Wierszokleta 1
Dodane przez Aquarius dnia Grudzie˝ 06 2014 22:34:52


Z prawdziw─ů ulg─ů zamkn─ů┼é drzwi dziekanatu. To cud, ┼╝e uda┼éo mu si─Ö wszystko zaliczy─ç tak szybko, bior─ůc pod uwag─Ö, ┼╝e niekt├│rych przedmiot├│w najzwyczajniej w ┼Ťwiecie nie rozumia┼é. Wyszed┼é przed budynek i zamykaj─ůc oczy wystawi┼é twarz w stron─Ö s┼éo┼äca.
- A ty co tak stoisz? – us┼éysza┼é nagle gdzie┼Ť obok. Leniwie odwr├│ci┼é twarz w stron─Ö sk─ůd dochodzi┼é g┼éos i ujrza┼é kumpla z roku, Marka Jareckiego. – U Kapusty by┼ée┼Ť?
Kapust─ů nazywali profesora Wojciecha Kapu┼Ťci┼äskiego, kt├│ry wyk┼éada┼é matematyk─Ö i znany by┼é z tego, ┼╝e lubi┼é oblewa─ç student├│w. Jak wielu innych wyk┼éadowc├│w mia┼é on sw├│j gabinet w tym samym budynku, w kt├│rym mie┼Ťci┼é si─Ö dziekanat studi├│w informatycznych.
- Nie, Kapustę już mam z głowy.
Marek popatrzył na niego zdumiony.
- Jakim cudem? Przecież on na zerówce przepuszcza najwyżej trzech i to raczej swoich ulubieńców, a ty do nich raczej nie należysz.
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem jakim cudem, ale faktem jest, że dostałem tróję.
- Nie wierz─Ö, poka┼╝ indeks.
- Nie mam, już złożyłem w dziekanacie.
- Bez jaj – oczy Marka zrobi┼éy si─Ö jeszcze wi─Öksze, chocia┼╝ wydawa┼éo si─Ö to fizyczn─ů niemo┼╝liwo┼Ťci─ů. – Powa┼╝nie?
- Powa┼╝nie.
Marek aż zagwizdał z podziwu.
- Ch┼éopie, ty to masz farta. Zaliczy─ç wszystko w zer├│wkach…
Roze┼Ťmia┼é si─Ö.
- A ┼╝eby┼Ť wiedzia┼é. Cholernego farta. Chocia┼╝ raz w ┼╝yciu mi si─Ö pofarci┼éo. Po tych cholernych poprawkach na pierwszym semestrze ju┼╝ my┼Ťla┼éem, ┼╝e nie dam rady, ale jako┼Ť si─Ö uda┼éo.
- To mo┼╝e to oblejemy? – zapyta┼é Marek z nadziej─ů w g┼éosie, obejmuj─ů kumpla ramieniem. Tamten spojrza┼é na niego zdziwiony.
- A Kapusta?
Marek machn─ů┼é lekcewa┼╝─ůco r─Ök─ů.
- Chrzani─ç Kapust─Ö. I tak ju┼╝ mam logik─Ö na popraw─Ö, wi─Öc mog─Ö i jego.
- No dobra, to chod┼║my, ale nie licz, ┼╝e skujesz mord─Ö do nieprzytomno┼Ťci. Mam ma┼éo kasy.
- No co ty, ja nigdy nie chlej─Ö do nieprzytomno┼Ťci – marek uda┼é oburzenie.
- A ja jestem ┼Ťwi─Öty Miko┼éaj – mrukn─ů┼é, na co Marek roze┼Ťmia┼é si─Ö rozbawiony.
Poszli do najbliższego baru, który znajdował się praktycznie po drugiej stronie ulicy.
Na pocz─ůtku by┼éo kulturalnie, siedzieli i gadali przy piwie, jednak w pewnym momencie atmosfera rozlu┼║ni┼éa si─Ö, dosiedli si─Ö do nich znajomi, pojawi┼éy si─Ö mocniejsze trunki i nie wiadomo kiedy ┼Ťwiadomo┼Ť─ç odp┼éyn─Ö┼éa w sin─ů dal.
Przebudzenie, jak to zwykle w takich chwilach bywa, nie by┼éo zbyt przyjemne. Z wielkim trudem otworzy┼é oczy. pi─Ö─ç minut zaj─Ö┼éo mu zrozumienie, ┼╝e to, co widzi, to wyj─ůtkowo brudny sufit, ze ┼Ťladami but├│w.
- To chyba nie moja robota? – mrukn─ů┼é. Staraj─ůc si─Ö nie rozdra┼╝ni─ç bardziej pulsuj─ůcego b├│lu g┼éowy, ostro┼╝nie pokr─Öci┼é g┼éow─ů we wszystkie strony chc─ůc zorientowa─ç si─Ö gdzie jest. Ba┼é si─Ö, ┼╝e wyl─ůdowa┼é w nieznanym sobie miejscu i b─Ödzie musia┼é ucieka─ç niczym z┼éodziej, ┼╝eby nie oberwa─ç opierdolu za co┼Ť, co nawywijali jak im si─Ö film urwa┼é. Wybitnie nie mia┼é na to ochoty. Nie na kacu, bo wtedy by┼é wyj─ůtkowo rozdra┼╝niony i m├│g┼éby nie tylko wda─ç si─Ö w pysk├│wk─Ö, ale tak┼╝e spra─ç komu┼Ť mord─Ö.
Po prawej stronie zobaczy┼é ┼Ťcian─Ö, niegdy┼Ť ┼╝├│┼ét─ů, teraz bardziej przypominaj─ůc─ů efekt ko┼äcowy rozwolnienia, po prawej natomiast… skrzywi┼é si─Ö z niesmakiem, gdy w usta buchn─ů┼é mu wci─ů┼╝ ┼Ťmierdz─ůcy alkoholem oddech Marka.
- Cholera, chyba go nie przelecia┼éem? – zaniepokoi┼é si─Ö.
- Ci─Ö┼╝ko by ci by┼éo, bior─ůc pod uwag─Ö, ┼╝e kompletnie nie kontaktowa┼ée┼Ť – us┼éysza┼é nagle gdzie┼Ť z boku. Ostro┼╝nie podni├│s┼é si─Ö na ┼éokciach i zobaczy┼é swojego wsp├│┼élokatora siedz─ůcego na ┼é├│┼╝ku w samych tylko spodniach i z mokrymi w┼éosami.
- O, Kamil – stwierdzi┼é ma┼éo inteligentnie. – A wi─Öc jestem u siebie?
- Jak widzisz – mrukn─ů┼é Kamil, student trzeciego roku ekonomi, zak┼éadaj─ůc koszulk─Ö.
- Nawet nie pami─Ötam jak si─Ö tu znalaz┼éem – mrukn─ů┼é opadaj─ůc z powrotem na poduszk─Ö.
- Mnie nie pytaj. Wiem tylko, ┼╝e nagle wtoczyli┼Ťcie si─Ö obaj do pokoju, najebani jak meserszmity i od razu zwalili┼Ťcie si─Ö na wyro. Ca┼ée szcz─Ö┼Ťcie, ┼╝e akurat zakuwa┼éem i drzwi by┼éy otwarte, bo pewnie by┼Ťcie usn─Öli pod drzwiami. Jeszcze ten tw├│j kumpel dar┼é si─Ö, ┼╝e mu w├│dki ┼╝a┼éuj─Ö. Musia┼éem mu odda─ç swojego czzteropaka ┼╝ywca, ┼╝eby w ko┼äcu si─Ö ulula┼é i zamkn─ů┼é mord─Ö. Wisisz mi.
- O, fuck – j─Ökn─ů┼é ┼éapi─ůc si─Ö za g┼éow─Ö. – Odkupi─Ö ci jeszcze dzisiaj.
- Oby – mrukn─ů┼é Kamil i wyszed┼é z pokoju.
Le┼╝a┼é przez chwil─Ö pr├│buj─ůc ignorowa─ç objawy kaca, ale g┼é├│d mu to utrudnia┼é. W ko┼äcu westchn─ů┼é i przeturlawszy si─Ö przez Marka, kt├│ry nawet nie drgn─ů┼é, wsta┼é z ┼é├│┼╝ka. Wzi─ů┼é r─Öcznik i powl├│k┼é si─Ö pod prysznic. Sta┼é pod nim dobr─ů chwil─Ö, zanim stwierdzi┼é, ┼╝e obudzi┼é si─Ö na tyle, ┼╝e mo┼╝e jako┼Ť dzisiaj funkcjonowa─ç. Przejrza┼é si─Ö w lustrze. Wygl─ůda┼é jak zm─Öczony ┼╝yciem sze┼Ť─çdziesi─Öciolatek. Przejecha┼é r─Ök─ů po brodzie. Doszed┼é do wniosku, ┼╝e nie ma potrzeby jeszcze si─Ö goli─ç, wr├│ci┼é do pokoju tylko po szczoteczk─Ö do z─Öb├│w. Kiedy ju┼╝ od┼Ťwie┼╝ony i w miar─Ö obudzony, chocia┼╝ skacowany, przebiera┼é si─Ö w ┼Ťwie┼╝e ciuchy, Marek wci─ů┼╝ spa┼é. Machn─ů┼é na to r─Ök─ů. Nie pierwszy raz kogo┼Ť nocowa┼é w swoim ┼é├│┼╝ku po imprezie. Tylko, ┼╝e zwykle by┼éy to dziewczyny, chocia┼╝ zazwyczaj odbywa┼éo si─Ö bez ┼╝adnych seksualnych podtekst├│w, tylko przenocowanie. Jednak przez sesj─Ö jego ┼╝ycie erotyczne do┼Ť─ç mocno zubo┼╝a┼éo i ba┼é si─Ö, ┼╝e po pijaku, jak mu si─Ö urwie film, mo┼╝e si─Ö do kogo┼Ť dobiera─ç. Nie by┼éyby to a┼╝ takie z┼ée, gdyby nie fakt, ┼╝e by┼é biseksualny. Ostatnimi czasy wyrywa┼é tylko dziewczyny, wi─Öc nikt nie wiedzia┼é, ┼╝e nie ma te┼╝ opor├│w, by wyl─ůdowa─ç w ┼é├│┼╝ku z facetem. I nie chcia┼é ┼╝eby wiedzieli. Bo po co?
Chc─ůc pozby─ç si─Ö kaca postanowi┼é kupi─ç do ┼Ťniadania jakie┼Ť piwo, jednak gdy odruchowo zajrza┼é do portfela, stwierdzi┼é, ┼╝e jest on kompletnie pusty.
- Kurwa, wiedzia┼éem, ┼╝e tak si─Ö to sko┼äczy – j─Ökn─ů┼é. Potrz─ůsn─ů┼é Marka za rami─Ö.
- Maniek, wstawaj – powiedzia┼é, ale jako┼Ť tak bez przekonania. Niestety kumpel tylko co┼Ť mrukn─ů┼é niezrozumiale i dalej chrapa┼é. – Maniek, kurwa! Dawaj kas─Ö, musz─Ö se ┼Ťniadanie kupi─ç. – W dalszym ci─ůgu brak reakcji. Sapn─ů┼é gniewnie i zacz─ů┼é grzeba─ç w kieszeniach jego spodni. Szybko znalaz┼é portfel. Niestety te┼╝ pusty. – Fuck – zakl─ů┼é.
Bez zastanowienia poszed┼é do s─ůsiedniego pokoju i zastuka┼é do drzwi.
- Cze┼Ť─ç, Jolka – powiedzia┼é, kiedy w ko┼äcu drzwi si─Ö otworzy┼éy i ukaza┼é si─Ö w nich blondynka o d┼éugich prostych w┼éosach.
- Cze┼Ť─ç Bolek, co jest? Wygl─ůdasz jak jedno wielkie g├│wno. Chla┼ée┼Ť?
- I tak si─Ö te┼╝ czuj─Ö – mrukn─ů┼é. – Tak, chla┼éem i si─Ö schla┼éem. Po┼╝yczysz kasy? Nie mam nawet na cholerne ┼Ťniadanie.
- Oj, Bolek, Bolek – westchn─Ö┼éa dziewczyna si─Ögaj─ůc po torebk─Ö – kiedy ty si─Ö w ko┼äcu nauczysz pi─ç jak kulturalny cz┼éowiek?
- Jak nie będę oblewał zaliczenia roku.
- O? Ju┼╝ zaliczy┼ée┼Ť? Niez┼éy jeste┼Ť – w g┼éosie dziewczyny mo┼╝na by┼éo wyczu─ç podziw.
- Po prostu mia┼éem farta i tyle. Dzi─Öki za kas─Ö, oddam jak tylko b─Öd─Ö m├│g┼é. Czyli nie wiadomo kiedy – doda┼é w my┼Ťlach.
Poszed┼é do pobliskiego sklepu, kupi┼é co┼Ť na ┼Ťniadanie, piwo na kaca i gazet─Ö z og┼éoszeniami. Skoro sesja ju┼╝ zaliczona, czas pomy┼Ťle─ç o znalezieniu jakiej┼Ť roboty na wakacje. Do domu nie chcia┼é wraca─ç. Nie mia┼é po co. Starszy brat Juliusz mia┼é pretensj─Ö, ┼╝e Bolek zamiast harowa─ç w polu jak on i starzy, postanowi┼é wyjecha─ç do miasta i tam si─Ö kszta┼éci─ç, tam zdoby─ç zaw├│d i tam zosta─ç. Bolek dobrze wiedzia┼é, ┼╝e gdyby ich pos┼éucha┼é, to by sko┼äczy┼é jako parobek pod rz─ůdami brata. Nie mia┼éby nic do gadania, musia┼éby tylko zapierdala─ç w polu, babra─ç si─Ö w tym gnoju i ca┼éym pozosta┼éym syfie, a wszystkie dochody z roli zbiera┼éby Julek. Niestety brat by┼é niczym dyktator. By┼é w tym zreszt─ů podobny do ojca. Matka, cicha i zahukana kobieta, robi┼éa co kaza┼é najpierw ojciec, a potem tak┼╝e i Julek. Julek okaza┼é si─Ö zbyt t─Öpy, by si─Ö uczy─ç i edukacj─Ö zako┼äczy┼é ledwo na podstaw├│wce, za to okaza┼é si─Ö dobry do robienia w polu. Tak jak ojciec. Za to Bolek od male┼äko┼Ťci przejawia┼é nie tylko talent, ale i ch─Ö─ç do nauki. Na szcz─Ö┼Ťcie w wioskowej podstaw├│wce by┼é jeden m─ůdry nauczyciel, kt├│ry co┼Ť nim zauwa┼╝y┼é i jakim┼Ť cudem nam├│wi┼é rodzic├│w, by go pos┼éali dalej do szko┼éy. Poniewa┼╝ chodzi┼é do szko┼éy z internatem, wi─Öc m├│g┼é si─Ö spokojnie przystosowa─ç do ┼╝ycia w mie┼Ťcie i gdy w ko┼äcu poszed┼é na studia, nie zachowywa┼é si─Ö jak „wie┼Ťniak, co to miasta nie widzia┼é”. On ju┼╝ od dawna czu┼é si─Ö miastowy. Dlatego te┼╝, gdy po sko┼äczonym liceum ojciec za┼╝─ůda┼é, by wr├│ci┼é na gospodarstwo i pom├│g┼é bratu, on si─Ö zbuntowa┼é. Wtedy ojciec go wyp─Ödzi┼é z domu. Matka jak zwykle nic nie m├│wi┼éa, tylko cicho pochlipywa┼éa za plecami ojca, a Juliusz w zupe┼éno┼Ťci popiera┼é ojca. Na szcz─Ö┼Ťcie czasie nauki w liceum uda┼éo mu si─Ö zarobi─ç jakie┼Ť pieni─ůdze na dorywczych pracach, wi─Öc m├│g┼é jako┼Ť utrzyma─ç si─Ö na pierwszym roku studi├│w, A ten nauczyciel, kt├│ry przekona┼é go do dalszej nauki, zap┼éaci┼é za jego akademik. By┼é mu za to cholernie wdzi─Öczny i obieca┼é, ┼╝e jak ju┼╝ zarobi swoj─ů pierwsza pensj─Ö, odda wszystko co do grosza. I chocia┼╝ musia┼é ogl─ůda─ç ka┼╝d─ů z┼éot├│wk─Ö po dziesi─Ö─ç razy i zastanawia─ç si─Ö czy aby na pewno potrzebuje tego, co w┼éa┼Ťnie chce kupi─ç, to jednak cieszy┼é si─Ö, ┼╝e wyrwa┼é si─Ö z tej wiochy.
Prze┼╝uwaj─ů powoli ┼Ťniadanie, kt├│re jad┼é tylko dlatego, ┼╝e musia┼é co┼Ť zje┼Ť─ç, przegl─ůda┼é og┼éoszenia. Niestety w tym tygodniu by┼éo ich wyj─ůtkowo ubogo, je┼Ťli chodzi o prac─Ö na wakacje. W pewnym momencie znalaz┼é jedno, kt├│re go wyra┼║nie zainteresowa┼éo. Kto┼Ť poszukiwa┼é gosposi na dochodne dla ekscentrycznego m─Ö┼╝czyzny, chocia┼╝ opcja zamieszkania te┼╝ wchodzi┼éa w gr─Ö. Nie zastanawiaj─ůc si─Ö wyci─ůgn─ů┼é z kieszeni kom├│rk─Ö i wykr─Öci┼é numer.
- Janowska, s┼éucham? – bardzo szybko w s┼éuchawce odezwa┼é si─Ö mi┼éy kobiecy g┼éos.
- Dzień dobry, ja w sprawie ogłoszenia.
- Kt├│rego?
- No, tego o gosposi dla ekscentrycznego m─Ö┼╝czyzny.
- A, tego – Bolek mia┼é wra┼╝enie, ┼╝e w g┼éosie kobiety s┼éycha─ç by┼éo zaw├│d. – Je┼Ťli nie jeste┼Ť kobiet─ů, to og┼éoszeni raczej jest nieaktualne.
- Jest pani rasistk─ů – wypali┼é bez zastanowienia. Kac nie pozwala┼é mu my┼Ťle─ç logicznie i zmusza┼é j─Özyk do m├│wienia rzeczy, kt├│rych by normalnie nie powiedzia┼é.
- S┼éucham?! – Rozm├│wczyni wyra┼║nie zdenerwowa┼éa si─Ö.
- Rasista to cz┼éowiek kieruj─ůcy si─Ö uprzedzeniami.
- Wiem kto to jest rasista – warkn─Ö┼éa. – Jakim prawem tak mnie nazywasz?!
- Najpierw walczycie o r├│wnouprawnienie, chc─ůc robi─ç to samo co faceci, a jak facet chce robi─ç to, co do tej pory by┼éo tylko domen─ů bab, to nagle si─Ö okazuje, ┼╝e nie ma r├│wnouprawnienia? To jest rasistowskie podej┼Ťcie.
Kobieta parskn─Ö┼éa ┼Ťmiechem.
- Dobry jeste┼Ť – stwierdzi┼éa z podziwem. Po wcze┼Ťniejszej z┼éo┼Ťci nie by┼éo ju┼╝ ┼Ťladu. – Je┼╝eli w pracach domowych te┼╝ jeste┼Ť taki aparat, to mo┼╝e ci─Ö wezm─Ö.
- Znaczy dostan─Ö t─ů prac─Ö?
- Nie tak pr─Ödko, m├│j drogi. Najpierw musz─Ö zobaczy─ç czy si─Ö nadajesz, no i czy sam nie stwierdzisz, ┼╝e to jednak robota nie dla ciebie.
- Dlaczego niby mia┼ébym tak stwierdzi─ç? – zdziwi┼é si─Ö. – Nie boj─Ö si─Ö prac domowych.
Kobieta westchnęła.
- Sam si─Ö przekonasz. Zanotuj adres.
- Chwileczk─Ö! – zacz─ů┼é panikowa─ç, bo jak na z┼éo┼Ť─ç nie m├│g┼é znale┼║─ç ┼╝adnego d┼éugopisu. W ko┼äcu co┼Ť znalaz┼é i starannie zanotowa┼é podany przez rozm├│wczyni─Ö adres. Troch─Ö si─Ö zdziwi┼é, gdy us┼éysza┼é, ┼╝e to wydawnictwo, ale nic nie powiedzia┼é.
- To jest moje miejsce pracy, na miejsce twojej pracy dojedziemy moim samochodem. Nazywam si─Ö Marta Janowska.
- Bolek Kamie┼äski – odpar┼é odruchowo.
- W takim razie, do zobaczenia o szesnastej, Bolek – powiedzia┼éa kobieta i roz┼é─ůczy┼éa si─Ö.
- O kurwa – j─Ökn─ů┼é, gdy w ko┼äcu do niego dotar┼éo, ┼╝e w┼éa┼Ťnie znalaz┼é sobie prac─Ö. Chocia┼╝ kobieta zastrzega┼éa, ┼╝e to nic pewnego, ale on by┼é pe┼éen optymizmu. – Chyba ten fart z egzamin├│w jeszcze na mnie dzia┼éa. – U┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö zadowolony. Jednak szybko u┼Ťmiech znikn─ů┼é z jego twarzy, gdy przypomnia┼é sobie swoje odbicie w lustrze. J─Ökn─ů┼é. Poniewa┼╝ nie mia┼é nic specjalnie do roboty, postanowi┼é przespa─ç ten czas, kt├│ry mu pozosta┼é do spotkania, mo┼╝e chocia┼╝ pozb─Ödzie si─Ö kaca. Zajrza┼é do mapy, ┼╝eby wyliczy─ç ile mniej wi─Öcej b─Ödzie musia┼é po┼Ťwieci─ç czasu na dotarcie, po czym zepchn─ů┼é wci─ů┼╝ ┼Ťpi─ůcego Marka na koniec ┼é├│┼╝ka, nastawi┼é budzik i po┼éo┼╝y┼é si─Ö. zasn─ů┼é do┼Ť─ç szybko.
Kiedy si─Ö obudzi┼é, tu┼╝ zanim zadzwoni┼é budzik, stwierdzi┼é, ┼╝e Marka ju┼╝ nie by┼éo, ale niespecjalnie si─Ö tym przej─ů┼é. Nie pierwszy to i pewnie nie ostatni raz, gdy osoba, kt├│r─ů nocowa┼é we w┼éasnym ┼é├│┼╝ku zmywa┼éa si─Ö bez s┼éowa podzi─Ökowania. Wyk─ůpa┼é si─Ö i ogoli┼é bez po┼Ťpiechu. Tym razem patrz─ůc w lustro stwierdzi┼é, ┼╝e wygl─ůda ju┼╝ lepiej. Jeszcze tylko jaki┼Ť obiad i b─Ödzie mo┼╝na rusza─ç do roboty. Wyszed┼é z akademika i przeszed┼é do budynku w kt├│rym znajdowa┼éa si─Ö sto┼é├│wka. Na szcz─Ö┼Ťcie kolejka posuwa┼éa si─Ö szybko, a pe┼ény ┼╝o┼é─ůdek mi┼éo rozleniwi┼é i nape┼éni┼é spor─ů porcj─ů optymizmu. Ruszy┼é w stron─Ö swojej przysz┼éej pracy. Los tez mu dzisiaj wyj─ůtkowo sprzyja┼é, bo wprawdzie musia┼é si─Ö a┼╝ dwa razy przesiada─ç, to jednak nie musia┼é d┼éugo czeka─ç na kolejny autobus.
W ko┼äcu dojecha┼é na miejsce. Jak si─Ö okaza┼éo by┼é nim wysoki na pi─Ö─çdziesi─ůt pi─Öter oszklony wie┼╝owiec, kt├│ry czasami zdarza┼éo mu si─Ö mija─ç, a jeszcze cz─Ö┼Ťciej ogl─ůda─ç. Z racji swojej wysoko┼Ťci by┼é widziany z ka┼╝dego budynku w kt├│rym mia┼é zaj─Öcia. Wszed┼é do ┼Ťrodka. Pierwszym, co mu si─Ö rzuci┼éo w oczy, by┼éa kanciapa stra┼╝nik├│w i biurko za kt├│rym siedzia┼éy dwie m┼éode dziewczyny. Na ┼Ťcianie przeciwleg┼éej do biurka wisia┼éa tablica z wypisanymi firmami znajduj─ůcymi si─Ö budynku. Spojrza┼é na kartk─Ö, na kt├│rej zanotowa┼é adres. Wydawnictwo”Feniks”, pok├│j 3014, pi─Ötro 30. Spojrza┼é na tablic─Ö. Okaza┼éo si─Ö, ┼╝e wydawnictwo zajmowa┼éo pi─Ötra od 30 do 33.
- Spore to wydawnictwo – mrukn─ů┼é, po czym poszed┼é do windy. Szybko odnalaz┼é w┼éa┼Ťciwy pok├│j. Ju┼╝ mia┼é zapuka─ç, gdy nagle drzwi si─Ö otworzy┼éy i wypad┼é przez nie jaki┼Ť m─Ö┼╝czyzna z ogromn─ů stert─ů papier├│w w r─Ökach. Bolek w ostatniej chwili instynktownie odskoczy┼é, dzi─Öki czemu nie dosz┼éo do kolizji. Ku jego zaskoczeniu m─Ö┼╝czyzna zostawi┼é otwarte drzwi. Nie zastanawiaj─ůc si─Ö d┼éu┼╝ej wszed┼é do ┼Ťrodka. I wpad┼é na jak─ů┼Ť kobiet─Ö z panik─ů w oczach.
- Pan do kogo? – zapyta┼éa, kiedy pomaga┼é jej wsta─ç z pod┼éogi.
- Szukam pani Marty Janowskiej.
- Marchewa! – wrzasn─Ö┼éa kobieta w g┼é─ůb pokoju, kt├│ry okaza┼é si─Ö na tyle du┼╝y, ┼╝e ustawiono w nim kilkana┼Ťcie biurek poprzedzielanych ┼Ťciankami dzia┼éowymi. – Gdzie jest Marchewa?!
- Tu jestem. Czego si─Ö tak drzesz? - Nad jedn─ů ze ┼Ťcianek pokaza┼éa si─Ö twarz kobiety oko┼éo czterdziestoletniej okolona wr─Öcz bij─ůcymi w oczy swym kolorem rudymi w┼éosami. Nawet z daleka wida─ç by┼éo, ┼╝e w┼éa┼Ťcicielka zupe┼énie nie przejmuje si─Ö fryzurami i spina w┼éosy byle jak i czym popadnie.
- Jakie┼Ť m┼éode ciacho do ciebie – odkrzykn─Ö┼éa kobieta i nie czekaj─ůc na reakcj─Ö wysz┼éa z pokoju. Dzi─Öki temu nie zauwa┼╝y┼éa zak┼éopotania na twarzy Bolka.
Kiedy kobieta podesz┼éa do ch┼éopaka okaza┼éo si─Ö, ┼╝e z w┼éos├│w wystaje jej d┼éugopis i jaki┼Ť drut.
- Praktyczna spinka do w┼éos├│w – stwierdzi┼é z u┼Ťmiechem na twarzy, a gdy kobieta zmarszczy┼éa twarz, pr├│buj─ůc zrozumie─ç sens wypowiedzi, Bolek bez ostrze┼╝enia wyci─ůgn─ů┼é z w┼éos├│w obie oryginalne spinki. W┼éosy b┼éyskawicznie rozpu┼Ťci┼éy si─Ö i opad┼éy lokami na ramiona.
- O, m├│j drut do rob├│tki! – Kobieta wyra┼║nie ucieszy┼éa si─Ö. – W ko┼äcu b─Öd─Ö mog┼éa sko┼äczy─ç szalik. A zastanawia┼éam si─Ö gdzie go posia┼éam. Dzi─Öki – powiedzia┼éa, po czym znowu zamota┼éa byle jak w┼éosy i wsadzi┼éa w nie drut. – Tak go nie zgubi─Ö – wyja┼Ťni┼éa widz─ůc zdziwion─ů min─Ö Bolka. – Pan do mnie? – zapyta┼éa bardziej konkretnym tonem.
- Bolek Kamie┼äski – odpar┼é wyci─ůgaj─ůc r─Ök─Ö na powitanie – Byli┼Ťmy um├│wieni.
- A, racja! W sprawie pracy. W takim razie chod┼║my, wszystko opowiem ci po drodze. Tylko wezm─Ö torebk─Ö – wr├│ci┼éa do swojego biurka i minut─Ö potem by┼éa ju┼╝ z powrotem z ogromn─ů torb─ů przypominaj─ůc─ů worek, na ramieniu.
Wyszli przed budynek i wsiedli do stoj─ůcego na parkingu tu┼╝ przed wej┼Ťciem samochodu.
- Wi─Öc sprawa wygl─ůda tak – m├│wi┼éa kobieta prowadz─ůc samoch├│d – Jestem agentk─ů pewnego pisarza. Nazwisko nieistotne – doda┼éa szybko, jakby czyta┼éa w my┼Ťlach pasa┼╝era – wystarczy, ┼╝e b─Ödziesz wiedzia┼é, ┼╝e jest do┼Ť─ç s┼éawny, dlatego ukrywa si─Ö za pseudonimem literackim. Nie lubi s┼éawy i tego ca┼éego cyrku z ni─ů zwi─ůzanego. Znaczy nie pokazuje si─Ö publicznie, a wszelkie nagrody za ksi─ů┼╝ki musze ja odbiera─ç w jego imieniu. Na pocz─ůtku pr├│bowa┼éam z tym walczy─ç, ale jak w niekt├│rych kwestiach uda┼éo mi si─Ö co┼Ť wywalczy─ç, tak w tej jest kompletnie nieugi─Öty. Niestety jak ka┼╝dy pisarz zupe┼énie nie zwraca uwagi na otoczenie, ca┼éy czas skupiaj─ůc si─Ö na pisaniu. Cz─Östo nawet zapomina o umyciu si─Ö i zjedzeniu czegokolwiek, nie wspominaj─ůc ju┼╝ o sprz─ůtaniu, a ma pi─Öciopokojowe mieszkanie. Chocia┼╝ tak w┼éa┼Ťciwie nie wiem po co tyle pokoi, jak na dobr─ů spraw─Ö u┼╝ywa tylko jednego, w kt├│rym ┼Ťpi i pracuje. No ale c├│┼╝, sta─ç go by┼éo na tak─ů fanaberi─Ö, to se kupi┼é. O, ju┼╝ jeste┼Ťmy na miejscu – doda┼éa zatrzymuj─ůc si─Ö.
Wysiedli przed blokiem z furtk─ů z domofonem i budk─ů stra┼╝nika.
- Dzie┼ä dobry, pani Marto – odezwa┼é si─Ö niem┼éody ju┼╝ stra┼╝nik, wychodz─ůc z budki.
- Dzień dobry, panie Wiesławie. Jak dzisiaj zdrowie? A wnuki jak?
- A dzi─Ökuj─Ö, pani Marto, zdrowie, na szcz─Ö┼Ťcie, wci─ů┼╝ dopisuje, a wnuki rosn─ů jak na dro┼╝d┼╝ach.
- Niech mi pan przypomni w przysz┼éym tygodniu, mam darmowe bilety do teatru na dowolne przedstawienie. B─Öd─ů idealne na urodziny dla wnuk├│w.
- Ale┼╝ nie trzeba, pani Marto – odpar┼é stra┼╝nik z zak┼éopotaniem.
- Ale mam ochot─Ö, panie Wies┼éawie – poklepa┼éa m─Ö┼╝czyzn─Ö po ramieniu – i nie chc─Ö s┼éysze─ç ┼╝adnego sprzeciwu. Wol─Ö ┼╝eby dosta┼é te bilety kto┼Ť, komu sprawi─ů one przyjemno┼Ť─ç ni┼╝ jaki┼Ť dupek, kt├│ry b─Ödzie uwa┼╝a┼é, ┼╝e to mu si─Ö nale┼╝─ů jak psu micha.
- Oj, moje szkraby na pewno si─Ö uciesz─ů. Jeszcze nigdy nie by┼éy w teatrze.
- No widzi pan. To niech pan sprawdza, kiedy b─Ödzie jakie┼Ť przedstawienie dla dzieci i da mi zna─ç. Tylko to musi by─ç teatr „Kwadrat”.
- Będę pamiętał, pani Marto.
Kobieta u┼Ťmiechn─Ö┼éa si─Ö i wbi┼éa kod w domofon. Przeszli przez furtk─Ö i wtedy okaza┼éo si─Ö, ┼╝e s─ů na do┼Ť─ç sporym placyku otoczonym ze wszystkich stron wie┼╝owcami. Bolek doszed┼é do wniosku, ┼╝e albo dopiero co je zbudowano, albo kto┼Ť regularnie je wszystkie maluje, bo ┼Ťwie┼╝o┼Ť─ç a┼╝ bi┼éa po oczach. Je┼Ťli za┼Ť chodzi o „podw├│rko” to by┼é tu do┼Ť─ç spory plac zabaw dla dzieci otoczony drewnianym p┼éotkiem oraz co┼Ť w rodzaju mini parku, czyli soczy┼Ťcie zielona zadbana trawa, drzewa daj─ůce mn├│stwo cienia i ┼éawki. Weszli do jednej z czterech klatek w wie┼╝owcu na wprost furtki przez kt├│r─ů wcze┼Ťniej przeszli i wjechali na ├│sme pi─Ötro. Kobieta otworzy┼éa kluczem jedne z dwojga znajduj─ůcych si─Ö tam drzwi i weszli do ┼Ťrodka. Wn─Ötrze rozczarowa┼éo Bolka. Spodziewa┼é si─Ö nie wiadomo jakiego przepychu, a tu zobaczy┼é zwyk┼éy wieszak, szafk─Ö na buty i szaf─Ö ubraniow─ů kupione najprawdopodobniej w jakim┼Ť dyskoncie meblowym. Zacz─ů┼é si─Ö zastanawia─ç czy aby na pewno w┼éa┼Ťciciel mieszkania jest s┼éawnym pisarzem, czy mo┼╝e jednak wyolbrzymia jego osi─ůgni─Öcia ┼╝eby podbudowa─ç jego w─ůt┼ée ego.
- Nie rozbieraj si─Ö – powiedzia┼éa agentka kiedy chcia┼é ┼Ťci─ůgn─ů─ç buty.
Przeszli dalej, do salonu.
- Ja pierdol─Ö, ale syf – wyrwa┼éo si─Ö Bolkowi, kiedy zobaczy┼é pomieszczenie. Salon by┼é do┼Ť─ç spory i zape┼éniony jedynie niezb─Ödnymi meblami. By┼éa tu wi─Öc stoj─ůca na ┼Ťrodku pokoju ┼éawa ze szklanym blatem do tego sk├│rzana kanapa i dwa fotele. Lew─ů ┼Ťcian─Ö zajmowa┼é rega┼é wype┼éniony ksi─ů┼╝kami, natomiast po prawej stronie sta┼éa komoda z wisz─ůcym nad ni─ů na ┼Ťcianie do┼Ť─ç sporym telewizorem plazmowym, dwie w─ůskie oszklone szafy wype┼énione r├│┼╝nymi bibelotami i wisz─ůca, te┼╝ oszklona szafka, te┼╝ wype┼éniona r├│┼╝nymi bibelotami. Jednak tym, co najbardziej rzuca┼éo si─Ö w oczy by┼éy walaj─ůce si─Ö wsz─Ödzie cz─Ö┼Ťci garderoby, opakowania po pizzy i innych produktach ┼╝ywno┼Ťciowych, talerze z zaschni─Ötymi resztkami jedzenia. Do tego brud ┼Ťwiadcz─ůcy o tym, ┼╝e nikt kompletnie nie przejmowa┼é si─Ö dywanem i wchodzi┼é nie u┼╝ywaj─ůc w og├│le wycieraczki, kurz chyba centymetrowej grubo┼Ťci na meblach. Nie pytaj─ůc o pozwolenie Bolek przeszed┼é do kuchni i pozosta┼éych pokoj├│w. Nie wszed┼é tylko do jednego z nich, tego, kt├│rego drzwi by┼éy zamkni─Öte. Uzna┼é, ┼╝e to tam pewnie pracuje w tej chwili w┼éa┼Ťciciel tego burdelu, z kt├│rym nie mia┼é ochoty teraz si─Ö spotyka─ç.
- Czy on czasem nie ma jakiej┼Ť mani chomikowania? Tak zasyfi─ç mieszkanie… To zajmie sporo czasu zanim doprowadzi si─Ö je do porz─ůdku.
- Znaczy, ┼╝e rezygnujesz z tej pracy? – zapyta┼éa dziwnie zrezygnowana Janowska.