Połączeni 2
Dodane przez Aquarius dnia Grudzie 06 2014 22:39:26


Rozdział 2


Stał wsłuchany w szum wiatru, który czuł na swojej twarzy i odsłoniętej skórze. Jego płaszcz spoczywał obok na trawie, a on był w samych wąskich spodniach oraz powiewającej, luźnej, kremowej koszuli. Do nozdrzy wpadał zapach wody, kwiatów i ziół. Nie musiał widzieć, żeby stwierdzić, jak piękne jest to miejsce. Z tego, co mu Yavetil opowiadał, to znajdowali się już w krainie Lorin przy Trzech Jeziorach, tuż za granicą z Elros. Samą granicę przekroczyli bez problemów. Strażnicy obu krain strzegący bezpieczeństwa pozdrowili ich i przepuścili do Lorin.
Był już dzień po długiej nocy, przez którą cały czas, z drobną przerwą, jechali. Emisariusz chciał przed wieczorem dojechać do pałacu swego pana z ich nowym gościem. Tylko Aranelowi nie spieszyło się do tamtego miejsca. Na myśl o ślubie czuł bolesne kłucie w sercu. Tak samo na myśl o pobycie w nieznanym miejscu. Wątpił, aby znalazł się tam ktoś tak miły jak dowódca Galdor i pokazał mu, jak ma się poruszać. Dzięki niemu podróż nie wydawała mu się już tak straszna. Dużo rozmawiali ze sobą, a czasami jechali w ciszy. Aranel skupiał się wtedy na odgłosach natury, zawierzając swemu ogierowi i nowemu znajomemu swój bezpieczny dojazd do celu. Celu, który z każdym końskim krokiem zbliżał się nieubłaganie.
– Książę, zjedz coś. – Usłyszał za sobą znajome kroki. – Gdy wyruszymy, nie będzie na to czasu. Wieczorem dojedziemy na miejsce, jeżeli popędzimy konie.
– Mój ślub ma być jutro? – zapytał Aranel pozbawionym emocji głosem.
– Tak, o zachodzie słońca.
– Powiedz mi, czy dużo osób zostało zaproszonych na uroczystość, skoro odbywa się ona tak szybko i w zaskakujący nawet dla mnie sposób.
– Zaskakujący, panie? – Podniósł z trawy jego płaszcz.
– Zaskoczyło mnie to, że biorę ślub. Nie było oczekiwanego okresu narzeczeństwa. Nawet o tym nie wiedziałem. – Miał żal do ojca za zrobienie mu czegoś takiego i żal do siebie za uległość. Co jednak miał zrobić? Zależało mu na mieszkańcach Elros. Zostawienie ich bez odpowiedniego króla to jak pozostawienie nagiego na środku traktu w czasie mroźnych miesięcy. On zapłaci za szczęście tych ludzi nawet własnym życiem, jeżeli zajdzie potrzeba. Zyskał od nich wiele życzliwości nawet pod swoją maską chłodu i obojętności. Nadszedł czas na spłacenie długu.
– Chyba rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć, książę. Po prostu, panie, wasza sytuacja nie wymaga przynajmniej dwu miesięcznego okresu narzeczeństwa. Kapłan zgodził się na to w drodze wyjątku. Uczta, która ma uświetnić wesele, jest już przygotowywana, a ważni goście przybędą na czas. Szybkość w tym wypadku nie ma znaczenia. Wszystko będzie na jutro gotowe. Zapewne wielu jest zaskoczonych tym ślubem, ale każdy się ucieszy zważywszy na to, jak wielu lubi przyjęcia. Nieważne, jaki jest powód ich organizacji. Co prawda, zapewne nie przybędą wodzowie poszczególnych krain, na to czasu nie ma, ale przedstawiciele arystokracji zdążą. Już zostali powiadomieni, kiedy my wyjeżdżaliśmy do was, książę – zakończył swoją wypowiedź Yavetil, cały czas patrząc na kamienną twarz młodego mężczyzny.
– Czyli zanim ja dowiedziałem się, jaki los mnie czeka, inni już zostali powiadomieni o ślubie. Nie było mowy, żebym się wycofał.
– To byłby dyshonor na waszym nazwisku, panie. – Zarzucił mu płaszcz na ramiona. – Teraz chodźmy coś zjeść. Ciepła strawa gotowa. – Złapał go za łokieć, nie musząc już pytać o pozwolenie na to, zbyt często tak robił w ciągu całej podróży. Poprowadził go brzegiem w stronę obozowiska. Rozglądał się przy tym wokół. Uwielbiał to miejsce. Natura stworzyła tutaj przepiękny zakątek. Trzy duże jeziora, w których lśniła niebieska, krystalicznie czysta, acz lodowata woda znajdowały się tuż przy głównej drodze. Yavetil wolałby, żeby trakt, tak często uczęszczany, znajdował się dalej. Nie zakłócałoby to naturalnego środowiska, a przychodzące zwierzęta nie bałyby się, że ktoś na nie zapoluje w czasie picia wody.
Usiedli razem przy ognisku w towarzystwie pozostałych osób. Aranel dostał do rąk metalową miskę wraz z drewnianą łyżką. Nie przeszkadzało mu to. Wiedział, że w czasie podróży nie będzie luksusów. Nie oczekiwał tego. Sam nie raz w pałacu podjadał z takich przedmiotów, gdy wkradał się do kuchni. Kucharka zawsze protestowała, ale on i tak prosił o coś, co nie jest talerzem z porcelany wyrabianej w Imrahwe słynącej z takich wyrobów. Dlatego przy pierwszym takim posiłku uspokoił swoich towarzyszy podróży, w których wyczuwał, jak bardzo wstydzą się dawać swemu przyszłemu panu takie naczynia.

***


Wściekłość w nim rosła. On, Riven Saeros, miał żenić się z mężczyzną! Żadne prośby o odwołanie tego cyrku, jak nazywał to, co się obecnie działo w pałacu, nie dawały u króla posłuchu. To, co miał zrobić, było rozkazem, a jak potoczy się jego małżeństwo, to już nie miało znaczenia. Ślub miał się odbyć, a po nim konsumpcja. „Małżeństwo musi być ważne” - mówił jego ojciec. Na całe szczęście miał tydzień na to. Na samą myśl czuł obrzydzenie. Tym bardziej, że nie wiedział nawet, jak wygląda jego narzeczony. Wszedł do sali jadalnej, gdzie ustawiono już dwa długie rzędy stołów na ucztę weselną. W rogu sali stali i żywo dyskutowali jego rodzice, a zarazem para królewska w jednym oraz jego siostra Naela. Księżniczka jak zawsze wyglądała uroczo, a jej białe włosy swobodnie spoczywały na plecach. Jasnozielona suknia odsłaniała duży dekolt, a że kobiety nie musiały nosić w dni powszednie gorsetów, Naela mogła pochwalić się pięknym biustem. Nie rozumiał, dlaczego jej mąż na to pozwala. On by nie pozwolił swojej żonie kusić innych mężczyzn. Pff, nie będzie miał żony, tylko męża, więc o takie rzeczy nie musiał się martwić.
Już chciał się wycofać, żeby nie zostać wciągnięty w wir przygotowań i móc zaszyć się w komnacie Terrika, pijąc z nim wino, kiedy starsza o rok siostra zauważyła jego obecność.
– Riven, bracie, chodź do nas i rozsądź spór. – Warknął pod nosem, zły na siebie, że pozwolił nogom tu się przyprowadzić. Podszedł do swej rodziny. – Słuchaj. Mama chce udekorować waszą sypialnię w zieleń, taką, jak obrusy na stołach. – Chwyciła brata za rękę i wskazała na materiał. – Widzisz? A tata mówi, że fiolet, taki jasny, byłby idealny, co od razu, moim zdaniem, odpada. Ja sądzę, że błękity byłyby najodpowiedniejsze... – urwała, widząc wzrok brata. – Nie patrz tak na mnie.
– Gdybym mógł, to byś teraz skwierczała w ogniu pod mym wzrokiem. Oszalałaś?! Traktujesz ten ślub, jak coś pięknego. Jakbym żenił się z kimś, kogo kocham i czekał na ten moment od lat. Siostro, ty nie wiesz, o co tu chodzi? Mam ożenić się z mężczyzną, chociaż moja natura jest inna. Wbrew mojej woli! – Rzucił ostre spojrzenie ojcu. Wiedział, że nie wolno mu tak robić, ale służący krzątający się wokół byli za jego plecami, więc nic nie widzieli. Musiał być posłuszny królowi bez względu na to, kim dla niego był. – Mam żyć z kimś, z kim nie chcę tylko po to, żeby ziemie Elros były dostępne również dla nas. Nic mnie nie obchodzi, co stanie się z Elros. Żenię się, bo wykonuję rozkaz i nie chcę, żeby twój mąż przejął królestwo, bo się do tego nie nadaje, tak jak i ty. Gdybym nie ożenił się z tym... mężczyzną, szanowny ojciec by mnie wygnał.
– Wiem, o co w tym chodzi i nie obrażaj mnie ani Dantego! Ty wredny klaunie! – krzyknęła. Nigdy nie pozwalała wejść bratu na głowę i zawsze stawała w obronie tych, których kochała. – Dramatyzujesz jak ta primadonna od bardów, którzy gościli u nas pełnię temu.
– Przestańcie, nie jesteście już dziećmi – wtrąciła się ich mama. – Zachowujcie się, jak przystało na wysoko urodzonych, bo teraz jesteście gorsi niż chłopki z ludu. Riven, twój szacunek do ojca, a zwłaszcza króla, maleje. Postaraj się zachować twarz. Od przedwczoraj szalejesz i rzucasz się na każdego, kto stanie na twej drodze. Jesteś księciem i tak się zachowuj.
– Będę, jak przestaniecie mówić o wspólnej sypialni z tym Adantinem.
– Twoim mężem, synu – przemówił król. – Zamieszkacie wspólnie w południowym skrzydle. Sypialnię będziecie dzielić razem. I pamiętaj o skonsumowaniu małżeństwa. Nieważne, kto będzie na dole. – Riven rzucił przerażony wzrok ojcu. – Inaczej to będzie oznaczać zerwanie paktu, a ty pożegnasz się z pałacem na zawsze. A teraz wybaczcie, wasza matka i ja musimy doglądnąć przygotowań w kaplicy.
– A ja zajmę się urządzeniem sypialni – dodała Naela i z dumnie uniesioną głową opuściła towarzystwo, uśmiechając się do siebie w duchu. Liczyła, że mąż jej brata poskromi jego wolną duszę.
Riven podążył za nią wzrokiem, a po chwili za rodzicami. Został sam, nie licząc coraz liczniejszej grupy służących. Postawiono go przed faktem dokonanym i słowa dotrzyma, ale co z tą nocą? Miałby z mężczyzną... i co ojciec powiedział? Jak to: Nieważne, kto będzie na dole.”? Oczywiste, że nie będzie to on. Zresztą, na górze też nie będzie. Nie sprawdzą tego. Ten Adantin nie jest kobietą i to dziewicą. Krwi nie będzie. Musi tylko jakoś namówić do kłamstwa tego mężczyznę. I sprawa będzie załatwiona.
– A, synu – Riven odwrócił się w stronę ojca, który zawrócił do jadalni.
– Tak, ojcze? Sądziłem, że zajmujesz się tym... czym miałeś się zająć. – Wykonał niedbały gest ręką w powietrzu.
– Jeżeli sądzisz, że noc poślubna ci się upiecze, to się mylisz. Sprawdzimy to. Mężczyźni też zostawiają ślady, stosunek zostawia, pamiętaj o tym. – Uśmiechnął się triumfalnie, widząc przerażenie w oczach syna. Tym ślubem upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu. Połączy ukochanego męskiego potomka ze znakomitym rodem, a po określonym czasie Elros przejdzie pod panowanie Saerosów. Wiedział, że osiemnaście wiosen temu sprzedał swoje dziecko, ale teraz był pewny, że to było dobre posunięcie. Riven szalał, bawił się i nie myślał o ustatkowaniu. On w tym wieku już miał żonę i dwójkę dzieci. A tak, to syn będzie miał kogoś, z kim spędzi starość, bo Rivenowi wydawało się, że zawsze będzie młody. To, że połączy się z mężczyzną, chociaż nie ciągnie go do tej części populacji, jest bez znaczenia. Z własnego doświadczenia wiedział, że aranżowane małżeństwa są dobre. Miłość przychodzi z czasem. Poklepał zszokowanego syna po ramieniu i opuścił salę tronową.
Riven oparł się o ścianę i przełknął ślinę. Zaczynał się bać. A jak Adantin jest jakimś obleśnym, śmierdzącym człowiekiem? Co z tego, że księciem? Nie, nie chciał tego ślubu, tej nocy i w ogóle już nic nie chciał.

***


Tymczasem, kiedy młody Saeros rozmyślał nad przyszłością, Aranel jechał na koniu coraz bardziej niespokojnie. Podenerwowanie wyraźnie odczuwał Zarion, gdyż co jakiś czas rżał i prychał. Nie jechali już przez tereny polne, książę wyraźnie słyszał odgłosy miast, miasteczek, wsi. Te pierwsze pojawiały się coraz częściej, a to oznaczało blisko stolicę zwaną Antirii. Coś ścisnęło go za serce i nie pozwalało mu bić swobodnie. Niby trochę uspokoił się podczas podróży zaaferowany nowymi zapachami i odgłosami, ale teraz przeczuwał, jak blisko jest swego nowego domu oraz przyszłego, niechcianego męża i nieznanego losu.
– Galdorze, ile jeszcze czasu zajmie podróż?
– Już dojeżdżamy do Anriri. – Młody dowódca widział ten wzbierający w księciu niepokój. – Do bramy miasta wyjedzie po nas mąż księżniczki Naeli, twojej przyszłej szwagierki, panie. Dante Elesnar jest człowiekiem dość osobliwym, ale da się go lubić.
– Osobliwym?
– To dość mocno zbudowany mężczyzna, bardzo wysoki, dużo wyższy od ciebie, książę, oraz ma buntowniczy charakter. Trudno opisać wszystkie jego cechy, dlatego wybacz, że tego nie zrobię. Sam się przekonasz.
– Dobrze. Ile masz lat? Po głosie i chodzie wydajesz się młodym mężczyzną, ale twoja mądrość wskazuje na osobę dojrzalszą.
– Książę Aranelu, mam już trzydzieści wiosen. Jak na dowódcę jestem jeszcze młody, ale zostałem dobrze wyszkolony, uratowałem króla przed zabłąkaną strzałą na polowaniu i po śmierci mego wuja, który się mną opiekował, dostałem tę posadę. – Po strzale miał na piersi bliznę, która czasami potrafiła boleć, gdyż rana trudno się goiła przez grot, który miał na sobie truciznę. Po zagojeniu i tak zostawiła ślady.
– Rozumiem. Możesz powiedzieć mi, co mnie czeka, gdy dotrzemy na miejsce? Gdzie się zatrzymam?
– Królowa się wszystkim zajęła, panie. Tymczasowa komnata i łaźnia będą na ciebie czekać. Spokojnie, będziesz mógł odpocząć i zająć się sobą. Zostaną do ciebie przydzieleni służący, którzy pomogą ci we wszystkim.
Aranela to nie uspokoiło. Czy pomogą mu też w poruszaniu się po tych komnatach? Wskażą, gdzie co jest? Wątpił. Sam musiał liczyć na siebie. W Risran bardzo pragnął samodzielności i dostawał ją. Znał tam wszystko, lecz w nowym miejscu potrzeba pomocy zwyciężała nad potrzebą radzenia sobie samemu.
– Swego przyszłego męża spotkasz dopiero na uroczystości ślubnej. Wybacz, ale takie jest prawo. Przyszli małżonkowie nie mogą widzieć się tydzień przed ślubem. Dlatego poznacie się dopiero w kaplicy. Dojeżdżamy do bram stolicy, książę.
W tym momencie wszystko to, co przed chwilą usłyszał i chciał odpowiedzieć wyparowało mu z głowy. Zastąpił to paniczny strach. Słyszał powitania, prawdopodobnie strażników, jakieś śmiechy, nawoływania. Wszystko to mieszało mu się w głowie. Za dużo tego było i nie mógł rozróżnić, kto gdzie jest, a przede wszystkim gdzie przebywa Galdor. Złapał mocniej lejce Zariona, który dreptał niecierpliwie w miejscu.

W tej samej chwili Yavetil podszedł do Dantego Elesnara. Pozdrowił go tak, jak nakazuje etykieta. Mężczyźni złapali się za przeguby rąk i skłonili. Po tym mogli już rozmawiać jak dobrze znający się ludzie.
– Stary druhu, nic się nie zmieniłeś przez czas mojej nieobecności – zagadał Yavetil.
– Mówisz tak, jakby nie było cię z rok. To tylko pięć wschodów słońca.
– Ale nadal jesteś kudłaty i wielki, jak niedźwiedź. – Zaśmiał się dowódca.
– Taki misio ze mnie. – Mężczyzna podrapał się po bródce. Jego jasne, gęste włosy sterczały we wszystkie strony, a w lewym uchu wisiał kolczyk podobny do tego, jaki miał Yavetil, co świadczyło o zajmowanym stanowisku. Z tym, że Dante był o wiele wyżej ponad nim z racji tego, czyim był mężem. Można by powiedzieć, że był jego przełożonym i najważniejszym człowiekiem w szeregu wojsk. Władza, mimo wszystko, nie odbiła się na dobrym charakterze tego wielkoluda i jak przed ślubem, tak i teraz był ciepłym człowiekiem.
– Misio? Raczej owłosiona małpa.
– Niech będzie, że małpa, ale za to jaka interesująca. – Zaśmiał się serdecznie Dante.
– Zawsze pewny siebie. Co w pałacu?
– Wszyscy przygotowują się do ślubu. Przywiozłeś go?
– Tak. Wracam do niego, pewnie się denerwuje. – Obejrzał się na Aranela nadal siedzącego na koniu i próbującego słuchać panującego gwaru.
– Lubię kobiety, ale muszę stwierdzić, że jest śliczny. Dlaczego taki nieporadny? Pewnie się boi naszego Rivena?
– On nie widzi.
Dante zatrzymał wzrok na oczach księcia, ale stał za daleko, żeby móc dostrzec ich wyraz.
– Będzie mu trudno zacząć nowe życie – powiedział.
– Niestety. Możemy ruszać do pałacu. – Galdor zawrócił do Adantina. – Panie, już jestem. Wybacz, ale musiałem się przywitać z grupą powitalną. – Wsiadł na swego konia. – Jedziemy teraz do pałacu.
– Dobrze. – Będąc już spokojniejszy, odetchnął, ale serce nadal biło mu za szybko. To wszystko dzieje się naprawdę. Zaraz będą na miejscu i stanie się nieuniknione. Dawniej martwił się, że ojciec nigdy nie pozwoli na wyjście, że on ożeni się z mężczyzną, ale nie tak chciał, żeby to się działo. Pragnął najpierw zakochać się i być kochanym. Mieć wybór, ale go tego pozbawiono. Nie do niego należało życie, tylko do ojca, ludu, o którym musiał myśleć. Tylko czemu nikt nie pomyśli o nim? O jego marzeniach, potrzebach. Ach, jak bardzo mu teraz brakowało Kareny. Rozmowa z kimś, kto znał go od zawsze i wiedział wszystko, bardzo by mu pomogła. Niestety, musiał się sam zmagać ze swymi myślami, strachem i niepewną przyszłością.

***


– Zamiast siedzieć tutaj i zawracać mi głowę, mógłbyś zająć się czymś pożytecznym?
– Terriku, mój przyjacielu, mam wielki problem, a ty mnie zbywasz? – zapytał Riven. Stał przy wielkim oknie w komnacie Terrika Melisi. Stąd widział cały plac zamkowy.
– Raczej przyszedłeś podejrzeć, jak wygląda twój narzeczony. – Uniósł głowę znad wypełnianych dokumentów. Był kimś w rodzaju królewskiego doradcy. To przez jego ręce przechodziły ważne dokumenty. On odpisywał na większość listów, a także rozdzielał te ważne od mniej ważnych. Miał tytuł hrabiego, tak jak jego nieżyjący ojciec. Wychował się razem z księciem, byli dla siebie jak bracia, a sam król traktował go po synowsku.
– Od kiedy usłyszałem, że muszę... – Skrzywił się.
– Tak trudno jest wypowiedzieć ci, że masz się z nim kochać? – Zachichotał pod nosem hrabia.
– Nie kochać. Mam go posiąść, bo oczywiście innej konfiguracji nie będzie. Zrobię, co trzeba, żebym tylko był w stanie, i nigdy więcej go nie tknę.
– I będziesz żył w celibacie do końca swych dni – zamruczał Terrik, ale przyjaciel doskonale go usłyszał i właśnie piorunował go wzrokiem.
– To będę żył. Zwłaszcza, jak ten Adantin jest brzydkim kurduplem. Poza tym za rok mam być z kobietą.
– Żeby spłodzić potomka. Nic więcej. Pamiętaj o tym. Poza tym słyszałem, że książę jest pięknym, młodym mężczyzną. Tylko... – urwał.
– Tylko co? Ma długi nos? – Ponownie Riven zwrócił się w stronę okna.
– Miałem ci to powiedzieć od razu, ale byłeś tak wzburzony, że nie chciałeś tego słuchać. Książę jest niewidomy.
Riven na chwilę zastygł w bezruchu. Niewidomy? Miał ożenić się ze ślepcem? W tym momencie bardziej nabierało sensu to, dlaczego król Elros zgodził się na ten pakt.
– Może to lepiej. Przynajmniej nie będzie na mnie patrzył. Dlaczego nie widzi? – Zainteresował się po chwili.
– Taki się urodził. Medycy badali go i on nie odzyska wzroku. Nie ma źrenic, tylko szare pola tam, gdzie one powinny być.
Riven wzdrygnął się. Dziwne będzie patrzeć na prawie białe oczy. Nagle tętent koni zwrócił jego uwagę. Spojrzał w dół.
– Przyjechali.
Terrik zostawił dokumenty i podszedł szybkim krokiem do niego. Jego stopy wydawały głuchy odgłos, kiedy szedł po czerwonym dywanie. Wyjrzał przez okno. Próbował udawać, że nie interesuje go nowa osoba w pałacu, do tego tak ważna postać, lecz ciekawość zwyciężyła.

***



Zatrzymali się na środku dziedzińca. Żołnierze zeskoczyli ze swych wierzchowców. Ich giermkowie schwytali konie za uzdy i zaprowadzili do wodopoju znajdującego się po zachodniej części placu.
Aranel mający na sobie płaszcz i kaptur na głowie także zszedł z konia i pogłaskał go. Długa podroż skutecznie dała o sobie znać w bolących nogach i w miejscu, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę. Spięte mięśnie nie potrafiły się rozluźnić, co dodatkowo sprawiało mu ból.
– Panie, chciałbym przedstawić ci twego przyszłego szwagra. – Za nim odezwał się głos Yavetila. Przez ten czas naprawdę zdołał polubić mężczyznę. Odwrócił się w, miał nadzieję, dobrą stronę. Po tym wszystkim łapał się na tym, że z trudem rozpoznawał kierunki. Naprawdę potrzebował odpoczynku, a najlepiej długiego, spokojnego snu, bowiem zdezorientowanie wzbudzało kolejny strach. Czuł się tak, jakby błądził po nieznanym terenie i nie było nikogo, kto by go schronił w bezpiecznej przystani. Tak obco, zimno. Musiał jednak trwać i wszystko wytrzymać, jak przystało na to, kim był.
– Wasza wysokość, nazywam się Dante Elensar. Jestem mężem siostry mężczyzny, którego poślubisz – przedstawił się Dante.
– Miło mi cię poznać. Aranel Adantin, książę krainy Elros.
– I już niedługo Lorin – dodał kobiecy głos.
Aranel nastawił uszu, słysząc kobiecy głos. Usłyszał ruch, a po chwili zatonął w czyichś ramionach. Słodki zapach perfum zaczął nęcić jego nozdrza.
– Jesteś piękny szwagrze. – Naela odsunęła się od niego. Zawsze była bezpośrednia. Kaptur na głowie młodzieńca zasłaniał innym, będącym z dala, widok twarzy księcia, ale ona widziała go doskonale. – Jestem Naela Saeros Elensar. Na pewno jesteś bardzo zmęczony. Zaprowadzę cię do twojej dzisiejszej komnaty. Od jutra, po ślubie, zamieszkasz wspólnie ze swoim mężem w przygotowywanych już pomieszczeniach.
– Zamieszkam... Razem? – O tym nikt mu nie mówił. Miał być tylko ślub. Nikt nie mówił o dzieleniu komnat. Brakowało jeszcze, żeby mieli tę samą sypialnię.
– Tak, Aranelu – ponownie odezwała się kobieta. – Jako małżonkowie macie prawo dzielić wspólne pomieszczenia i sypialnię. Chodź, pomogę ci we wszystkim. – Od jakiegoś czasu wiedziała, że przyszły mąż jej brata miał przypadłość niewidzenia. Postanowiła mu we wszystkim pomóc. Nawet poinstruowała służących, co mają robić i jak się zachować, aby Aranel nie czuł się źle, nie był zawstydzony i nie był pozostawiony sam sobie. Nie chciała, żeby czuł się tu obco. Dlatego w tej chwili wolała zabrać go spod wzroku tylu osób. Dodatkowo zauważyła zmęczenie na jego twarzy i w chwili, kiedy mężczyzna wypocznie, wtedy będzie gotów na zapoznanie się z kilkoma osobami. Najlepiej, jak stanie się to dopiero po ślubie.
Nie wiedziała, że teraz jego obawy, czy będzie miał pomoc, nawet przy kąpieli, zeszły na dalszy plan. Oczywiście po drobnej instrukcji, gdzie co jest, zaraz by tę osobę wyrzucił, bo wolał być w łaźni sam. Zaczynał się obawiać, że dzielenie sypialni oznaczać będzie coś więcej. Poczuł gorąco na policzkach. Coraz bardziej był ciekawy, jaki jest ten jego przyszły mąż. Oby był cierpliwy i dobry. Los nie może go jeszcze bardziej ukarać. Nic nikomu nie zrobił, chyba że brać pod uwagę jego narodziny i ślepotę. Wyczuwając dobrą aurę od Naeli, położył dłoń na jej ramieniu i pozwolił poprowadzić się do wnętrza pałacu.

***


W Rivenie się gotowało. Jak mogli nakazać Adantinowi założenie kaptura? Przez to nie mógł zobaczyć jego twarzy. Nie brał pod uwagę, że i tak by nic nie ujrzał, gdyż był bardzo oddalony od mężczyzny i do tego znajdował się na piętrze.
– Pewnie ma wielki nos.
– Wiesz, że mam ochotę przetrzepać ci skórę? – Terrik zmierzył go ostrym wzrokiem. Brązowe oczy spotkały się z niebieskimi. – Takie są reguły. Nie widzisz...
– Wiem, ale nie powinno to obowiązywać w takiej sytuacji. Nigdy nie widziałem tego człowieka. Musi mieć jakiś defekt poza ślepotą. – Riven zamyślił się.
– Przejmujesz się teraz jego wyglądem. Czy to znaczy, że pogodziłeś się ze ślubem? – Terrik oparł się pośladkami o marmurowy parapet i założył ręce na piersi.
– Czyś ty rozum postradał? Ja miałbym się z tym pogodzić? Nigdy w życiu! – podniósł głos. – Tylko muszę spełnić raz ten małżeński obowiązek i nie chcę tego robić ze szkaradą! Nie dość, że to mnie brzydzi, to jeszcze mam dzielić z nim sypialnię. Każę wnieść drugie łoże.
Terrik pokręcił ze zrezygnowaniem głową i wrócił do biurka.
– Drugie łoże nie jest możliwe w waszej sytuacji. Dam ci jedną radę. Nie okaż się chamem względem niego. Dla niego na pewno to też jest trudne, może również lubić kobiety, jak ty. Założę się, że o małżeństwie dowiedział się w ostatniej chwili, tak jak ty. A teraz wyjdź, bo zawracasz mi głowę. Mam dużo pracy, książę.
– Tak jest, panie hrabio.
– I jeszcze jedno. Bądź dorosły, bo teraz zachowujesz się niczym dziecko. – Terrik powiedział to, nie patrząc już na przyjaciela.
Riven rzucił mu jeszcze ostatnie spojrzenie i opuścił prywatne komnaty Melisiego. W korytarzu omal nie wpadł na jedną z pokojówek. Ta przeprosiła, chociaż nie była winna temu, że stanęła mu na drodze. Chciał odetchnąć od tego wszystkiego. Przejażdżka konna powinna mu dobrze zrobić.
Szedł zewnętrznymi krużgankami, które otaczały dziedziniec, jaki był w kształcie kwadratu, a z każdej strony opasywały go mury połączone od północy bramą. Po placu spacerowali ludzie, wśród których mógł wychwycić damy dworu te bardziej stateczne, a także zwykłe, młodziutkie dwórki. Nie jeden raz miał taką w łóżku. Każda chciała spędzić z nim noc. Słynął z tego, że był znakomitym kochankiem. Wieloletnia praktyka usprawniła go w tych sferach. Szkoda, że to się skończy. Chociaż nie wyobrażał sobie życia w celibacie. Musiał znaleźć sposób na spotkania z kobietami. Ojciec może mówić, że księciu nie wolno zdradzać, bo byłaby to hańba dla jego małżonka, ale to nie on żeni się z mężczyzną! Na powrót poczuł złość i przemierzając dziedziniec w stronę stajen, był napięty jak struna. Wszyscy napotkani ludzie, bez względu na stan majątkowy czy pełnione funkcje, schodzili mu z drogi. Nie chcieli się nadziać na jego ostre słowa.
– Osiodłać mego konia! – krzyknął, wchodząc do głównej stajni, gdzie stały klacze i ogiery najlepszej maści. Jego kroki doskonale były słyszalne, kiedy stąpał po podłodze wyłożonej gładkim, wypolerowanym kamieniem. W boksach o dwuskrzydłowych drzwiach, jakie mijał, stały przepiękne królewskie konie, zapierając dech każdemu, kto je widział. Stajenni właśnie sprzątali w niektórych pomieszczeniach, a jeden z nich ukłonił się i wszedł do tego boksu, który zajmował biały ogier.
Riven, zanim doszedł do swego konia, zatrzymał się przy jednym z boksów. Uwagę zwrócił nowy, czarny rumak.
– Należysz do niego, prawda? – Zbliżył się do drzwiczek. Ogier parsknął i potrząsnął długą, kręconą grzywą. Saeros zatrzymał przechodzącego obok młodziutkiego stajennego. – Czyj to koń?
– Ksiecia Aranela Adantina, panie. Twojego przyszłego męża. – Chłopak od razu skulił się pod groźnym wzrokiem.
– Możesz odejść. Jesteś jego – zwrócił się do konia. – Trzeba przyznać, że twój pan ma wyczucie do piękna. – Z zafascynowaniem patrzył na ogiera. Za sobą usłyszał odgłos końskich kopyt i ludzkich stóp. Odwrócił się. Biały ogier był już gotowy do jazdy. Książę wsiadł na niego i zanim wyruszył, jeszcze raz powędrował wzrokiem ku czarnej nocy.
– On ma czarnego konia, ja białego. Dziwna taka odwrotność. Jak dobro i zło. Czy to znaczy, że jest zły? A może to mój koń pasowałby do niego? – Trącił białego rumaka piętami, a ogier ruszył do przodu, dumnie niosąc swego pana na grzbiecie.