Żegnaj 1
Dodane przez Aquarius dnia Maja 24 2014 11:44:02


Od autora: Witajcie! O to mała niespodzianka dla Was. Mała, a raczej krótka ponieważ prezentowana historia została zaplanowana na 3 albo 4 części. Są to sceny z Filipem, którego poznaliście w opowiadaniu Bliskość poza planem. W sumie naszła mnie nagła potrzeba opisania pewnego wydarzenia (jakieś 10 lat po historii w BPP), a „raczej co by było gdyby”. Od razu może przestrzegę, że poruszam smutne sytuacje oraz na próżno szukać tutaj dialogów. Jest krótko, sporo emocji i może się nie znudzicie :)


Spoglądam na puste mieszkanie, ciche pokoje. Wyczekuję na upartego jakiegokolwiek dźwięku, który przekreśli wszystko to co zdarzyło się przez ostatnie tygodnie. Bo ja wciąż nie potrafię uwierzyć. Wyobrażasz to sobie? Zarzucałeś mi zawsze lekkomyślność, brak powagi i dziś to one przytrzymują mi łeb na powierzchni. Nie mam za grosz odwagi zanurzyć się w stęchłym bajorze niesprawiedliwej rzeczywistości. Ułuda i pieprzony czar, które zgasnął wraz z pojawieniem się twojej sylwetki w drzwiach naszej sypialni.
Uśmiechniesz się z rozczuleniem, mimo wyraźnego zmęczenia rysującego głębokie linie na twej twarzy. Zawsze pełen czułości i troski, aż do wyrzygu.
Nigdy tego nie rozumiałem, bo nie chciałem, ale brałem wszystko, wszystko co dawałeś. Kochałem zawzięcie aż do krwi, kiedy wzbudzałeś we mnie druzgocącą wściekłość. Jezu, miałem ochotę cię zabić, uciszyć cholerną paplaninę uczuć, która nawet po tylu latach nie straciła na mocy.
Wiesz, bałem się tego. Bałem się ciebie, bo nie rozumiałem jak można tak kochać, bez granic, bez wahania. Miałem cię za wariata. Pieprzonego popaprańca, od którego miałem ochotę odejść setki tysięcy razy. Zawsze jednak udawało ci się w ostatniej chwili mnie pochwycić, tak skutecznie, że brakło tchu.
Wiesz, dziś myślę, że wypaliłeś mi znamię. Może cię urażę, ale mam to gdzieś. Założyłeś mi obrożę i widzę to dopiero dziś. Właśnie tego pieprzonego dnia, kiedy podarowałeś mi całkowitą wolność, a której bezmiarem mogę się udławić. Widzę jak kurewsko tego nie chcę. Zabierają ją z powrotem! Zabierz i wracaj!
Nie chodzi o wyświechtaną miłość. Przez dziesięć lat stała się stara i niemodna, otrzymując zasłużone miejsce w naszej szafie. Za wiele sytuacji nas połączyło. Zbyt dobrze cię poznałem, aby od tak, tak po prostu unieść dłoń i życzyć ci szczęśliwiej, radosnej podróży na tamten chujowy świat! Po prostu się nie zgadzam na to. Doskonale wiesz jak mnie drażnią takie zachowania. Kpisz sobie ze mnie!
To była nauczka, nauczka na całe życie, ale skończmy to. Wstań z tej cholernej trumny, przestań udawać, że życie już cię nie interesuje.
Żebyś widział swoją matkę. Żebyś widział jej minę, kiedy spostrzegła, że jestem na haju. Uderzyła mnie! Płakała, lamentowała i groziła. Uśmiałbyś się nad tą żałosną listą zarzutów jakie we mnie, jak z armat wystrzeliła. Pieprzone pedały, cholerna tęcza, biedny Jezus i biedny ty, mój kochany. Mi brak szacunku, brak ogłady, brak dojrzałości. Taki zły bo mam kutasa, a nie cipę. Bo nie Faustyna (pieprzona święta), a Filip! Filipie zagłado mego syna! Twoja wina! Twoja wielka wina!
Krztuszę się śmiechem, chichoczę pod ścianą, w naszym opustoszałym mieszkanku. W końcu sami, bez twarzy zalanych współczuciem, widokiem ust, powtarzających wciąż i te same suche formułki. Bardzo nam przykro…Szczerze współczujemy…Proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje! Gdyby tak można było cofnąć czas! Z przykrością dowiedziałem się o śmierci Pańskiego…Czas jest najlepszym lekarstwem na smutek…Daj, Panie, jego duszy wieczny odpoczynek…
Amen, kurwa!
Czarna gromada wysmukłych wron i pękatych gawronów. Skrzeczeli, krakali, wydziobując ze mnie ostatnie resztki twoich wspomnień. Eleganckie suknie obciskujące szczątki młodości. Jedwabne rękawiczki kryjące kurze łapki. Skrojone na miarę garnitury, czerń bijąca po oczach, czego to do kurwy nędzy symbol? Cała grupa dalej lub bliżej śmierci, dziś składająca hołd jej żniwom. Mogli przyjść nago, w dresach, mam to gdzieś. W dupie mam ich żałosne pojękiwania, próby udowodnienia jak wielce mi współczują, jak bardzo obchodzi ich co przeżywam, jak jadam przez ostatnie dni, czy w ogóle sram i śpię.
Jaki jesteś blady, słońce… Ach ta tragedia. Musiało to tobą wstrząsnąć. Dobrze śpisz? Wszystkim się zajmiemy…
Ścieki płynące z ich ust, żałość do pieprzonego kwadratu.
Myśleli, że cię znają, że cokolwiek wiedzą o tobie, o nas! Śmiałem się im w twarz, a oni z politowaniem klepali mnie po ramieniu. Jezu, oni serio wierzyli, że coś rozumieją. Że pojmują wielką pedalską tragedię. Co oni kurwa mogą wiedzieć? Nic mój drogi. Ani twoja matka, ani moja, nikt. Nawet wszechmądry Bóg i zastępy aniołów. Sam szatan nie jest w stanie objąć tego swym piekielnym jebanym umysłem.
I dlatego jestem sam. Sam z rozpaczą, przerażeniem i bólem, które dławią mnie zmuszając do wymiotów.
Muszę cię zabić. Jeszcze raz. Ale nie dziś. Brak mi sił. Zakopię się w pościeli, w garniturze z pięknym odcieniem zimowej nocy, który miałem w dzień naszego ślubu. Dwa lata temu. Na klapie ciemna plamka krwi. Oko przeszłości. Twój znak pieczętujący moją winę.
W chłodnej pościeli wchłoną mnie wspomnienia. Powrócę do żywego ciebie, ciepłego, gorącego. Obejmiesz mnie z westchnieniem, ugryziesz za karę w płatek ucha.
Nienawidzę cię.
Nie miałeś prawa umierać.
Zaciskam zęby do krwi.

***


Który to już dzień? Nie pamiętasz i ja również. Żyjemy sobie nadal we dwóch, zamknięci na obcy, zewnętrzny świat. Nie ma po co tam wracać, słuchać wciąż tego samego, o nowym życiu, nowych możliwościach, o miejscach, w których mógłbyś się niepowrotnie zagubić. I zacznę zapominać, a tego nie chcę. Za wcześnie na to.
Tu jest idealnie, w centrum naszej historii, w pokojach przesiąkniętych wydarzeniami, które nie zdążyły zniknąć. Wyparować wraz z ostatnim papierosem.
Palę i dym rozrywa mnie na kawałki. Przeżywam na nowo wszystkie fragmenty ściśle powiązane z tobą.
Seks, kłótnie, troski, śmiech i milczenie.
Lubiłem jak się śmiałeś. Brakuję mi tego. Zrób to dla mnie, roześmiej się. Powiedz coś głupiego, albo przesadnie mądrego.
Tak, pamiętam to doskonale. Kręcisz głową, kąciki ust unoszą się, chwila moment i kuchnia rozbrzmiewa cudną nutą rozbawienia. Klaszczę, rechoczę z tobą. Może byś się ukłonił? O tak, robisz to z pełną elegancją. Zawszą ją kurwa miałeś. Dystyngowany, cholerny dżentelmen w pełnej krasie. Pan weterynarz grzecznie informujący cię o konieczności uśpienia twego pupila. Ile w tym gracji i precyzji, szczerego współczucia i troski o zwierzaka. Właściciele płaczą z wdzięczności, całują dłonie wybawiciela. Sterylnie biały fartuch, zapięty na ostatni guzik. Grafitowy krawat, ten w prążki twój ulubiony. Żeby wnieść nieco luzu w ten klasyczny, archaiczny styl zakładałeś koszulę, albo bluzę polo. Nawet w samych majtkach potrafiłeś poruszać się z dumą.
– Say you’re okay, I’m afraid that tomorrow is just too far away…*
Słowa piosenki, którą puszczałem ci drażniąco głośno. W kółko i w kółko. Budził się w tobie morderca, morderca mojego odtwarzacza. Na tym polu się nie rozumieliśmy. Muzyka dla ciebie brzmiała w innych tonach, poruszała na innych poziomach. Ale słuchałeś i patrzyłeś na moje opętanie. Pozwalałeś, aby nasz seks kołysał się w rytmie uderzeń perkusji, opadał i wzlatywał wraz ze zdartym głosem wokalisty. Syciłeś oczy widokiem całkowitego zniewolenia, jak poddawałem się kolejnym zwrotkom, twojemu ciału, emocjom. Chwytałeś moje wyznania, spijałeś z nieukrywanym zachwytem, wiedząc, że rzadko mówiłem o tym co kołacze mi w cholernym, małym sercu.
– Fight the pain, it just feels like forever is crashing down on me.
Dźwięk dzwonka do drzwi? Czyiś głos, znany. Nie, nic nie słyszę. Ktoś mnie oszukuje, ale nic z tego, aż taki głupi nie jestem. Otworzę i się skończy, a tego byśmy nie chcieli. Mądry Filip się nie nabierze.
Co? Czemu się tak na mnie patrzysz? Co ci kurwa nie pasuje? Że co? Mam wyjść? Zastąpić cię kimś gorszym? Czary-mary i Florian znika? Pierdol się.
I znowu dzwonek. Kogo kurwa niesie? Może to żałobne wieńce? Ale już je kurwa mam. Jeden wisi na lustrze w przedpokoju, drugi w łazience, trzeci nad łóżkiem w sypialni.
– What’s wrong with pain?
Czemu nie dadzą nam spokoju? Czemu kurwa nic nie rozumieją? Chcę z tobą pobyć. Jakie to głupie Flo, jakie naiwne, ale uznałbyś to za wyjątkowo słodkie. I wiesz? Nie ochrzaniłbym cię za to. Dziś dałbym ci wszystko to przed czym tak usilnie się wzbraniałem, każdą zachciankę i najgłupsze spaczone pragnienie. Teraz mam sporo czasu, znacznie więcej niż…
Przepraszam…Tak kurewsko cię przepraszam. Jestem pokrzywiony, bezradny, słaby. Gosch… czemu nie powiedziałeś bogu śmierci, że to nie twój czas? Że to nie ta chwila, nie ten moment. Nie zdążyłeś, zginąłeś na miejscu.
Będziesz mnie prześladować. Obraz krwi, zniszczonej, zmiażdżonej twarzy. Skóry jak papier, zgniecionej, naderwanej, zdartej. Wargi spękane, sine. Poskręcane kosmyki włosów. Posklejane strąki. Ciemna, nieruchoma wyrwa w głowie. Pustka, smród i zimno.
Kosmos całkowitej destrukcji. Eliminacja wszelkich życiodajnych cząstek, zagłada serca, odłączanie mózgu.
Kapitulacja ciała.
Milczenie zamarło na twoich zamkniętych powiekach. Dlatego nie rzekłem ani słowa. Jesteś kawałkiem mięsa, rozszarpanym przez dzikie, nieobliczalne zwierze. Kochankiem, mężem, przyjacielem, który już nigdy nie powróci do którejkolwiek z tych ról.
Dziś mogę płakać. Dziś do moich oczu wpadły obrazy żywego ciebie, zderzyły z zamglonymi wspomnieniami ciemnej, podłużnej trumny. Zamknęli cię, zadusili ostatnią część życia. Sypiący się z hukiem piach, wybijał rytm twego umierającego serca. Słuchałem i drżałem. Ból przepływał drażniąco po kościach palców ręki. Urywał się gwałtownie i na powrót pojawiał. Wszędzie pobrzmiewał płacz, tylko ja milczałem.
Pierwszy raz nie byłem w stanie wydobyć z siebie czegokolwiek. Uwierzyłbyś? Skutecznie zamknąłeś mi gębę swoją śmiercią. Czułem bolesny ucisk twoich palców na moich skroniach. Zakryłeś mi uszy, kazałeś tylko patrzeć, nie ruszać się. Oczy pochłaniały każdą kolejną sekundę, wychwytywały dźwięki z ruchu warg opłakujących cię, z zaciskanych kurczowo palców, przymykanych powiek, wstrzymanych oddechów. Tylko miarowy ruch łopaty zwalający na twą pierś, twarz i nogi grudy wilgotnej ziemi wywoływał we mnie mdłości. Intensywny zapach rozkopanej ziemi, zmieszany z ostrą, drażniącą wonią perfum i gorzkim aromatem kadzidła. Porzygałbyś się. Ale tobie już wszystko jedno, ty już nic nie czujesz.
Kończmy dziś rozmowę. Nie daję rady za tobą nadążać, za obrazami, świetlistymi słówkami jakie pchasz mi bez oporu w tępy umysł.
Choć w sen, tu na dywanie. Nie marudź, błagam cię, zrób to i ciesz się tą pieprzoną chwilą.
Zakryj mi oczy ciemnością.
Niech obraz martwego ciebie przepadnie.


* Of Mice & Men – Feels Like Forever