Jeden krok do miłości 12
Dodane przez Aquarius dnia Listopada 08 2014 12:46:13


Potrącił wciąż pozostającego w szoku Petera, który coś do niego próbował mówić, ale on go nie słyszał. Wybiegł z gabinetu, dobrze wiedząc, że zareagował zbyt późno. Powinien był od razu podążyć za Cody'm. Przystanął w pomieszczeniu, w którym pracował jego kochanek i rozejrzał się. Cody'ego nie było i coś ścisnęło jego serce. Bał się myśleć, czym to uczucie było.
Zauważył wpatrującą się w niego Agnes. Pozostałych pracowników ignorował, zapewne nigdy nie widzieli go bez jego zwyczajowego chłodu.
– Gdzie jest Cody? – Dopadł do Lands. – To twój kuzyn, musisz coś wiedzieć.
– Nie wiem, co pan mu zrobił. Cody był roztrzęsiony, chociaż udawał, że wszystko jest w porządku.
– Powiedział coś? – Musiał... Potrzebował go znaleźć.
– Miałam to dać za godzinę. – Wyciągnęła do niego rękę z kopertą.
James wyrwał kopertę i natychmiast otworzył. Nogi się pod nim ugięły, więc przysiadł na skraju jakiegoś biurka. W ręku trzymał wypowiedzenie z pracy w trybie natychmiastowym.
Nie pozwolę mu na to. Nie może stąd odejść. Nie może odejść ode mnie. Z drugiej strony, czy tak nie byłoby lepiej? Ułożyłbym sobie życie z kobietą, zapominając o romansie z mężczyzną. Tylko to nie jest zwykły mężczyzna, to Cody, a sama myśl, że miałbym nie trzymać go w ramionach, wypala mi w piersi dziurę.
W złości podarł kartkę i rzucił kawałki na podłogę.
– Jeśli myśli, że pozwolę mu odejść, to się grubo myli.
– Szef ma problemy? – zapytał Harry, który stanął obok mężczyzny.
– Przymknij się, Madson. Jeszcze jedno słowo, a stąd wylecisz na zbity pysk – syknął Harner prosto w twarz Harry'ego. – Za bardzo się tu rządzisz. Nieważne, że byłeś od początku w naszej drużynie, możesz szybko zakończyć karierę tutaj. Zejdź mi z drogi, jeżeli tego nie chcesz! – James zakończył swój wywód i wyjął telefon z kieszeni marynarki. Zadzwonił do Cody'ego, podczas gdy Madson uciszony wrócił do pracy.
Harner skierował się ku wyjściu. Musiał zacząć szukać kochanka i miał nadzieję, że ten jest jeszcze w budynku. Nie mógł tak szybko stąd wyjść, ale James nie był pewny, ile upłynęło czasu od tego, co mu zrobił, więc najwyżej znajdzie chłopaka w jego mieszkaniu, gdyby go tutaj nie było. Do tego denerwował się coraz bardziej, ponieważ Cody nie odbierał telefonów. Dotarło do Jamesa to, że popełnił duży błąd, ale teraz chciał to naprawić, przeprosić, a Cody swoim chowaniem się, ucieczką zachowywał się jak dziecko.
Przeszukał każdy korytarz i wybiegł na dwór. Przebiegł kawałek i rozglądał się wokół, ale wśród spieszących się za swoimi sprawami ludźmi nie widział Adisona. Jedynym wyjściem pozostało mieszkanie kochanka. Pobiegł na parking sprawdzając, czy ma przy sobie dokumenty i przy okazji zawiadomił telefonicznie Petera, że go nie będzie. Pewnie już wszyscy w agencji wiedzą o pocałunku i Jamesa to nie obchodziło. Liczyło się tylko jedno, odnalezienie i przeprosiny Cody'ego.

***


Następne dwie godziny spędził przed drzwiami mieszkania, w którym przez ostatnie tygodnie często bywał. Dzwonił, walił pięściami w przeklętą deskę i błagał, żeby Cody wyszedł, ale wyglądało na to, że albo nie chce mu otworzyć, albo go nie ma.
James popełnił błąd i teraz za to płaci. Oparł się o ścianę i zjechał po niej na podłogę, siadając na niej, nie przejmując się, iż płaska powierzchnia może być brudna. Podkulił kolana i oparł na nich ręce, ciężko wzdychając. Wypatrzył na przeciwnej ścianie lądującą muchę i obserwował każdy jej ruch. Wtedy widok zasłoniły mu kobiece nogi w czarnej spódniczce.
– Wiedziałam, że pan tu będzie. Nie mogę dodzwonić się do Cody'ego. Pan, widzę, też nie miał szczęścia.
– Nie, Agnes, nie miałem. Co o nas wiesz? – wstał.
– Wiem, co was łączy. To znaczy seks, ale ze strony mojego kuzyna jest to coś więcej. – Wyjęła z torebki klucze i wsunęła jeden do zamka. – Zaraz zobaczymy, czy chowa się w mieszkaniu.
Weszła pierwsza i zastała ciszę, która ją zaniepokoiła, ale równie dobrze Cody mógł spać.
James zajrzał do kuchni. Na stole stał kubek po herbacie i talerzyk po śniadaniu, jakie zjadł jego kochanek. Powstrzymał się przed wrzuceniem ich do zlewu. W zamian zacisnął pięści i poszedł do sypialni. Agnes akurat wyszła z łazienki.
– Patrzyłam, w sypialni go nie ma – powiedziała. – Zadzwonię do jego rodziców, może tam jest. Czasami chował się w swoim starym pokoju na poddaszu, gdy coś go bolało. – Rzuciła w Jamesa bojowym wzrokiem, przystawiając telefon do ucha. – Halo, ciociu. Słuchaj, szukam Cody'ego. Jego telefon nie odpowiada, a mam pilną sprawę. Nie ma go czasem u was? … Nie ma? – Słysząc to, James opadł z rezygnacją na kanapę. – A nie wiesz, gdzie może być? … Aha. Dziękuję, ciociu. Do widzenia. – Rozłączyła się.
– I?
– Słyszałeś, nie ma go. Ostatnio widzieli go przedwczoraj. Teraz słuchaj. – Podparła się pod boki. – Nie myśl, że będę mówić ci na „pan”, nie zasługujesz na to. Peter powiedział, co się stało, więc całe biuro o wszystkim wie. Przeciwnicy Cody'ego mają go teraz za homo-nie-wiadomo, co dobiera się do heteryków. Pozostali domyślają się, że to nie sam Cody lepił się do ciebie, tylko działo się to ze wzajemnością. Madson łazi i powtarza, że miał rację. Każdy wysnuwa swoje przypuszczenia, plotki. Szczególnie ci, co nie lubili mego kuzyna, robią z niego czarną owcę. Masz wszystkim wyjaśnić, jaka jest prawda o ile zależy ci na Cody'm – mówiła spokojnie, z czego była dumna, ponieważ sądziła, że jak znajdą się sami, to powyrywa mu te ładnie poukładanie włoski. Tak nie zrobiła, ponieważ ze swego doświadczenia wiedziała, że nie raz ludzie się ranią, robią coś nagłego i każdemu trzeba dać szansę. Tym bardziej, że widziała zmartwienie w oczach mężczyzny, a Cody przecież go kochał. – Jak ci na nim nie zależy, to nie zawracaj mu więcej głowy, daj mu spokój, pozwól odejść, nie szukaj go.
– Pomóż mi go odnaleźć – poprosił, a ona tylko na to czekała.

***


Dwa dni później James i Agnes pojechali zawiadomić rodziców Cody'ego o zniknięciu. Podejrzewali, że państwo Adison będą panikować i dzwonić po policję, ale nic takiego nie miało miejsca, co oznaczało, że doskonale wiedzieli, gdzie jest ich syn. Błagali, żeby powiedzieli im o miejscu pobytu Cody'ego, ale rodzice się uparli i nie chcieli nic zdradzić. Do tego Lands była pewna, że kuzyn opowiedział im o Jamesie, bo teraz ugościli go, ale nie byli zbyt mili dla niego, co potwierdziła matka chłopaka.
– Był pan kochankiem naszego syna i to pan sprawił, że Cody jest załamany.
– Byłem i nadal chciałbym być jego partnerem. Skrzywdziłem go, ale nie ma ludzi, którzy nie popełniają błędów. Chcę to naprawić, w tym celu muszę wiedzieć, gdzie on jest.
– Cody powiedział, że nic mu nie jest i musi wrócić do normalności – odezwał się pan Adison. – Zabronił nam mówić, nawet tobie, Agnes, w jakim miejscu się znajduje. A pan, jak go będzie chciał znów mieć przy sobie, to go pan znajdzie.
– Znajdę go, choćbym miał przekopać cały świat. – James wstał z sofy i podziękował za kawę oraz ciasto, które ledwie tknął. Od dwóch dni nic nie jadł, mało spał, praca go nie interesowała, poprzesuwał wszystkie ważne spotkania na inne terminy. Bał się o Cody'ego i tęsknił za nim. Zaczynał rozumieć swoje uczucia, emocje, jakie nim targały, a wszystkie myśli, że chce związać się z kobietą, wyrzucił do kosza. James chce się związać, ale tylko z jedną osobą, ważną dla niego. Tylko czemu zaczynał poznawać prawdę dopiero teraz, gdy zranił i tęsknił? Dlaczego teraz pozwolił dojść do głosu swemu sercu?

Tego samego dnia wieczorem siedział w sypialni na fotelu, gapiąc się tępo w sufit. Nie zwracał uwagi na Sarah, która prosiła go, by się z nią pobawił. On odmawiał, a ona zmartwiona wychodziła. Vicky, jak to ona, większość czasu milczała. James wiedział, że oddala się od rodziny, ale musiał pobyć sam. Nie potrafił powiedzieć im, z jakiego powodu cierpi, że jego dusza była teraz w piekle, a ogień spalał ją na popiół. Wszystko zniszczył i nie pozwalano mu tego naprawić.
Zamknął oczy, dając im odpocząć, a gdy po kilku minutach podniósł powieki, ujrzał siedzącego przed nim Alexa. Jego pośladki wygodnie spoczywały na stoliku.
– Co, brachol? Dlaczego wyglądasz, jakby ktoś cię przeżuł i wypluł? Zakochałeś się? – zażartował szesnastolatek.
– Trafiłeś w dziesiątkę – powiedział słabo.
– Znów sprowadzisz tu jakąś wywłokę? – Alex skrzywił się.
– Co ty masz do tych kobiet?
– Do kobiet nic. Mam coś do tych piskliwych fląder, jakie tu sprowadzałeś. Kobietą jest Chloe, a te wiedźmy są głupie i chcą tylko twojego nazwiska i kasy. Co to za jędza? – Nie wierzył, że znów w tym domu pojawi się ktoś taki jak Marisa.
– To Cody – szepnął James.
– Dlaczego ty... Coś ty powiedział? – Teraz to nachylił się ku niemu, omal nie spadając z blatu.
James podparł brodę na dłoni i popatrzył na brata. Powinien być z nim szczery do końca.
– Cody jest moim kochankiem od kilku tygodni, a ja jestem biseksualny i dowiedziałem się tego podczas gorącego pocałunku z Adisonem – wypalił.
– O ja cię kręcę. – Alex wstał i zaczął przechadzać się po pokoju, odgarniając włosy do tyłu. – O, kurczę. Przecież ty zawsze... Wiem teraz, że było inaczej, nie odepchnąłeś mnie, ale ty? – Usiadł na łóżku brata, teraz starannie zaścielonym i przykrytym bordową kapą.
– Uwierz, że sam, byłem w wielkim szoku. Okazuje się, że w twoim wieku odrzuciłem część siebie i ujawniło się to teraz. Wiesz, jak wirus noszony w człowieku przez lata, siedzi sobie i czeka na jakiś impuls.
– I ty dostałeś ten „impuls”? – zapytał Alex.
– Cody założył się z kimś, że mnie uwiedzie, a dowodem wygrania zakładu był pocałunek. Cody powiedział mi o tym, byłem wściekły, ale potem przemyślałem wszystko, a w grę wchodziło dużo i go pocałowałem przy całym biurze.
– Rety, ale jazda. I co, spodobało ci się? – Oczka mu się zaszkliły.
– Tak i nie. Od tego czasu do teraz wiele się zmieniło – powiedział James. Fajnie mu się rozmawiało w bratem.
– Spałeś z nim?
– Tak. – Proste odpowiedzi zawsze wszystko mówiły lepiej.
– Ja jeszcze nie spałem ze Stevenem, mimo że wiem, kim jestem i nie znam go od miesiąca, a ty… I kto kogo poucza.
– Też nie znam Cody'ego od miesiąca – zaznaczył mężczyzna. Założył nogę na nogę, a dłonie splótł na kolanie.
– Ale czemu jesteś taki... – z braku słowa przesunął ręką w powietrzu, w ten sposób pokazując, o co mu chodzi.
– Głupota nie zna granic, braciszku.

Godzinę później Alex był zaznajomiony ze wszystkim i nie potrafił opanować złości.
– Gdyby mi Steven coś takiego zrobił, najpierw rozkwasiłbym mu nos, a potem kazał wypierdalać, a jeszcze później pewnie poszedłbym gdzieś ryczeć. Nie patrz tak, potrafię płakać, ale nie jestem mazgajem – dodał Alex. – Gdyby było na odwrót, to bym szukał swego faceta, żeby go błagać o wybaczenie. Ty co robisz? Siedzisz i się nad sobą użalasz, zamiast działać. Nie ma Cody'ego w mieście? Może wyjechał. Pomyślałeś o sprawdzeniu jego kart kredytowych? Pamiętasz swego kumpla policjanta? Odśwież znajomość i niech się dowie, gdzie płacił Cody. A potem znajdź go i przywieź tutaj. Ja i dziewczynki wybierzemy się wtedy do Chloe, zostawiając wam dom. A teraz wstawaj i idziemy małym powiedzieć, że ich najstarszy brat ma chłopaka, młodszy też. – Złapał brata za rękę i zmusił do wstania.
– Nie mam chłopaka, co najwyżej mężczyznę. I nie będę im nic mówił. Skąd wiesz, że Cody zechce ze mną być?
– Bo wie, że jesteś idiotą. Gdybyś jeszcze nie powiedział tego, co palnąłeś, byłoby łatwiej. Ale nie masz co się zastanawiać przed czasem, najpierw go znajdź. – Dopiero wtedy Alex zobaczył, że nadal trzyma brata za rękę. Puścił ją, jakby ta parzyła. – A dziewczynkom faktycznie nic lepiej na razie nie mówić. Znajdź numer tego swego kumpla i dzwoń. Zresztą, co ja ci będę mówić, ty tu jesteś dorosły. Ja idę powiedzieć Stevenowi, że mój brat jest biseksualny. I wiesz co? Wolę już Cody'ego, fajny gość, niż te wypindrzone laski – rzucił entuzjastycznie, opuszczając pokój.
James rozumiał, że Alex ma rację i podsunął mu dobry pomysł z tymi kartami, o ile jakiejś Adison użył. Chociaż nie podejrzewał, że mężczyzna miał cały bloczek takich kart, jak on. Warto spróbować. Znajdzie Cody'ego i sprowadzi go tutaj, choćby siłą, a wtedy pokaże mu, co znaczy kochać.

***


Ranek kolejnego już dnia przywitał Jamesa informacją, na jaką czekał. Cody wypożyczył samochód z wypożyczalni, jaka działała w pobliżu agencji. Tylko pytaniem było, gdzie chłopak jest. Od tego momentu nie płacił kartą. Kolega podpowiedział mu, że takie firmy zakładają GPSy i powinni wiedzieć, gdzie jest ich samochód. Trudnością jest to, że mu nie powiedzą o pozycji auta, ale James się tym nie zraził. Będąc na tropie kochanka, postanowił, że jakieś durne prawo go nie powstrzyma. Dlatego teraz wchodził do wypożyczalni z pewną siebie miną.
– Dzień dobry. – Uśmiechnął się najpiękniej, jak umiał do kobiety siedzącej za kontuarem. Na szczęście była sama w pomieszczeniu, więc liczył, że jego urok osobisty ją przekona.
– Dzień dobry. W czym mogę pomóc? – zapytała szatynka o szarych oczach i czerwonych wargach. Jamesowi od razu przyszło na myśl, jak wcześniej mógł całować usta, na których była tona kosmetyku. Przecież lubił naturalność, a Cody taki był.
– Mam nadzieję, że będzie mi pani bardzo pomocna. Mój kuzyn, Cody Adison, miał u państwa wynająć samochód i odłączyć się od rodziny na jakiś czas. Nie przewidział jednak, że nasza kochana ciocia Anastazja zemrze nocą. – James otarł wyimaginowaną łzę. – Cody bardzo kochał staruszkę i byłby niepocieszony, gdybym nie mógł go powiadomić o tragedii. – Oparł się łokciami na blacie, patrząc na kobietę smutno. – Niestety, jego telefon nie odpowiada, a ja nie wiem, gdzie mogę kuzyna znaleźć. Potrzebuję pani pomocy.
– Ale jak ja mogę pomóc? I bardzo panu współczuję. – Wyglądała na bardzo przejętą.
– Do państwa samochodów montowana jest nawigacja GPS i może by tak pani sprawdziła, gdzie znajduje się samochód.
– Nie mogę tego zrobić. Takie przepisy.
– Ale proszę pomyśleć o moim kuzynie i świętej pamięci cioci. – Złożył ręce jak do modlitwy. – Może pani sprawdzić, czy Cody wypożyczał samochód i parę innych rzeczy. Nikt się nie dowie.
Kobieta pomyślała chwilę, zanim zabrała głos:
– Szef się dowie, ale mogę mu powiedzieć, że tylko sprawdzałam, czy auto jest w naszym stanie.
– Proszę. To sprawa wielkiej wagi.
– Proszę tu poczekać. – Wskazała ręką krzesło i wyszła z pomieszczenia.
James usiadł coraz bardziej zdenerwowany, więc dla uspokojenia potarł dłońmi o granatowe jeansy. Układał sobie w myślach wszystko to, co powie Cody'emu, ale nijak nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Zda się na to, co powie w tamtej chwili, a resztę odda w ręce mężczyzny. Wstał, gdy kobieta podeszła do niego i powiedziała mu, w jakim miejscu przebywa samochód.
– Ale ja nic o tym nie wiem, jakby co – zaznaczyła.
– Mnie tu nie było. Mam jeszcze jedno pytanie. Czy jakby była taka sytuacja, że osoba, która wypożyczy pojazd nie może nim wrócić, to...
– Ktoś po auto pojedzie, trzeba tylko zadzwonić i podać czteroliterowe hasło, jakie jest na karcie, które otrzymuje kierowca.
– To chciałem wiedzieć. Wie pani, wiadomość o cioci może zdenerwować kuzyna, więc lepiej, żeby nie prowadził.
– Rozumiem.
– Dziękuję ślicznie i do widzenia. – Serce rwało się w drogę. Czekały go dwie godziny jazdy, ale warto było się przemęczyć, żeby zobaczyć osobę, za którą się tęskni całym sobą.
– Do widzenia.
Zanim wsiadł do swego samochodu, zadzwonił do domu i do Agnes. Poinformował wszystkich, gdzie jest Cody i że tam jedzie.


Nie przewidział, że po długiej podróży dotarcie na wyspę będzie wymagało wjazdu na prom i szlag go chciał trafić, bo nie mógł dostać się na drugi brzeg, ponieważ operator poszedł sobie na obiad. Minuty mijały, a James kręcił się wokół samochodu. Na szczęście nie tylko on czekał na prom, więc nie był w tym osamotniony, ale był najbardziej zdenerwowany. Nie potrafił czekać, bo był tak blisko, ale musiał to robić. Innej drogi na wyspę nie było.
Do grupy czekających osób dołączył młody chłopak, targając ze sobą bagaże. Postawił dużą torbę na trawie, a obok niego statyw oraz kilka drobniejszych rzeczy. Chłopak rozejrzał się wokół i napotkał jego wzrok. Skinął głową w geście mówiącym „dzień dobry” i wpatrzył się w wodę.
James nadal przyglądał się nieznajomemu i jako dobry samarytanin poszedł zapytać, czy chłopak nie potrzebuje podwiezienia. Sam nie chciałby tachać tylu rzeczy i liczyłby na to, że ktoś mu pomoże.
– Mogę panu pomóc z tymi bagażami?
Chłopak zamrugał szybko, nie spodziewając się towarzystwa. Natychmiast zreflektował się, gdy dotarło do niego, jakie padło pytanie.
– Chętnie skorzystam z pomocy. Przyjechałem autobusem. Jestem tu pierwszy raz. Mam na imię Caspian. – Wyciągnął do niego rękę.
James uścisnął podaną dłoń. Kątem oka zobaczył, że przewoźnik wraca na prom, a czekający wsiadają do swych samochodów.
– James. Pospieszmy się, bo odpłyną bez nas. – Schylił się po torbę i podniósł ją. – Co ty tam masz, cegły?
– Sprzęt fotograficzny i nie tylko. Poza ubraniami oczywiście. – Zabrał statyw i mniejsze rzeczy, aby zaraz spakować je do bagażnika samochodu mężczyzny.
– W samochodzie powiesz mi, gdzie cię wysadzić.
– Nie mam pojęcia, mam czekać na skrzyżowaniu dróg. Mówiłem, że jestem tu pierwszy raz. – Brązowe oczy uśmiechnęły się. W ogóle cały czas się śmiały.
– To zostawimy cię na pierwszym skrzyżowaniu. Wsiadaj. – Usiadł za kierownicą i gdy jego towarzysz zajął swoje miejsce, mógł ruszyć do Cody'ego.

***


Powinien już iść, ale siedzenie na tych skałach i patrzenie na rozciągające się przed nim widoki, pagórki, wodę uspokajało go. Przebywając na tej wyspie, a trafił na nią przypadkiem, po prostu jadąc przed siebie, podjął wiele ważnych decyzji. Głównie tych dotyczących jego życia. Był zły na siebie, że tak szybko się zakochuje, a w uczuciu do Jamesa wpadł po uszy. Bolało go zachowanie mężczyzny, ale już nie tak bardzo jak na początku. Przemyślał sobie wiele i to, co miał zrobić będzie trudne, ale miał dość kopniaków. Dlaczego zawsze trafiał na drani? Chyba taki jego los.
– Cody. – Prawie podskoczył, słysząc ten głos i omal nie zsunął się ze skały. Siedział na jednym z kilku głazów leżących na jednym z pagórków tuż przy oceanie.
James odczuł wielką ulgę, gdy go zobaczył. Kiedy wysadził Caspiana przy jedynym skrzyżowaniu w miasteczku, znalazł hotel, a tam poinformowano go, gdzie długie dni spędza jego kochanek. Obecnie widział go i miał ochotę pobiec do niego i objąć, ale wiedział, że to, co teraz powie, może zaważyć na tym, czy spędzi przyszłość z tym mężczyzną czy sam.
– Co ty tu robisz?! – Naskoczył Cody, wstając. – Jak mnie znalazłeś?
– Mam swoje sposoby. Potrzebowałem cię odnaleźć, żeby przeprosić – wyznał skruszony i zbliżył się do mężczyzny. – To, co zrobiłem, było złe. Nie powinienem był. Wystraszyłem się, zareagowałem automatycznie, ale żałuję tego. Natychmiast żałowałem. Wybacz mi, Cody. Tęskniłem za tobą. – Był na tyle blisko, więc porwał go w ramiona, ale Cody zaczął się wyrywać i musiał go puścić.
– Tęskniłeś? Żałujesz? Och, mam nadzieję, że żałujesz, ty draniu! Wiesz, co poczułem?! Co poczułem w stosunku do tamtej chwili i reszty, kiedy byliśmy razem?! Miałeś ze mnie niezły ubaw przez ten czas, co?!
– Nie bawiłem się tobą. Nigdy. Chcę być z tobą, chcę, byś wrócił ze mną do domu.
– Zamknij się! Mieszasz mi w głowie. Przebywając tutaj, postanowiłem, co zrobię, a ty to chcesz zepsuć. – Chwycił się za włosy. Były rozpuszczone, a wiatr bawił się nimi.
– Co postanowiłeś?
– To, że między nami koniec. Koniec z moją pracą u ciebie, ze wszystkim. Wyjadę i zacznę życie od nowa.
– Nie pozwolę ci na to. Chcę, byśmy byli razem i wiem, że ty też tego chcesz. – Złapał go za ramiona i patrzył smutnym wzrokiem. – Zachowałem się jak nieczuły drań, bo...
– Bo co? Bo Peter cię zobaczył? Co będzie następnym razem, jak ktoś nas zobaczy? Nie chcę być już tajemnicą. Nawet twoją, więc wolę odejść.
– Nie będzie następnego razu, Cody. – Ponownie przyciągnął go do siebie i objął.
– Nie będzie, bo nie będziemy razem. I przestań mnie przytulać! – Znów się wyrwał. – Sądzisz, że przyjedziesz, przeprosisz i będzie dobrze?
– Kocham cię, Cody.
Słysząc to, Adison zamarł. Nie wiedział, co robić, poza jedną rzeczą. Zacisnął pięść i zamachnął się na szczękę mężczyzny, w ostatniej chwili otwierając dłoń, więc James dostał tylko solidny policzek, który i tak odrzucił mu głowę na bok.
– Ty sukinsynu, sądzisz, że teraz padnę ci w ramiona i też wyznam miłość?! – Zacisnął pięści na jego swetrze.
– Nie musisz nic wyznawać. Wszystko zrozumiałem. Poza tym w jakiś sposób byłeś dla mnie ważny od chwili, kiedy dałem ci pracę. Cody, nawet nie wiesz, do jakiego szału mnie doprowadzałeś. Nie wiedziałem tylko, jaki jest tego powód.
– Teraz mi powiesz, że pożądałeś mnie od miesięcy. Pieprz się, James – syknął mu prosto w twarz.
– Nie wiem, ale wiem, co teraz czuję. – Objął jego twarz dłońmi. – I nie chcę, byś był moją tajemnicą. Nie powinienem był cię o to prosić, byłem egoistą. Chcę powiedzieć wszystkim, kim dla siebie jesteśmy. – Pogłaskał mu policzki kciukami. – Alex już o nas wie, teraz kolej na dziewczynki, pracę i innych. Tylko daj mi jeszcze jedną szansę. – Ucałował mu usta.
– Dam ci szansę, a potem znów...
– Nie obiecuję ci wyłożonej kwiatami drogi, bo znajdą się na niej również chwasty, ale przysięgam, że będę się starał. – W oczach Jamesa pojawiły się łzy szczerości i nadziei.
– Pewnie nie raz się pożremy. – Nie potrafił się więcej opierać. Kochał tego faceta.
– I pogodzimy. Wracaj ze mną do domu, kochanie.
– Kocham cię, James – powiedział i nic już nie pozwolił mężczyźnie dodać. Pocałował go i wkrótce ich wargi oraz języki tańczyły w szalonym, obiecującym tańcu.
– To teraz do domu. – Powiedział James, kiedy z trudem się od niego oderwał i nareszcie mógł go trzymać w ramionach. Swoje szczęście. To, czego zawsze szukał.