Ballada 2
Dodane przez Aquarius dnia Lipca 05 2016 08:12:29



***

Najdroższy, mój senny koszmar zawsze zaczyna się tak samo – paraliżującym ciało i wolę strachem.
Idę przez potwornie zimną kaplicę, a dokoła ludzie śmieją mi się w twarz. Wiem, że domyślają się mojej największej tajemnicy, a jedynym, który jeszcze jej nie poznał jesteś Ty.
Stoisz na końcu mojej drogi, z sercem bijącym radośnie, bo w ufnej miłości. I z ciałem, które tęskni. Ani serce, ani ciało nie spodziewają się jak bardzo zostały oszukane i zdradzone.
Kłamstwo zabrnęło tak daleko, że nie można już naprawić błędu, nie raniąc Ciebie. Ale w tym śnie prawda zbiera największe żniwo, bo powiedziana zostaje w najgorszym z możliwych momentów. W dniu naszego ślubu.
Ołtarz już blisko. Nigdy nie śnią mi się słowa przysięgi. Jakby płynęły obok, nie docierając w śpiący umysł.
Mój słuch budzi dopiero krzyk mamy:
- Nie pozwalam! Nie dopuszczę do tego małżeństwa!
Wszyscy chichoczą, a tylko Ty nie domyślasz się, co nastąpi.
- To moje dziecko – mówi moja zaszlochana mama – i nie dam go na zgubę. Nie urodziłam córki, a jedynie ośmiu synów. Tak bardzo czekano ode mnie żony dla królewskiego syna, że w noc porodu pozwoliłam podmienić dziecko.
Szmer robi się w kaplicy, wirują płatki śniegu, wpadające przez stłuczony nagłym podmuchem witraż. Może to płatki jabłoni.
- Nie potrafiłam wychować obcej dziewczynki – wyznaje mama. – Po kilku dniach zażądałam, by wrócono mi moje dziecko. Dlatego wiedzcie, że Mirabella nie jest moją córką.
Znów świst, aż uszy bolą. Wirowanie wokół mnie przyspiesza.
- Mirabella nie jest moją córką – powtarza mama i kończy – jest moim synem…
Wszystkie witraże pękają w oknach kaplicy, zataczając pod sklepieniem złowrogie kręgi.
- Hańba! Sromota! – krzyczy ktoś. Mój ojciec. – Zabierzcie obłąkaną!
- Niech pan młody sprawdzi! – doradzają inni, szydząc coraz jawniej.
Twoje oczy mówią tylko jedno: „Jak mogłaś zdradzić mnie w ten sposób?”
W szoku klękasz i stanowczo wkładasz rękę pod moją sukienkę. Potem zamierasz, a ja wiem, że to już moje ostatnie chwile.
- Żegnaj – słyszę swój szept.
Nim wściekle popychasz mnie na ołtarz, serce mi już pęka. Nie z żalu nade mną, ale nad tym, co Ci uczyniłam.
Umieram, dusząc się na białym obrusie. Widzę tylko jak wirujące odłamki witraży ustają i po chwili ciszy spadają we mnie gradem ostrzy. Tną ciało na kawałki, a ja ostatkiem przytomności proszę, by poszarpały całego mnie tak mocno, że nikt nie pozna tej jego części, której całe życie tak nienawidziłem. Że ją utną, posiekają, zmielą w plamę krwi.
By nikt nie powiedział, że nie poznałeś we mnie… chłopca. Bezimiennego chłopca uwięzionego w księżniczce.



***


Korczynka poczuła, że pierś, na której spoczywała twarz księżniczki jest mokra od łez tej biednej istoty.
Przytuliła czarnowłosą główkę, znosząc kolejną pieszczotę sutka i ponowny szept:
- Tak bardzo by mu się podobały.
- A ty mnie byś się podobał – Korczynka nie wytrzymała.
Na słowo „podobał” Mirabella drgnęła.
- Tak: podobał. – Korczynka powstrzymała wykrzyczenie męskiej formy. I dodała czule: - Wypieściłabym cię, choćby zaraz, i prosiła, byś wszedł we mnie.
Mirabella objęła ją kurczowo, pochlipując.
- Pierwszy raz ktoś mówi do mnie jak do mężczyzny – jęknęła.
- Tak. I mało tego, myślę, że kochacie się wzajemnie – Korczynka szeptała całując śniade czoło. – Jestem pewna, że on wie, maleńki. Że domyślił się dawno.
- Może tak to opisałam… opisałem – księżniczka poprawiła się z dziwnym uczuciem. – Opisałem, bo chcę, by tak wyglądało? Nie mam pewności.
- Kochany, daj mu to, jak chciałeś. Ten pamiętnik wyjaśni co czujesz. A jeśli on jest inny, niż ten, którego kochasz, jeśli okaże się inny, będę tam i nie dam cię skrzywdzić. Uciekniesz od niego i od świata. Już ja coś wymyślę.
- Serce mi pęknie.
- Wiem. Gdzieś w głębi duszy masz nadzieję.
- Masz rację. W głębi duszy jestem aż tak bezczelny w swoich marzeniach.


***


Słońce jakby czekało aż królewicz skończy czytać, zachodząc dopiero teraz, jednocześnie wyrozumiale chowając w mroku pełną niemocy postać.
Aleksander zamknął dziennik Mirabelli. Długo siedział, zasłaniając dłońmi oczy. Piekły z żalu i złości. Ale szybko zrozumiał nad kim rozpościera się żal i na kogo czuje złość. Potrzebował odrobiny czasu, żeby okrzepnąć, ale nie za wiele, bo poganiała go chęć rozwiązania sytuacji.
Prócz snu dziennik zawierał zapiski z różnych dni. Wspomnienia spotkań. Dokładnie takie, jakimi i Aleksander je zapamiętał. Wyjawiał też prawdę, której on wcześniej nie znał.
Woda w fontannie szemrała. Aleksander pożegnał skinieniem zachód słońca.
Potem otarł oczy. Przyzwyczajony do szybkich decyzji i odważnego załatwiania spraw, wziął pamiętnik i zeskoczył z murku.
Ruszył pod taras, gdzie z okna balkonu wychodzącego z komnaty księżniczki wiatr lekko wywiewał długą firanę.
Noc była ciepła i pachniała kwiatami owocowych drzew.
Aleksander zatknął dziennik za pas i skoczył na schody. Po filarze wspiął się na taras, po czym przekroczył barierkę i zbliżył się do drzwi balkonowych. Zajrzał za powiewającą firanę, dostrzegając zwinięte w kłębek ciało Mirabelli.
Wszedł do komnaty, zatrzymując się przy łożu. Dziewczyna spała, wstrząsana jeszcze nerwowym oddechem, jaki ma się po długim płaczu. Zwinęła się, drżąc od powiewającego wiatru, okryta jedynie cienkim jedwabiem.
Aleksander cicho zamknął balkonowe okno. Firanka zawisła nie nękana powiewami, spokojna.
Królewicz położył na stoliku dziennik i ostrożnie usiadł na skraju łoża.
Okrył kapą ciało biednej istoty.
- Boję się, że śnisz znowu tamten koszmar – szepnął. I powoli schylił twarz ku skroni Mirabelli, dotykając jej ustami.
Ciało śpiącej drgnęło. Potem nieoczekiwanie zerwało się, czujne. Nim Aleksander zdążył uspokoić Mirabellę, ta usiadła gwałtownie, uciekając ku wezgłowiu łóżka. Tam podkuliła kolana pod brodę, niedowierzając.
Jednak w półmroku widziała, że mężczyzna miał spokojną twarz.
- Całe życie tak się boisz? – bardziej westchnął, niż spytał.
- Właśnie śniło mi się, że zbudziłeś mnie…
- Pocałunkiem.
Nie rozumiała.
- Ale… dlaczego? Nie czytałeś?
- Czytałem. Wszystko.
Zapadła cisza.
Mirabella nie widziała jeszcze Aleksandra takim. Był smutny. Sama posmutniała, obiecując sobie najmocniej jak mogła, że wszystko co usłyszy przyjmie bez śmiesznych już teraz łez. Zasłużyła na złe słowa i gotowa była przyjąć każde.
Tymczasem głos, którym on zaczął, drżał:
- Nie obawiaj się, będziemy rozmawiać spokojnie.
Skinęła, gdzieś w głębi czując u niego niezrozumiałą sobie życzliwość.
- Wiesz, że nasza miłość jest właściwie dziecinna? – podjął. – Mówię „miłość”, bo tak chcieliśmy ją nazywać, ale tak naprawdę ledwo zasługuje na miano zakochania.
- Wiem.
- Widzieliśmy się kilka razy. I znamy bardziej swoje wzajemne wyobrażenia o sobie, niż siebie.
Przytaknęła, z goryczą domyślając się do czego zmierza. Bolało, ale cały czas tego właśnie się należało spodziewać – końca bajki.
- Mimo wszystko – powiedział tymczasem Aleksander – nigdy nie wyrzeknę się tego, że zakochałem się w tobie.
Drgnęła zaskoczona. Nie mogła powstrzymać poruszenia, które chcąc nie chcąc lekko zaszkliło jej oczy.
- Może to jeszcze nie było wielkie i wspaniałe uczucie – kontynuował – jakie godne jest nazywania miłością, ale na tyle mocne, że nie potrafiłbym zachować się jak w twoim śnie. Nigdy nie wyjawiłbym im twojej tajemnicy, nawet gdybym pod tą sukienką poczuł ciało chłopca. Nie potrafiłbym tak cię potraktować.
Na chwilę spuścił głowę, tkwiąc na skraju łóżka w nastających ciemnościach.
- A przede wszystkim – podniósł twarz ku niej, wyrzucając ostatkiem sił w głosie – nie potrafiłbym tak nagle odkochać się w tobie.
Mirabella zatkała usta, rozpaczliwie powstrzymując płacz. Czuła, że tak bardzo gardziłaby sobą lejąc jakieś żałosne łzy.
- To wszystko nie jest twoją winą – Aleksander dodał szeptem. – Skrzywdzono cię. Nie wyobrażam życia, które miałeś. Ani tego jak bardzo musiałeś cierpieć. Nie mając prawdziwego imienia i może nawet nie wiedząc już, czy jesteś chłopcem, czy dziewczyną.
Mirabella tkwiła martwo, nie zaprzeczając.
- Dziękuję, że próbujesz mnie zrozumieć – wyszeptała. – Nie liczyłem na to. Ale masz rację, nie było mi łatwo. A teraz przeżywam koszmar. Historia się kończy. Maska spadła i… pora zapytać, na co liczyłem? – Spuściła głowę, zbierając się w sobie. A potem odważyła się spojrzeć Aleksandrowi w oczy. – Złakomiłem się na twoją bliskość. Na twoje mądre spojrzenie, czułość, wszystkie słowa. A teraz jeszcze na… pocałunki i marzenia.
Zawahała się, ale Aleksander czekał cierpliwie, więc skończyła:
- Kocham cię. Przynajmniej chciałem tak myśleć. Ale patrzę na to teraz, widzę, że gdybym cię kochał, nie zrobiłbym ci tego. Nigdy w życiu.
Aleksander zacisnął usta, by nie drżały z nerwów.
- Nie mam do ciebie żalu – zapewnił pospiesznie. – Mógłbym biadolić, że złamałeś mi serce – uśmiechnął się bladawo – ale jeśli nawet tak jest, to nie chcę nikogo innego, kto miałby je skleić. Może to dziwne, ale nie umiem sobie wyobrazić jak by to było myśleć o kimś innym. Ja chyba jeszcze nie do końca przyjmuję to wszystko.
Rzadko wyglądał tak bezradnie. Właściwie chyba nigdy. Mirabella chciała móc objąć go, pocieszyć, wiedząc jednak, że te marzenia dawno już skończone.
Nieoczekiwanie zbliżył się, pytając wzrokiem sam nie rozumiejąc o co.
- Mogę zostać na noc? – podjął prosto. Potem przysunął się, kładąc obok. – Nie mam dokąd pójść. I wygląda na to, że chcę być tylko z tobą. Położysz się ze mną?
Mirabella nie pojmowała, ale zgodziła się, ledwo wytrzymując trzepot serca. Zastygła, kiedy twarz królewicza znalazła się tuż obok jej skroni, a duża dłoń odszukała jej własną, splatając razem palce.
A potem poddała się i łzy przesłoniły jej świat.
- Nie zimno ci? – Aleksander poprawił okrycie. Zwyczajnie skupiając na chwilę jej myśli na czymś prostym. – Taka ładna wiosna, ale w dzień. A noce jeszcze chłodne.
Wdzięczna istota pozwoliła się objąć, wciąż ukradkiem roniąc łzy.
- To teraz powiedz, kim chcesz być? – Aleksander spokojnie bawił się jej dłonią.
Wiedziała o co pytał, choć niedowierzała, że tak zwyczajnie chciał z nią rozmawiać. Miała odpowiedzieć, jednak zawahała się. Wersja wydarzeń wydała jej się nie do przyjęcia – zuchwała i wstrętna.
- Powiedz wprost – prosił Aleksander – to jedna z najważniejszych rozmów w naszym życiu, wiesz o tym.
Zobaczył poważne skinienie.
- Aleksandrze… Ja myślę, że… niestety jestem Mirabellą – przemówiła powoli, czując, że głos z przejęcia przechodzi w szept. – Jestem chłopakiem ukrytym w ciele dziewczyny.
- Nie uwięzionym?
- Ukrytym. I marzę, żeby móc być zawsze tak ukrytym, a sobą stawać się tylko dla ciebie – odważyła się, choć bardzo cicho. – Przepraszam, ale chciałeś szczerej odpowiedzi. Marzę, żebyś mnie zaakceptował. Choć wiem, że to nierealne. Nie chodzi o strach przed wyjściem z ukrycia, ale o to, że… byłbym taki szczęśliwy, gdyby to mogło się spełnić. Gdybym mógł być z tobą.
Urwała, a Aleksander jeszcze chwilę milczał, mocno sieczony szczerością. Przełknął ją – sam o nią prosił. Skinął z uznaniem i właściwie chyba z wdzięcznością.
Jakiś czas ważył słowa, starając się jedynie dobrze ująć podjętą już wcześniej decyzję:
- Skoro wolisz zostać Mirabellą, weźmiemy ślub i nikt nie pozna twojej tajemnicy. Tylko przy mnie w nocy… będziesz mógł być sobą.
Zdumienie osuszyło na chwilę z mimowolnych łez duże, tak dobrze mu znane oczy.
- Nie mogę ci na to pozwolić – Mirabella otrząsnęła się. – Jesteś taki młody, piękny. Nie powinieneś skazywać siebie na takie małżeństwo. Miałoby być białe? Czy chcesz mieć kochankę?
- Nie. W białym małżeństwie na pewno nie mógłbym żyć. A kochanki mnie brzydzą. To znaczy brzydziłbym się siebie, kiedy musiałbym zdradzać. – Aleksander odczekał chwilę, westchnąwszy. – Myślałem nad tym. – Szczera rozmowa dawała mu coraz większą ulgę. – Myślałem o twoich ustach. Całowałem je przecież. Dotykałem włosów. One były i są twoje. Podobają mi się.
Mirabella zamknęła oczy, po prostu bez wiary w usłyszane słowa. Aż potrząsnęła głową, jakby chcąc przywrócić sobie przytomność umysłu.
- A reszta? – wyrwało jej się.
Aleksander nie odpowiedział. Był tak zbity z jakiegokolwiek tropu, że sprawiał wręcz wrażenie obłąkanego.
Zagryzła usta, gdy rozchylił jej koszulę nocną. Najpierw opuszkami palców wodził po chłopięcych sutkach.
- Proszę, Aleksandrze – wyszeptała ostatkiem woli – nie rób dziś niczego. Musisz ochłonąć, przeczekać.
- Daj mi chwilę – przytaknął, bo sam czuł, że potrzebował oswoić się z samym sobą w takiej sytuacji.
- To jakaś desperacja, nie mogę na to patrzeć. Ani minuty dłużej. Dość.
Nie słuchał. Pod delikatną skórą słyszał szybki oddech i bijące mocniej serce. Ciało młodzieńca gdzieś w środku szamotało się ze strachu, ale towarzyszyło mu jednocześnie bierne przyzwolenie. Nawet kiedy dłoń Aleksandra dotarła do ostatnich zakamarków koszulki, rozchylając ją. Z szczupłych bioder opadł ostatek materiału, odsłaniając dotychczas najsmutniejszą tajemnicę Mirabelli.
- Mam zakryć? – szepnął Aleksander.
- Nie wiem – poddała się rozżalona. – Tak mi dziwnie.
- Że dotyka cię mężczyzna?
Niczego nie odrzekła, kręcąc głową w ogólnej rozterce.
- Tak się kiedyś obawiałem twojej nagości – szepnął Aleksander – wyobrażając sobie najgorsze defekty, jakie przychodziły mi do głowy. A ty… jesteś zdrowym, pięknym młodzieńcem.
- Nie o takim ciele marzyłeś.
- Nie. A ty? Marzyłeś kiedyś o mnie?
- Tak.
- Naprawdę?
- Tak. Ale odkąd widziałem Korczynkę, wyobrażam sobie, że wyglądam tak jak ona.
- Jaką Korczynkę?
- To dziewczyna, którą podmieniono za mnie po porodzie – odparła. – Urodziła się na podgrodziu w tym samym dniu co ja. Jej matka zmarła zaraz potem, a dziecko oddano wiedźmie, bo nikt nie chciał się zajmować cudzym noworodkiem. Jest teraz naprawdę ładna. Widziałem jak się kąpie. I wreszcie pojąłem jak powinny wyglądać piersi, talia, całe ciało. – Mirabella zakończyła smutniej. – Chciałbym tak wyglądać dla ciebie. – Tu zlękła się i poprawiła szybko: - Przepraszam. Znów się zapędziłem.
Ale Aleksander nie wyglądał, jakby chciał być przepraszanym. Odkąd rozmawiali bez barier, wyraźnie się uspokoił. Oderwał wzrok od czegoś nieistotnego, na co nawet nie patrzył świadomie.
- Właśnie wyobraziłem sobie ciebie w noc poślubną – szepnął odkrywczo, w lekkim jeszcze zamroczeniu. – Dokładnie takiego jak jesteś, nie jakim chciałbyś być. – Potem przygarnął Mirabellę naprawdę czule. Aż oboje się uśmiechnęli, nawet ona.
- Jesteś moim najlepszym przyjacielem – odkryła z ulgą, swobodniej i bardziej świadomie ciesząc się bliskością męskie piersi.
Pogładził jej ramię, całkowicie uspokojony.
- Jestem twoim przyjacielem i tak się zachowałem – przemówił na dobranoc. – Do tego coraz bardziej cię kocham i nie boję się tego ślubu.


***


W przedweselną noc wiatr przygnał burzę zza siedmiu gór. Rozszumiała się puszczą i rozgniewała piorunami. Błyskawice rozświetlały zagrzybiałą chatę wiedźmy, kiedy stara warzyła miksturę dla księżnej.
Grzmoty i huragan zagłuszały cichy szloch Korczynki, obserwującej z ukrycia matkę Mirabelli zacierającą ręce nad buchającym oparami wywaru kociołkiem.
Kiedy księżna uszła w noc, zabrawszy karafkę pełną podejrzanej cieczy, zapłakana służka dopadła starej wiedźmy.
- Co warzyłaś, pani? – prosiła o odpowiedź. – Zamroki jakieś dla królewicza na poślubną noc? Dla księżniczki jaką niemoc?
- Truciznę raczej – mruknęła o dziwo w zadumie starucha.
Korczynka jęknęła w przerażeniu.
- Dla Mirabelli?! – nie mogła uwierzyć.
- Taaa. Na noc poślubną. Z litości nad stworzeniem. Jej matka mówi, że to dla Mirabelli jedyna droga.
- Śmierć?! Ale, pani, ja nie dam jej skrzywdzić! Ubiję tą księżnę jak z koziej dupy…!
- Stój – wiedźma zatrzymała wychowankę, podejrzanie nie wrogo. – Nie bój się, głupia.
- Co? Jak mam się nie bać, pani? Kiedy ta łajdaczka całe życie maltretowała Mirabellę, a teraz chce…
- Cichaj, mówię – głos wiedźmy brzmiał wręcz czule.
Korczynka przetarła oczy, chlipiąc jeszcze, ale i poznając w swej pani dziwną zadumę. Słuchała cierpliwie.
- Księżna porzuciła zamiar upojenia królewicza i podsunięcia mu ciebie na noc poślubną – mówiła tymczasem starucha. – Przyszła po wywar, który chce dać Mirabelli, kiedy młodzi udadzą się skonsumować małżeństwo. Śmiertelną truciznę, która da pozory zakrztuszenia się.
- Nie…
Wiedźma skarciła wychowankę wzrokiem.
- Czy znasz ty mnie, dziewucho, choć trochę? – zaskrzeczała. – Czym ja złą wiedźmą, żeby śmierć niewinnym pozwolić zadawać? Nie na to godziłam się lata temu, kiedy ta gęś urodziła ósmego syna i z litości ciebie podmieniłam im w kolebkę. Co mi tam było dziewuchę chować, czy chłopaka? Skąd uprzedzić miałam myśli tej gęsi i zawczasu dojść, że odwidzi jej się i ciebie, obcego dziecka, chować nie będzie dłużej chciała?! Wrócić sobie chłopaka kazała! I w babskie fatałaszki przebrała! – Tu skrzywiła się wstrętnie, spoglądając w noc na ścieżkę w puszczy, gdzie zniknęła księżna. – Teraz zemsty czas, Korczynko. Zaufaj mi.


***


Nocna burza zaścieliła białymi płatkami jaśminowca całą alejkę przed świątynią, w której miał się odbyć ślub. Nie posprzątano ich, bo księżniczka bardzo prosiła. Mogła stąpać po nich, prowadzona przez ojca do kaplicy. Choć cały czas bała się, że poderwą się i zaczną wirować wokół jak w jej strasznym śnie. Nie stało się tak jednak.
Przebyła całą drogę pod ołtarz, nękana wracającymi przeczuciami, a najbardziej chyba zaciętą miną mamy i jej chłodnym spojrzeniem.
- Witaj – królewicz nie wytrzymał w oczekiwaniu i porzuciwszy miejsce przy ołtarzu, wyszedł naprzeciw. W uldze chwycił zmarzniętą za strachu dłoń i przejął pannę młodą spod pieczy przyszłego teścia. – Mirabello – ujął drążącą twarz, chcąc by narzeczona otrząsnęła się z paraliżującego lęku i wróciła do rzeczywistości.
Widząc go, pospiesznie pokiwała głową.
- Wszystko dobrze – wykrztusiła, nie mogąc przestać myśleć o wwiercającym się w jej plecy spojrzeniu mamy. – Jesteś…
- Pięknie wyglądasz – szepnął, całując ją na oczach gości.
Uśmiechnęła się. Rzeczywiście suknia z szerokim szalem idealnie maskowała brak biustu, a długa szyja otulona śnieżną koronką mogłaby stać się punktem zazdrości większości zaproszonych dam.
- Boję się – wyszeptała, dygocząc.
- Wiem. I obronię cię, jeśli będzie trzeba.
Tak królewicz sam powiódł narzeczoną do ołtarza, wierząc, że po ślubie Mirabella odetchnie.
Przysięga padła. Witraże stały niewzruszone. Nawet wiatr się uspokoił. Nikt nie zabrał głosu, kiedy kapłan zapytał o przeciwnych ślubowi.
Na wciąż drążących nogach młoda pani wychodziła z kaplicy, trzymając Aleksandra pod rękę. W miarę upływu czasu odzyskiwała siłę i zmrożone lękiem ciało stawało się cieplejsze.
Mąż podał jej odrobinę wina, jak najszybciej odciągając od gości na ubocze. Biesiadujący śmiali się dobrotliwie, znając już zwyczaje pana młodego i jego ciągoty do młodej żony.
- Nie spodziewałem się, że z konsumpcją wytrzyma do tortu! – rechotali bracia Mirabelli, widząc Aleksandra zabierającego ich siostrę na tarasy.
Potem jeszcze chwilę goście śledzili młodych, dając jednak sobie spokój i nawet nie wiedząc, kiedy stracili dwoje z oczu.
- Lepiej ci? – Aleksander otulił Mirabellę najpierw płaszczem, potem sobą, chowając przed światem w ogrodzie usłanym jaśminowymi płatkami.
- Tak. Nie wierzę, że mamy to już za sobą.
Coraz luźniej przyjmowała jego pocałunki. Odprężała się.
- Jak tylko skończy się wesele – szeptał – zabiorę cię do siebie. Z daleka od matki i tego smutnego pałacu. Będziesz moja, będę co noc układał cię do snu…
- … dopóki śmierć was nie rozdzieli.
Drgnęli na słowa, które nieoczekiwanie padły zza jaśminowca.
- Mama? – Mirabella zbladła.
Rzeczywiście to księżna zjawiła się na alejce, zmierzając ku młodym z kieliszkami wina na małej srebrnej tacy. Wkrótce jeden podała córce, drugi zięciowi, trzeci biorąc dla siebie.
- Piękne są słowa przysięgi – przemówiła, ze sztucznym błyskiem radości w oku. – Zdrowie, córeczko – uniosła swój kieliszek. – Za was i za ten piękny sojusz państw, który właśnie przypieczętowaliście swoim ślubem.
Mirabella uniosła kieliszek do ust, upijając łyk.
Aleksander zrobił to samo.
Potem zapadła cisza.
Księżna patrzyła na córkę, czekając na coś, co nie następowało. Z każdą chwilą zdawała się być bardziej zaskoczona.
Mirabella z nerwów upiła jeszcze jeden łyk. A księżna szerzej otwarła oczy, nie doczekawszy się czegoś najwyraźniej i coraz bardziej zadziwiając swym zachowaniem młodych.
- Coś nie tak, mamo? – Mirabella nie rozumiała.
Księżna zaprzeczyła. Chciała coś powiedzieć, ale tylko otwarła usta, zdumiona brakiem posłuszeństwa własnego gardła.
- Bleee… - starała się mówić, ale zamiast tego bełkotała i to coraz bardziej!
- Może to z nerwów – zatroszczyła się Mirabella. – Ojej, mamo, nie martw się. On wszystko wie. On… kocha mnie – wyznała ufnie, bardzo cicho.
- Bleee! Bleee! – księżna zaczęła skrzeczeć jak wrona, z jakimś ptasim obłąkaniem w oczach.



Podobno, kiedy książę dowiedział się, że żonie odjęło mowę, tylko wzruszył ramionami. Miał ponoć mruknąć, że niemoc ta niewielką jest stratą, gdyż przez całe życie nie słyszał, by księżna rzekła cokolwiek mądrego.
Zamknął ją w wieżycy, wszak z czasem jej ptasie krakanie doprowadzało go do szału. Tak więc do końca życia tkwiła uwięziona we własnym ciele.
Sojusz państw przetrwał wiele lat. Młodzi wprawdzie nie doczekali się potomstwa, ale żyli długo i szczęśliwie. A jak nie pomarli, to do dziś żyją.



KONIEC