.
- Mam na imię Konstant. Jestem bratem bliźniakiem Konstantego...
- A to ci niespodzianka! Więc mój kochany Konstanty ma brata?- wreszcie wyglądała na skonsternowaną.
Na jej czole pojawiła się głęboka zmarszczka, mącąc urodę oblicza.
- Co znaczy "mój"?- zaciekawił się- Przecież Konstanty był strażnikiem Gabriela!
- Był?- powtórzyła- To znaczy, że już nim nie jest?
Światło błękitnego żyrandolu odbiło się w oczach Koronis, jak w zwierciadle. Musiał to teraz powiedzieć... Ale dlaczego on?! Czemu nie zapytała o to Gabriela? Przez chwilę kompletnie skupił się na paleniu papierosa, jakby chciał odwlec swoją odpowiedź.
- Konstanty nie żyje.- zanurzył rękę w wodzie, by wyłowić płatek czerwonej róży.
- Hmm...- zamyśliła się, a on w tym czasie bawił się w wyławianie płatków z wody.
- Dlaczego powiedziałaś "mój"?- w końcu nie wytrzymał zaległej ciszy.
- Konstanty służył Gabrielowi z mojego rozkazu. To ja odebrałam Gabrielowi moc i zaklęłam ją w sygnecie. To również ja wybrałam Konstantego na jego strażnika...- wyjaśniła uprzejmie.
Konst nie zapanował nad mięśniami twarzy. Jego oblicze wykrzywiła złość, nadając mu groźny wyraz.
- Dałaś mi właśnie powód, abym cię nienawidził!
- Tak?- była wyraźnie rozbawiona, czym jeszcze bardziej go rozjuszyła.
Zmiażdżył w dłoni zebrane płatki kwiatów.
- Naprawdę gówno mnie obchodzą twoje porachunki z bratem, ale nie mogę wybaczyć ci, że wmieszałaś w nie Konstantego! Oboje potraktowaliście go jak przedmiot!
- Cóż... Od tego mam w końcu służbę... Czyż nie?
- W niczym nie różnisz się od Gabriela!
- Jest moim bratem...
Uśmiechnął się ironicznie i nic nie odpowiedział. Tylko pogardliwie na nią patrzył. Drgnęła, jakby jeszcze nikt przed nim nie odważył się tak na nią patrzeć. Przy całym swoim obrzydzeniu do tej kobiety, nie mógł jednak przestać podziwiać jej urody. Przyglądał się kształtowi jej równomiernie opalonych ramion, łabędziej szyi, oplecionej sznurem pereł i gęstym, gładkim włosom, których większą część zmoczyła woda.
- Czego ode mnie chcesz?!- przerywając jego podziwianie- Po co tutaj przybyłeś?
- Śmierć Konstantego mocno pomieszała mi szyki. Tak się złożyło, że byłem przy nim, kiedy umierał... Nie mając przy sobie nikogo innego, wyznaczył mnie na swojego następcę. A to mi zdecydowanie nie odpowiada! Tak samo jak i Gabrielowi... Oto, czemu zawdzięczasz naszą niespodziewaną wizytę!
Zaśmiała się tak cicho, że prawie jej nie usłyszał.
- A więc masz nadzieję, że ja mogę coś na to poradzić?!
- Gabriel jest o tym przekonany!
- Gabriel?! Phi!- parsknęła jak rozzłoszczona kotka. Gabriel wciąż jest tylko niewychowanym dzieckiem, nienauczonym ogłady i najmniejszego taktu! Mały potwór, który nigdy nie myślał o nikim poza sobą! Zupełnie nie obchodzi mnie jego zdanie! Nigdy się nim nie liczę! Pytałam jak ty się na to zapatrujesz!
Nutka zawziętości w glosie Koronis sprawiła, że nagle zapragnął wziąć ministra w obronę. Szybko się jednak zreflektował... Przecież miała rację... Przypomniał sobie szaloną euforię i rozkosz, którą czuł, kiedy trzymał Gabriela w ramionach podczas ich zupełnie niespodziewanego seksu. Koronis była nawet piękniejsza od swojego brata, ale ani w połowie nie zawładnęła nim, tak jak wtedy Gabriel...Uświadomił to sobie w przeciągu sekundy i urok anielicy przestał na niego działać.
- Cóż... Jeżeli będziesz chciała, pomożesz nam...- wzruszył ramionami jakby to było oczywiste.
- A co jeśli nie zechcę?
Wydmuchnął dym.
- Będziesz miała ze mną do czynienia!
Znowu parsknęła śmiechem. Nim zareagował, przybliżyła się do niego, oparła dłonie na jego piersi i szepnęła mu do ucha:
- Razem na pewno stworzymy niezły duet! Co powiesz na to, aby stworzyć go już teraz?
Nie był przygotowany na tą bliskość... Pachniała różą. Sama była jak cudowna, delikatna róża. Z przyjemnością by ją zerwał, ale kolce, którymi był jej nieprzewidywalny charakter, poraniły mu palce... Ukąsiła go w szyję. Poczuł miły dreszcz, ale nie poddał się samczemu pragnieniu. Nie CHCIAŁ tego. A skoro nie chciał, nie zamierzał tego robić. Odepchnął od siebie Koronis i błyskawicznie wyskoczył z wanny.
- Wracaj tu, idioto!- krzyknęła rozwścieczona jego ucieczką.
Okręcił biodra ręcznikiem i wrzucił niedopałka papierosa do wody.
- Nie igraj ze mną, laluniu! Nie jestem Konstantym!
Złośliwy grymas oszpecił jej twarz. Był jak straszliwa teatralna maska. Cofnął się z wrażenia, a ona powiedziała drżącym głosem:
- Wynoś się!
Gabriel siedział na miękkim krześle z wyciągniętymi przed siebie nogami. Był ubrany w biały szlafrok, a służka suszyła mu włosy. Poskręcały się w kąpieli, tworząc niesforne loczki. Kazał przynieś sobie pudełko czekoladek i książkę z kolekcji Koronis. Czuł się tak wspaniale, że prawie zapomniał o celu swojej wizyty. Siedział centralnie przed wielkim akwarium. Sięgało sufitu, całkowicie zapełniając południową ścianę. Było zbudowane z najtwardszego szkła. Zaopatrzono je w najlepsze urządzenia. Kątem oka obserwował ławice wielobarwnych ryb przemykających w tę i z powrotem w sztucznym mroku. Aparat do nasycania powietrza wytwarzał łagodne ciśnienie, które kołysało gigantycznym wodorostem. Akwarium robiło niesamowite wrażenie, ale Gabriel nie poświęcił mu większej uwagi. Tak naprawdę nie lubił ryb... Wzbudzały w nim obrzydzenie. Uniósł głowę, gdy usłyszał, że otwierają się drzwi sąsiedniej komnaty. Oniemiał na widok Konstanta, którego jedynym odzieniem był bordowy ręcznik. Emanowała od niego ogromna wściekłość. Minister zdążył już doskonale poznać swojego strażnika i jedno spojrzenie upewniło go, że Konsta musiała spotkać jakaś niemiła przygoda. Mimo jego nadąsanej miny, archanioł dostrzegał w nim też coś bardzo zabawnego. Może powodował to jego niepełny strój? A może rozczochrane, mokre włosy? Dość, że wystarczyło to, aby parsknął śmiechem. Rozjuszył tym i tak już podenerwowanego strażnika. Odepchnął służkę, pochylił się i oparł dłonie na krześle Gabriela.
- Twoja siostra właśnie próbowała się do mnie dobrać!
Śmiech ugrzązł mu w gardle. "A to suka!"- pomyślał, ale nie dał po sobie poznać, że był zły. Spojrzał Konstantowi w oczy, by ujrzeć w nich zniecierpliwienie. Najwyraźniej czekał, żeby archanioł okazał swoje oburzenie. I tak, rzeczywiście, był oburzony. Nie życzył sobie jednak, by Konst o tym wiedział... Podsunął mu, więc bombonierkę pod nos i zaproponował:
- Czekoladkę?
Wściekłość Konstanta sięgnęła zenitu. Gwałtownie wytrącił pudełko z ręki Gabriela. Czekoladki rozsypały się po marmurowej posadzce, a minister poczerwieniał z gniewu. Bardziej od słodyczy kochał tylko samego siebie!
- Coś ty najlepszego narobił, imbecylu?!- wrzasnął.
- Powtarzam: Twoja siostra próbowała się do mnie dobrać!
- Co ja mam poradzić, że ma taki kiepski gust?!
- Kiepski gust?! Mam ci przypomnieć, kto zaledwie przed paroma godzinami uprawiał ze mną sex?!
- I z tej racji mam być teraz zły, że robiłeś to też z Koronis?!- Gabriel stracił nad sobą panowanie- Nie! Nie jestem, kurwa, zły! Jestem wściekły!
Konst uśmiechnął się lekko, prawie z czułością.
- Och, ty naprawdę jesteś dzieciakiem!
- Przestań ze mnie kpić! Idź sobie lepiej do Koronis! Pasujecie do siebie! Kurwa i alfons!
- Poszedłbym, gdyby nie chciała mnie teraz zabić...
- No tak! W końcu ją bardzo trudno zadowolić!
Konstant wyprostował się i spojrzał na archanioła z góry.
- Masz rację. Bardzo trudno! Nawet wtedy, gdy się z nią seksu nie uprawiało...
Z uwagą obserwował zmiany na twarzy Gabriela. Zawsze go intrygowało, jak to się działo, że swoją mimiką potrafił wyrazić każde, nurtujące go uczucie. Tak, więc najpierw był Zdziwieniem, potem Zrozumieniem, a na końcu Wstydem połączonym ze Złością, że pozwolił mu odkryć swoje karty...
- Na takim pustkowiu Koronis musi cierpieć z powodu braku mężczyzny - powiedział w końcu, wbijając wzrok w książkę- Myślałem, że będziesz na tyle głupi, żeby się na to skusić!
- Czyżbym cię rozczarował?- zakpił usatysfakcjonowany zwycięstwem.
- Nie...
Zupełnie nie spodziewał się takiej rozbrajająco szczerej odpowiedzi. W prosty sposób udało mu się wyciągnąć z Gabriela jego prawdziwe uczucia. "Czyli jednak nie chciał mnie wykorzystać!- pomyślał- Dochodzimy do sedna sprawy..."
Milczeli przez dłuższą chwilę. Minister przekartkowywał książkę, a strażnik wpatrywał się w niego, jakby dopiero pierwszy raz go widział. Przyglądał się jego typowo anielskiej twarzy, nie mogąc się nadziwić jej niewinności i delikatnym wręcz dziecięcym rysom. Ktoś tak piękny, nie mógł być zły... Już miał powiedzieć coś naprawdę głupiego w stylu: "Koniecznie musisz być mój!", czym na pewno naraziłby się na szyderstwo ze strony archanioła, gdy do komnaty weszła Koronis. Zdążyła ubrać suknię, ale włosy wciąż miała mokre i posklejane. Gabriel posłał jej mordercze spojrzenie, ale nie dała się sprowokować. Była podejrzanie spokojna.
- Konstant powiedział mi, dlaczego tutaj przybyłeś... - odezwała się nieznacznie uśmiechając się do zmieszanego strażnika- Koniecznie muszę poznać szczegóły całej tej historii! Wybierzcie sobie ubrania i za 15 minut spotykamy się w jadalni. Widzę, że ta sprawa nie może dłużej czekać! Miałam nadzieję, zająć się nią dopiero jutro, ale Konstant nie pozostawił mi wyboru...
- Ależ to okropne!- wtrącił ironicznie archanioł.
Zmarszczyła brwi. Wyglądała teraz, jakby zamierzała wybuchnąć gniewem, lecz ostatecznie cała jej złość rozpłynęła się w wymuszonym uśmiechu.
- Służące zaprowadzą was do garderoby. Czekam!
Odwróciła się w stronę drzwi. Gabriel roześmiał się głośno. Jego twarz straciła swoje ulotne piękno. Złośliwość wycisnęła na niej obrzydliwe piętno, a Konst przyznał rację odwiecznej prawdzie, że piękno bywa dwuznaczne i może zawierać w sobie ziarno trucizny...
Zawartość szafy z męskimi ubraniami doprowadziła Konstanta do szewskiej pasji.
" O, nie kochana! Ja tego w życiu nie założę! Nie, nie i jeszcze raz nie! Gdzie mój płaszcz i glany?!"
Niestety z powodu braku alternatywnego rozwiązania, tudzież nagłej ochoty autorki na przedstawienie go w troszkę innej konwencji, niż zwykle, został zmuszony do ubrania koronkowej koszuli z perłowymi guzikami i rozszerzonymi rękawami, błękitnej, pomarszczonej peleryny i ciemnobrązowych, dopasowanych spodni. Najbardziej jednak denerwowały go atłasowe buty zapinane na diamentowe sprzączki. Zdaniem Konsta były najmniej absurdalne ze wszystkich butów, które dano mu do przymierzenia, ale i tak czuł się w nich śmiesznie. Służki dokładnie rozczesały mu włosy, a następnie związały je do tyłu czarną wstążką. Kiedy spojrzał w lustro, ujrzał kogoś zupełnie do siebie niepodobnego. Gdyby nie niezliczone kolczyki w uszach i jeden przekuwający prawą brew, wyglądałby jak przykładny arystokrata z najlepszego rodu.
" To straszne!"- jęknął w myśli.
Jadalnia była podłużnym pomieszczeniem, utrzymanym w zielono- niebieskim kolorycie. Ściany pokrywały malowidła, przedstawiające wiosenną łąkę, utkaną chabrami. Nad łąką wznosiło się pogodne niebo, tylko gdzieniegdzie mącone przez niewielkie, białe chmurki. Z sufitu zwisał żyrandol zrobiony z zielonego szkła. Umiejscowiono go centralnie nad długim, misternie rzeźbionym stołem, którego nie nakryto obrusem. Tuż nad drzwiami umiejscowiono bogato zdobiony zegar. Konstant zajął jedno z wielu, eleganckich krzeseł obitych niebieskim pluszem. Było ono umiejscowione gdzieś w połowie stołu. Dzięki takiej lokacji mógł spoglądać na okno sprytnie wtopione w sztuczny krajobraz na ścianie. Przez jego szyby widział prawdziwe, zachmurzone niebo i zaczął rozumieć, dlaczego Koronis ozdobiła wnętrze swojego zamku imitacjami najpiękniejszych widoków. Zerknął na Gabriela. Ten usadowił się przy jednym z końców stołu. O ile błękitna peleryna Konsta w miarę pasowała do wystroju, tak krwistoczerwony płaszcz, przypominający trochę surdut archanioła bardzo się wyróżniał na tle zielonej łąki. Wreszcie uczesał włosy w tradycyjny warkocz. Opadał mu teraz na prawe ramię niczym niezwykły, żółty szal. Biło od niego wielkie zniecierpliwienie. Na szczęście do jadalni weszły służące, niosąc pełne półmiski jedzenia. W mgnieniu oka stół zapełnił się najprzeróżniejszymi daniami. W powietrzu unosił się kuszący zapach, który przypomniał Konstowi o jego głodzie. Bez skrępowania nałożył sobie solidna porcję na talerz, a służąca nalała mu półsłodkiego wina do wysmukłego kieliszka. Gabriel ponuro obserwował jego poczynania. Nie odezwał się ani słowem. Uśmiechnął się kącikami ust, jedynie w ten sposób manifestując rozbawienie apetytem strażnika. Sam już wcześniej załagodził głód czekoladkami. Pozwolił się jednak obsłużyć i jakby od niechcenia zanurzył widelec w kolorowej sałatce. Jadł w przyzwoity sposób, gdy tymczasem Konstant nie zadał sobie trudu, by, choć raz użyć noża.
Gabriel zastanawiał się, gdzie podziewała się Koronis. 15 minut dawno minęło i zaczynał podejrzewać, że chciała go oszukać i już więcej jej nie zobaczy. Była do tego zdolna...
- Hej! Czemu nic nie pijesz?!- powiedział nagle Konst, wytrącając go tym z rozmyślań- Nalejcie mu wina!
Archanioł nie protestował, gdy służka wypełniała rozkaz Konstanta. Spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Proponuję wznieść toast!
- Mam z tobą pić?!
- Czemu nie, skoro nawet się ze mną kochałeś?!- zakpił rozochocony Konst.
Jego dobry humor drażnił Gabriela. Z czystej przekory podniósł kieliszek i zapytał:
- Za co pijemy?
- Za rozstanie. I za to, żeby los nigdy więcej nie krzyżował naszych dróg!- odparł podpierając głowę dłonią.
Minister przygryzł wargę. A więc dlatego był taki szczęśliwy! W sumie nie miał mu tego za złe. Ostatnio przestał myśleć o tym, że w końcu uwolni się od Konstanta. Teraz w pełni to sobie uświadomił i choć bardzo chciał nie potrafił się cieszyć... Owszem czuł satysfakcję, że wbrew kalkulacjom Metatrona, prawie dopiął swego, ale wciąż nie potrafił się cieszyć!
"Irytujące!"- pomyślał i wychylił zawartość kieliszka.
- Miałem nadzieję, że nie wypijesz...- skomentował Konstant z drwiącym uśmieszkiem na ustach.
Gabriel uniósł pytającą brwi. Strażnik upuścił napełniony kieliszek na podłogę. Szkło rozprysło się na maleńkie kawałki. Wino ochlapało błękitny dywan, tworząc wielką, czerwoną plamę.
- Jak myślisz... Co teraz będzie?- zakpił.
- O, jest wiele ewentualności!- odpowiedziała mu Koronis, która wreszcie zjawiła się w jadalni.
Spojrzeli na nią równocześnie. Stała na progu ubrana jak prawdziwa królowa. No, cóż... Dobranie takiego stroju musiało zająć jej trochę czasu... Miała na sobie jedwabną, agrestową sukienkę z rozporkiem, odsłaniającym udo, głębokim dekoltem wykończonym falbanką oraz cienką, żółtą wstążką, zawiązaną pod biustem. Rękawy sięgały jej do łokci i były rozcięte na wysokości ramion. Również ozdobiono je falbanką w kolorze dojrzewającego żyta. Była trochę wyższa niż przy ich ostatnim spotkaniu. Konst zmierzył ją krytycznym wzrokiem i zauważył, że ubrała szpilki. Usiadła przy drugim końcu stołu naprzeciwko Gabriela. Strażnik znajdował się więc mniej więcej po środku i poczuł się jak sędzia na procesie.
- Myślałem, że już nie zaszczycisz nas swoją obecnością!- powiedział archanioł, posyłając siostrze wredne spojrzenie.
- Nie mogłabym opuścić takiego widowiska!- odparła zakładając nogę na nogę.
Cała była w brylantach. Szyję zdobiła jej brylantowa kolia, dłonie aksamitne rękawiczki wyszywane brylantami, a uszy mieniące się, brylantowe kolczyki.
"Obwiesiła się jak stragan na rynku!"- pomyślał Konstant, nabierając ochoty na papierosa.
- Co masz na myśli?- ciągnął minister.
- Zdaje mi się, że już 2 razy przerwałam wam bardzo intymne konwersacje... O co tak naprawdę chodzi? Jesteście w lepszej komitywie, niż by to się mogło wydawać na podstawie opowiadania Konstanta...
- Bzdura!- oburzył się Gabriel i szybko dodał- A co on ci powiedział?!
- Że jest twoim nowym strażnikiem, ale obaj koniecznie chcecie się siebie pozbyć...
- Więc chyba pierwszy raz w życiu powiedział prawdę! Zabierz mu sygnet i rozstańmy się w spokoju!
- Tego właśnie chcesz?
- Tak! Czy gdyby było inaczej, zadałbym sobie tyle trudu, aby cię odnaleźć?!
- Kto to wie... Jesteś najbardziej nieprzewidywalną istota, jaką znam...
Położyła dłonie na blacie. Konst obserwował ich w milczeniu. Nie zamierzał się wtrącać. Nie wiedział co go podkusiło z tym toastem... Przecież nie chciał zostać z Gabrielem. Naprawdę nie chciał! Tylko, że złościła go obojętność archanioła i jego nagłe wyciszenie. Spodziewał się, że będzie przeklinał i krzyczał, gdy on tymczasem zamierzał ot tak po prostu "rozstać się w spokoju"!
- Potraktuję to jako komplement!- odgryzł się minister- Wiesz, potwornie zmęczyła mnie ta sytuacja... Mam zwyczajnie dość! Mówię serio!
Umilkli. Konstant bez żadnych skrupułów, zabrał się znowu za jedzenie. Gabriel zerknął na niego z konsternacją. Oczekiwał wsparcia. Niestety strażnik nie zamierzał mu niczego ułatwiać.
,"Dlaczego nie wypił swojego wina? Co chciał mi przez to udowodnić?"- zastanawiał się coraz bardziej niepewny swojego stanowiska.
Kolejna kpina Boga? Tyle się przecież natrudził, aby wreszcie się uwolnić! W imię, czego miałby się teraz wycofać?
- Może nawet spełnię waszą prośbę. Najpierw jednak musicie opowiedzieć mi jak zginał Konstanty...- odezwała się w końcu Koronis.
- Spadł w przepaść...- odparł błyskawicznie minister.
Konstant głośno odłożył widelec.
- Może powiesz jej z czyjej winy?!- warknął.
- To nie była moja wina!- wybuchnął Gabriel.
- Nie?! A komu zachciało się udowadniać swoją wyższość?!- Konst zwrócił się do anielicy- Pan super święty minister nakrzyczał na mojego brata, że więcej nie potrzebuje jego pomocy i wybrał się na debilny spacer po skarpie na obrzeżach miasta. Tak się akurat złożyło, że między innymi ja, generał Michael, i minister Uriel urządzaliśmy tam sobie...eee...
- Libację!- dokończył archanioł, uśmiechając się złośliwie.
- Czyli nic się nie zmieniło...- Koronis zaśmiała się na swój urokliwy sposób, prawie nie wydając z siebie dźwięku- Mika& Sakuya jak zwykle razem rozrabiają...
- Wiele się zmieniło...- nie zgodził się Gabriel- Nowy palatyn zaprowadził nowe porządki i wszelkie libacje w stylu tej na skarpie są surowo zabronione!
- Taa... Dlatego ta impreza odbywała się na obrzeżach stolicy, a nie w samym pałacu palatyna, jak to Michael& Uriel zwykli czynić w dawnych czasach...- dodał Konst.
- No dobrze.- zamyśliła się pani była senator i zerknęła na strażnika z nagłym zainteresowaniem- Ale z jakiej okazji ty znalazłeś się w gronie Michaela?
Konstant rozszerzył usta w przebiegłym uśmiechu.
- Och, wbrew pozorom wyjaśnienie jest proste! Michael był moim wykładowcą na Akademii Wojskowej, a ja byłem na tyle bezczelny, by nie zgadzać się z tezami zawartymi w jego wykładach, co zawsze kończyło się tylko w jeden sposób...
- To znaczy?
- To znaczy zaczynaliśmy walczyć, niszcząc wszystko w promilu kilometra... Po takich ekscesach zazwyczaj próbowano mnie wyrzucić, ale Mika... to jest archanioł Michael tłumaczył, że po prostu postanowił przeprowadzić praktyczny wykład...
Koronis znowu parsknęła śmiechem.
- Teraz rozumiem... Michael kocha uzdolnionych szermierzy! Nic, więc dziwnego, że przyjął cię do swojej kompanii...
- Dobrze znasz Michaela...- Konst uniósł brew, sygnalizując swoje zdziwienie.
- Nie tylko jego...- wyglądała na zadowoloną zmieszaniem strażnika- Ale to nie pora, aby o tym rozmawiać...
- Właśnie! Być może doszlibyśmy do niezbyt wesołych dla ciebie wniosków!- wtrącił kłótliwie Gabriel.
Zmarszczyła brwi, ale nie dała się sprowokować.
- A więc coś cię napadło i nakrzyczałeś na Konstantego?
- Nie nakrzyczałem! No może nakrzyczałem... I co z tego?!- sprostował pod wpływem niedowierzającego wzroku siostry.
- Po co wybrałeś się na tą skarpę?
- Moi szpiedzy donieśli mi o zakazanej libacji, która miał się tam odbywać... Zabrałem mały oddział i postanowiłem raz na zawsze się z nimi rozprawić!
- Chciałeś aresztować Michaela?! Naprawdę jesteś głupi!- Koronis pokręciła głową z dezaprobatą- Przecież to było oczywiste, że nie miałeś z nim żadnych szans w bezpośrednim starciu!
- Masz rację, ale to nie Mika rozprawił się ze sługusami Gabriela...- sprostował Konst.
- A kto?
- Uriel...
- Zapchlony kundel!- rzucił pod adresem Sakuyi archanioł- Kłamliwy, bezczelny typek!
- A czymże to Uriel zasłużył sobie na taką nienawiść?- zdumiała się szczerze anielica- Jest taki sympatyczny!
- Sympatyczny?! Chyba żartujesz! Wykorzystuje swoją pozycję na dworze palatyna, by łamać prawo, albo gorzej- uważać się za kogoś, kto stoi ponad nim!
- Niech ci będzie! Dlaczego jednak nazwałeś go kundlem?
- Wszyscy wiedzą, że Sakuya jest prawą ręką palatyna.- wyjaśnił za ministra Konstant- Są przy tym dobrymi przyjaciółmi i Metatron patrzy przez palce na jego niektóre wybryki...
- Metatron pozwala na to, bo nie zdaje sobie sprawy, z jaką żmija współpracuje!- przerwał mu Gabriel.
- Osobiście uważam, że irytuje cię zaufanie, jakim palatyn darzy Uriela...- Konst poczuł się znużonym tą rozmową- I sam zacząłeś z nim ten konflikt! A ze swoją zdolnością do wkurwiania wszystkich, których zaczepiasz, zdobyłeś sobie wroga w osobie ministra administracji i marszałka dworu w jednym!
- Uriel awansował... Zawsze sądziłam, że ma ku temu predyspozycje!- przyznała Koronis i chcąc uprzedzić wybuch złości brata, zapytała- Ale co wydarzyło się dalej?
Zapadła cisza. Konstant powrócił do jedzenia, a Gabriel podparł głowę dłonią i odwrócił wzrok. Sprawiał wrażenie zafascynowanego łąką na ścianie. Anielica poprawiła przepaskę, która podtrzymywała jej włosy
- Co tak nagle zamilkliście?
- No powiedz jej! Dlaczego się wahasz?!- burknął Konst.
- Ten cholerny, napalony trawą imbecyl zepchnął mnie ze skarpy...- wyjawił archanioł, posyłając strażnikowi nienawistne spojrzenie.
- Michael na to pozwolił?- odezwała się była senator po krótkiej chwili zastanowienia.
- Ależ on się najbardziej z nich wszystkich cieszył!- sypnął minister- Niech go szlag trafi! To wszystko jego wina! Jego, Uriela i Konstanta!
- Nie trzeba było nas zaczepiać, a gdy już się na to zdecydowałeś, powinieneś zabrać Konstantego ze sobą!- nie wytrzymał strażnik- Kiedy go zepchnąłem, pojawił się Konstanty i chciał mu pomóc...
- Ale ty nie zamierzałeś mu na to pozwolić! Szalony degeneracie! Zabiłeś własnego brata!
- Jak to?!- Koronis poprawiła się na krześle, pociągając łyk wina z kieliszka.
Gabriel zerwał się ze swojego miejsca i zaczął krzyczeć:
- Konstant rzucił się na mojego strażnika i w trakcie walki, złamał mu skrzydło... Kiedy Konstanty spróbował mnie wyciągnąć, sam się osunął i spadł niżej ode mnie... Wtedy temu szaleńcowi wrócił rozum i teraz chciał nas ratować!
- Co znaczy "nas"?! Nie po to cię zepchnąłem, żeby później cię ratować!- Konst też zaczął krzyczeć- Zamierzałem pomóc bratu! Ale najpierw musiałem wciągnąć ciebie, żeby dostać się do Konstantego... I przez to nie udało mi się go uratować! Nie dałem rady!- zniżył nagle głos i zakrył twarz dłońmi- Po prostu nie dałem rady...
- Jasne! Bo byłeś pijany i naćpany jak dzika świnia wietnamska!- skwitował bezdusznie archanioł- Nie chcę, żebyś pozostawał moim strażnikiem! Nie chcę, nie chcę, nie chcę!!!
Promienie zachodzącego słońca odbijały się w potłuczonych odłamkach szkła. Gabriel nie wiedział, kiedy popołudnie zamieniło się w wieczór. Podobno szczęśliwi czasu nie liczą... Czyżby był, więc szczęśliwy? Ależ tak... Z każdej nieprzewidzianej sytuacji wychodził nie tylko bez szwanku, ale i zwycięsko. Nikt w całym Raju nie był tak kochany przez Boga. A przecież nie zasłużył sobie na taką łaskę. Może wręcz przeciwnie... Teraz podniósł się z fotela i zatrzymał Konsta, łapiąc go za rękaw płaszcza.
- Gdzie się wybierasz?!- zapytał naburmuszony- Zostań jeszcze. Musisz mi w czymś pomóc...
- Czy to jest aż tak trudne, że wymaga pomocy strażnika?- zakpił Konstant, ale pozwolił posadzić się na łóżku- A tak na marginesie, czy zamierzasz opowiedzieć im do końca naszą historię?
- Chciałbym zauważyć, że ja jej nie opowiadam! Od tego mamy Ją...- Gabriel wzruszył ramionami-, Jeżeli będzie miała ochotę, to zdradzi im zakończenie...
Z tą ochotą to bywa różnie...^.^
Czy to był tylko Jej kaprys, że Gabriel nie przestawał krzyczeć? Koronis zatkała uszy dłońmi. Wiele razy widziała jego napady szału, ale to przekroczyło już wszelkie pojęcie! Archanioł zatracił się w swoim wrzasku. Nie rozróżniała żadnych słów. Był teraz Dźwiękiem. Potwornym, wszechobecnym Dźwiękiem. Zaczęła coś mówić, ale jej prośby utonęły w tym krzyku. Wstała, aby go powstrzymać, lecz Konstant był od niej szybszy. Podszedł do Gabriela i wymierzył mu mocny policzek. Umilkł tak nagle, że zaległa cisza była dla niej szokiem. Minister upadł na krzesło. Dobrze, że nie mógł dostrzec czerwonych śladów palców napastnika na swojej twarzy, bo znowu wybuchnąłby wrzaskiem.
- Zamknij się!- powiedział Konst, głosem drżącym ze złości- Zamknij się już na zawsze!
Archanioł uniósł głowę. Miał przeciętą wargę. Krew skapywała mu na kołnierzyk płaszcza. Wyglądał bardziej na zdumionego, niż na rozwścieczonego. Koronis zrozumiała, że musi załagodzić sytuację, nim brat w pełni uświadomi sobie swoją krzywdę. Stanęła obok strażnika i gestem nakazała mu usiąść. Przez chwilę patrzył na nią z niewyjaśnioną pogardą. Nie zamierzał jej posłuchać. W końcu jednak usadowił się na najbliższym krześle, nie dając się zwyciężyć nagłej chęci zamordowania Gabriela i przy okazji jego siostry.
Od samego początku Konstanty pozostawał kością niezgody pomiędzy ministrem a Konstem. Do tego dochodziły jeszcze inne względy, jak bezczelność anielskiego rozrabiaki, czy wręcz przysłowiowa złośliwość archanioła. Gdy te poboczne problemy zostały wreszcie rozwiązane i zdawać się mogło, że osiągnęli jakiś kompromis, powróciła sprawa Konstantego, który nawet, a może zwłaszcza po swojej śmierci skutecznie ich rozdzielał. Wzajemnie obwiniali się za wypadek na skarpie nie zauważając, że wina leżała po obu stronach.
- Już dobrze, Gabrielu... Rozumiem...- anielica pogłaskała brata po głowie, jak małe dziecko- Uspokój się...
- Uderzył mnie!- minister zaczynał szybciej reagować- Uderzył!
- I zrobię to jeszcze raz, jeżeli nie zamkniesz mordy!- odparł Konstant z nieskrywaną nienawiścią.
- Rzeczywiście nie pałacie do siebie zbyt ciepłym uczuciem!- skwitowała anielica, popadając w chwilową zadumę.
To do niej należało ostateczne zakończenie tego sporu. I bynajmniej nie zamierzała postąpić, tak jak Gabriel by sobie tego życzył... Oj, nie!
- Mam jeszcze jedno pytanie... Jak to się stało, że sygnet trafił w ręce Konstanta?
Archanioł milczał demonstracyjnie. Ogarnął go taki gniew, że najlepiej rzuciłby się na strażnika i wydrapał mu oczy. Pewnie by to zrobił, gdyby siostra nie stałą mu na drodze. Nie rozumiał jak w ogóle mógł pomyśleć o Konstancie z wdzięcznością i sympatią. W pełni uświadomił sobie jak bardzo go nienawidził!
- Kiedy próbowałem wciągnąć Konstantego, podał mi sygnet i kazał założyć. Gdybym nie był pijany, wyrzuciłbym go w przepaść!
- Ale byłeś...- Koronis obrzuciła go drwiącym spojrzeniem.
- Właśnie... Więc na swoje nieszczęście wsunąłem go na palec, a Konstanty powiedział coś w stylu: "Opiekuj się dla mnie tym rozkapryszonym dzieciakiem"...
- I?- drążyła
- I spadł...- skończył Konst, nie patrząc jej w oczy.
Czuł się fatalnie. Przypominanie śmierci brata sprawiło, że mimowolnie rozdrapał stare, ledwo zabliźnione rany. Nawet już nie nienawidził Gabriela. Był po prostu zmęczony. Chciałby, żeby wszystko wróciło do poprzedniego stanu. Żeby Konstanty czuwał nad panem ministrem, a on gorszył świętoszkowate anioły. Ale nic nie mogło być tak jak dawniej... Również jego jak dotąd jednoznaczne relacje z Gabrielem...
- Jak sądzę, chciałeś później pozbyć się sygnetu...- wypytywała Koronis.
- No pewnie! Ale za cholerę nie dało się go ściągnąć! Zdzierałem sobie skórę do krwi, ale i tak nic to nie dawało!
- Czyli jest tak jak myślałam...Sygnet cię zaakceptował!
- Co?!- krzyknęli równocześnie, obaj zszokowani stwierdzeniem anielicy, ale każdy z innego powodu.
Konst, bo zabrzmiało to dla niego jak wyrok skazujący go na wieczne towarzystwo ministra oświaty i dobrych obyczajów, A Gabriel, bo wiedział, co tak naprawdę oznaczały słowa Koronis.
- Dokładnie to, co usłyszeliście!- zakpiła i zwróciła się do strażnika- Sygnet jest częścią Gabriela. Zaklęłam w nim jego moc. Jeżeli kogoś akceptuje to znaczy, że ta osoba... Jakby to powiedzieć... Idealnie pasuje do mojego kochanego braciszka... Bez urazy, ale myślę, że ten wypadek na skarpie był przeznaczeniem.
Archanioł parsknął śmiechem. Konstant wytrzeszczył oczy, jakby była senator zamieniła się w żabę.
- Ależ to jest niemożliwe!- burknął po chwili Konst- Przecież to okropne!
- Przeznaczenie?!- wtórował mu wciąż rozbawiony minister- Chyba oszalałeś!
- Pasujecie do siebie!- nie poddawała się Koronis, rozkładając ręce- Tak zadecydował sygnet! Ja to potwierdzam!
- Zaraz, zaraz!- strażnik zerwał się z krzesła, jakby go parzyło- czy to znaczy, że nie możesz tego odkręcić?
- Mogę...
- No to, na co jeszcze, kurwa, czekasz?!- oburzył się Gabriel i spojrzał na nią wyczekująco.
- Właśnie!- poparł go Konstant z nagłą irytacją.
Przyglądała się im z uwaga sędziego. Zniechęcenie Konsta było aż nazbyt widoczne. Od razu spostrzegła miał dość. Czyli jednak pierwsze wrażenie, jakie na niej zrobił było prawdziwe. Posiadała, bowiem rzadką zdolność trafnego oceniania swoich rozmówców dzięki jednemu spojrzeniu. Prawie nigdy się nie myliła... Konstanta określiła jako wyjątkowo uroczego szaleńca, niepozbawionego jednak wrażliwości i pewnego niepokojącego dystansu do rzeczywistości, który wyróżniał go z tłumu może bardziej od jego wyglądu. Teraz zachowywał się zgodnie z jej oczekiwaniami. Na pewno lepiej od archanioła pojmował ich obecną sytuację i mimo całego swojego wewnętrznego sprzeciwu był w stanie wreszcie zaakceptować powierzona mu rolę strażnika...
A Gabriel? Zawsze dużo wrzeszczał, a mało myślał. Poddawał się sprzecznym emocjom, które miotały nim jak wiatr zgubioną reklamówką. Nigdy nie zauważał, że swoim lekkomyślnym zachowaniem mógł zranić najbliższe mu osoby, o ile w ogóle jeszcze takie posiadał... Nawet Koronis nie wiedziała, czy później tego żałował. Jeżeli tak, nigdy tego nie okazywał. Teraz też tak było... A jego święte oburzenie i bezwarunkowe przekonanie o własnej niewinności zawsze sprawiały, że miała ochotę zrobić mu na złość.
- Skoro tak...- uśmiechnęła się lekko i podeszła do Konsta- Daj mi prawą rękę!- zażądała.
Spojrzał na nią podejrzliwie, pamiętając ich przygodę w wannie. Mino to bez protestu, wyciągnął do niej dłoń. Ujęła ją i zdjęła mu sygnet z serdecznego palca.
- Jesteś wolny.
Skinął głową. Ot tak po prostu skinął głową!!! Doprowadził tym ministra do szewskiej pasji!
- Nie masz mi nic do powiedzenia?! Nienawidzę cię!- krzyknął.
Konstant parsknął śmiechem.
- A co chciałbyś usłyszeć?! Mam się cieszyć, czy płakać?! Mam być skonsternowany, czy wdzięczny? Szalony, czy spokojny? Ale wiesz, co? Nie dam ci tej satysfakcji! Jestem cholernie obojętny! Mam zaszczyt zostać uniżonym sługą!- skłonił się ironicznie.
Nim Koronis i Gabriel zdążyli zareagować, rozwinął skrzydła i wyleciał przez okno, doszczętnie je rozbijając.
Archanioł zerknął na szczątki swojej szyby. Westchnął ciężko.
- Lubisz rozbijać okna, wandalu...
- Aha...

Dopiero, gdy wylądował na ziemi i odszedł kilkanaście kroków, uświadomił sobie, że musiał wrócić!!! Przecież zapomniał katany!
,"Co za pech!"- pomyślał.
Gabriel przyglądał się błękitnej pelerynie Konstanta łopoczącej na wietrze. Nie mógł uwierzyć, że on naprawdę odszedł... Albo raczej odleciał... Był oszołomiony, ale i tradycyjnie zezłoszczony.
Koronis podała mu sygnet. Obdarzył ją przelotnym spojrzeniem.
- Masz, co chciałeś!- powiedziała- Teraz musisz szybko znaleźć sobie nowego strażnika. Za jakieś 20 minut moc opuści ten sygnet i już na zawsze pozostaniesz... hmm... bezbronny? A może nawet całkowicie przeistoczysz się w człowieka...
Zachichotała cicho. Minister zbladł. Wyglądał tak jakby cała krew odpłynęła mu z twarzy.
- 20 minut?!- wykrzyknął czując, że czoło zrosił mu pot- Kogo ja mogę tu wybrać?!
- Zdaje mi się, że jest taka jedna osoba...
Teraz już bezczelnie, głośno się śmiała. Patrzył na nią z niedowierzaniem i kiedy w końcu zrozumiał tą małą, wredną intrygę, rzucił w siostrę butelką wina, wrzeszcząc:
- Ty cholerna suko!!!
Odskoczyła, a butelka rozbiła się. Wino ochlapało jej unikatową i na pewno bardzo drogą sukienkę. Wielka, czerwona plama szpetnie odznaczała się na zielonym materiale. Nawet to nie mogło jednak popsuć jej humoru. Nie przestawała się śmiać.
- Tracisz czas, Gabrielu...- wykrztusiła.
Uświadomił to sobie w chwili, gdy zerknął na zegar. Jeszcze 18 minut...
- Niech cię szlag, Koronis!- powiedział, po czym wybiegł z jadalni.
********************************************************************************
Co prawda Gabriel posiadał skrzydła, ale odkąd stracił moc, nie potrafił... latać! Stały się dla niego zbędnym balastem. To, dlatego nie poleciał, tak jak zrobił to Konst. Znajdował się w podbramkowej sytuacji. Musiał w 18 minut dogonić Konstanta i w jakiś, genialny sposób nakłonić go, by znowu przyjął sygnet. Głośno przeklinał, biegnąc w stronę bramy. Kiedy ją przekroczył, zawahał się, bo nie wiedział w którą stronę się udać. Tylko właśnie w takich krytycznych wypadkach, potrafił przyznać się do swoich błędów i prawdziwych uczuć. Nie myślał co powie Konstantowi, o ile w ogóle go dogoni... Nie myślał o niczym, gdyż sparaliżował go autentyczny strach. Co z nim będzie, jeśli straci ten sygnet?! A co gorsza, co będzie, jeśli nigdy więcej nie ujrzy Konsta?
- Boże, jaki ja jestem głupi!- wykrzyknął w desperacji.
No cóż... Nawet sam to zauważył... ^.^
Rozejrzał się po okolicy, ale jedyną rzeczą, którą zobaczył był ogród Koronis. Prawie się poddał.
- Boże, jeśli jeszcze istniejesz, a wiem, że tak jest, bo kiedyś mocno w to wierzyłem... Pomóż mi!
W tym momencie tuż obok niego wylądował Konstant.
- Co ty wyprawiasz?!- zapytał, jakby nigdy nic.
Gabriel spojrzał na niego, nie wierząc własnemu szczęściu. Czy to była sprawka Boga, Jej, czy może Koronis?
Bez namysłu rzucił się w ramiona kompletnie zdezorientowanego Konsta.
- Odbiło ci?!- zapytał- Przed chwilą powiedziałeś, że mnie nienawidzisz!
- Cofam!
- Co?!
Konstant kategorycznie odsunął go od siebie. Zdecydował, że nie będzie niczego żałował, ale i niczego naprawiał... Wcale, a wcale nie zależało mu na Gabrielu! Tak przynajmniej mu się zdawało...
- Cofam to!- powtórzył archanioł.
Poczuł się urażony jego chłodem.
- Zostało mi tylko jakieś 10 minut na znalezienie sobie nowego strażnika! W przeciwnym razie stracę wszystko!- wyjaśnił przejęty, a Konst drgnął jakby uderzono go batem w twarz.
"No proszę... I jedynie, dlatego mnie gonił!- Pomyślał- Drugi raz nie dam się w to wrobić, Jaśnie Wielmożny, panie ministrze!"
- Wiesz, co?!- uśmiechnął się na swój okrutny i przewrotny sposób- To bardzo smutne!
Po czym odwrócił się i ruszył z powrotem do zamku. Gabriel pobiegł za nim, mimo narastającego gniewu i zranionej dumy. Krzyczał, żeby Konstant się zatrzymał, ale on nie reagował. Przebyli tak dziedziniec i dotarli do drzwi, prowadzących do komnat. Tam archanioł wreszcie do dogonił i złapał za skraj peleryny.
- Stój, do kurwy nędzy! Nie możesz mi tego zrobić!!!
Konst nie wytrzymał i wrzasnął:
- Niby, dlaczego?! Podaj, chociaż jeden, pierdolony powód!
- Bo cię kocham, idioto!- odkrzyknął zupełnie bez zastanowienia Gabriel i samego go zatkało z wrażenia.
Zakrył usta dłonią.
- Pojebało cię... Naprawdę cię pojebało!- skomentował Konstant, kręcąc głową z niedowierzaniem- Czy sądzisz, że takie teksty są w stanie zrobić na mnie jakieś wrażenie?!
- Kurwa, jesteś strasznym idiotą!- irytacja archanioła sięgnęła zenitu.
Jego oblicze wykrzywił grymas ogromnej złości.
- Czy sądzisz, że codziennie ot tak sobie mówię wszystkim, napotkanym osobom, że je kocham?! Kurwa, kurwa, kurwa! Nigdy przedtem nie wypowiedziałem tych słów! Nawet do Koronis! Mam kompletnie dosyć twojej impertynenckiej ignorancji! Spierdalaj!
Puścił pelerynę Konsta, minął go i wszedł do zamku. Nie wiedział gdzie idzie i dlaczego... Właśnie z całą mocą dotarło do niego, że przegrał. Nie miał nic. Szedł przed siebie, jak ślepy wyciągając ręce, by przytrzymać się ściany.
Konstant stał przez chwilę bez ruchu. Był pod wrażeniem słów Gabriela, ale wcale nie zmniejszyły jego irytacji.
"Kompletnie oszalał! Ale wierzę mu, choć jego przewrotność zaczyna napawać mnie strachem!"- stwierdził z przekąsem i ruszył śladem archanioła. Znowu był tym, który dyktował warunki. Zawsze uwielbiał tę rolę, a dzięki swojemu trudnemu charakterowi, występował w niej bardzo często. Tak naprawdę tylko Gabriel potrafił mu się skutecznie przeciwstawić. Chyba za to go tak nienawidził... I kochał...
- Hej!- zawołał, aby zwrócić na siebie uwagę ministra, ale ten nie zareagował.
Podszedł, więc do niego i zatrzymał, opierając go o ścianę.
- Chcesz się dalej bawić? Dobrze. Ale od tej pory jedynie na moich zasadach!- powiedział ironicznie.
Gabriel spojrzał na niego z wielkim zdziwieniem, ale prawie natychmiast się rozpogodził. Dla sygnetu mógł teraz obiecać dosłownie wszystko! Zupełnie inna sprawa, czy zamierzał dotrzymać swoich deklaracji...
- Oczywiście!- potakiwał entuzjastycznie głową- Od dzisiaj będę najmilszym i najukochańszym stworzeniem pod słońcem!
- Aha! Już to sobie wyobrażam!- prychnął Konstant- Bądźmy realistami! Masz taki być przez najbliższe pół godziny... Sądzę, że tyle czasu wystarczy nam na spełnienie yaoistycznego obowiązku! ^.^
- Chwila, moment!- oburzył się archanioł- Najpierw załóż sygnet!
- Sam go załóż...
Gabriel ujął jego prawą dłoń i wsunął sygnet na serdeczny palec.
- Ale chyba nie zatrzymałeś mnie, dlatego, żeby stwierdzić, że lubię rozbijać okna?- zakpił Konst i uśmiechnął się lekko.
- Nie! Widzisz mam prośbę...
- Wal.
- Zrobisz mi loda?
- Eee...- Konstant nie krył zakłopotania- Zrobiłeś się naprawdę bezczelny... Za dużo ze mną przebywasz!
- Co jest w tym bezczelnego?!- Gabriel wzruszył ramionami.
Strażnik parsknął śmiechem i przewrócił go na łóżko.
- Rzeczywiście!- przyznał.
- Co ty wyprawiasz?!- krzyknął zdezorientowany archanioł.
- Jak to, co?! Spełniam twoją prośbę!
- Ty, idioto! Chodziło mi o prawdziwego loda! Maszyna do robienia lodów stoi w kuchni i nikt nie umie jej uruchomić, bo jest jakaś dziwna w obsłudze! A ja mam ochotę na loda już od paru dni!
- Wiesz, co? Ja teraz też!
- Konstant!!!
Koniec
By: Mi$$_P^.^