Czekaj─ůc
Dodane przez Aquarius dnia Kwiecie˝ 27 2014 18:58:37


Drzwi kawiarni otworzy┼éy si─Ö wpuszczaj─ůc kolejnego klienta i wiosenne ciep┼éo. Kelnerka nios─ůca na zaplecze tac─Ö pe┼én─ů brudnych naczy┼ä odruchowo popatrzy┼éa w stron─Ö wej┼Ťcia. U┼Ťmiechn─Ö┼éa si─Ö. Nie chc─ůc by ktokolwiek zauwa┼╝y┼é zadowolenie na jej twarzy, przyspieszy┼éa kroku.
- Jest! – wyszepta┼éa podniecona do drugiej kelnerki, kt├│ra w┼éa┼Ťnie siedzia┼éa przy niewielkim stoliku i popija┼éa kaw─Ö.
- Kto? – zainteresowa┼éa si─Ö.
- No ten, o którym ci mówiłam.
- Ten super przystojny blondyn? – Drugiej z kelnerek za┼Ťwieci┼éy si─Ö oczy. – Poka┼╝ go.
Podbieg┼éy do drzwi odgradzaj─ůcych cz─Ö┼Ť─ç kuchenn─ů od tej dla go┼Ťci i uchylaj─ůc ostro┼╝nie drzwi wyjrza┼éy na sal─Ö.
- Widzisz? To ten przy stoliku pod oknem – powiedzia┼éa pierwsza.
- Masz racj─Ö, niez┼ée ciacho. Cholera, Jolka, ty to masz farta… - westchn─Ö┼éa druga. – Gdybym to ja wtedy by┼éa, te┼╝ bym pewnie pr├│bowa┼éa go poderwa─ç.
W tym momencie podszedł do nich od tyłu po cichu kucharz i wysyczał:
- Mo┼╝e by┼Ťcie si─Ö tak wzi─Ö┼éy za robot─Ö? Ka┼Ťka, ta twoja przerwa ma dzisiaj trwa─ç ca┼éy dzie┼ä? Jolka, rusz dup─Ö na sal─Ö, klienci czekaj─ů.
Kelnerki a┼╝ podskoczy┼éy przera┼╝one, a widz─ůc wyra┼║nie w┼Ťciek┼éa min─Ö m─Ö┼╝czyzny szybko uciek┼éy na sal─Ö.
Jolanta podesz┼éa do m─Ö┼╝czyzny o kt├│rym wcze┼Ťniej plotkowa┼éa z kole┼╝ank─ů i przybieraj─ůc sw├│j zalotny u┼Ťmiech zapyta┼éa:
- Co┼Ť poda─ç?
M─Ö┼╝czyzna powoli odwr├│ci┼é g┼éow─Ö od okna i spojrza┼é na ni─ů nieprzytomnym wzrokiem, po kr├│tkiej chwili milczenia powiedzia┼é:
- Poprosz─Ö kaw─Ö. – Po czym, zupe┼énie nie reaguj─ůc na u┼Ťmiech i kokieteryjn─ů poz─Ö kelnerki wr├│ci┼é do wpatrywania si─Ö w widok za ogromnym oknem. Jolanta sapn─Ö┼éa z irytacj─ů i posz┼éa zrealizowa─ç zam├│wienie. M─Ö┼╝czyzna nie zareagowa┼é nawet wtedy, gdy stawia┼éa przed nim fili┼╝ank─Ö.
Trzy godziny p├│┼║niej, kiedy obie kelnerki ko┼äczy┼éy zmian─Ö, m─Ö┼╝czyzna wci─ů┼╝ siedzia┼é wpatruj─ůc si─Ö w okno.
- A co┼Ť ty dzisiaj taka skwaszona, Jolka? – zainteresowa┼é si─Ö m┼éody dwudziestokilkuletni brunet, kt├│ry w┼éa┼Ťnie przebra┼é si─Ö w sw├│j kelnerski uniform i szykowa┼é si─Ö by wyj┼Ť─ç na sal─Ö.
- Nie uda┼éo jej si─Ö poderwa─ç faceta – mrukn─ů┼é kucharz nie przestaj─ůc miesza─ç w garnku. – Zupe┼énie nie zwraca┼é uwagi na jej umizgi – doda┼é rozbawiony.
Jolka prychnęła zirytowana.
- Jeszcze go poderwę. W końcu przestanie się gapić w to durne okno.
Kelner popatrzy┼é pytaj─ůco na kucharza.
- To jeden z naszych klient├│w – wyja┼Ťni┼é. – Przychodzi od jakiego┼Ť czasu, ┼Ťrednio co drugi dzie┼ä, siada przy oknie i siedzi gapi─ůc si─Ö w to okno i zamawiaj─ůc tylko kaw─Ö. Normalnie przychodzi wcze┼Ťniej, tylko dzisiaj przyszed┼é jako┼Ť tak p├│┼║niej. No i Jolka si─Ö na niego napali┼éa. Chocia┼╝ ja osobi┼Ťcie nie wiem co ona w nim widzi. Facet jak facet.
- G┼éupi jeste┼Ť J├│zek – warkn─Ö┼éa Jolka. – Ten facet to idea┼é. Poci─ůg┼éa twarz, delikatne r─Öce, smuk┼ée palce... – rozmarzy┼éa si─Ö.
- I pewnie odpowiednio wielki atrybut w gaciach – mrukn─ů┼é kucharz i szybko uchyli┼é si─Ö przed lec─ůc─ů w jego stron─Ö ┼Ťcierk─ů.
Kobieta popatrzy┼éa w┼Ťciekle na kucharza i poci─ůgn─ůwszy kole┼╝ank─Ö za r─Ök─Ö bez s┼éowa wysz┼éa z restauracji. Kelner sprawdzi┼é czy jego ubranie jest w porz─ůdku i ruszy┼é na sal─Ö.

M─Ö┼╝czyzna siedzia┼é przy stoliku wci─ů┼╝ wpatruj─ůc si─Ö nieobecnym wzrokiem w okno. Nagle przy jego stoliku pojawi┼é si─Ö bezszelestnie kelner i postawi┼é fili┼╝ank─Ö. M─Ö┼╝czyzna powoli odwr├│ci┼é g┼éow─Ö, spogl─ůdaj─ůc najpierw na fili┼╝ank─Ö, potem na kelnera.
- Nie zamawia┼éem tego – powiedzia┼é cicho, bezbarwnym g┼éosem.
- To czekolada. Na koszt firmy. Podobno, gdy jest odpowiednio s┼éodka daje nie tylko przyjemno┼Ť─ç smaku, ale te┼╝ przynosi spok├│j i nadziej─Ö.
- Nadziej─Ö?
- Jestem pewien, ┼╝e wr├│ci – kelner u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö ciep┼éo.
- Kto? – W oczach m─Ö┼╝czyzny pojawi┼éo si─Ö zdumienie.
- Osoba na kt├│r─ů pan czeka ju┼╝ tyle czasu. Na pewno wr├│ci.
- Tak my┼Ťlisz? – przez kr├│tk─ů chwile w oczach m─Ö┼╝czyzny pojawi┼éa si─Ö nadzieja, lecz szybko zgas┼éa. Odwr├│ci┼é g┼éow─Ö w stron─Ö okna ignoruj─ůc zupe┼énie kelnera i przyniesion─ů przez niego czekolad─Ö. M┼éodzieniec zrozumia┼é, ┼╝e klient nie ma ochoty na dalsz─ů rozmow─Ö i odszed┼é do swoich obowi─ůzk├│w, od czasu do czasu zerkaj─ůc w stron─Ö m─Ö┼╝czyzny, kt├│ry przez ca┼éy czas siedzia┼é nieruchomo, wci─ů┼╝ wpatruj─ůc si─Ö w okno. Jednak, gdy za kt├│rym┼Ť z kolei razem wyszed┼é z kuchni z zam├│wieniem, m─Ö┼╝czyzny ju┼╝ nie by┼éo, a na stoliku le┼╝a┼éy pieni─ůdze za kaw─Ö obok pustej fili┼╝anki po czekoladzie..
Przez nast─Öpne dwa tygodnie, m─Ö┼╝czyzna wci─ů┼╝ przychodzi┼é do kawiarni, siada┼é na tym samym miejscu, zamawia┼é kaw─Ö i wpatrywa┼é si─Ö w okno, zupe┼énie ignoruj─ůc m┼éodego kelnera, kt├│ry za ka┼╝dym razem stawia┼é przed nim fili┼╝ank─Ö czekolady. A po czterech godzinach wychodzi┼é, zostawiaj─ůc po sobie pust─ů fili┼╝ank─Ö po czekoladzie i pieni─ůdze za kaw─Ö.
Kt├│rego┼Ť dnia do tej rutyny wkrad┼éa si─Ö zmiana. Gdy kelner stawia┼é przed nim fili┼╝ank─Ö, zapyta┼é:
- Wci─ů┼╝ uwa┼╝asz, ┼╝e wr├│ci?
- Oczywi┼Ťcie.
- Nie s─ůdz─Ö. Pad┼éo mi─Ödzy nami zbyt wiele s┼é├│w, kt├│rych ani on ani ja nie powinni┼Ťmy byli powiedzie─ç.
- Ale mimo to wci─ů┼╝ pan na niego czeka.
- Mo┼╝e po prostu jestem naiwnym g┼éupcem, kt├│ry niepotrzebnie si─Ö ┼éudzi, mo┼╝e powinienem sobie da─ç spok├│j… - odpar┼é m─Ö┼╝czyzna.
- Nawet naiwni g┼éupcy maj─ů prawo by mie─ç nadziej─Ö na szcz─Ö┼Ťcie.
- Szcz─Ö┼Ťcie… czasami mam wra┼╝enie, ze to tylko puste s┼éowo, skorupka, w kt├│rej mo┼╝na znale┼║─ç tylko zgni┼ée jajko pe┼éne b├│lu i samotno┼Ťci.
W oczach m─Ö┼╝czyzny zaszkli┼éy si─Ö ┼ézy, wiec szybko odwr├│ci┼é g┼éow─Ö, by rozm├│wca nie widzia┼é tych paru ┼éez, kt├│re zdo┼éa┼éy si─Ö wymkn─ů─ç. Kelner chcia┼é jeszcze co┼Ť powiedzie─ç, lecz musia┼é wr├│ci─ç do pracy. Od tego czasu, za ka┼╝dym razem, gdy przynosi┼é m─Ö┼╝czy┼║nie fili┼╝ank─Ö czekolady, zamienia┼é z nim kilka s┼é├│w, za ka┼╝dym razem wywo┼éuj─ůc na jego twarzy smutny u┼Ťmiech.
Kt├│rego┼Ť dnia, gdy m─Ö┼╝czyzna przyszed┼é, zam├│wienie przyj─ů┼é od niego jaki┼Ť inny kelner.
- Co poda─ç?
- Poprosz─Ö fili┼╝ank─Ö czekolady.
- Bardzo mi przykro, ale nie mamy w menu gor─ůcej czekolady.
Mężczyzna popatrzył zdziwiony na kelnera.
- Jak to? Za każdym razem jak przychodziłem, ten drugi kelner dawał mi filiżankę. Mówił, że to na koszt firmy.
- M├│wi pan o Michale? On ja kupowa┼é za w┼éasne pieni─ůdze.
Mężczyzna popatrzył zdziwiony na kelnera.
- W takim razie co poda─ç? – zapyta┼é kelner.
- Poprosz─Ö kaw─Ö – odpar┼é m─Ö┼╝czyzna i skierowa┼é wzrok w stron─Ö okna.
- Czy to za to zosta┼é zwolniony? – spyta┼é m─Ö┼╝czyzna, gdy kelner przynosi┼é mu kolejn─ů kaw─Ö.
- Słucham?
- No ten kelner. Czy to za t─ů czekolad─Ö zosta┼é zwolniony?
- Dlaczego pan uwa┼╝a, ze zosta┼é zwolniony? – zdumia┼é si─Ö kelner.
- Bo go dzisiaj nie ma.
- To dlatego, że jest chory. Grypę złapał.
- Ach. To dobrze. Nie chciałbym żeby go przeze mnie zwolnili. Był bardzo miły.
- Prosz─Ö si─Ö nie martwi─ç, na pewno go nie zwolni─ů za to. – Kelner u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö i wr├│ci┼é do swoich obowi─ůzk├│w.
- Czy m├│g┼éby┼Ť… - odezwa┼é si─Ö m─Ö┼╝czyzna z wahaniem, kiedy kelner przyni├│s┼é rachunek. – Wiesz mo┼╝e gdzie on mieszka?
- Kto? – spyta┼é zdziwiony kelner.
- Ten mi┼éy kelner. Chcia┼ébym go odwiedzi─ç i podzi─Ökowa─ç za t─ů czekolad─Ö.
- No nie wiem czy mog─Ö… - odpar┼é niepewnie kelner, lecz widz─ůc wpatruj─ůce si─Ö w niego prosz─ůce spojrzenie, skapitulowa┼é. Napisa┼é na kartce wydartej z notesu adres i poda┼é go m─Ö┼╝czy┼║nie wraz z rachunkiem. – Tylko jakby co, nie dosta┼é go pan ode mnie. – Nie by┼é pewny czy Micha┼é b─Ödzie z tego faktu zadowolony, wola┼é wi─Öc zabezpieczy─ç si─Ö przed ewentualnymi pretensjami ze strony kolegi.
- Ale┼╝ oczywi┼Ťcie – m─Ö┼╝czyzna u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö ze zrozumieniem i wyszed┼é z kawiarni.
Nast─Öpnego dnia podjecha┼é taks├│wk─ů pod adres, kt├│ry dosta┼é. Okaza┼éo si─Ö i┼╝ jego punktem docelowym by┼é w┼éa┼Ťnie ocieplany wie┼╝owiec. Poniewa┼╝ ┼╝adna z czterech klatek nie mia┼éa oznacze┼ä mog─ůcych mu wskaza─ç w kt├│r─ů z nich musi wej┼Ť─ç, wi─Öc wszed┼é do pierwszej z brzegu by poszuka─ç jakiego┼Ť spisu lokator├│w. Niestety nie by┼éo takowego, za to by┼éy l┼Ťni─ůce nowo┼Ťci─ů skrzynki na listy. Na jednej z nich widnia┼é interesuj─ůcy go numer. Niestety przeszkod─Ö stanowi┼é domofon. Ju┼╝ wyci─ůga┼é r─Ök─Ö, by zadzwoni─ç, lecz szybko j─ů cofn─ů┼é, zdaj─ůc sobie spraw─Ö z tego, ┼╝e w┼éa┼Ťnie w tym momencie sytuacja sta┼éa si─Ö nieco absurdalna. No bo zadzwoni, on odbierze i co powie? ┼╗e jest tym go┼Ťciem od czekolady? Ewidentnie uzna go za wariata i pewnie powie ┼╝eby spada┼é. Nie pozostawa┼éo nic innego jak czeka─ç a┼╝ b─Ödzie wchodzi┼é kto┼Ť z „domownik├│w”. Szcz─Ö┼Ťcie dopisa┼éo mu bardzo szybko, bo ju┼╝ chwil─Ö potem drzwi otworzy┼éy si─Ö wypuszczaj─ůc jaka┼Ť smarkul─Ö z ujadaj─ůcym kundlem. Pies pr├│bowa┼é rzuci─ç si─Ö na intruza, na szcz─Ö┼Ťcie smarkula poci─ůgn─Ö┼éa mocno za smycz, i wysz┼éa z klatki, nie interesuj─ůc si─Ö zupe┼énie obcym. M─Ö┼╝czyzna skorzysta┼é z tego faktu i w┼Ťlizgn─ů┼é si─Ö na schody, zanim drzwi si─Ö zamkn─Ö┼éy. Pojecha┼é na ostatnie pi─Ötro i schodz─ůc schodami sprawdza┼é, kt├│re to pi─Ötro. Znalaz┼é je do┼Ť─ç szybko. Niepewnie zastuka┼é w drzwi z numerem 89 znajduj─ůcymi si─Ö na dziewi─ůtym pi─Ötrze. Odpowiedzia┼éa mu cisza, wi─Öc zastuka┼é jeszcze raz. Niestety nic to nie da┼éo. Ju┼╝ chcia┼é zrezygnowa─ç, gdy drzwi po prawej otworzy┼éy si─Ö i wysz┼éa z nich niem┼éoda ju┼╝ kobieta.
- Dzie┼ä dobry – powiedzia┼é odruchowo.
- A dzie┼ä dobry. Pan do pana Micha┼éa? – zapyta┼éa kobieta, widz─ůc, ┼╝e m─Ö┼╝czyzna wci─ů┼╝ stoi na wycieraczce.
- A no tak – u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö niepewnie. – S┼éysza┼éem, ┼╝e podobno jest chory i chcia┼éem go odwiedzi─ç. Kupi┼éem nawet troch─Ö mandarynek – pokaza┼é trzyman─ů w r─Öku reklam├│wk─Ö.
- O, to Pan Micha┼é si─Ö ucieszy – s─ůsiadka wyra┼║nie rozpromieni┼éa si─Ö. – On bardzo lubi mandarynki. Prosz─Ö za mn─ů.
Kobieta podeszła do drzwi z numerem 89 i wsadziła klucz w zamek.
- A nie b─Öd─Ö mu przeszkadza─ç? Skoro nie otwiera┼é gdy puka┼éem, to mo┼╝e nie chce nikogo widzie─ç… - powiedzia┼é m─Ö┼╝czyzna niepewnie.
- Ale┼╝ sk─ůd – kobieta machn─Ö┼éa r─Ök─ů. – Pewnie ┼Ťpi. Strasznie ci─Ö┼╝ko przechodzi t─ů gryp─Ö, ┼╝e w og├│le z ┼é├│┼╝ka si─Ö nie rusza, tylko ┼Ťpi. A ┼╝e biedak nie ma nikogo, to musz─Ö mu gotowa─ç.
- Mieszka sam?
- To pan o tym nie wiedzia┼é? – kobieta spojrza┼éa na m─Ö┼╝czyzn─Ö podejrzliwie.
- Znam go od niedawna i jeszcze nie opowiedział mi wszystkiego o sobie. Jestem u niego pierwszy raz.
- Ach. To pewnie Pan Micha┼é si─Ö ucieszy, ┼╝e pan przyszed┼é. W┼éa┼Ťciwie to nikt go nie odwiedza.
Weszli do mieszkania, kt├│re okaza┼éo si─Ö niewielk─ů kawalerk─ů z jeszcze mniejszym przedsionkiem i mikroskopijn─ů wn─Ök─ů kuchenn─ů. M─Ö┼╝czyzna niepewnie zatrzyma┼é si─Ö przy drzwiach. Tymczasem kobieta wesz┼éa do pokoju i podesz┼éa do ┼é├│┼╝ka, kt├│rego brzeg wida─ç by┼éo nawet z miejsca w kt├│rym sta┼é m─Ö┼╝czyzna.
- Panie Michale, czas na obiad – powiedzia┼éa przyciszonym g┼éosem kobieta, na co odpowiedzia┼é jej schrypni─Öty, przyciszony i wyra┼║nie zaspany g┼éos:
- To ju┼╝, pani Mario? A wydaje mi si─Ö jakbym dopiero co zasn─ů┼é.
Kobieta roze┼Ťmia┼éa si─Ö rozbawiona.
- Zaraz panu odgrzej─Ö, a tak w og├│le to ma pan go┼Ťcia.
- Go┼Ťcia? Nikogo si─Ö nie spodziewam.
Mężczyzna ruszył się spod drzwi i wszedł do pokoju.
- Dzie┼ä dobry. – Ch┼éopak popatrzy┼é na niego zszokowany. – Powiedziano mi, ┼╝e chorujesz, to pomy┼Ťla┼éem, ┼╝e odwiedz─Ö. Przynios┼éem troch─Ö mandarynek. Podobno bardzo s┼éodkie.
- Nie trzeba by┼éo – wychrypia┼é wyra┼║nie zak┼éopotany ch┼éopak.
- To ja je umyj─Ö – s─ůsiadka wzi─Ö┼éa reklam├│wk─Ö. Chwil─Ö potem na ┼éawie przy ┼é├│┼╝ku sta┼éa miska wype┼éniona mandarynkami, a s─ůsiadka postukiwa┼éa naczyniami w kuchni.
- Chcia┼éem podzi─Ökowa─ç za czekolad─Ö. Mam nadziej─Ö, ┼╝e ci─Ö za to nie zwolni─ů.
- Ju┼╝ pan wie – mrukn─ů┼é zawstydzony ch┼éopak. – Przepraszam, ale kiedy zobaczy┼éem jak pan siedzi taki smutny… babcia mi zawsze robi┼éa czekolad─Ö, by odegna─ç smutki. Wprawdzie nie zawsze to pomaga┼éo, ale lubi┼éem to. Tak bardzo, ┼╝e zacz─ů┼éem cz─Ö┼Ťciowo wierzy─ç w jej „magiczn─ů” moc. Mia┼éem nadziej─Ö, ┼╝e panu te┼╝ pomo┼╝e chocia┼╝ troch─Ö odegna─ç smutki.
M─Ö┼╝czyzna u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö rozbawiony.
- Nie odegna┼éa ich, ale pomog┼éa troch─Ö. Mia┼ée┼Ť racj─Ö, ┼╝e jak jest odpowiednio s┼éodka, to daje nadziej─Ö.
W tym momencie do pokoju weszła kobieta z talerzem zupy.
- To ja ju┼╝ p├│jd─Ö – powiedzia┼é m─Ö┼╝czyzna wstaj─ůc z fotela na kt├│rym siedzia┼é. – Mam nadziej─Ö, ┼╝e szybko wyzdrowiejesz.
- Dzi─Ökuj─Ö, ┼╝e pan przyszed┼é – Micha┼é u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö. – To bardzo mi┼ée z pana strony.
Mężczyzna odwrócił się wyraźnie zakłopotany.
Przez nast─Öpnych kilka dni m─Ö┼╝czyzna mia┼é do┼Ť─ç du┼╝o pracy, wi─Öc wychodzi┼é do┼Ť─ç p├│┼║no do domu i nie mia┼é czasu i┼Ť─ç nawet do kawiarni, zupe┼énie przy tym zapominaj─ůc o kelnerze. Kt├│rego┼Ť dnia, gdy po sp─Ödzeniu w biurze dodatkowych czterech, wychodzi┼é z budynku, wpad┼é na ros┼éego czarnow┼éosego m─Ö┼╝czyzn─Ö.
- Adam? Co ty tu robisz? – spyta┼é zdziwiony, gdy zobaczy┼é na kogo wpad┼é, a serce zacz─Ö┼éo mu bi─ç, nie wiedzia┼é czy to z rado┼Ťci, czy z niepokoju.
- Przyszed┼éem zobaczy─ç si─Ö z tob─ů, Marek – odpar┼é cicho, niemal czule.
Popatrzył zdziwiony na rozmówcę.
- My┼Ťla┼éem, ┼╝e nie chcesz mnie ju┼╝ widzie─ç. Po tym co sobie powiedzieli┼Ťmy wtedy w tej kawiarni…
- Przepraszam. By┼éem g┼éupi i powiedzia┼éem co┼Ť, czego nie powinienem. Zrozumia┼éem to, gdy mi ciebie zabrak┼éo. Czy mi wybaczysz?
Serce Marka zabi┼éo z rado┼Ťci, a w oczach zebra┼éy si─Ö ┼ézy.
- Tak – wyszepta┼é, na co Adam obj─ů┼é go i mocno przytuli┼é.
- Chod┼║my do ciebie – wyszepta┼é Adam.
Na szcz─Ö┼Ťcie Marek mieszka┼é dwie ulice od firmy w kt├│rej pracowa┼é. Ledwo przekroczyli pr├│g mieszkania, a Adam wr─Öcz rzuci┼é si─Ö na Marka, ca┼éuj─ůc go i rozbieraj─ůc.
- Nawet nie wiesz, jak mi ciebie brakowało.
- Mnie ciebie te┼╝ – wyszepta┼é Marek mi─Ödzy jednym a drugim poca┼éunkiem, poca┼éunkiem serce zala┼éa mu fala szcz─Ö┼Ťcia. Jeszcze d┼éugo w noc kochali si─Ö nami─Ötnie, a┼╝ w ko┼äcu przyszed┼é ranek i obaj musieli i┼Ť─ç do pracy. Marek z b├│lem serca ┼╝egna┼é si─Ö z ukochanym, boj─ůc si─Ö, ┼╝e to tylko sen. Jednak gdy tak┼╝e tego dnia Adam czeka┼é na niego przed budynkiem firmy, zrozumia┼é, ┼╝e wszystko jest tak jak dawniej. Prze moment nawet pomy┼Ťla┼é, ┼╝e to ta czekolada od tego mi┼éego kelnera swoj─ů magiczn─ů moc─ů to sprawi┼éa, lecz ta my┼Ťl szybko ulecia┼éa mu z g┼éowy, zast─ůpiona szcz─Ö┼Ťciem z powrotu ukochanego.
Jednak po jakim┼Ť czasie to szcz─Ö┼Ťcie zacz─Ö┼éo si─Ö psu─ç, wkrada┼éa si─Ö rutyna zast─Öpuj─ůc codzienno┼Ťci─ů te wszystkie chwile uniesie┼ä. Nawet seks nie by┼é ju┼╝ taki zmys┼éowy i romantyczny jak na pocz─ůtku, Adam po wszystkim odwraca┼é si─Ö na bok i zasypia┼é, podczas gdy Marek potrzebowa┼é czu┼éo┼Ťci, przytulania. Kiedy pr├│bowa┼é o tym rozmawia─ç z Adamem, ten zbywa┼é go m├│wi─ůc, ┼╝e przesadza, poza tym ma prawo by─ç zm─Öczony po ca┼éym dniu zasuwania w robocie.
Kt├│rej┼Ť nocy, gdy Adam, jak zwykle odwr├│ci┼é si─Ö i zasn─ů┼é, Marek wsta┼é, za┼éo┼╝y┼é szlafroki zrobiwszy sobie drinka stan─ů┼é przy drzwiach balkonowych wpatruj─ůc si─Ö w u┼Ťpione miasto. R├│┼╝ne my┼Ťli przelatywa┼éy mu po g┼éowie, a wszystkie dotyczy┼éy ich zwi─ůzku, tego co by┼éo, jest i, by─ç mo┼╝e, nigdy nie b─Ödzie. Tak go te my┼Ťli m─Öczy┼éy, ┼╝e nie m├│g┼é zasn─ů─ç przez ca┼é─ů noc. Nast─Öpnego dnia zachowywa┼é si─Ö tak, jakby nic si─Ö nie sta┼éo, jednak dziwne uczucie niepokoju nie opuszcza┼éo go przez ca┼éy dzien. By┼éo ono tak mocne, ┼╝e spa┼é do┼Ť─ç niespokojnie i obudzi┼é si─Ö o trzeciej nad ranem, nie mog─ůc z powrotem zasn─ů─ç. I znowu stan─ů┼é przy drzwiach balkonowych z drinkiem w r─Öku, jednak tym razem jedynie gapi┼é si─Ö bezmy┼Ťlnie na miasto. Nagle w g┼éowie zabrz─Öcza┼éy mu s┼éowa. „Nawet naiwni g┼éupcy maj─ů prawo by mie─ç nadziej─Ö na szcz─Ö┼Ťcie.” Nadzieja… szcz─Ö┼Ťcie… Te s┼éowa zala┼éy go dawno zapomnianym uczuciem, wprawi┼éy w dr┼╝enie jego serce, wlewaj─ůc w nie niepok├│j i co┼Ť jeszcze…Pr├│bowa┼é sobie przypomnie─ç, kto to powiedzia┼é. Po d┼éu┼╝szej chwili przed jego oczami pojawi┼éa si─Ö twarz m┼éodego czarnow┼éosego ch┼éopaka, kt├│ry u┼Ťmiechaj─ůc si─Ö ciep┼éo m├│wi┼é: „…przynosi spok├│j i nadziej─Ö.” Ale co? I kto to jest? Po d┼éu┼╝szej chwili intensywnego przegrzebywania pami─Öci, do twarzy do┼é─ůczy┼éa reszta cia┼éa ubrana w bia┼éa koszul─Ö, czarn─ů kamizelk─Ö i czarne spodnie, trzymaj─ůca w r─Öku fili┼╝ank─Ö jakiego┼Ť paruj─ůcego p┼éynu. W ko┼äcu sobie przypomnia┼é! Ten ciep┼éy, ┼╝yczliwy u┼Ťmiech i s┼éodk─ů czekolad─Ö, dan─ů od serca, by sw─ů magiczn─ů moc─ů odegna┼éa smutki. U┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö na wspomnienie tej „magicznej mocy”. Dziecinna wiara zamiast wywo┼éa─ç w nim rozbawienie, sprawi┼éa, ┼╝e jego serce zacz─Ö┼éo bi─ç niespokojnie, jednak tym razem by┼éo w tym niepokoju co┼Ť uspokajaj─ůcego, daj─ůcego nadziej─Ö… Przed oczami Marka znowu pojawi┼éa si─Ö u┼Ťmiechni─Öta ┼╝yczliwie twarz tego m┼éodego kelnera, a m├│zg ze swoich zakamark├│w wyci─ůgn─ů┼é wszystkie te s┼éowa, kt├│re on wypowiada┼é za ka┼╝dym razem, gdy przynosi┼é czekolad─Ö. S┼éowa, kt├│re dawa┼éy nadziej─Ö i przynosi┼éy ukojenie. I zapragn─ů┼é znowu je us┼éysze─ç, by uspokoi─ç rozedrgane serce, by znowu mie─ç nadziej─Ö…
Zanim nadszed┼é ranek, Marek podj─ů┼é decyzj─Ö. Reno przy ┼Ťniadaniu przeprowadzi┼é powa┼╝n─ů rozmow─Ö z Adamem, podczas kt├│rej, u┼╝ywaj─ůc starych jak ┼Ťwiat argument├│w, ┼╝e ich uczucie chyba ju┼╝ si─Ö wypali┼éo, zerwa┼é z Adamem. Wprawdzie troch─Ö ba┼é si─Ö, ┼╝e jego kochanek zareaguje troch─Ö zbyt gwa┼étownie, jednak by┼é ju┼╝ zdecydowany. Zbyt bardzo pragn─ů┼é zobaczy─ç tego m┼éodego kelnera, kt├│ry wprawi┼é w dr┼╝enie jego serce, by teraz si─Ö wycofa─ç. Na szcz─Ö┼Ťcie Adam nie sprzeciwia┼é si─Ö, Marek mia┼é nawet wra┼╝enie, ┼╝e odetchn─ů┼é z ulg─ů. Postanowi┼é wi─Öc zaryzykowa─ç i zapyta┼é wprost. Wtedy Adam powiedzia┼é mu, ┼╝e ju┼╝ od jakiego┼Ť czasu przesta┼é go kocha─ç, ale nie wiedzia┼é jak to powiedzie─ç, by go nie zrani─ç, bo mimo wszystko nie chcia┼é by Marek cierpia┼é. Nie by┼éo wi─Öc powod├│w, by dalej to ci─ůgn─ů─ç, ustalili jeszcze tylko, ┼╝e wci─ů┼╝ b─Öd─ů przyjaci├│┼émi i ┼╝e w weekend Adam przyjdzie odebra─ç swoje rzeczy z mieszkania Marka, w kt├│rym ostatnio przebywa┼é cz─Ö┼Ťciej ni┼╝ we w┼éasnym, po czym rozeszli si─Ö do pracy.
Marek wyszed┼é wcze┼Ťniej z pracy, z nadziej─ů w sercu i obaw─ů jednocze┼Ťnie, kieruj─ůc swoje kroki do tej restauracji w kt├│rej pracowa┼é Micha┼é. W ko┼äcu, po kilku dniach, przypomnia┼é sobie jego imi─Ö. Mia┼é nadziej─Ö, ┼╝e wci─ů┼╝ tam jeszcze pracuje i ┼╝e jest szansa, ┼╝e uspokoi rozko┼éatane serce, ┼╝e nie podepcze go. Tego ostatniego obawia┼é si─Ö najbardziej. Co je┼Ťli ┼║le odczyta┼é sygna┼éy? Je┼Ťli ┼║le zinterpretowa┼é te wszystkie u┼Ťmiechy i ┼╝yczliwe s┼éowa? Niepewnie wszed┼é do kawiarni i usiad┼é przy tym samym stoliku co kiedy┼Ť. Tak bardzo si─Ö niepokoi┼é, ┼╝e nawet bal si─Ö rozejrze─ç po sali, by sprawdzi─ç, czy Micha┼é jest w pracy, wi─Öc zapatrzy┼é si─Ö w okno. W ko┼äcu us┼éysza┼é pytanie:
- Zdecydował się już pan, co podać?
Podni├│s┼é g┼éow─Ö i zobaczy┼é u┼Ťmiechaj─ůcego si─Ö ┼╝yczliwie Micha┼éa. Mia┼é wra┼╝enie, jakby na jego widok w oczach kelnera pojawi┼éa si─Ö rado┼Ť─ç, ale nie by┼é pewien do ko┼äca. Postanowi┼é wi─Öc zaryzykowa─ç.
- Tak si─Ö zastanawia┼éem… Czy m├│g┼ébym dosta─ç gor─ůc─ů czekolad─Ö? Ale wiesz, tak─ů magiczn─ů, kt├│ra po┼éata serce wype┼éniaj─ůc je na nowo mi┼éo┼Ťci─ů?
Kelner u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö jeszcze cieplej i odpowiedzia┼é:
- Niestety nie mamy czego┼Ť takiego w naszym menu, ale znam pewien lokal, gdzie takow─ů daj─ů. Wprawdzie jest niewielki i bli┼╝ej nieba ni┼╝ inne, ale za to jest otwarty ca┼éa dob─Ö, a w┼éa┼Ťciciel daje do czekolady du┼╝o mi┼éosnej magii.
- A ile tej czekolady mo┼╝na tam zam├│wi─ç? Nie wiem czy sta─ç mnie na ni─ů… Tak du┼╝a ilo┼Ť─ç specjalnego sk┼éadnika musi strasznie du┼╝o kosztowa─ç.
- Och, prosz─Ö si─Ö tym nie martwi─ç, ona jest zawsze za darmo.
- W takim razie chciałbym spróbować. Czy ewentualnie można już dzisiaj?
- Oczywi┼Ťcie, zapraszam. Najlepiej wieczorem, kiedy miasto ┼Ťpi, a noc nuci sw─ů melancholijn─ů pie┼Ť┼ä.
- Jak m├│g┼ébym si─Ö oprze─ç takiemu zaproszeniu? – Marek u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö. – A na razie poprosz─Ö kaw─Ö.