Jeden krok do miłości 4
Dodane przez Aquarius dnia Wrze¶nia 13 2014 20:44:17


Rozdział 4

Wściekłość, nawet po wielu godzinach, targała nim na wszystkie strony. Jak ten pieprznięty Adison śmiał go tknąć?! Znalazł sobie obiekt zakładu! Co za świr! I jeszcze jak go trzymał! Jak panienkę, żeby mu nie uciekł. James zazgrzytał zębami, schodząc na parter. Jak go zobaczy, to nogi z dupy mu powyrywa, a najlepiej skopie do nieprzytomności.
Wszedł do kuchni, gdzie jego rodzeństwo jadło śniadanie przygotowane przez Natalie, zastępczynię Chloe. Dziewczyna o niebiesko-czarnych włosach przywitała się z nim i z trudem powstrzymał się przed zawarczeniem na nią. Dlatego, że były tu dzieci.
– Nasz brat nie w humorze – zacmokaÅ‚ Alex.
– Pilnuj wÅ‚asnego nosa. – James ostrzegÅ‚ go tymi sÅ‚owami, że jak jeszcze coÅ› powie, to bÄ™dzie źle. Alex już nie byÅ‚ dzieciakiem.
– Nie odzywaj siÄ™ tak do Alexa. CiÄ…gle siÄ™ kłócicie – wtrÄ…ciÅ‚a Sarah. TrzymaÅ‚a w rÄ™ku maÅ‚y, kolorowy kubek w ksztaÅ‚cie gÅ‚owy misia.
James obrzucił ją cieplejszym wzrokiem, a także cichą Victorię. Wziął filiżankę z kawą i podszedł do okna. Wisiała na nim biała firanka w fantazyjne wzory. Za nią na parapecie stało jakieś zielsko, ale mężczyzny to nie interesowało. Spojrzał przez szklaną taflę. Na dworze świeciło słońce. Pomimo tego dzień zapowiadał się na chłodniejszy od tego wczorajszego. Wskazywała na to nie tylko temperatura, chociaż w ciągu dnia z dziesięciu stopni się podniesie, na termometrze wiszącym zamocowanym do ramy okna, ale też wiatr hulający w gałęziach drzew i poruszających nimi. Po chwili już tego nie widział. Wyobraźnia zaprowadziła go do gabinetu i tej znienawidzonej sceny. Znów poczuł ten na siłę wpychający się do jego ust język Adisona i skrzywił się z obrzydzenia. Facet napadł na niego, jak na pierwszą lepszą męską kurwę. Czuł, że powinien go zwolnić, kiedy się dowiedział o jego... skłonnościach. Gdy ten wyszedł, miał ochotę rozwalić gabinet. Gotowało się w nim i zmiótł ręką wszystko to, co leżało na niskim stole, przy którym pracowali. Miał ochotę komuś urwać łeb. I wiedział, komu. Uspokoił się dopiero, jak dotarło do niego, że musi odebrać małą z przedszkola. Dzięki temu nie zburzył całego domu. Chociaż i tak chodził rozdrażniony. Dopiero, gdy przyszła noc, nieprzespana noc, dostawał na powrót białej gorączki.
Pieprzony Adison. I jego zakład. Madson, tak? Harry, Harry, pogadamy sobie dzisiaj.
Na usta wstąpił mu szyderczy uśmieszek. Dopił kawę i odstawił puste naczynie na szafkę. Od razu napotkał wzrok Victorii. Dziewczynka patrzyła na niego przenikliwie. Jakby czytała w myślach.
– Zbierajcie siÄ™, zaraz bÄ™dzie autobus. – Tak, nawet po bogatych dzieciaków podjeżdżaÅ‚ zwykÅ‚y, szkolny gimbus. Tym bardziej po nich. On nie zamierzaÅ‚ ich wozić w luksusach i oddzielać od kolegów, wożąc autem, a oni, szczególnie Alex, też woleli nie mieć na gÅ‚owie dorosÅ‚ego brata. Tylko piÄ™ciolatka miaÅ‚a zaszczyt być podwożona przez niego do przedszkola. Ewentualnie przez nianiÄ™.
– James, cokolwiek siÄ™ staÅ‚o, na pewno to nic zÅ‚ego. – Victoria poprawiÅ‚a bordowÄ… spódniczkÄ™ od mundurka. Jak na swój wiek dziesiÄ™ciolatka byÅ‚a wysoka i jak tak dalej pójdzie, za rok, dwa dogoni Alexa. – Jedź do pracy i siÄ™ nie przejmuj.
Zmarszczył brwi. Ona go nie raz zadziwiała. Miała wiele z charakteru mamy.
– Zbieraj siÄ™ już – powtórzyÅ‚ James.
– Odwieziesz mnie dziÅ› do przedszkola? – Sarah uczepiÅ‚a siÄ™ jego nogi i pociÄ…gnęła za nogawkÄ™ spodni w kant.
– O ile bÄ™dziesz gotowa w ciÄ…gu minuty.
– BÄ™dÄ™.
Wiele go kosztowało panowanie nad sobą. Ale wiedział, że to się skończy, jak zostanie sam. I niech ma się każdy na baczności, kto stanie mu na drodze.


**



Wszystko stracone i to z jego wrodzonej głupoty. Po co to zrobił? Po co go pocałował? I jeszcze nie zapanował nad tym. Może nie powinien tego robić tak. Tylko oswoić Harnera ze sobą. I faktycznie uwieść. Cody miał ochotę zaśmiać się histerycznie. Nawet, jakby był najprzystojniejszym facetem na świecie, a nie był, i jedyną osobą na ziemi, nic by to nie dało. Harner był hetero. A tacy w większości panikują, jak gej jest w ich pobliżu. Nie zdążyłby zmienić płci w ciągu tych paru dni, żeby mężczyzna go nie odepchnął.
GÅ‚upi. GÅ‚upi. GÅ‚upi.
Walił głową w poduszkę. Leżał jeszcze w łóżku, robił to od czasu, jak wrócił do domu, nie mając ochoty wstać. Właściwie to nawet nie było takiej potrzeby. Przecież nie miał już pracy. Nie miał prezentacji dla Beauty Cosmetics. Niczego. Nawet tego mieszkania.
Ukrył twarz w męczonej wcześniej poduszce schowanej w zielono-żółtej poszewce. Nerwy na siebie przechodziły z powrotem do smutku. Zawiódł siebie, rodziców, Agnes, która tak ciężko z nim pracowała nad pomysłem na reklamę. Harry wygra podwójnie. Będzie miał po raz kolejny swoją godzinę chwały i pozbył się konkurencji. Nieważne, że ta konkurencja sama się załatwiła. I czuła się teraz podle.
ChciaÅ‚ po prostu zasnąć i obudzić siÄ™ w innym Å›wiecie. Gdyby miaÅ‚ możliwość cofniÄ™cia czasu... Nie. Lepiej jest tak, jak wyszÅ‚o. Nie byÅ‚o Å›wiadków jego upokorzenia. Jakby to siÄ™ staÅ‚o w agencji, byÅ‚by to dla niego koniec Å›wiata. WyÅ›miewaliby go do nastÄ™pnej wpadki. Harner coÅ› w nim wypaliÅ‚, gdy go tak popchnÄ…Å‚ oraz tym, co powiedziaÅ‚. MógÅ‚ być silny, ale bywaÅ‚y chwile, że zwyczajnie wolaÅ‚by siÄ™ nie urodzić. WracaÅ‚y wspomnienia ze szkoÅ‚y. W liceum mimo wszystko, jako dzieciak, przejmowaÅ‚ siÄ™ tym, jak go nazywano. A wszystko przez to, że ktoÅ› zauważyÅ‚, jak wodzi wzrokiem za szkolnÄ… gwiazdÄ… futbolu. I wtedy też byÅ‚ gÅ‚upi, zakochaÅ‚ siÄ™ w heteryku. Nigdy nawet nie zbliżyÅ‚ siÄ™ do niego. Tylko patrzyÅ‚. Futbolista i tak rzuciÅ‚ mu w twarz: „Pedale, jak zbliżysz siÄ™ do mnie, wylÄ…dujesz na wózku”. BolaÅ‚o. Bardzo. A teraz nie kochaÅ‚, nawet nie lubiÅ‚, a pocaÅ‚owaÅ‚ i co? Też boli, ale z innego powodu.
– Jestem debilem. Bezrobotnym kretynem.
Zadzwonił telefon. Wyciągnął po niego rękę tylko po to, by rzucić nim o ścianę. Nie chciał nikogo widzieć, z nikim rozmawiać. Chciał nie istnieć.

**



Agnes nie rozumiała, dlaczego o dziesiątej jej kuzyna jeszcze nie ma w pracy. Mieli zrobić te poprawki, a i jeszcze tyle innej pracy czekało. Położyła komórkę na biurku. Spróbuje później zadzwonić.
– WidziaÅ‚aÅ› Harnera? – Diana usiadÅ‚a na brzegu jej biurka.
– Niestety. Bez kija nie podchodź. – Westchnęła.
– WÅ‚aÅ›nie. BÄ™dziemy mieli przewalony dzieÅ„. MiaÅ‚am go poprosić o wolne w poniedziaÅ‚ek. Mój synek ma w szkole przedstawienie, chciaÅ‚am iść, ale nie zbliżę siÄ™ do Harnera na krok.
– Tu siÄ™ pracuje czy plotkuje?! – UsÅ‚yszaÅ‚y podniesiony gÅ‚os szefa. Nie zauważyÅ‚y, jak wyszedÅ‚ z gabinetu. Akurat patrzyÅ‚ na nie. – Drogie panie, może byÅ›cie tak poszÅ‚y na targowisko i tam poplotkowaÅ‚y jak przekupki. I gdzie jest Madson?!
– BÄ™dzie o jedenastej. Sam pan daÅ‚... – zaczÄ…Å‚ Travis, jeden z najwiÄ™kszych podlizuchów. W ustach mieliÅ‚ swojÄ… kanapkÄ™.
– Panie Noriss, niech pan nie mówi do mnie z peÅ‚nymi ustami. Nikt pana nie nauczyÅ‚ dobrego wychowania? Może czas wrócić do szkoÅ‚y! – TrzasnÄ…Å‚ drzwiami, wracajÄ…c do pomieszczenia.
– Trzymaj te statystyki. – Diana podaÅ‚a wydruk koleżance i wróciÅ‚a do swego miejsca pracy.
Agnes nawet nie spojrzaÅ‚a na to, co trzymaÅ‚a w dÅ‚oni. ZastanowiÅ‚o jÄ… to, dlaczego szef jest tak nabuzowany. Cody'ego nie ma. Czy coÅ› siÄ™ wczoraj staÅ‚o? Å»e też musiaÅ‚a „zastrajkować”. OdwróciÅ‚a siÄ™ do Petera. Mężczyzna po raz kolejny skreÅ›laÅ‚ coÅ› w notesie.
– Pet, sÅ‚uchaj, dÅ‚ugo Cody i szef ze sobÄ… pracowali?
– Nie mam pojÄ™cia. – PostukaÅ‚ czarnym pisakiem o brulion. – Wyszli po kilku minutach i żaden nie wróciÅ‚.
To teraz poczuła niepokój. Co Cody zmalował? Zadzwoniła jeszcze raz do niego i znów nic.
– Pet – ponownie zwróciÅ‚a siÄ™ do kolegi. – Mam pilnÄ… sprawÄ™. Gdyby szef zauważyÅ‚, że mnie nie ma...
– Powiem, że masz spotkanie z klientem.
– Fajny z ciebie facet. – PodniosÅ‚a siÄ™ z obrotowego krzesÅ‚a. Wzięła żakiet i torebkÄ™, po czym wymknęła siÄ™ z pokoju.

**



Z tego, co zauważył, Adisona nie było. Słusznie. Powinien przygotować mu zwolnienie z pracy. Tylko jakby to uargumentował? Zwolnił go, bo facet rzucił się na niego i spenetrował mu usta językiem? James oparł łokcie na biurku, a czoło na dłoniach. Dlaczego wciąż o tym myśli? Wielu mężczyzn pocałowało kobiety na siłę w taki sposób i te tak nie roztrząsały wszystkiego z drobnymi detalami. Ale to nie była ta sama płeć!
Całe szczęście jutro weekend i do poniedziałku nie musi się zajmować niczym innym, jak chwilą odpoczynku z rodziną. No i Marisą. Jutro zobaczy, czy kobieta byłaby dobrą... matką? Nie. Opiekunką raczej, dla jego rodzeństwa.
Uruchomił laptopa. Musiał popracować. Inaczej zmarnuje dzień na myślenie o tym... tym... Uderzył ręką w biurko.
Adison, wypad z mojej głowy. Jeszcze mnie popamiętasz. Będę twoim najgorszym koszmarem. Madsona też. Poczekajcie do poniedziałku.
Z tymi myślami uruchomił program do grafiki. Co mu przypomniało, że również w poniedziałek musi się wycofać z walki o kontrakt z Beauty Cosmetics. Nie chciał tego. To zapewni mu zysk i lepsze zabezpieczanie dla dzieciaków na przyszłość. Jeszcze się nad tym zastanowi, ale jak coś, to będą inne, silne na rynku firmy, a projektu Madsona na pewno nie zamierza przedstawiać nikomu.
Pukanie do drzwi przerwało jego rozmyślania. Znów nie wiedział, kiedy w nie zatonął.
– Czego? – warknÄ…Å‚, nie unoszÄ…c wzroku znad ekranu.
Do gabinetu zajrzała Stella. Najstarsza osoba z pracowników, miała blisko czterdziestki i bardzo lubiła wtrącać się w nieswoje sprawy. Jej przenikliwe, zielone oczy szybko i po raz kolejny oceniły stan szefa.
– Przepraszam, czy mogÅ‚abym w czymÅ› panu pomóc?
– W czym? – OderwaÅ‚ wzrok od komputera i zmierzyÅ‚ jej postać. Nie lubiÅ‚ jej, ale byÅ‚a jednym z lepszych strategów. On byÅ‚ najlepszy.
– Pan jest bardzo zdenerwowany. – PodeszÅ‚a bliżej. DÅ‚uga do ziemi spódnica w kolorze khaki zafalowaÅ‚a.
– Ach, tak? – ZÅ‚ożyÅ‚ dÅ‚onie w piramidkÄ™. Czy ona nie rozumie, że dużo ryzykuje, próbujÄ…c coÅ› wskórać?
– Tak. Ledwie pan wszedÅ‚, a już ustawiÅ‚ pan wszystkich. Tylko zastanawiamy siÄ™, czy możemy jakoÅ› panu pomóc. Czy z firmÄ… sÄ… problemy?
– Kto siÄ™ zastanawia? – PodniósÅ‚ brwi.
– Rob, Travis i ja.
– To widać, że nie majÄ… paÅ„stwo dużo pracy. Zapewne to, co paÅ„stwo robiÄ…, wiele czasu nie zajmuje. – WstaÅ‚ i podszedÅ‚ do regaÅ‚u dużego na caÅ‚Ä… Å›cianÄ™. PrzeszukaÅ‚ półkÄ™ i wyjÄ…Å‚ gruby segregator.
– JesteÅ›my zajÄ™ci, ale...
– Ale bardziej interesuje paÅ„stwa mój zÅ‚y humor niż to, co macie robić. To jest spis wszystkich badaÅ„ rynku z ostatniego półrocza. To, co klienci kupujÄ…, czym siÄ™ interesujÄ…. Jak dziaÅ‚ajÄ… na nich nasze reklamy i tak dalej. SÄ…dzÄ™, że nie muszÄ™ tego tÅ‚umaczyć oraz tego, co trzeba zrobić. MiaÅ‚em siÄ™ tym zająć osobiÅ›cie, ale skoro moi pracownicy nie majÄ… co robić, to proszÄ™. – PodaÅ‚ jej segregator. Kobieta wzięła go z takÄ… minÄ…, jakby to byÅ‚ wyrok Å›mierci. – Jak jeszcze ktoÅ› mi przeszkodzi, to pożegna siÄ™ z pracÄ…. – Tylko tak bÄ™dzie miaÅ‚ spokój. – No, chyba że wróci Madson. Wtedy ma tu być natychmiast!
James nie traktował źle swych pracowników, zazwyczaj to na nerwy działał i działa mu Adison, ale dziś go nosiło i byłby gotów ich zesłać na Saharę bez jedzenia i wody na cały miesiąc. Stella już nic nie dodała, tylko wyszła. Co z tego, że była od niego starsza? To on tu był szefem, a ona ze swą zbytnią ciekawością wkraczała w jego życie i to, co się wczoraj stało.
Jak dobrze, że Adison zdecydował się mu powiedzieć o zakładzie w jego domu. Nikt nie był świadkiem tego, jak pocałował go mężczyzna. Tfu. Miał ochotę splunąć.
Nie myśl o tym. Nie przejmuj się.
Czuł się taki zmęczony. I jeszcze miał zjeść obiad z Marisą. Nie ma mowy. Wyjął telefon i zadzwonił do niej. Znów się nasłucha, że ją zaniedbuje.


**



Od dzisiaj będzie przeklinał dzień, w którym dał Agnes klucz do mieszkania. Tak na wszelki wypadek. Przecież chodzą one po ludziach. I żałował tego jak jasna cholera. Teraz siedział w kuchni, nadal ubrany w ulubioną czarną piżamę i słuchał jej gderania.
– Nie rozumiem, jak możesz jeszcze leżeć w łóżku. – WymachiwaÅ‚a rÄ™koma, spacerujÄ…c nerwowym krokiem po maÅ‚ym pomieszczeniu.
– Teraz siedzÄ™. – ZaÅ‚ożyÅ‚ rÄ™ce na piersi. – A leżeć miaÅ‚em zamiar. DziÅ› jedyne, co chciaÅ‚em robić, to użalać siÄ™ nad swojÄ… egzystencjÄ…. – WÅ‚osy miaÅ‚ rozczochrane, głównie przez to, że część nadal byÅ‚a zwiÄ…zana, a cześć popodnosiÅ‚a siÄ™, chcÄ…c uciec spod frotki lub już dawno spÅ‚ynęła swobodnym pasmem po prawej stronie twarzy.
– WÅ‚aÅ›nie. – UniosÅ‚a palec do góry i wycelowaÅ‚a w niego. – Co ty i Harner wczoraj robiliÅ›cie?
– Co ci do tego? PracowaliÅ›my.
– To musiaÅ‚eÅ› nieźle go wkurwić. – PoÅ‚ożyÅ‚a rÄ™ce na biodrach. – On roznosi biuro niczym tornado. WÅ›cieka siÄ™ o paproch na czyimÅ› ubraniu. Jest... – UrwaÅ‚a swój wywód widzÄ…c, że kuzyn przeciera czoÅ‚o dÅ‚oniÄ…. – Gadaj, bo ci nie dam spokoju. – PrzysiadÅ‚a na drewnianym krzeÅ›le. WpatrzyÅ‚a siÄ™ w mężczyznÄ™ wyczekujÄ…co. – No już. SÅ‚ucham.
– PojechaliÅ›my do jego domu. Osoba, która opiekowaÅ‚a siÄ™ jego rodzeÅ„stwem musiaÅ‚a wyjść i nikt nie mógÅ‚ pojawić siÄ™ na zastÄ™pstwie. Harner może pracować w domu, wiÄ™c mnie tam zabraÅ‚. Po kilku godzinach postanowiÅ‚em, że mu powiem o zakÅ‚adzie – wypowiedziaÅ‚ po jakiejÅ› minucie ciszy.
– CO?!
– Ciszej. – SkrzywiÅ‚ siÄ™. Ona miaÅ‚a mocny gÅ‚os.
– PowiedziaÅ‚eÅ› mu i co? – Nie mogÅ‚a usiedzieć na miejscu. MusiaÅ‚a zająć czymÅ› rÄ™ce, wiÄ™c wzięła siÄ™ za robienie kanapek.
– Nie przyjÄ…Å‚ tego dobrze, a potem pokazaÅ‚em mu, co miaÅ‚em zrobić. – A może to byÅ‚o na odwrót.
– To znaczy? – UmyÅ‚a pomidora.
Cody przewrócił oczami.
– PocaÅ‚owaÅ‚em go.
Trzask opuszczanego noża o brązowe kafelki, na które spadł, rozszedł się po kuchni.
– Zaraz, zaraz. PocaÅ‚owaÅ‚eÅ›? A on? Nie, wróć, jak go pocaÅ‚owaÅ‚eÅ›? I dopiero mów, co on zrobiÅ‚? – DomyÅ›laÅ‚a siÄ™, że Cody coÅ› zmalowaÅ‚. Chociaż byÅ‚a pewna, że siÄ™ tylko pożarli. Ponownie zajęła swoje miejsce.
– PoniosÅ‚o mnie. ChciaÅ‚em mu tylko pokazać, o co chodzi, a potem Å›wiat zaczÄ…Å‚ wirować. CiÅ›nienie podskoczyÅ‚o i nie powstrzymaÅ‚em siÄ™ przed zbadaniem jego ust.
– PozwoliÅ‚ ci na to? – Jej oczy zrobiÅ‚y siÄ™ okrÄ…gÅ‚e jak spodki.
– Przez moment nie wiedziaÅ‚em, co robi, chyba siÄ™ wyrywaÅ‚, a potem poczuÅ‚em, jak lecÄ™ na podÅ‚ogÄ™. ZaczÄ…Å‚ krzyczeć. W każdym razie skoÅ„czyÅ‚o siÄ™ na tym, że wywaliÅ‚ mnie ze swego biura i pracy. AÅ‚Å‚. – RozmasowaÅ‚ sobie bok gÅ‚owy. – Czemu mnie bijesz?
– WalnÄ™ ciÄ™ jeszcze raz. CoÅ› ty zrobiÅ‚?! Wszystko spieprzyÅ‚eÅ›! Nasz projekt, swojÄ… pracÄ™, masz durniu kredyt! I co teraz? – RozÅ‚ożyÅ‚a bezradnie rÄ™ce. – MiaÅ‚eÅ› jakoÅ› do niego dotrzeć. Powoli. Albo powiedzieć mu, co masz robić, a nie wpychać mu jÄ™zor do ust i wylizywać je. I co teraz? – OparÅ‚a czoÅ‚o o stół okryty biaÅ‚Ä… ceratkÄ… w brÄ…zowe romby.
– Nie wiem! – PoderwaÅ‚ siÄ™ z siedziska. – Nie wiem! Może dam ci projekt i jakoÅ› go udobruchasz? Gdy mnie zobaczy, to po mnie. A swojÄ… drogÄ… rozumiem, że siÄ™ wczoraj wkurzyÅ‚, ale nadal to robi? JesteÅ› pewna, że o to chodzi?
Kobieta popatrzyła na niego jak na tumana.
– A o co? PrasujÄ…c spaliÅ‚ sobie żelazkiem ulubionÄ… koszulÄ™?
To przypomniało Cody'emu, że ma zrobić pranie.
– Dam ci projekt i... – ZamarÅ‚.
– No i? Cody? Ziemia do ciebie.
– Mój tablet. Koszula. Gdzie laptop? – WybiegÅ‚ z pomieszczenia do pokoju, który peÅ‚niÅ‚ rolÄ™ wypoczynkowego. Szara kanapa okryta kolorowym kocem, pod którym lubiÅ‚ nocami siedzieć i pracować oraz stojÄ…cy przed niÄ… stolik z jasnego drewna byÅ‚y jedynym wyposażeniem tego miejsca. Cody na razie pieniÄ…dze przeznaczyÅ‚ na zrobienie sypialni i kuchni. Ostatnio dokupiÅ‚ maÅ‚y, okrÄ…gÅ‚y dywan, aby siadajÄ…c na kanapie boso nie marzÅ‚y mu nogi od paneli. Te na szczęście zostaÅ‚y po dawnym wÅ‚aÅ›cicielu. Nie musiaÅ‚ siÄ™ trudzić z robieniem podÅ‚ogi.
Mężczyzna odetchnął z ulgą. Ukochany komputer leżał sobie spokojnie na tym małym stoliku do kawy.
– ZobaczyÅ‚eÅ› ducha? – Agnes stanęła przy nim.
– Gorzej. Moje rzeczy zostaÅ‚y w domu Harnera i muszÄ™ po nie iść.
– Aha. – Tylko tyle byÅ‚a w stanie powiedzieć.


**



James powarczał na innych, zanim wyszedł na obiad, ale już spokojniej. Sam. Marisa biadoliła mu przez kilka minut, jaki to on jest zły, a ona taka biedna. Zawsze tak było. Denerwowało go to, ale spotykał się z nią. Po tej rozmowie nawet nie był pewny, czy chce utrzymać z nią ten niby związek. Oczywiście ona miała już w planach ślub z nim. On jeszcze się zastanawiał. Jutro podejmie decyzję.
Teraz siedział w jednej z restauracji o bardzo dobrej, pięciogwiazdkowej opinii. Zazwyczaj zamawiał łososia przyrządzanego każdego dnia w inny sposób. Dzisiaj ryba była grillowana, a on nie tknął nawet kęsa. Siedział i obserwował ludzi. To, co jedzą, z kim są. Myślał, czy tych dwóch mężczyzn przy oknie to znajomi, przyjaciele czy para. Tak jakoś przyszło mu to ostatnie do głowy. Nie widać po nich gejostwa. Po tym kretynie Adisonie też. Tacy są najgorsi. Niczego się nie spodziewasz i gwałcą twoje usta. Stop. Koniec. To jedzenie naprawdę smacznie wygląda. I już chwycił za widelec, kiedy z innej sali wyszedł nie kto inny, jak Harry Madson. Mężczyzna skierował się w stronę toalet, więc zdecydowany na rozmowę z nim James ruszył za nim. Jak będzie trzeba, to obije mu mordę w publicznym miejscu, ale wybije z łba głupie pomysły. Swoją drogą, który z nich wpadł na to, by całował się z Adisonem? Przekroczył próg męskiej toalety, ale Harry musiał być już w jednej z kabin. James stanął przed dużym lustrem. Poprawił włosy, jak zawsze układały się doskonale. Wtedy dotarła do niego nieznana mu melodia. Telefon musiał należeć do Madsona, bo inne kabiny były puste. Wszystkie drzwi pozostawały uchylone. Nie zainteresował się odebraną rozmową, tylko umył ręce, ale gdy usłyszał swoje imię zagłuszone przez odległość i ściankę, ciekawość odegrała główną rolę. Skręcił do wolnego obok małego pomieszczenia z sedesem i przymknął drzwi. Ten śmiech mu się nie podobał. Zaczął podsłuchiwać rozmowę, pomimo że wiele razy strofował rodzeństwo za taki czyn.

– Tak, bÄ™dÄ™ miaÅ‚ swojÄ… szansÄ™ z Beauty Cosmetics. Adison nie zdecyduje siÄ™ pocaÅ‚ować szefa. A nawet jakby, to Harner go zwolni, a ja wygram. Przecież Harner nie ma lepszego projektu i bÄ™dzie zmuszony wziąć mój. PracujÄ™ w HarnerTeam od kilku lat. I nie pozwolÄ™, by ta ciota Adison zabraÅ‚ mi sprzed nosa kÄ…sek wybicia swego nazwiska – mówiÅ‚ do kogoÅ› Harry, a James z każdym sÅ‚owem zaciskaÅ‚ pięści. – Co? … E, nie. Nie trzeba mi sukienki. Wygram to. Spokojna gÅ‚owa, siostra. BÄ™dzie kasa i wszystko. I pozbÄ™dÄ™ siÄ™ konkurencji. Mam nosa do takich ludzi jak Adison. Szybko siÄ™ uczÄ… i sÄ… Å›wietni. On już rysuje jak zawodowiec. PomysÅ‚y też ma niezÅ‚e. MuszÄ™ to przyznać. Może mnie wygryźć, wiÄ™c upiekÄ™ dwie pieczenie na jednym ogniu. NaprawdÄ™ wielkie ryby, a to wieloryby wÅ›ród rekinów, jakie z nami współpracujÄ…, zobaczÄ…, co potrafiÄ™ i Adison zniknie raz na zawsze. LiczÄ™, że pocaÅ‚uje Harnera. Ten też jest dupkiem. PracujÄ™ u niego i zamiast wybrać mojÄ… prezentacjÄ™, skusiÅ‚ siÄ™ na tego pedaÅ‚a. To dostanie, czego chce. Pewnie siÄ™ porzyga, jak go facet pocaÅ‚uje. Ja bym to zrobiÅ‚. KoÅ„czÄ™, bo siedzÄ™ w kiblu. WpadnÄ™ wieczorem to pogadamy. … Nie, nie w agencji. Teraz jestem na obiedzie z jednym tÅ‚ustym kolesiem. CiÄ…gle gada o tych swoich hamburgerach. Gdyby nie pÅ‚aciÅ‚ nam tyle za reklamÄ™, to bym nawet nie odebraÅ‚ od niego telefonu. Co? … Wiesz, że tylko kasa siÄ™ liczy. To na razie, siora.

Rozmowa się urwała, a James nie dość, że już nie miał ochoty na rybę, to jeszcze wiedział więcej niż się tego spodziewał.
Dupek? Grabisz sobie, chłopie.
Jak wcześniej miał ochotę rozwalić mu nos, tak teraz był zdecydowany przyjąć inną strategię. Madson pożałuje, że tak go nazwał oraz kazał pocałować. I może teraz władała Jamesem taka dziecinna chęć zemsty, to pozwolił jej na to. Pytanie tylko, co będzie musiał zrobić, by dać kopa Madsonowi.
Słyszał, jak mężczyzna myje ręce i wychodzi z toalety. Sam poczekał jeszcze kilka minut, zanim to zrobił. Tak na wszelki wypadek, by nie natknąć się na niego. Po chwili opuścił restaurację. Nie martwił się płaceniem, od dawna miał tu otwarty rachunek.


**



Kolejne godziny mijały pod znakiem zapytania. Co będzie dalej? James zastanawiał się nad swoją mała zemstą, a Cody nabierał odwagi na pójście po swoje rzeczy do Harnera. Agnes opieprzyła go za tchórzostwo i wyrecytowała prawie śpiewnie, że nigdy się tak nie zachowywał i ma być sobą, a nie chowającym się w domu palantem. A użalanie się nad sobą ma zwyczajnie wyrzucić do kosza przeznaczonego na takie sprawy. I ma się ogarnąć, bo pożałuje, że się urodził, jak ona tu wpadnie następnego dnia.
Ale Cody nie był gotów tam iść. Powinien zadzwonić do szefa... byłego szefa i powiedzieć mu o tym. To znaczy, o tablecie i koszuli, a nie o tym, co teraz czuje. A co czuje? Przygnębienie. Stres. Wstyd. To ostatnie dlatego, że pozwolił się ponieść. Powinien był go tylko cmoknąć. Nie, nie powinien nic robić, tylko wytłumaczyć wszystko.
Dziś nie miał odwagi tam pójść. Jutro, na pewno zrobi to jutro, da radę. Przejdzie mu to, co teraz odczuwa. Weźmie się garść. U Cody'ego zazwyczaj stan depresyjny trwał jeden dzień, podczas którego potrzebował wylizać rany. W samotności.
Zgasił lampkę nocną i sypialnia pogrążyła się w mroku. Nie położył się do łóżka. Przespał pół dnia. Przysunął sobie krzesło do okna i usiadł na nim okrakiem. Ręce oparł na oparciu, a brodę na nich. Wpatrzył się w miasto nocą. Mieszkanie na jednym z najwyższych pięter daje duże plusy. Nie raz zastanawiało go, kto mieszka w tym czy innym bloku. Jacy ludzie. Czy się kochają, a może nienawidzą. Ilu gejów tam gdzieś żyje. Kto cierpi lub przeciwnie, śmieje się w pełen głos. I gdzieś tam, daleko, po drugiej stronie miasta jest rezydencja. W niej mieszka ktoś, kogo jutro być może zobaczy ostatni raz i z tego powodu jakoś smutno mu się zrobiło.


**



Stał w oknie swojej sypialni w samych spodniach od piżamy. Trzymał w dłoni drinka. Nareszcie się uspokoił. Nawet musiał się na to zdobyć. Miał jutro zaplanowany dzień. Nie chciał go zepsuć. Alex marudził, że chciałby iść do kolegów, ale w końcu uległ siostrom. Zwłaszcza Sarah. Gdyby byli obaj, znów by się pokłócili. Jak nie o szkołę, to o kolejne kobiety Jamesa. Alex pytany, co się dzieje, tylko prychał i znikał. Często na całe wieczory.
James dopił alkohol do końca. Odstawił szklankę o grubym szkle na parapet. Nie trudził się zasuwaniem beżowych zasłon. Rano słońce go zbudzi lub Sarah. Wsunął się pod przykrycie po jednej stronie łóżka. Druga strona zawsze pozostawała pusta. Czekała na kogoś, z kim się zwiąże. Nigdy nie spał w nim z żadną z kobiet, jakie z nim były. Nie podobało im się to. Pytały, dlaczego nie pozwala im na nocowanie w tym łóżku. Odpowiadał, że było ono kupowane z myślą o tej najważniejszej osobie. Kobiecie, jakiej jeszcze nie spotkał. Kogoś, kto pokocha na pierwszym miejscu dzieci, potem on wchodził w grę. W agencji, gdzie uchodził również za playboya, uśmialiby się, gdyby wiedzieli, że szuka właściwej osoby. Idealnej kobiety. Czasami sam przed sobą to ukrywał. Przecież jest silnym mężczyzną, a nie uczuciowym marzycielem.
Zasnął szybko z tego względu, że poprzedniej nocy nie przespał. Adrenalina krążyła mu w żyłach i nawet w dzień nie chciało mu się spać. Teraz odpłynął w sen, a zegar na korytarzu wybił dwudziestą trzecią.