Grance dore
Dodane przez Aquarius dnia Lipca 02 2011 15:34:28
Dzień



Poranny Paryż. Lodowaty, choć przecież sierpniowy, poranek. Zapach kawy na dworcach i wędrówki podziemnymi korytarzami. Metro to podziemne Zycie, bliższe nam niż piekna nadziemna część Paryża. Metro to podziemne życie, kręte, szare, zimne.
Opera Garnier przysłonięta poranną mgłą - tak podobna do tej krakowskiej świątyni na grockiej, zaraz.... jak ona się nazywała?

Poranny Paryż. Lodowany, budzący się przed festiwalem. Lodowaty, wyczuwający ogień, który niedługo zapłonie w mieście. Takrze w paryzu w niebie wiruja fale energii, tak łatwo, bezceremonialnie zauważalne. I także w Paryzu krajobraz składa się z tych małych, migających kropek, jak rozsypane ziarenka piasku. Jak kanał zero.



Kanał zero



Chyba każdy ma w swoim telewizorze taki kanał - 0. to ten dziwny, bezużyteczny - bo niby po co kiedy cała gama programów rozrywkowych, tematycznych, edukacyjnych zaczyna się od 1. Idzie dalej 2,3,4, TVN a potem już kodowane programy pędzą do sześćdziesiąt kilka… Tymczasem jest taki kanał 0 na który czasem natrafimy przypadkiem - kiedy palec się omsknie i nie zdąży docisnąć np. 4. Nikt z nas nie lubi przypadkiem natrafiać na kanał zero. To takie szare pasy sunące po ekranie - lub cały ekran usiany drobnymi migotającymi kropkami - mówimy o nim - "zaśnieżony". Kiedyś słyszałem, że te kropki to może być wszystko. To mogą być odpadki programowe, niezałapana sieć lub przekaz z kosmosu. Jakby usiąść i patrzeć w ten ekran… nauczyć się czytać każdego migotającego punktu z osobna, jak tajne znaki, elektroniczny język współczesnych Sumerów. Można by nauczyć się czytać tą cywilizację od nowa, uczyć się tego świata po zagubionych w kosmosie niedzielnych Faktach…

Ale przecież nikt z nas Nie lubi kanału 0.




Orkiestra


Dźwięki orkiestry rozbrzmiewały na ulicach Paryża. Dziś było wielkie święto, wszystkie opery i teatry były otwarte. Wszędzie -wstęp wolny. Dźwięki uderzały o siebie, zderzały się na bulwarowych uliczkach. Tam w ciemnych zaułkach - wałczyły z sobą, przeplatając się nawzajem odmienną liczbą tonów i uniesień. Dzisiejszej nocy rozpoczął się festiwal!
Max przyjechał tu specjalnie dla tego świetna, specjalnie dla trzech paryskich nocy kiedy wszystkie te piękne teatry zapraszają do siebie śpiewem. Było tak upalnie, nawet nocą wszyscy poubierani byli skąpo. Ten festiwal to była swego rodzaju mieszanina zapachów i oddechów, przeplatające się okrzyki zachwytu, mijające się w pędzie obce ciała.
Zaglądał do kolejnych bulwarowych teatrzyków. Twarze aktorów wymalowane były groteskowo. Zapach białej farby, wapna i tuszu był wszędzie. Parował spod skory aktorów i sączył się wśród zachwyconych widzów. Tylko przez te 3 noce nikt nie używał tu nowoczesnych, kolorowych i bezzapachowych barwników do ciała!
Twarze aktorów były dumne, oczy błyszczące - trochę szalone. Aktorzy byli tez aroganccy, jakby okazywali widzom znudzenie. Ich oczy przeczesywały rzędy obserwujących ciał lecz nie widziały ani jednej konkretnej twarzy.

Nieważne - Max szukał jednej jedynej twarzy - i nie obchodziło go czy ta twarz wyłowi go z niemego, bezosobowego tłumu.

To już ostatni teatr na bulwarze. Najmniejszy, najbardziej zaniedbany. Lecz paradoksalnie przyciągał najwięcej obserwatorów bowiem aktorzy odgrywający ten spektakl byli szaleńcami. Ich twarze nawet nie wymagały scenicznego makijażu. Ich oczy były wystarczająco podkrążone, a ich cera wystarczająco niezdrowo blada od nieprzestępnych nocy - od lęku i omamów. Od odbicia w lustrze swoich własnych twarz. I żaden z nich tak naprawdę - nie udawał. Dawali głodnemu tłumowi pokaz gry w obłęd - z jednym możliwym scenariuszem - szaleństwem.


Nieważne - Max nie zamierzał już go szukać. Chciał jedynie usiąść w kącie i napić się czerwonego, ciężkiego Bordeaux.




Wino Bordeaux



Szczupły, ciemnowłosy chłopak nalewał wino. Z wysmakowaniem i elegancją w ruchach podał rudemu nastolatkowi kieliszek.

- To Bordeaux, czerwone francuskie wino - zaczął Gabriel - moim znaniem najlepsze. - puścił do chłopca oczko. W jego głosie było coś zmysłowego, niemal elektryzującego, co wprawiało rudowłosego chłopca w zakłopotanie.

- Powąchaj - niby od niechcenia smukłe palce Gabriela objęły zaciśniętą na kieliszku dłoń chłopca - powiedz mi, co czujesz w zapachu tego wina?

Chłopiec zmrużył oczy, jasne rzęsy rzuciły ciemne smugi na blade policzki - teraz lekko zarumienione. Dłoń Gabriela zacisnęła się nieznacznie, zmuszając nastolatka do uniesienia kieliszka na wysokości ust.

- Nie wiem… może owoce…? - przymknął oczy wiedząc, że to nie takiej odpowiedzi oczekuje Gabriel - …jakby drewno i… wilgoć. Jakby deszcz zlał drewniany dom stojący w lesie…

Gabriel zaśmiał się na te słowa - lekko zbyt ironicznie. Po chwili jednak jego dłoń wsunęła się na plecy chłopca, a usta dotknęły rudych, pachnących włosów.

Wino Bordeaux było zamknięte w prawie czarnej, pięknej butelce. Etykieta była oszczędna, utrzymana w kolorach sepii. Butelka wyglądała elegancko i dostojnie - tak jak Gabriel - tak przynajmniej myślał Max. A kolor wina…? Czyż i tego oczywistego faktu, że jest bordowe, Gabriel nie zapragnął usłyszeć z ust Maxa?

Od tamtego czasu Max już wiedział; ( na zawsze został tego nauczony) , że wino Bordeaux w czarnej, połyskującej butelce pachnie drewnem i wilgocią jakby deszcz zlał drewniany dom stojący w lesie.




Aktor



Na scenie było nieludzko gorąco. Panował tam smród sparzonej farby, ciał aktorów a także widzów. Dym papierosowy i parujący zapach alkoholu gryzł suche oczy. Mimo tego, mimo gwaru i publiczności, która była zbyt wstawiona by naprawdę była zainteresowana sztuką Gabriel był szczęśliwy. Może, tak jak jeszcze nigdy, choć gdy o tym pomyślał - nie był tego taki pewny.
Teraz, tu na scenie czuł ekstazę, czuł jak ta gorąca paryska noc pali jego ciało od wewnątrz i jak nieznacznie znudzony wzrok publiczności pali jego skórę.
Był aniołem, niósł "na karku" ciężki krzyż - oba jego ramiona ciągnęły za sobą ogromne stelaże kół, prawie doszczętnie oskubane z piór. A były to -skrzydła. Bynajmniej nie miał na sobie białej, nieskazitelnej szaty anielskiej - ani żaden z pozostałych aniołów. Te anioły odwalały kawał ciężkiej roboty, nie było ich stać na białe szaty ( w każdym aspekcie).
Przez krzyki innych nie słyszał własnych myśli, już sam nie wiedział kiedy nadchodzi jego kolej - na krzyki i na anielskie śpiewy. Odgarnął spocone włosy z twarzy i wtedy kątem oka dostrzegł go. Jedno z ciężkich stelaży uderzyło z hukiem o drewniany podest. Gabriel nigdy nie sądził, że kiedy już będzie w Paryżu, kiedy już będzie aktorem cokolwiek, i ktokolwiek będzie w stanie wyprowadzić go z równowagi.
Chłopak półleżał na jednej ze skórzanych kanap, które znajdowały się w lokalu. Wyglądał na nieprzytomnego. Na stoliku stała czarna, połyskująca butelka wina. Powoli widział jak świat rozmazuje się w te małe, migające plamki, jakby każdy kolor, każda płaszczyzna usypana była z drobnych, kolorowych ziarenek piasku. Jak zaśnieżony telewizor, jak kanał zero.

Plamki były coraz większe i coraz bielsze - jak anielska szata, nieskazitelna i pachnąca - nie stworzona jednak dla tej sztuki.



Świat ezoteryczny

Dwa ciała - mniej więcej siedemnastoletniego chłopca i dwudziesto kilku letniego mężczyzny - leżały plecami na trawie. Ich oczy zwrócone były w pochmurne sierpniowo - wrześniowe niebo. Ostatnie podrygi lata - ziemia jeszcze na tyle ciepła by ogrzać szczupłe ciała lecz niebo już szarawe i zasnute kłębami chmur.

- Gabrielu czemu widzę wszystko z takich kropek, migających plamek? - spytał rudowłosy nastolatek niespodziewanie odwracając twarz ku leżącemu obok mężczyźnie.
- Widzisz odbicie świata ezoterycznego.
- I każdy to widzi? - był uparty. Leżał podpierając twarz dłonią. Jego zielone oczy intensywnie wpatrywały się w twarz mężczyzny.
- Nie. - nie patrzył na chłopca.
- A dlaczego ja to widzę?
- Bo jesteś wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju. Jesteś zupełnie inny niż wszyscy ludzie.
- To źle Gabrielu?
- Nie. To wcale nie źle.




Noc Ognia



Następna noc tego paryskiego spektaklu to była noc ognia. Na Mont Mart stali w rzędach aktorzy. Równo, w dużych odstępach. Stali w ciszy, w bezruchu. Ich ciała obciśnięte były czarnymi, dopasowanymi strojami.
Ta noc była chłodna, i niezwykle cicha. Zmarznięci ludzie palili nerwowo papierosy. Chłód wydawał się tu być bliźniaczą siostra bezruchu jaki panował na scenie. Chłód i bezruch wypełniały się i potrzebowały wzajemnie. Aktorzy stali bez ruchu już dobre 15 minut.
Za ubranymi na czarno postaciami stała orkiestra. Mężczyźni i kobiety w czarnych kostiumach i dyrygent w czarnym wysokim cylindrze.
I nagle zaczęło się w jednej, nic nie trwającej chwili. Uderzyła muzyka, potwornie, ciężko, dominująco. Do ubranych na czarno postaci podbiegli zamaskowani mężczyźni podpalając po jednym z trzymanych przez aktorów nasączonych podpałką poi. Jak na komendę poi -jedna od drugiej - zapłonęły żywym ogniem. I teraz już nic nie było ani chłodne ani nieruchome. Ta noc to była noc ognia. Ogień krzyczał, płonąc na końcach metalowych łańcuchów, które co róż wyrzucane były przez aktorów w gore i w dół tworząc zsynchronizowany układ.

Ogień wirował w potępieńczym tańcu bowiem dzisiejsza noc należała do ognia.




Max


Było ciemno, choć nie - było pół-ciemno. Przez niedomknięte okno sączyły się dźwięki orkiestry, mocne, uderzające, mimo dzielącej je odległości. Dziś, gdyby nie orkiestra można by było umrzeć z ciszy. Nawet cykady nie ośmielały się zagłuszać tak ascetycznego spokoju. Dziś cisza była zarezerwowana jedynie dla szaleńczej gry orkiestry, i ciemność jedynie dla ożywczego światła ognia.
Także to światło, zrodzone z ognia, docierało zakamarkami przez okno, lecz nie wiele z świetlnych promieni zdołało się przebić przez t o okno.
Gdy Max się obudził to właśnie zobaczył i usłyszał - półmrok i dzwięki orkiestry. Powoli wstał z lóżka i otworzył szerzej okno. Pokój natychmiast zalał się falami muzyki i w blasku gwiazd skrywane dotychczas w ciemności przedmioty i meble ukazały się oczom Maxa. Max wiedział skąd dochodziła muzyka - to wzgórze Montmartre i wspaniały, jedyny taki na świecie, paryski pokaz ognia. Dobrze wiedział także, gdzie teraz był. Znalazł go - albo raczej to Gabriel znalazł jego.



Aktor II



Gabriel stał pochylony nad obtłuczoną i zżółkniętą umywalką i zmywał z twarzy sceniczny makijaż. Powoli, przy użyciu mydła i ciepłej wody spływały z jego twarzy kolejne warstwy farby ukazując - zupełnie bezczelnie - nagie oblicze Gabriela w wiszącym nad umywalką lusterku.
Gabriel nigdy by nie pomyślał, że cokolwiek i ktokolwiek, tu w Paryżu, będzie w stanie wyprowadzić go z równowagi. Nawet on, rudowłosy chłopak, o którym Gabriel już nigdy nie powinien pamiętać.

Wszedł na górę, po drewnianych, krętych schodkach. Starał się bezszelestnie otworzyć drzwi lecz bezskutecznie - stara framuga zdradziła go bezczelnie, suka.
Nie zamierzał nic mówić, nie - już przekraczając próg pokoju wiedział, że to zupełnie głupi pomysł, zupełnie bez szans powodzenia. Chwile stał w progu i po prostu patrzył na stojącego w otwartym oknie Maxa, który wydał mu się nagle straszy, wyższy, mocniej zbudowany, ale przecież on sam nie był już tym niedojrzałym studentem. Patrzył tak jeszcze przez chwilę a potem podszedł do okna i zapalił papierosa. A potem nie mogąc się już powstrzymać - przeczesał dłonią fale rudych, gęstych włosów.




Noc ognia II, Noc Kochanków



Nad ranem ogień płonący w mieście wygasł pozostawiając jeszcze na długo zapach zgaszonego popiołu. Wraz z wygaśnięciem ostatniej pochodni kończyła się druga noc paryskiego festiwalu - Noc Ognia. Lecz koniec jednego zawsze rodzi początek nowego. Ostatnia, trzecia noc festiwalu nazywana jest przez stałych bywalców Nocą Kochanków, choć w oryginalnym zamyśle nazwana została Garance Dore co oznacza Czerwono-Złoty lub tez Złocona Czerwień. A może Czerwone złoto…? Kto wie. Noc Garance Dore nazwana została Nocą Kochanków ponieważ tu w Paryżu, jedynie podczas festiwalu wierzy się, że to o czym zamarzy się podczas kiedy ogień plonie na Montmartre spełni się podczas Garnce Dore.

A, że ludzie z definicji są nazbyt romantyczni i zbyt niepotrzebnie pragną drugiej osoby z reguły marzą o miłości.