Co z Oliwierem nie tak prolog
Dodane przez Aquarius dnia Maja 04 2018 11:47:31


Prolog


Mówią, że studia to najlepszy etap w życiu. Nie jest się jeszcze dorosłym, ale dzieciństwo ma się już dawno za sobą. Jest jak pogranicze między jednym a drugim, dające przyzwolenie na robienie głupich rzeczy. Idealnie, prawda? Powinienem więc skakać pod sam sufit, że wreszcie należę do tego zaszczytnego, elitarnego, akademickiego grona... A jednak, jakoś żadna duma, radość, czy chociażby ciekawość nie rozpierała mnie od środka.

Czy ktokolwiek wie, jak to jest zaczynać studia kulturoznawcze, kiedy cała rodzina ukończyła weterynarię i miała wobec ciebie takie same oczekiwania? No, trochę chujowo, że tak powiem. Nawet bardzo chujowo, ale co ja poradzę, że nie urodziłem się jako genialne dziecko? Maturę ledwo co zdałem, matematyki nienawidzę, o chemii i biologii nawet nie wspomnę. Generalnie, chyba mnie gdzieś tam w szpitalu podmienili albo mama nie powiedziała ojcu całej prawdy i te wszystkie anegdotki o listonoszach mogą okazać się czymś poważniejszym niż jedynie anegdotkami, ale czy to moja wina?
Wyniki matury przekreśliły wszystkie założenia moich rodziców o porządnym wykształceniu ich syna i jego późniejszym przejęciu gabinetu weterynaryjnego. Starsi musieli serio się załamać, bo - ku ich rozpaczy - jestem jedynakiem. Ale czy ja się przejąłem? Nie jakoś bardzo. Nie lubię zwierząt, nie lubię smrodu lekarstw, brzydzę się krwi, fekaliów i wszystkiego, co wiąże się z weterynarią. Zapalonym kulturoznawcą też co prawda nie jestem, ale miałem do wyboru to albo socjologię. Właściwie nie wiem, który kierunek gorszy, jednak niezbyt mnie to w momencie wyboru obchodziło. W dzisiejszych czasach ważne jest, żeby mieć jakieś studia, co nie? Obojętnie jakie - jakieś. Co z tego, że później nie ma pracy. Wszyscy falami zalewają uczelnie wyższe, bo tak już się przyjęło, że papier musi być.
Koniec końców, starsi jakoś zaakceptowali moją decyzję. Nie są złymi rodzicami. No i jestem ich ukochanym, jedynym synkiem - to, że w końcu się pogodzą z nieudacznością życiową pierworodnego, było do przewidzenia. Najdłużej naciskał na mnie ojciec, chciał, żebym poprawiał maturę i jeszcze spróbował dostać się na weterynarię. Mama jakoś szybko dała spokój, chyba w porę zrozumiała, że nigdy nie zrobi ze mnie przystojnego pana weterynarza, kopii ojca. Żaden ze mnie przyszły weterynarz, ani tym bardziej przystojniak. Ponoć z dwóch obrzydliwie ładnych osób bardzo często powstaje brzydkie dziecko, podobnie jest z inteligencją. No cóż, jestem idealnym przykładem potwierdzającym tę tezę. Intelektem nie grzeszę, urodą również. Taki tam niski, bardzo przeciętny, może nawet odrobinę brzydki dwudziestolatek ze mnie. W dodatku gej - mamo, tato, przepraszam, ale coś się wam kiepsko geny nałożyły.
Tamtego październikowego poranka, kiedy wstawałem na pierwsze zajęcia moich genialnych, przyszłościowych studiów, jeszcze nie wiedziałem, co takiego mnie spotka i jak bardzo zmieni to moje pełne niewypałów życie. Niczego szczególnego (oprócz innych nieudaczników na roku) się nie spodziewałem.
Jak zwykle spóźniłem się na tramwaj. Jak zwykle nie zdążyłem zjeść śniadania. Jak zwykle zapomniałem o doładowaniu karty miejskiej, więc musiałem kupić bilet w automacie. Jak zwykle tematem numer jeden na językach krakowian był zbierający się na okres jesień-zima smog. Wszystko jak zwykle. Moja szara, nudna rzeczywistość.
Czekając na tramwaj, zapadłem się w połach jesiennej kurtki, przeklinając w duchu październik. Jak to możliwe, że jeszcze niedawno chodziłem w krótkim rękawku? Nienawidzę zimna, naprawdę. Mogłoby dla mnie nie istnieć. Trzydziestostopniowe upały za to uwielbiam, nigdy więc nie narzekam na zbyt wysokie temperatury. Powinienem żyć w jakimś Los Angeles, stwierdziłem, obserwując tablicę informującą, ile jeszcze zostało do przyjazdu tramwajów. Całe szczęście pięćdziesiątka dwójka, którą miałem idealny dojazd na uczelnię, kursowała bardzo często. Chociaż tyle dobrego w ten smutny, ponury i całkowicie do dupy krakowski poranek.
Rozklekotany, biało-niebieski tramwaj zatrzymał się tuż przed moim nosem. W środku pustki, co akurat było trochę dziwne, w pięćdziesiątce dwójce zazwyczaj panuje tłok nie do wytrzymania. Wsiadłem, ściskając w dłoni bilet, który skasowałem zaraz po wejściu do pojazdu. Wewnątrz pachniało żulem - szybko zlokalizowałem źródło fetoru i zaraz przeszedłem na drugi koniec wagonu, gdzie ktoś, bardzo sprytnie, zostawił otwarte okna. Chociaż pizgało jak diabli, wolałem dostać zapalenia płuc, niż siedzieć i wdychać alkoholowe wyziewy czyjegoś niedomytego ciała.
Tramwaj ruszył, jak zwykle bujając się na boki i trzeszcząc przy tym niemiłosiernie, jakby zaraz miał się rozsypać. Jakaś młoda dziewczyna obok wciskała nos w telefon, pisząc coś na nim z bananem na twarzy, a starsza kobieta z moherowym beretem (wcale nie szufladkuję ludzi, ale coś w tych beretach musi być), warczała pod nosem o śmierdzących, zapijaczonych nieudacznikach. Cóż, śmierdzący i zapijaczony nie byłem, więc to chyba nie do mnie.
Pięćdziesiątka dwójka, jakby z trudem, dotelepała się do kolejnego przystanku, na którym czekały trzy osoby. Dwaj panowie przypominający mi na oko kanarów i jakiś chłopak. Dobrze, że kupiłem ten bilet, pogratulowałem sobie w myślach i spojrzałem na trzymany w ręku świstek papieru, który już zdążyłem złożyć cztery razy. Rozprostowałem go szybko i popatrzyłem krytycznie na coś, co już biletu nie przypominało.
Drzwi tramwaju otworzyły się. Przez środkowe weszli panowie kontrolerzy (tylko czekać na ?bileciki do kontroli?), a chłopak gdzieś zniknął. Zresztą, nie obchodziło mnie to, wyciągnąłem telefon i słuchawki, żeby jakoś umilić sobie drogę.
Nie jestem jakiś super-mega edżi, czy jak to się teraz mówi na tych wszystkich nietuzinkowych małolatów. Jestem dość przeciętnym chłopakiem, lubiącym przeciętne rzeczy, więc oglądam całkiem przeciętne hollywoodzkie produkcje i słucham równie przeciętnej muzyki (a dokładniej tego, co akurat leci w radiu). Nic szczególnego, nie mam się raczej czym pochwalić.
Kiedy więc utwór Chainsmokers popłynął ze słuchawek, oparłem głowę o brudną szybę, tępym wzrokiem wpatrując się w mijany za oknem budynek Tesco. Panowie kontrolerzy (ha, zgadłem!) wyciągnęli swoje plakietki. Jeden pognał na sam tył wagonu, drugi popędził ku maszyniście. Jak to dobrze, że nie pożydziłem i kupiłem ten przeklęty bilet, pomyślałem, już przygotowując się do pokazania świstka papieru. Grubszy oraz wyraźnie starszy kontroler najpierw zapytał chłopaka stojącego na samym tyle pojazdu, dopiero później podszedł do mnie, zerknął przelotnie na bilet i zaraz pognał do dziewczyny, która wcześniej nie odrywała się od telefonu.
Dzień jak co dzień. Wszystko na swoim miejscu. Tramwaj telepie się tak samo jak wczoraj i każdego poprzedniego dnia, kanarzy szukają łosia, dzięki któremu mogliby trochę zarobić, żul wciąż śmierdzi, a babcia złorzeczy. Co miałoby być inaczej?
Zamknąłem na moment oczy. Pierwsze zajęcia o godzinie dziewiątej zdecydowanie powinny zostać zdelegalizowane. Poczułem, że ktoś obok mnie siada. Zmarszczyłem brwi z niezadowoleniem, no bo jak to tak, tyle kuźwa wolnych miejsc w tym głupim tramwaju, a ktoś śmie usiąść obok mnie? Popatrzyłem na chłopaka, który wsiadł przystanek temu, szukał czegoś w swojej torbie, więc od razu pomyślałem, że może tak tylko przysiadł - na moment, na chwilę, zaraz wstanie i da mi cholerny spokój. Znów więc zamknąłem oczy. Czułem, jak powoli odpływam. Głowa osuwała mi się po szybie; siedzenie do trzeciej w nocy to jednak nie był dobry pomysł, w szczególności, że nie robiłem niczego produktywnego. Ot, oglądałem jakieś debilne dramy na YouTube, jakbym swojego życia nie miał i musiał czerpać rozrywkę z kłótni jakichś pomniejszych youtuberów.
Nawet nie wiem kiedy, a słuchawka z mojego ucha tak po prostu się wysunęła. Mama zawsze mi powtarzała, że mam uszy jak liliput, klasyczne słuchawki były więc dla mnie niepraktyczne.
I wtedy to usłyszałem. Jakby coś mnie wąchało? Niczym węszący pies. Zmarszczyłem brwi, powoli powracając do rzeczywistości. Początkowo wydawało mi się, że to tylko głupi sen, no bo kto by mnie wąchał w tramwaju? Bez przesady, takie rzeczy to tylko na Anonimowych Wyznaniach. Uchyliłem powieki i wtedy dostrzegłem kątem oka, że ktoś zdecydowanie narusza moją strefę osobistą i... mnie wącha.
Momentalnie odskoczyłem na bok, niemal wciskając się w okno tramwaju.
- Co ty, kurwa? - popatrzyłem na chłopaka zdezorientowany. Zza wielkich, okrągłych okularów popatrzyły na mnie intensywnie zielone oczy, tak zielone, że aż nierealne. I przez kilka chwil wszystko przestało mieć znaczenie. To, że ten freak mnie wąchał, że wciąż byłem w tramwaju i to, że, kurwa no, wąchał mnie! - Pojebany jesteś? - zapytałem, z trudem wyplątując swoje spojrzenie z linii spojrzenia zielonych oczu.
Chłopak chyba się speszył. Był mniej-więcej w moim wieku... Szok, że taki młody i taki świr już, pomyślałem i nim zdążyłem cokolwiek jeszcze powiedzieć, chłopak w brylach wstał, dopadł drzwi, bo właśnie tramwaj zatrzymał się na przystanku, i zwiał.
Patrzyłem na znikającą za zakrętem uliczki rudobrązową szopę kręconych włosów, nie bardzo wiedząc, co się właśnie stało. Rozejrzałem się dookoła, ale ani kanarzy, którzy teraz spokojnie sobie jechali, ani babcia, dziewczyna, ani tym bardziej żul, nie mieli o niczym pojęcia.
A mnie, cholera jasna, jakiś fetyszysta wąchał!
Młody fetyszysta!
I przystojny.
Z cholernie zielonymi oczami.

Co się, kuźwa, z tym światem dzieje?