Gówniarz 7
Dodane przez Aquarius dnia Sierpnia 28 2017 21:31:22


Rozdział 7: Wujek Maciej

Specyficzny zapach w szpitalach zawsze przyprawiał go o mdłości i zawroty głowy. Nigdy jednak nie odkrył, skąd wzięła się u niego ta awersja, bo jako dzieciak przecież nie bywał w takich miejscach szczególnie często. Był dość zdrowym chłopcem, mama nie miała z nim większych problemów, oczywiście jeśli by nie liczyć dwa razy złamanej nogi, raz ręki i żebra. Wszystkie te obrażenia zawdzięczał jednak samemu sobie, każde inne przewlekłe choroby jakoś omijały go szerokim łukiem. Mimo to jego silna niechęć do szpitali towarzyszyła mu chyba od zawsze. Teraz, kiedy przekroczył próg recepcji, również go nie opuszczała. Gdy skręcił w skrzydło na oddział położniczy, w którym woń medykamentów i specyficzny zapach środków odkażających przybrał na sile, zaczęło ciemnieć mu przed oczami. Na moment aż musiał się zatrzymać, a przechodząca obok kobieta w koszuli nocnej i z jednoznacznie odstającym, ogromnym niczym piłka plażowa brzuchem, zapytała zaniepokojona, czy wszystko z nim w porządku.
- Tak, tak - odpowiedział, masując nos u nasady. Spróbował ustabilizować oddech i odgonić mroczki przed oczami. Sam był zdziwiony swoją reakcją, bo jasne, to nie pierwszy raz, kiedy czuł się źle w szpitalu, ale z pewnością pierwszy, gdy miał wrażenie, że zaraz zemdleje. Nie chciał nawet dopuszczać do siebie myśli, że ze wszystkim związane było zdenerwowanie przed spotkaniem z siostrą (i nie tylko z nią), no i poprzednia, raczej bezsenna noc.
Kobieta, która go chwilę temu zaczepiła, nie odpuściła. Podeszła do stojącego obok dystrybutora wody, by nalać jej do plastikowego kubka. Kiedy mu go wręczyła, Maciej nawet nie miał zamiaru protestować, bo podejrzewał, że coś zimnego może być w tej chwili zbawienne. Wypił powoli, nie chcąc robić tego zbyt łapczywie, bo to mogłoby skończyć się omdleniem. Już po kilku pierwszych łykach poczuł się o wiele lepiej.
- Dziękuję - powiedział i uśmiechnął się oszczędnie. Mimo że był kobiecie wdzięczny, nigdy nie lubił tego uczucia. Miał wrażenie, jakby teraz koniecznie musiał się jej czymś odpłacić.
- Żona będzie rodzić? - zapytała kobieta, patrząc na niego ciepło. Maciej aż zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.
- Że co?
- No, tak się pan denerwuje, bo żona ma rodzić? - wyjaśniła, na co on aż się wzdrygnął.
- Nie - odpowiedział, zgniatając kubek, by następnie wrzucić go do śmietnika. - Jeszcze raz dziękuję i do widzenia - powiedział, po czym pewniejszym, choć ostrożnym krokiem ruszył przed siebie. To jak z wyrwaniem zęba, pomyślał, stając przed drzwiami od sali. Trzeba zrobić to szybko.
Wszedł do pomieszczenia, omiatając je niechętnym spojrzeniem. Stało w nim sześć łóżek, dwa z nich były puste, a na pozostałych leżały kobiety. Oprócz nich w pomieszczeniu znajdowali się nieznani Maciejowi ludzie; jakiś mężczyzna zerknął na niego, po czym zaraz powrócił do rozmowy z pacjentką. Tutaj, o dziwo, zapach szpitalny jakby zelżał.
- No, jesteś. - Jego mama stała przy oknie, trzymając w ramionach coś zawiniętego w różowy kocyk. Uśmiechała się przy tym absolutnie rozanielona, co chwilę spoglądając na niemowlaka. - Chodź, zobacz swoją siostrzenicę - dodała, a wzrok Macieja powędrował do łóżka, na którym leżała Daria, aż wreszcie na mężczyznę siedzącego tuż obok siostry. Sam nie miał pojęcia, jakim cudem udało mu się utrzymać obojętny wyraz twarzy. Zrobiło mu się niedobrze na sam widok Łukasza udającego kochającego ojca, a szpitalny zapach nie miał z tym nic wspólnego.
- Cała rodzinka w komplecie - powiedział, nie mogąc powstrzymać się od komentarzy.
- Maciej... - sapnęła jego mama, marszcząc na chwilę brwi w wyrazie dezaprobaty, by za chwilę jednak przywołać na twarz uśmiech. - Zobacz - powiedziała i podeszła do niego z niemowlęciem. - To Amelka - powiedziała i wyciągnęła dłoń, żeby pogłaskać dziewczynkę po policzku. Maciej, chcąc czy nie, spojrzał na dziecko. Było jeszcze czerwone i pomarszczone, w niczym nie przypominało słodkich bobasów z reklam pieluszek. Ale mimo to przez moment nie potrafił oderwać od niego wzroku. Może za sprawą śmiesznie ciemnych, grubych włosów pokrywających główkę niemowlaka? Na siłę szukał czegoś, co by potwierdziło, że to spokojne, rozglądające się dookoła dziecko, jest kolejnym wcieleniem potwora. Amelka jednak pozostawała cicha, spojrzała na Macieja swoimi intensywnie brązowymi oczami i zamarła w bezruchu. Wyszyński poczuł się trochę dziwnie, nieswojo. Nie tylko dlatego, że patrzyły na niego oczy złudnie podobne do oczu Łukasza (a ponoć wszystkie dzieci mają z początku niebieskie tęczówki), ale było w tym dziecku coś, czego Maciej nie potrafił określić.
- Gratulacje - powiedział w końcu. Podszedł do łóżka, żeby uciec z linii wzroku noworodka. - Planujecie kolejne? - zapytał bez swojej złośliwości w głosie. Zabrzmiało dość zabawnie; z jednej strony udawał, że wcale nie jest ironiczny, ale jego słowa zdawały się zawierać w sobie drugie dno.
- A co? Chcesz być chrzestnym? - odparowała Daria, nie dając się nabrać na ten spokojny ton brata. Znała Macieja już zbyt długo, doskonale potrafiła go rozgryźć. Już od dzieciaka był chujem, pomyślała, kiedy Maciej usiadł na taborecie obok łóżka, po drugiej stronie od Łukasza. Zamykał ją w szafie na pół dnia, spuścił jej złotą rybkę w ubikacji, a w czasach gimnazjum, kiedy to odkrywała, że płeć przeciwna nie jest wcale taka zła, powiedział jej pierwszej miłości, że ma wszy i grzybicę, przez co Rafał (bo tak miał na imię tamten chłopiec) bał się chociażby na nią spojrzeć. Wtedy to jednak były takie dziecięce przekomarzanki, każde rodzeństwo się kłóci, ale normalnie skoczyłoby za sobą w ogień. Teraz jednak Daria wiedziała, że brat już by nie skoczył. Coś się stało (nie miała pojęcia, co), przez co całkowicie skreślił ją ze swojego życia.
- Marzę o tym, by móc zmieniać twoim dzieciakom pieluchy. - Kącik ust Darii drgnął. Prawie parsknęła śmiechem, zdając sobie sprawę, że to był właśnie Maciej. Niewiele się zmienił od czasów nastoletnich, chociaż przez pryzmat jego ubioru i dobrej pozycji w pracy wydawało się, że to facet na poziomie. Ale jej brat wciąż pozostawał krnąbrny, złośliwy i dziecięco obrażalski.
- Wiedziałam. - Zaśmiała się. Maciej patrzył, jak jej duża, trochę męska dłoń nakrywa dłoń Łukasza, a ten w odpowiedzi uśmiechnął się pod nosem. Nic nie mówił, jak zwykle milczał, błądząc wzrokiem od swojej żony do teściowej, trzymającej w ramionach wnuczkę. Od czasu do czasu tylko zerkał na Macieja, gdy jednak zostawał na tym przyłapywany, zaraz odwracał spojrzenie.
Jak zawsze, pomyślał Maciej ze skrzywieniem. A tak go zapewniał. Że rozwód. Że ma dość. Że chce zacząć życie w zgodzie ze sobą. Że nie nadaje się na męża... Gdy go wtedy słuchał, doskonale sobie zdawał sprawę, że to tylko czcze gadanie. Ale mimo wszystko jakaś jego część, maleńka cząsteczka wierzyła, że może faktycznie Łukasz zostawi Darię.
Zacisnął mocno usta, czując nawroty mdłości. Zacisnął rękę na swoim kolanie, próbując unormować oddech. Tak bardzo nienawidził tego faceta, że już nie potrafił o nim zapomnieć. To nieprawda, że miłość wygasa. Nie można o niej tak po prostu zapomnieć, a czas może i zabliźnia rany, jednak te wciąż pozostają widoczne. Niektóre są tak grube i trudne do zagojenia, że wciąż jątrzą się bólem.
- Pójdę zapalić - powiedział w pewnym momencie Łukasz. Maciej nawet na niego nie spojrzał, udając, że coś przyszło na jego telefon. Odblokował go, wszedł w menu, przerzucił kilka stron, wyszedł i zablokował.
- Przecież miałeś rzucić! - oburzyła się Daria swoim piskliwym, irytującym głosikiem, absolutnie niepasującym do jej męskich rysów twarzy.
- Urodziło mi się dziecko, chyba mogę na jednego? - odpowiedział Łukasz, a Maciej kątem oka dojrzał jego lekkie, zmęczone wykrzywienie ust.
- Ale przy dziecku nie ma palenia! - Mama Macieja oburzyła się, marszcząc groźnie brwi, na co Łukasz uśmiechnął się szarmancko, kiwnął głową i powiedział:
- Oczywiście. - Wstał, poklepał się jeszcze po kieszeni dżinsów, jakby chciał sprawdzić, czy wszystko w niej ma, po czym się odwrócił i nawet nie oglądając się na Macieja, ruszył szybkim krokiem do wyjścia.
- Poczekaj. - Maciej zmarszczył brwi, jakby zdziwiony własnymi słowami. Same opuściły jego usta. - Pójdę z tobą - dodał, nie mając najmniejszego pojęcia, co robi. I po co właśnie rozdrapuje te ledwo zabliźnione rany?
Łukasz spojrzał na swojego byłego partnera zdziwiony, nie spodziewałby się tego po Macieju. Kiwnął jednak głową, obserwując w milczeniu, jak mężczyzna do niego podchodzi, wymija i bez słowa opuszcza salę.
Droga do recepcji minęła im w milczeniu. Szli w stosownej odległości do siebie i właściwie to wyglądali na całkowicie obce sobie osoby. Maciej, dopóki nie wyszli przed szpital, zastanawiał się, dlaczego w ogóle tu przyjechał? Dziecko jak dziecko, trzecie w karierze Maleckich i zapewne nie ostatnie. Zresztą, każdy noworodek wyglądał podobnie, Maciej nie widział żadnego powodu, dla którego powinien odwiedzić siostrę w szpitalu. No ale oczywiście nie chciał zawieść mamy.
Od czasu do czasu zerkali na siebie. Żaden z nich jednak niczego nie powiedział, badali się tylko uważnym spojrzeniem, a ich wyraz twarzy nie zdradzał niczego, oprócz ogromnego zmęczenia.
Stanęli kilka metrów od szklanych, automatycznie rozsuwanych drzwi, blisko wysokiego, srebrnego śmietnika, na którego czubku znajdowała się popielniczka. Łukasz wyciągnął paczkę papierosów i podsunął Maciejowi pod nos.
- Dzięki - opowiedział Wyszyński, częstując się czerwonym Marlboro. Mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Tyle lat, a Łukasz wciąż je palił. W milczeniu rozpalili swoje szlugi, wpatrując się tępo w parking samochodowy. - Więc? Jak się czujesz jako ojciec po raz trzeci? - zapytał wreszcie Maciej, czując, jak mu serce podchodzi do gardła, kiedy Łukasz na niego spojrzał. Malecki uśmiechnął się pod nosem i wzruszył ramionami.
- Chciałem odejść - poinformował tak cicho, że Maciej ledwo co go zrozumiał.
- I już nie chcesz? - prychnął. To wszystko, co mu jeszcze niedawno mówił... tak gorliwie go zapewniał... Jak zwykle, skwitował Maciej w myślach. Łukasz umiał dreptać w kółko, ale wykonanie chociażby małego kroku w przód to zbyt wiele. Przez cały okres swojego małżeństwa zataczał więc koła, oszukując przy tym wszystkich - ze sobą na pierwszym planie. Pewnie wmawiał sobie, że jest dobrze, że da radę. I tym oto sposobem w wieku trzydziestu dwóch lat dorobił się trójki dzieci.
- To nie takie proste. - Maciej uśmiechnął się szeroko, udając rozbawienie, mimo że wcale nie było mu do śmiechu. Tak po prostu było łatwiej: arogancja i kpina przychodziła mu w tej chwili gładko, mimo że miał ochotę złapać Łukasza za ramiona i nimi wstrząsnąć. Chociaż... może już się pogodził? Może wreszcie nastaje etap obojętności?
- Dla ciebie nic nigdy nie było proste - odpowiedział, wpatrując się w dym papierosowy, by następnie przenieść spojrzenie na dwie osoby powoli idące do wejścia. Jedna z nich miała jakiś opatrunek na głowie - była starszą, ledwo trzymającą się na nogach kobietą, druga - młody, na oko dwudziestoletni chłopak - prowadziła tę pierwszą, mówiąc jej coś uspokajająco. - Nie mam zamiaru już się w nic wtrącać. Mam swoje życie, więc łaskawie nie nachodź mnie już w domu.
Łukasz popatrzył na niego kątem oka, by zaraz spuścić swój wzrok na czubki butów. Coś ścisnęło Macieja w gardle na ten widok, przez moment miał wrażenie, jakby znów mieli po kilkanaście lat. Jakby coś zbroił, a Łukasz właśnie zbierał za niego cęgi. Mimowolnie uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie, ile kłopotów kiedyś przynosił Maleckiemu, a ten zawsze dzielnie je znosił.
Łukasz go wtedy kochał. Sam mu przecież kiedyś powiedział, że zakochał się w nim już na początku ich znajomości.
Gdy zrozumiał, o czym właśnie myślał, miał ochotę przyłożyć sobie w twarz. Skrzywił się, czując obrzydzenie do siebie i swojej słabości.
- A dla ciebie za to odwrotnie - odpowiedział Łukasz i mimowolnie się uśmiechnął. - Zawsze wiedziałeś, co robić i jak walczyć o swoje - dodał, bez cienia drwiny w głosie. Mówił spokojnie, jak zawsze. Nigdy nie stosował takich sztuczek jak Maciej, nie bywał bezczelny, prędzej bezkonfliktowy i pasywny.
- Stawką jest życie. - Wzruszył ramionami. - Nie wygrałbym go, zakładając obrączkę na rękę jakiejś babie - dodał, uśmiechając się złośliwie. - No i na pewno nie wygrałbym, płodząc trójkę dzieci.
- O dzieci nie jestem zły - wtrącił Łukasz. Maciej zmarszczył brwi.
- Nie?
- Nie. One nie są niczemu winne. Kocham je, ale... Załatwiam papiery rozwodowe - mruknął i zaciągnął się papierosem. - Z orzeczeniem o mojej winie. Nie chcę niczego, dom zostawię Darii. Wynajmę coś. - Wzruszył ramionami, a Maciej patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. Nie wierzył, że Łukasz naprawdę mógł coś zrobić w kierunku rozwodu. Raczej... po tych wszystkich latach, po tym, jak siedem lat temu Łukasz z Darią stanęli w salonie domu rodziców Macieja i oznajmili wesoło, że biorą ślub, nie wydawało mu się to możliwe.
- Daria wie?
- Nie. Nie chciałem jej denerwować przed porodem. Powiem jej, jak wypiszą ją ze szpitala - mruknął, a Maciej chcąc czy nie, musiał przytaknąć.
- Nie wierzę, że to zrobisz - powiedział takim tonem, jakby stwierdzał najoczywistszy z faktów. Sam nie wiedział, dlaczego to wtrącił. Może... chciał go sprowokować? Łukasz zerknął na niego, uśmiechnął się smutno i zgniótł niedopałek w popielniczce.
- Już wszystko załatwione. Nie chcę się wycofywać.
Przełknął ciężko ślinę, zaciskając mocno szczękę i wpatrując się przy tym gdzieś przed siebie. Mimo że próbował to w sobie zdusić, Łukasz ostatnim zdaniem obudził w nim coś, co wydawało się już dawno umrzeć - nadzieję.

***

Wszedł na plac zabaw i mimowolnie się skrzywił, kiedy dobiegły go piskliwe głosiki matek plotkujących o kupie. I niestety, ta "kupa" nie była tu żadnym eufemizmem. Jedna z kobiet żarliwie opowiadała drugiej, jak to jej maleństwo na wyjeździe do Bułgarii (takie światowe!) nabawiło się rozwolnienia. Druga słuchała z przejęciem, dodając co chwilę coś od siebie w stylu: "biedactwo!". Przewrócił oczami, przypominając sobie, dlaczego starał się unikać tego typu miejsc. I dlaczego tak bardzo nienawidził przedszkoli, że już od roku do nich nie zaglądał, a obowiązek odbierania Tomka spadł na Andrzeja i czasem na Maję. Miał wrażenie, że niektórym matkom po porodzie przestawiało się coś w mózgu, jakby pieluchy, kupa i kaszki bobovita wydzielały jakieś trujące opary powodujące problemy z myśleniem. Trzymał się więc od takich kobiet z daleka, jednocześnie dziękując Bogu za to, że Maja po urodzeniu Romka zachowywała się jako-tako. Bywało czasem lepiej, czasem gorzej. Jak każda matka chwaliła się swoim potomstwem na Facebooku. Dodawała jego zdjęcia w zatrważających ilościach, zalewając przy tym filipowy wall twarzą Romka. Ale z drugiej strony przynajmniej była to twarz, a nie części intymne. W końcu niektóre kobiety potrafiły publikować fotografie robione przy kąpielach albo na nocniku... No i z Mają dało się porozmawiać o wszystkim, nie tylko o tym, jaka firma jest lepsza: Pampers czy Happy.
- Dzisiaj się zachowujcie - zwrócił się do Tomka już przebierającego nogami w miejscu i oglądającego się na niedawno wybudowany plac zabaw. Szok, że jeszcze dziesięć lat temu Filip musiał zadowolić się durnymi metalowymi drabinkami. I że uważał je za najlepsze miejsce do zabawy. Kiedy patrzył na ogromną konstrukcję zjeżdżalni, lin, rur, mostków i huśtawek, nie mógł przed sobą ukryć, że z chęcią zamieniłby się z Tomkiem i Gabrysią miejscami. - Żadnych niebezpiecznych zabaw, uważajcie na inne dzieci, nie ma bicia i kopania, dzisiaj jesteście aniołkami, rozumiecie? - zapytał, grożąc im przed nosem palcem. Wiedział, że tę dwójkę czasem ponosiły emocje, gdy za bardzo wkręcały się w zabawę i wytworzony przez siebie świat (Filip nie mógł pojąć, jak silna była ich wyobraźnia). Wolał więc zapobiec nieszczęściu, zanim ono miało się wydarzyć. Zresztą nie pierwszy raz wyszedł z nimi na plac zabaw, wiedział, do czego ta dwójka była zdolna.
- Będziemy grzeczni - odpowiedziała Gabrysia, a on mógł tylko pokiwać głową i patrzeć, jak puszczają się biegiem do ogromnej instalacji z lin. Przez moment przyglądał się swojej siostrze, jej niezdarnym przez lekki paraliż ruchom. Zdusił nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej. Usiadł na ławce i wyciągnął telefon, od czasu do czasu bacznie obserwując bawiącą się dwójkę. - Tomek, złaź! - krzyknął, kiedy brat wdrapał się na najwyższy daszek, który z pewnością nie był przystosowany do dziecięcej wspinaczki. Usłyszał pełne pogardy prychnięcie jakiejś mamy, ale zignorował je. Nie miał zamiaru robić za żandarmerię wojskową dla swojego rodzeństwa, przecież sam jak był mały, skakał po drzewach, przechodził przez płoty, a raz raz wdrapał się na ciężarówkę. Oczywiście, konsekwencje tego czynu nie były zbyt przyjemne, ale nie chciał rodzeństwu odbierać dzieciństwa, skoro sam miał je całkiem przyjemne. I dość niebezpieczne; ręka, noga i żebro same się nie złamały.
Siedział tak przez około pół godziny, pilnując Tomka, łagodząc spór Gabrysi z jakąś niewiele młodszą dziewczynką i generalnie wynudzając się, gdy jego telefon, leżący tuż obok na drewnianej ławce, zawibrował. Zmarszczył brwi, rzucając szybkie spojrzenie na wyświetlacz. Aż sapnął niczym największy cierpiętnik; dzwonił Błażej. Chwilę zastanawiał się, czy odebrać, ale szybko doszedł do wniosku, że potem musiałby się tłumaczyć, a to mogłoby być jeszcze bardziej męczące. Sięgnął więc po aparat i przeciągnął zieloną słuchawkę po ekranie.
- No? - rzucił, obserwując Tomka wspinającego się po linach jak małpa. Zwinny był, mały skurczybyk.
- Gdzie jesteś?! - wydarł się na niego mężczyzna, a Filip aż odsunął telefon od ucha.
- Możesz ciszej? - syknął, już czując szybsze bicie serca. Błażej był niezastąpiony w podnoszeniu mu ciśnienia.
- Jestem, kurwa, pod twoim domem, gdzie cię, kurwo, wywiało? - ryczał, a Filip aż zgrzytnął zębami, ciesząc się, że to tylko rozmowa przez telefon, bo jak nic przywaliłby Błażejowi. Już za samo nazwanie go "kurwą" mu się należało.
- Gówno cię to obchodzi - odpowiedział cicho, żeby żadna z matek na placu zabaw go nie usłyszała. Nie chciał dostarczać ich nudnemu życiu atrakcji, niech dalej kręci się wokół pieluszek.
Rozłączył się, nie mając zamiaru tłumaczyć się Błażejowi. Irytował go sam fakt, że mężczyzna od jakiegoś czasu próbował go inwigilować i zacisnąć mu obrożę na szyi, żeby przypadkiem się z niej nie wyplątał.
Błażej był zazdrosny. Jasne, zawsze był zazdrosny, raz na jakiś czas (dokładniej raz na dwa-trzy tygodnie) zdarzały mu się wybuchy niewyjaśnionego gniewu, jednak teraz Pacuła zdecydowanie przesadzał. I oczywiście wszystko przez tamtą feralną noc, kiedy zobaczył Macieja.
Filip jednak wierzył, że mu w końcu przejdzie. Zawsze przecież przechodziło, musiał tylko pozostawać nieugięty i nie pozwolić sobie wejść na głowę.
Gdy po godzinie (i po dwudziestu nieodebranych połączeniach od Błażeja), wreszcie wrócili do mieszkania, już na klatce schodowej powitał go Pacuła. Czerwony ze złości, sapiący i generalnie w niezbyt dobrym humorze.
- Idźcie do domu - pogonił rodzeństwo, nie chcąc, żeby słuchało wynurzeń Błażeja. - Możesz mi powiedzieć, co ci odjebuje? - zapytał Filip spokojnym tonem. Powstrzymał uśmiech zadowolenia, kiedy zobaczył zmieszanie odbijające się na twarzy Pacuły. Raczej nie zakładał, ze Wilku mógł iść z dzieciakami na plac zabaw. W jego wizji Filip pieprzył się z dziesiątką osiłków i w ogóle puszczał go tak wielkim kantem, jakim tylko mógł.
- Bo, kurwa, nie odbierasz... - wymamrotał, garbiąc się nieco, przez co wyglądał dość zabawnie. W końcu był dużym, napakowanym facetem z wyrazem twarzy godnym mordercy, zmieszanie i skrucha do niego nie pasowały.
- Bo się na mnie drzesz - odparł spokojnie Filip, wzruszając ramionami. Miał trochę wrażenie, jakby rozmawiał z dzieckiem.
- I ja myślałem...
- Nie myśl więcej - uciął, przewracając oczami. Błażej westchnął cicho, a Filip, widząc go w takim stanie, nabrał ochoty, żeby go pocałować. Tak też zrobił.
Pacuła potrafił go czasem rozbroić. Rzadko, bo rzadko, ale jednak się zdarzało. A może bardziej rozbrajał go fakt, że potrafił okiełznać takiego faceta? Że kiedy chciał, mógł ustawić go do pionu? Że to on w ich dziwnym związku miał władzę, a Pacuła był tylko biernym pionkiem? Możliwe. Filip lubił rządzić.

***

Wpatrzył się w dym unoszący się nad zapaloną końcówką papierosa. Westchnął ciężko, zaciągnął się używką i wypuścił powietrze nosem, zasępiając się jeszcze bardziej. To był chujowy dzień, kolejny z tych, przez które miał ochotę zerwać kontakt z Błażejem. Pacuła powoli stawał się nie do wytrzymania. Nawet kasa, jaką Filip czerpał z ich dziwnego układu, stopniowo zaczynała schodzić na drugi plan. Najgorsze jednak, że nie mógłby tej znajomości tak po prostu zerwać. Inna sprawa - mimo wszystko na razie nie chciał zrywać. Jeszcze nie było tak źle. Wiedział, że wytrzyma, po prostu na chwilę odsunie się od Pacuły, żeby trochę się uspokoić, a później wróci do niego i będzie jak zawsze.
Błażej wymagał specjalnego podejścia. Przez tyle lat Filip wiedział już, jak się z nim obchodzić, żeby nie zwariować.
Spalił papierosa, rzucił niedopałek w trawę i sięgnął po kolejnego, nie mając zamiaru na tę chwilę nic robić, tylko siedzieć i zanieczyszczać bogatym dziadom powietrze. Telefon wyłączył, więc choć na moment miał spokój od Błażeja. Tuż obok przeszła jakaś kobieta, szukając czegoś nerwowo w czarnej, dużej torbie Michaela Corsa. Filip mimowolnie uśmiechnął się pod nosem; Maja miała taką samą, Hubert jej oczywiście zasponsorował, bo sama nigdy by nie wydała takiej kasy na zwykłą torebkę ze złotym znaczkiem. Filip oczywiście nikomu się nie przyznawał, ale trochę interesował się modą. Wiele razy doradzał Mai, co ma kupić czy ubrać, lubił też przeglądać różne strony ze stylizacjami, nie tylko męskimi. No i oczywiście znał się na markach, w szczególności tych luksusowych. A że na razie nie mógł sobie pozwolić na buty z wyższej półki cenowej niż Nike czy New balans, to już inna sprawa.
Kobieta minęła go na schodach prowadzących do apartamentowca i zniknęła za szklanymi drzwiami, a on jeszcze pomyślał, że torby Michaela Corsa były wyznacznikiem nowobogackich bab, zupełnie jakby na rynku nie było innych luksusowych marek, kiedy przed nosem wyrosła mu kolejna postać. Najpierw zmarszczył brwi jakby zaskoczony, że ten ktoś się przed nim zatrzymał. Dojrzał tylko brązowe, zamszowe buty, a następnie podniósł wzrok wyżej. Na eleganckie, beżowe spodnie, granatową koszulkę polo, aż wreszcie na cholernie znajomą twarz.
Filip mimowolnie się uśmiechnął.
- Nie śledzę cię, nie myśl sobie - odezwał się, wkładając papierosa między wargi i zaciągając się nim. Maciej prychnął, ale nie wyglądał na zirytowanego tym spotkaniem. Bardziej na wykończonego minionym dniem. Zabawne, jak bardzo takie zmęczenie odbijało się na przystojnej maciejowej twarzy. Lekkie zmarszczki wydawały się jeszcze bardziej pogłębiać, a cienie pod oczami przybierały trochę ciemniejszego odcienia. Jednak, mimo wszystko, z takim zmęczeniem wciąż prezentował się jak całkiem gorący okaz. Chociaż może to dlatego, że Filip miał słabość do starszych facetów.
- Chyba muszę się zacząć przyzwyczajać, hm? - zapytał Maciej i po chwili namysłu, a ku zdziwieniu Wilczyńskiego, usiadł obok niego na stopniu betonowych schodów.
- Mam tu siostrę - przypomniał Filip, żeby Maciej zbyt wiele sobie nie myślał. Wyszyński zaśmiał się. Miał całkiem ładny, głęboki śmiech, stwierdził Wilku, obserwując mężczyznę kątem oka.
- Jeszcze trochę i poznam wszystkich twoich najbliższych - zażartował. - Jak z Gorylem? - zapytał, sięgając do kieszeni spodni po swoją paczkę papierosów. Cienkich L&M'ów, na których widok Filip nie mógł powstrzymać uśmiechu cisnącego mu się na usta. Najbardziej pedalskie papierosy, jakie Maciej mógł kupić, ale z drugiej strony czego się spodziewać po Wyszyńskim?
- Już nie mentolowe? - zapytał Filip, nawiązując do papierosów i tego jednego razu, kiedy po raz pierwszy zagadnął Macieja o szluga.
- Nie mieli w sklepie - wyjaśnił krótko, a Filip parsknął śmiechem, już jednak nie komentując. Było coś dziwnego w tym spotkaniu. W tym, że tak po prostu teraz siedzieli ramię w ramię, palili papierosy i rozmawiali o jakichś kompletnie nieistotnych sprawach. Jakby znali się naprawdę bardzo długo, a obecność jednego przy drugim była całkowicie naturalna. - Więc? Jak Goryl? - powtórzył pytanie.
- Ocknął się pod domem, więc nie było najgorzej - powiedział Wilczyński, słowem nie wspominając ostatnich bezsensownych awantur, które Pacuła co chwilę wszczynał.
- I przypomnij mi, po co ty właściwie z nim jesteś? - zapytał Maciej neutralnym tonem, by zaraz zaciągnąć się używką. Filip spojrzał na niego, nie kryjąc uśmiechu, jaki cisnął mu się na usta.
- Martwisz się o mnie? - odpowiedział pytaniem na pytanie, obserwując uważnie profil Wyszyńskiego. I, cholera, nawet z tej perspektywy wyglądał przystojnie. Miał mocno zarysowany podbródek, wąskie, ale ładnie wykrojone usta i ostro zakończony, męski nos.
- Nie - odpowiedział Maciej z lekkim uśmiechem. - Pytam z ciekawości. Nie wyglądasz mi dzisiaj na okaz szczęścia - dodał, patrząc na niego z bliska. Siedzieli ramię w ramię, ich kolana niemal się ze sobą stykały, a twarze dzieliła odległość kilkudziesięciu centymetrów. Filip ukradkiem przełknął ślinę, patrząc Maciejowi w oczy.
- Ty też - odparował. - Ciężki dzień? - zapytał, nie spuszczając z niego wzroku i nie przejmując się zapalonym papierosem. Odchylił tylko rękę bardziej na bok, żeby w razie co popiół nie spadł mu na buty.
- Jeszcze jak. - Kontakt wzrokowy pierwszy przerwał Maciej, odwrócił głowę i zaciągnął się papierosem, by za chwilę wypuścić dym nosem. - Więc? Co u ciebie? - zapytał takim tonem, jakby właśnie prowadził pogawędkę w pubie z najlepszym kumplem.
- I serio myślisz, że ci powiem? - Filip przewrócił oczami. Podobała mu się ta rozmowa, jak zresztą każda inna z Maciejem. Pomimo że nie prowadzili żadnej erotycznej gry, wciąż czuł przyjemne napięcie. - Informacja za informację - wtrącił zaraz, nim Maciej zdążył odpowiedzieć na pierwsze pytanie. Niemal się zaśmiał, kiedy zauważył zdziwienie na twarzy Wyszyńskiego.
- A co, jeśli mnie to nie interesuje? - odpowiedział, znów patrząc mu w oczy, przez co po plecach Filipa przebiegły przyjemne dreszcze. Przełknął ślinę, czując, że zaczyna się podniecać. Boże, ale to żałosne, pomyślał, starając się uspokoić.
- Płakać nie będę.
Maciej milczał chwilę, zmrużył oczy i przyglądał się Filipowi w ciszy.
- Jak długo jesteś z Gorylem? - zapytał.
- Kim jest Łukasz? - odparował zaraz Wilczyński, a gdy Maciej zaśmiał się z niedowierzaniem, doszedł do wniosku, że dobrze wycelował.
- Odpowiedź za odpowiedź? - dopytał jeszcze Maciej, na co Filip kiwnął głową. Wyszyński zdusił w sobie rodzącą się niepewność, czy chce z Filipem mówić o Łukaszu. Co mu szkodziło, to tylko dzieciak, nie zdradzi mu przecież całej historii swojego życia, a przy okazji będzie mógł dowiedzieć się czegoś o Wilczyńskim. Musiał przyznać, ten dzieciak coraz bardziej go ciekawił. - Były chłopak - rzucił krótko. - Teraz twoja kolej. Jak długo jesteś z Gorylem?
- Poznałem go, jak miałem piętnaście lat - odpowiedział i wzruszył ramionami. - Więc jakieś cztery lata - dodał.
- I ile on miał wtedy? - zapytał Maciej ciekawsko. Ta para pasowała mu do siebie jak pięść do nosa, czyli nijak. Filip był zupełnie inny, wydawał się mieć trochę więcej oleju w głowie i potrafił prowadzić rozmowę na całkiem normalnym poziomie, nie rzucając "kurwami" i "cwelami" na wszystkie strony świata. Niepojęte, że wytrzymywał z kimś takim jak ten Goryl. Ale Maciej zbyt wiele związków już widział, żeby nie zdawać sobie sprawy, że wszystko miało też swoje drugie dno.
- To twoje kolejne pytanie? - Filip uniósł brwi, wpatrując się w Macieja z szerokim, rozbrajającym uśmiechem. Brakowało mu tylko nerwowo merdającego ogona.
I w ten oto sposób Maciej przypomniał sobie o pewnym kundlu czekającym na niego w mieszkaniu i obsikującym mu panele. Momentalnie zerwał się na równe nogi, ściągając na siebie zaskoczone spojrzenie Filipa.
- Zapomniałem o psie - wyjaśnił szybko, kiedy podszedł do śmietnika z popielnicą, by tam zgasić papierosa.
- Masz go jeszcze? - zapytał zaciekawiony Wilczyński, też się podnosząc.
- Tak wyszło - odpowiedział Maciej, nie chcąc się zagłębiać w powody zostawienia psa. Sam tego przecież nie rozumiał.
- Fajny był - powiedział Filip i jak ten wspomniany kundel, poszedł za Maciejem, jeszcze nie chcąc się z nim żegnać.
- Jak pies - mruknął Maciej, kiedy zatrzymali się przy windach. Spojrzał na Filipa i uśmiechnął się mimowolnie. - Problemowy, głośny i śmierdzący.
- To trzeba psa wykąpać, żeby nie śmierdział. - Wzruszył ramionami, w ogóle nie widząc w tym żadnego problemu.
- I myślisz, że mam na to czas? - zapytał Maciej z uniesionymi brwiami, ciągle popatrując na Filipa. Dzieciak znów wzruszył ramionami, a winda właśnie nadjechała. Drzwi się otworzyły i mogli wejść do środka.
- Mogę ci wykąpać psa - odparł, sam nie wiedząc właściwie, po co to proponuje. Nawet tego nie przemyślał, po prostu palnął pierwsze, co przyszło mu na myśl, a kiedy Wyszyński spojrzał na niego ze zdziwieniem, poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Zachował jednak pokerowy wyraz twarzy, próbując jakoś odgonić gorąco, które nagle uderzyło w jego ciało.
- Ty chcesz mi wykąpać psa? - zapytał Maciej z niedowierzaniem, a Filip w tym momencie całkowicie się zaczerwienił. W jego uszach zabrzmiało to trochę inaczej, tak bardziej... brudno? Jakby wcale nie o kąpanie psa chodziło. I nagle, gdy doszło do niego, o czym właśnie myśli, miał ochotę się spoliczkować.
- Oczywiście nie za darmo - dodał, prostując się, żeby dodać sobie pewności siebie, której przecież nigdy mu nie brakowało.
Maciej posłał mu uważne spojrzenie; winda dojechała na czwarte piętro, a drzwi po krótkim sygale dźwiękowym rozsunęły się. Wyszyński milczał chwilę, nie ruszając się z miejsca, gdy nagle parsknął śmiechem. Ładnym, mocnym, męskim. Po plecach Filipa wspięły się przyjemne dreszcze.
- Potrzebuję kasy, ty potrzebujesz czystego psa - wysiadł z windy, nie mając zamiaru sterczeć w niej jak ostatni idiota. - Chyba dobry układ? - zapytał, chociaż wiedział, że pieniądze nie miały tu nic do tego.
Maciej, nie przestając się uśmiechać, kiwnął głową. Sam nie wiedział, na co właśnie wyrażał zgodę: na wykąpanie psa, czy na wprowadzenie do swojego mieszkania kolejnego kundla. Ale zgodził się, ciekawy, co się z tego wywiąże. Jeżeli dobry seks, to przecież nie miał co się zastanawiać.
Coś mu jednak podpowiadało, że to będzie znacznie bardziej interesujące niż seks. Musi tylko pamiętać o patrzeniu gówniarzowi na łapy, żeby mu pół domu nie wyniósł.