Kawa i grafit - bonus
Dodane przez Aquarius dnia Marca 29 2014 08:40:17


Bonus – Płótno


Chłodny dreszcz przebiegł po ramionach Mikołaja, kiedy zdecydował się przymknąć niewielkie okno w kuchni, tuż po wypaleniu papierosa. Rześkie powietrze styczniowego wieczoru wypełniło go przyjemnym ożywieniem, jakby niewidzialny prąd zbudził umęczone ciało do jeszcze paru minut działania. Nikotyna również miała w tym swój udział, ale Mikołaj musiał poczekać do chwili, aż jego syn ułoży się do snu, żeby sięgnąć bez przeszkód w stronę paczki. Starali się wraz z Miłkiem nie robić tego przy chłopcu, mając na uwadze jego zdrowie.
– No wracaj staruszku... – mruknął do siebie cicho, spoglądając na zegar, czerwonymi cyframi wyświetlający się na piekarniku. Dochodziła dziesiąta wieczór, koniec kolejnego dnia i tygodnia, jutro jawiło się jako możliwość dłuższego pospania, drobnej chwili odpoczynku. Przeciągnął się, zahaczając rękoma o kuchenne szafki, mając nieodpartą chęć położyć się już do łóżka. Chciał jednak poczekać na Miłka, dać mu późną kolację, dowiedzieć się jak minął mu dzień. Był to swoisty rytuał, który z rzadka zostawał naruszony z powodu pracy, kiedy Mikołaj był zmuszony do pozostania w firmie na noc. Tak działo się jeszcze dwa tygodnie temu, burząc na nowo ustalony rodzinny plan dnia, jaki ustanowili sobie z Miłkiem. Nie cierpiał tych chwil, wybity z normalnego trybu życia, szamocząc się na pograniczu nocy i poranka.
Zgasił światło w niewielkiej kuchni i leniwie wsunął się do przestronnego salonu. Migoczące blaski płynące z telewizora padały ostro na meble, białymi plamami rozlewając się po wzorzystym dywanie. Mikołaj podszedł do kanapy i położył się na niej z cichym westchnieniem. Nieświadomie przesunął dłonią po koszulce, wyczuwając pod palcami twardą materię kolczyka, który od miesiąca przyozdabiał jeden z jego sutków. Niezmiernie go cieszyła ta mała ozdoba, pobudzała i sprawiała, że szybko popadał w erotyczne fantazje. Dziś jednak zignorował ten fakt, znużony myślą, że wraz ze swoim partnerem nie mieli szansy, aby wykorzystać cudeńko w łóżku. Na myśl o ich życiu seksualnym popadał w przygnębienie. W jego mniemaniu było kiepsko, co niezmiernie go drażniło i napawało zniechęceniem. Nic jednak nie ulegało zmianie, odkąd Miłko wziął dodatkowe korepetycje dla czwórki maturzystów, w ciągu tygodnia jeżdżąc jak zawsze do swojej stałej pracy. Wieczorami wracał zmęczony, często poirytowany bądź milczący. Nastroju na seks nie było nigdy, czemu Mikołaj się nie dziwił, wciąż jednak mając nadzieję na ulotną chwilę bliskości ze swoim mężem. Zdarzyła się sytuacja, gdzie poinformował go o tym, o zaniedbaniu jakie grubym kurzem zapomnienia kładło się na ich pożyciu seksualnym. Pamiętał rozmowę, błyskawicznie przechodzącą w awanturę i gniew, jaki niespodziewanie wstąpił w Miłka. Ze względu na niepokój przesiąkający tamte wydarzenia, Mikołaj nie miał zamiaru wspominać mężczyźnie, że coś jest nie tak. Chociaż zdawał sobie sprawę, że trzymanie tego również niczego dobrego nie przyniesie, a jedynie frustracje i niezadowolenie. Może mając Kubę za ścianą, Miłko będzie mniej skory do kłótni...
Mimowolnie zerknął w stronę korytarza, z którego wylewała się ciemność, by dostrzec zarys drzwi do pokoju syna. Cieszył się, że ma go tutaj przy sobie, bez udawania, że jest tylko bratem. Musiał wiele przejść, aby w końcu ze spokojem przyjąć, że Kuba akceptuje tą nagłą zmianę. Mozolny etap wprowadzania do życia całego planu wydawał się nie mieć końca, obarczony wyrzeczeniami i przykrymi skutkami. Rodzice na początku pochwalali jego gotowość do wyznania Kubie prawdy, lecz ich stosunek gwałtownie uległ zmianie, kiedy po jakimś czasie wyszła na jaw orientacja Mikołaja. Na szczęście miał załatwione papiery ojcostwa oraz prawnego opiekuna Kuby, więc odebranie mu go w przypływie złości rodziców było niemożliwe. Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc wszystko przeistaczało się w odmienny obraz, stres malał, gorycz z powodu reakcji bliskich znikała. Mikołaj wiele zawdzięczał Miłkowi, jego wsparcie zawsze podtrzymywało go na duchu, upewniało w słuszność tego, co robił. W tamtych chwilach mężczyzna był czuły, stanowczy i troskliwy. Ciepło jakie z niego biło, prawie dorównywało temu, jakie Mikołaj doświadczył podczas ich krótkiego, ale intensywnego w doznaniach pobytu w Pradze. Dziś kontakt z rodzicami Mikołaj miał lepszy, chociaż ciężko było mu do tego sprzed paru lat. Dopiero w tamtym roku na Wielkanoc, na powrót usiedli wspólnie do stołu, bez pretensji jak ich życie zmieniło się nieoczekiwanie.
Zasługą tego były wizyty Kuby u psychologa, który zasugerował dziadkom polepszenie relacji z Mikołajem. I tak, w czasie Wigilii, prócz rodziny pojawił się Miłko, grzeczny i uprzejmy, ale zdystansowany. Tamtego wieczoru atmosfera wokół uroczyście zastawionego stołu wisiała ciężko nad wszystkimi, nie pozwalając komukolwiek wyjść z roli życzliwego gościa i miłego gospodarza. Mimo obaw, jakie od samego początku dręczyły Mikołaja, wieczór zakończył się udanie. Mieli za sobą jeszcze inne spotkanie, które przebiegło już w luźniejszej atmosferze, pozwalając jego ojcu nawiązać kontakt z Miłkiem, kiedy okazało się, że obaj zdradzają nieskrywany pociąg do wędkowania. Sytuację dodatkowo umilił Kuba, włączając się z ożywieniem do tematu ryb, które niezaprzeczalnie skojarzyły mu się z krokodylami (mając nawet osiem lat, nie przeszło mu to całkowicie). Jedynie matka Mikołaja nie umiała wyraźnie zaakceptować takiego stanu rzeczy, często znikając w kuchni. Mikołaj zmusił się do krótkiej rozmowy z nią, z której ciężko było mu cokolwiek wywnioskować.
– Pepe, cicho – szepnął z naganą w stronę kąta tuż między fotelem a kanapą, gdzie miała swoje legowisko ich trzyletnia suczka rasy dalmatyńskiej, Pepe. Uniosła smukły pysk, i Mikołaj zastanowił się, czy ponownie mu się sprzeciwi, jak to miała w swoim upartym, psim zwyczaju. Mieszkała z nimi od początku, wcześniej jako szczeniak szybko zjednała sobie obu właścicieli, dziś przejawiając godny podziwu spokój i zrozumienie. – Kuba, śpi.
Suka jeszcze chwilę przyglądała mu się ze swojego kosza wyściełanego puchatym kocem, po czym ułożyła się wygodnie i z cichym piskiem ziewnęła. Kuba uwielbiał ją, nigdy nie odpuszczał sobie spaceru czy chociażby minutki na zabawę ze zwierzęciem. Kiedy zasypiał, w mieszkaniu zapadała cisza, chyba że do domu wracał Miłko i Pepe z nieukrywaną radością witała go, za każdym razem paroma szczęknięciami.
Minęło pięć lat i Mikołaj nie żałował, że zdecydował się być z Miłkiem. I mimo że posiadali cały pakiet problemów, na równi z nimi dźwigali również przyjemne wspomnienia i uczucia.

***


Kto powiedział, że zimą musi być zimno? Jest mi gorąco. Jest mi duszno. Palę papierosa, popiół spada pod moje nogi. Idę, staram się iść szybko. Chcę już być w domu. Chodniki są czarne i śliskie. Jestem tu sam, i czuję się, jakbym przed chwilą się obudził. Jakbym obudził się na opuszczonym promie kosmicznym i szukał… czegoś szukał. Wiecznie czegoś szukam.
Czuję ucisk w klatce piersiowej. Ściskam dłonią za bark, mój lewy bark jest sztywny i ciężki. Chcę być już w domu.
Nocą ulice są puste. Jest jak w opuszczonym kościele. Noc otwiera się przede mną jak wielkie katakumby. Jest przepastna, a ja przemykam chyłkiem, gdzieś z boku. Zgarbiony cień w czarnym płaszczu.
Zdejmuję rękawiczkę, żeby zagrać kod na domofonie. Ciężko wchodzi mi się po schodach. Jest mi ciężko. Ucisk na piersi przeistacza się w pieczenie. Chcę już wejść do środka i zrzucić z siebie cały ten dzień. Chcę się położyć i zdjąć z siebie to wszystko, co osiadło na mnie od rana.
Otwieram cicho drzwi do domu, staram się nie obudzić Pepe, mimo że wiem, że ona i tak mnie czuje. Ja też wyczuwam jej obecność. Zawsze wiem, kiedy nadchodzi. Teraz jednak śpi. Wiem o tym. Rozbieram się z płaszcza, rozsznurowuję buty. Kurtka Mikołaja wisi na garderobie. Zastanawiam się, czy nadal pachnie zimą. Zimnem. Patrzę i myślę przez chwilę. Jej polarowe podbicie jest miękkie i ciepłe na mojej twarzy. Zamykam na moment oczy.
W mieszkaniu jest cicho i ciemno. Z pokoju dziennego słyszę telewizor, słyszę jakiś film i dźwięk reklamy na Polsacie. Słyszę, jak Mikołaj przewraca się na kanapie. Słyszę jego niezadowolone, zmęczone sapnięcie. Zaglądam do środka i widzę jego twarz oblepioną światłem. Nienaturalnie bladą i sztywną jak u rzeźby. Zesztywniałą znudzeniem. Marzę o kubku herbaty.
Mówię „cześć” i widzę, jak zwraca do mnie swoją białą, promieniującą twarz. Widzę, jak blask wpada mu do ust, kiedy chce coś powiedzieć. Nie pozwalam mu. Wychodzę. W kuchni zapalam gaz pod czajnikiem i siadam przy naszym stole z ceratą w biało-czerwoną kratę. Siadam i palę. Teraz mogę wyciągnąć przed siebie nogi, oprzeć umęczony łeb na oparciu krzesła i słuchać jak woda relaksująco musuje w czajniku.
Czuję, że do mnie idzie, a u jego boku, ledwie hamując niecierpliwość drepcze Pepe. Jej sierść jest miękka i cudownie gładka pod moją ręką. Pepe ufnie pcha głowę w moje ręce, i nie potrafię się do niej nie uśmiechnąć, nie przytulić jej, nie wydusić tych kilku pisków radości. Nadal pachnie jak szczeniak, jak rumiana grzanka z masłem, jak słone czekoladki.
Woda piszczy w czajniku, zalewam więc dwie czarne herbaty Liptona i patrzę jak Mikołaj krząta się przy obiedzie, jak próbuje zrobić coś dla mnie, chociaż wolałbym, żeby nie robił już nic więcej. Wolałbym, żeby po prostu usiadł i dokończył oglądać film. Mówię mu o tym, a on patrzy na mnie tak niepocieszonym wzrokiem, tak ciężkim i pełnym rezygnacji. Pytam, czy posłodzić mu herbatę, a on zagryza usta, a potem zaczyna sączyć słowa, od których cały ciężar z barków i serca spływa mi do żołądka.

***


Nie zdawał sobie sprawy, jak niewielka ilość słów, wypowiedzianych zmęczonym, monotonnym głosem, może go rozdrażnić. A może chodziło o ten uśmiech zadowolenia, który ujrzał na twarzy swojego partnera, lecz nie był on wywołany osobą Mikołaja, a psa? Cóż za groteska, kiedy pragnienie bliskości zmusza do zazdrości o zwierzę. Mikołaj poczuł wstyd, bólem gnieżdżący mu się w piersi, w okolicach serca. Wiedział to, choć nie chciał się przyznać, że w obecności Miłka wszystko to, czego pragnął od niego, odzywało się ze zdwojoną siłą.
Wrócił zmęczony, intensywnie pachnąc chłodem nocy. Tęsknota zagotowała się w Mikołaju gdy doszły go szmery w korytarzu, a wraz z tym poczuł rozgoryczenie. Podniósł się niechętnie, to znów z radością, że mężczyzna w końcu dotarł. Sprzeczne uczucia roznosiły go wewnątrz, mimo że na zewnątrz pełen był opanowania, próbował nie pokazać, jak czuje się rozbity. I tych parę słów, niby nic nie znaczących, bezbarwnych, lecz poruszających do głębi.
Mikołaj odsunął się od kuchenki i spojrzał na Miłka, nagle pełen zranienia i złości. Zrobił kolację dla nich obu, a teraz okazuje się, że niepotrzebnie. To gdzie jadłeś? Z kim? Niewypowiedziane słowa piekły Mikołaja w podniebienie, lecz zamiast tego, niespodziewanie dla siebie zapytał o coś innego.
– Nie kochaliśmy się od paru tygodni. I nie wiem dlaczego... może już cię nie pociągam? – Przyglądał się uważnie mężczyźnie, pełen obaw i złych przeczuć. Mówił cicho, nie mając ochoty, aby świadkiem ich rozmowy był Kuba.
Miłko westchnął i odłożył z brzękiem łyżeczkę na brzeg zlewu. Nie chciało mu się odpowiadać na tak bzdurne zarzuty. W ogóle nie chciało mu się mówić. Miał ochotę zaszyć się gdzieś i przespać resztę życia.
– Te kilka dni nazywasz tygodniami? – powiedział w końcu, powoli dobierając słowa. – Nie jestem maszyną. Robię wszystko dla ciebie i Kuby. A ty… ty jak zwykle z czymś takim – dokończył ciszej, chowając się zupełnie za przymkniętymi powiekami, za kubkiem z herbatą, odwracając twarz do okna.
– Czymś takim? Moja potrzeba bliskości z tobą sytuuje się na szarym końcu i jest niewarta uwagi? To chcesz mi powiedzieć?
– Nie mam ochoty z tobą o tym rozmawiać – odparł Miłko, zaciskając usta i odstawiając kubek na parapet okna. Jakoś stracił ochotę na herbatę. Aromat, który zwykle nęcił go swoim zapachem, teraz wydawał się mdły. Mężczyzna czuł się zaszczuty pretensjami Mikołaja, a tłumaczyć mu powodów swojego zachowania nie zamierzał. Czuł podskórnie, że Mikołaj skierowałby go do lekarza, że suszył by mu o to głowę. Nie chciał nawet o tym słyszeć.
– A kiedy? Kiedy znajdę sobie kogoś innego? – spytał z ironią Mikołaj, z trudem przełykając ślinę i podchodzącą mu kwasem do gardła złość. Od tych paru tygodni wydawało mu się, że żyje obok Miłka, jakby mężczyzna instynktownie się od niego odsuwał.
Spojrzał na niego, czując jak zagotowuje się w nim złość. Rozchylił usta, nie mogąc przez chwilę uwierzyć w okrucieństwo, z jakim Mikołaj bawił się jego uczuciami. W to, jak łatwo i bezmyślnie go oceniał. Zaczerpnął powietrza, zaskoczony jak głęboko mogą ranić z pozoru nic nie znaczące słowa.
– Ty głupi chuju – powiedział jakoś słabo, łapiąc go za przód koszulki i szarpiąc w swoją stronę. – Ty głupi gówniarzu… Myślisz tylko o swoim kutasie – wycedził cicho, miażdżąc chłopaka intensywnym, złym spojrzeniem.
– A może chodzi o ciebie? Nie pomyślałeś do cholery, że chodzi mi o ciebie? Czy w ogóle zastanawiałeś się, co ja czuję? A może masz to głęboko w dupie, udając kiedyś tam kochanego i miłego faceta? – sapnął Mikołaj, chwytając go odruchowo za przedramiona. Ból w klatce piersiowej nasilał się i stawał nieznośny. – Za każdym, kurwa, razem zastanawiam się, co mam dziś zrobić, abyś zwrócił na mnie uwagę. Masz kogoś? Powiedz szczerze, bo nie wiem, czy ze mną jest coś nie tak, czy może pojawił się ktoś trzeci?
Miłko złapał jego nadgarstki i wykręcił mało subtelnie na plecy, zmuszając chłopaka do odwrócenia się tyłem i przyszpilając go swoim ciałem do drzwiczek kuchennej szafki. Nie miał zamiaru go krzywdzić, działał zupełnie odruchowo, wyczuwając zagrożenie i złość. Sapnął wściekle przez nos, nie mogąc jednak wydobyć z siebie słowa. Nie potrafił odeprzeć ataku, odpowiedzieć na niesprawiedliwe zarzuty wypowiadane agresywnym, prowokacyjnym tonem, ścisnął więc tylko jego ręce mocniej, siniacząc boleśnie skórę nadgarstków.
– Masz ode mnie wszystko… I ciągle ci kurwa mało – warknął tuż nad jego uchem, szamocząc się z chłopakiem bezskutecznie próbującym się uwolnić.
– Puszczaj mnie, cholerny popaprańcu. – Mikołaj próbował odsunąć się od niego, rozdrażniony i wściekły, czując chłodny dreszcz na plecach. Nie chciał robić hałasu, wciąć mając na uwadze syna śpiącego w pokoju obok, lecz bezsilność jaka nim rządziła przybierała wręcz agresywne oblicze. Ból po słowach Miłka dusił go i nie pozwalał oddychać.
– Czego ty jeszcze chcesz? Oddałem ci zupełnie wszystko… – Miłko westchnął słabo do jego ucha, przyciskając go mocniej do powierzchni mebla własnym ciałem. – Wszystko jest podporządkowane tobie i Kubie. Jak się budzę i jak idę spać, i cały dzień. Co mam ci jeszcze kurwa dać?– warknął, czując jak gwałtowne emocje powoli wypierane są przez dławiący w gardle smutek.
– Znowu chcesz wzbudzić we mnie poczucie winy? Zawsze to robisz, w kółko i w kółko, kiedy tylko chcę powiedzieć, że cię pragnę. – Szarpnął się, nie mogąc znieść tego, jak Miłko go traktował, co mówił i jak go oceniał. Było to tym bardziej bolesne, że czuł się kompletnie niezrozumiały przez partnera, przez kogoś, kogo kochał.
Mężczyzna rozluźnił powoli chwyt na jego dłoniach i objął Mikołaja ramionami, mocno przyciskając do siebie, unieruchamiając całkowicie i miażdżąc w uścisku. Było w tym coś rozpaczliwego i ostatecznego zarazem. Wątpił jednak, by Mikołaj to rozumiał.
– Jak ci się udaje być takim skurwielem? – spytał, dotykając nosem jego włosów, rozdrażniony i zasmucony jednocześnie.
Mikołaj odsunął głowę, nie mogąc znieść tego dotyku, przeświadczenia, że partner kpi z niego. Zacisnął zęby, nie pozwalając ciału na rozluźnienie, drżąc i modląc się w duchu, aby w końcu opuścić kuchnię. Zostaw mnie, powtarzał w myślach, wpatrując się tępo w gładką powierzchnię szafek.
– Puść... mnie - szepnął cicho, nie mając już sił ciągnąć tej bezsensownej kłótni.
– Mikołaj… Jak możesz być dla mnie taki niesprawiedliwy? – mruknął tuż nad jego głową, rozluźniając ramiona i obejmując go powoli w pasie. Przymknął oczy, opierając policzek o jego głowę i przytulając się od tyłu, dominująco, pewnie, natarczywie. – Przecież cię kocham. Śnisz mi się prawie co noc. Śniło mi się dziś, że kupujesz jogurt w supermarkecie. Nie było z truskawkami. Obaj byliśmy tacy zmęczeni… – powiedział cicho, pozwalając całej złości opaść z siebie, zostawiając jedynie przenikliwą pustkę. Ciało Mikołaja było ciepłe i znajome, i niosło ze sobą niespodziewane ukojenie.
– Jesteś cholernym egoistą. Pieprzonym, cholernym egoistą Miłko – odparł Mikołaj drżącym głosem, opierając czoło ze zrezygnowaniem o szafkę. Nie potrafił pojąć przekazu w słowach partnera, bazującego na tak zmiennych emocjach. Z jednej strony czuł się wyraźnie odsunięty przez niego, to znowu w odstępie paru minut wyrażał mu odmienne pragnienia, tuląc i szepcząc to, co pragnął usłyszeć na samym początku. Mętlik w głowie ciężarem opadał na dno żołądka, wywołując mdłości. – Puść mnie, proszę...
– Nie chcę cię nigdzie puszczać. Tak jest mi dobrze – powiedział Miłko, obejmując go czulej, delikatniej niż jeszcze przed chwilą i odnajdując nosem skrawek skóry między kapturem bluzy a włosami. Mikołaj pachniał męsko, seksownie i bardzo znajomo. Chwycił jego skórę wargami, zasysając na niej lekko usta. – Jestem chujem. Przepraszam. Tak bardzo cię kocham. Chyba mi już odbija.
– Dlaczego... Dlaczego to robisz? – Mikołaj zagryzł wargę, oddychając przez nos z obawy, że z powodu znużenia jakiego go ogarniało, rozpłacze się przed mężczyzną. Przymknął powieki, próbując uspokoić szamoczące się z nerwów serce i odruchowo zaciskając palce na obejmujących go dłoniach. Ucisk w piersi był rozkoszą na znajomą bliskość, ciepło i siłę, jaką wyczuwał. Tak straszliwie mu tego brakowało. – Czy zawsze musi to tak wyglądać? Mam wzbudzać w tobie gniew, abyś dał mi znak... cholerny gest, że ci nadal na mnie zależy? Jakbyś się oddalał, zakopywał w sobie, a ja nie wiem co się dzieje z tobą.
– Przepraszam. Nie chciałem cię skrzywdzić. Jesteś słodki… – wyrzucił z siebie, splatając z nim palce dłoni i całując kilka razy w szyję, na próbę, na zgodę, na dowód swoich słów. – Tylko na tobie mi zależy – dodał, czując się zobowiązany by zapewniać go teraz o stałości i sile swoich uczuć, mimo że sam nie był ich nigdy pewien. Łatwo jednak potrafił wstąpić w rolę opiekuna i robił to chętnie, za każdym razem gdy Mikołaj pokazywał przy nim swoją słabość. – Bardzo boli? – spytał, rozmasowując jego nadgarstek między kciukiem a palcami. Nawet jego głos stał się przesycony czułością.
– Trochę... – Pociągnął nosem i zadrżał z zimna, czując jak żar zdenerwowania opada z niego, przynosząc wyczekiwaną ulgę. Odetchnął swobodniej, wtulając się pewniej w ciało za sobą, spragniony czułości jak nigdy wcześniej. Obrócił się w ramionach Miłka i zanurzył policzek w materiale jego koszuli, wręcz stęskniony za jego obecnością.– Wyjedźmy gdzieś sami, na weekend, gdziekolwiek...
– Do leśniczówki z fińską sauną? Chętnie zobaczę twój nagi tyłek w śniegu – uśmiechnął się lekko, całując go najpierw w czoło, później w skroń, w nos i w kącik ust, w szczękę i w ulubione miejsce za uchem. – Wezmę wolne na piątek. Pojedziemy na cały weekend. Gdzie tylko zechcesz – powiedział cicho, wsuwając dłonie pod jego bluzę, nisko na plecach, gorące i ciężkie, zdecydowane.
– Pomyślę i ci powiem. Poszperam w necie – zapewnił gorliwie Mikołaj, z entuzjazmem wymalowanym na twarzy. Ucałował mężczyznę w szczękę i od razu skierował się w stronę jego ust, zatapiając się w nich leniwie, bez pośpiechu. Jeszcze chwilę temu znużenie usypiało jego ciało, zmęczony psychicznie marzył o prysznicu i łóżku. Wystarczył jednak konkretny gest ze strony Miłka i na powrót odnajdywał w sobie siły, nie umiejąc mu się nie poddać. Lgnął do jego dotyku, odurzony zapachem i intensywnością doznań. W tamtej chwili swoje pragnienie bliskości mężczyzny porównał do uzależnienia.
Miłko schylił się, by pocałować go w szyję, wcałować się w jej bok, jednocześnie wsuwając dłonie za pasek luźnych dżinsów i obejmując pośladki Mikołaja pożądliwie. Podniecało go, kiedy partner pokazywał swoją wrażliwą, delikatną stronę, kiedy stawał się niepewny siebie i nieporadny, a on mógł wtedy przejąć nad nim kontrolę, roztoczyć opiekę, pokazać jak troskliwym i kochającym jest mężem. Lubił rumieniec zakłopotania na jego policzkach i szyi, to niepewne, wyczekujące spojrzenie, niepewne, zagubione dłonie. Przycisnął go mocniej do siebie, przejmując całkowicie dominację i nacierając na niego swoim ciałem.
-Chcesz się kochać tutaj? – spytał, wskazując brodą kuchenny blat do przyrządzania posiłków.
Mikołaj oblizał dolną wargę, zagarniając w dłonie koszulę mężczyzny na jego plecach.
– Gosh... gdyby nie Kuba, nawet bym się nie zastanawiał nad odpowiedzią – sapnął, wpatrując się w Miłka pożądliwie, z nieukrywaną tęsknotą i uwielbieniem. Niechęć pożerała go żywcem na myśl, że z taką swobodą oskarżał partnera o zdradę. W tej chwili pragnął wynagrodzić mu to, zmazać przykre wrażenie, że zwątpił w jego uczucia. – Więc sypialnia. I cichutko. Młody ma jutro sprawdzian.
– Młody śpi – odparł Miłko i pocałował go mocno w usta, rozpinając rozporek jego spodni. Wkradł się dłońmi pod materiał dżinsu, pod miękką bawełnę bielizny, by objąć dłonią jego erekcję i masturbować chwilę, nie zaprzestając intensywnych pocałunków. Nawet jeśli nie miał na to ochoty, liczył, że organizm nie zawiedzie go w kluczowym momencie. Nie chciał zawieść Mikołaja. – Bądź cicho – mruknął, klękając powoli przed nim. Pocałował odsłonięty, przyjemnie owłosiony brzuch, męsko pachnącą intymność, zsuwając mu spodnie do kolan i zanurzając twarz w jego kroczu. Było to dobre i znane uczucie, i z przyjemnością wysłuchał westchnienia Mikołaja, trochę zaskoczonego, zadowolonego. Szczęka szybko drętwiała mu podczas ssania, i już czuł jak czerwienieje na twarzy, jak gorąco oblewa jego policzki i szyję. Ciężar dłoni na głowie był naglący i miły.
Mikołaj przymknął powieki, dawkując dźwięki przyjemności, jakie wyrywały mu się ukradkowo z na wpół otwartych warg. Rzucał uważne spojrzenia w stronę drzwi, zauważając jak stan nerwowości wpływa pobudzająco na jego ciało. Musieli być ostrożni, aby chwila przyjemności nie zmieniła się w moment wstydu. Mikołaj zacisnął zęby, oddychając przez nos i mrucząc najciszej jak potrafił. Niekiedy wydobywał z siebie wyższy, głośniejszy ton, porażony doznaniami jakie zalewały go od środka, kiedy skupiał wzrok na swoim partnerze. Dłonie miał gorące i spocone, tak jak całe ciało, rozgrzewane kolejnymi ruchami warg Miłka. Zagarniał w palce pasma jego włosów, sycąc się ich dotykiem, miękkością.
– Dojdziesz mi w ustach? – zaseplenił Miłko, obejmując jego członek dłonią, nie przerywając masażu ani na chwilę. Wargi miał grzesznie obrzmiałe i zaczerwienione, co robiło przyjemne wrażenie w zestawieniu z wyrazistymi, zielonymi oczyma, spoglądającymi z dołu na Mikołaja. Przytulił policzek do jego podbrzusza, masturbując Mikołaja tuż obok swojej twarzy.
Odpowiedź, na jaką zdobył się Mikołaj, ograniczała się jedynie do kiwnięcia głową. Młodzieniec obawiał się, że gdyby zdecydował się przemówić, zabrzmiałby niewyraźnie i słabo. Napiął mięśnie ud, zaciskając palce wolnej ręki na skraju blatu i zapierając się o niego. Widok Miłka ze swoim penisem przy twarzy porażała go i upewniała, jak wielce pożąda mężczyzny. Przełknął ciężko ślinę, przesuwając palcami pieszczotliwie po jego policzku i zahaczając o wargi. Drgnął gwałtownie, kiedy w głębi mieszkania dobiegł ich szmer. Spojrzał szybko w stronę kuchennych drzwi, z bijącym nerwowo sercem. Albo Pepe buszowała w pokoju, albo ich syn w kolejnych minutach pojawi się na progu. Miłko ponownie wziął go do ust, obejmując dłońmi jego pośladki i wpychając go sobie głęboko w gardło. Twarz płonęła mu gorącem i czuł wyraźne pulsowanie krwi pod skórą, chciał jednak by orgazm był silny i gwałtowny, by Mikołajowi było naprawdę dobrze, by poczuł się doszczętne wyssany. Już po chwili jego usta zalała gorąca, słona sperma, i przełknął ją bez zastanowienia, powoli wypuszczając go z ust i ściskając pulsacyjnie dłonią. Przytulił spocone czoło do brzucha Mikołaja, uspokajając oddech.
Palce Mikołaja rozluźniły się na jego włosach, lecz nadal tam pozostawały, pieszczotliwie wędrując na spocony kark. Młodzieniec otworzył oczy, wsłuchując się w niknący, lecz wciąż wyraźny głos orgazmu, jaki przetoczył się przez ciało. W uszach mu dudniło od ciszy, a skórę pokryła gęsia skórka, kiedy żar podniecenia z mozołem go opuszczał. Zagnieździł się resztkami w podbrzuszu, gotów zbudzić się ponownie pod wpływem znanego zapachu, ciepła drugiego ciała. Mikołaja bolało gardło, wydawało mu się, że napuchło od dźwięków i jęków, jakie próbował zatrzymać w sobie. Przeczesał palcami włosy, pozwalając sobie na głęboki wdech.
– Chodź do mnie, proszę... – szepnął w stronę Miłka, nigdy nie pozbywając się uległości, jak drugiej skóry, w której czuł się idealnie, odzwierciedlającej jego seksualne zamiłowania.
Mężczyzna podciągnął mu niedbale bieliznę i wstał z klęczek, by przytulić go do siebie, objąć ramionami, pozwolić uspokoić się przy sobie. Drzwi od pokoju skrzypnęły cicho i do kuchni weszła Pepe, unosząc ciekawsko głowę, jakby chciała wybadać atmosferę. Ziewnęła szeroko po psiemu, węsząc w pustej misce i wypijając ostatecznie kilka łyków wody. Miłko zaśmiał się cicho, puszczając Mikołaja z kurczowych objęć, patrząc rozbawiony to na psa, to na jego nieporadne próby uporządkowania garderoby.
– Nie masz ochoty na nocny spacer dookoła bloku? – spytał chłopaka, poprawiając mu zmierzwione włosy i częstując pełnym czułego rozbawienia spojrzeniem.
– Nie masz dość spaceru po wyjściu z pracy? – Mikołaj uśmiechnął się lekko, o dziwo nie dostrzegając w sobie niechęci na propozycję partnera. Zmęczenie tygodniem, frustracja dotycząca ich relacji skutecznie powinny odsunąć go od zgodny na spacer, lecz oczyszczona atmosfera nakłaniała go do zgoła innych decyzji. – Jeśli chcesz, możemy zrobić małą rundkę. Ale po powrocie będziesz musiał mnie dodatkowo grzać w łóżku.
– Myślałem o spacerze z tobą i z Pepe. Kwadrans, żebyś mógł ochłonąć – zaśmiał się cicho, sięgając po swoją niedopitą herbatę i pociągając kilka długich łyków. – Ubierz się. Ja zapnę psa.
– Kocham cię. – Mikołaj przysunął się do niego i ucałował w bok szyi, wyczuwając przyjemny aromat skóry. Odsunął się niechętnie i posyłając jeszcze uśmiech mężczyźnie zniknął za drzwiami kuchni.

***

Patrzę z boku na cały proces ubierania się Mikołaja. Na jego zapinanie spodni i wiązanie butów, w czasie kiedy Pepe próbuje polizać go po twarzy. Na wkładanie czapki i nakrywanie jej kapturem, na wciąganie rękawiczek, w którym to geście jest coś ostatecznego, kiedy palce zajmują swoje pozycje, dłoń wypełnia rękawiczkę, ja mam wrażenie, że w naszym mikrokosmosie nie ma już odwrotu.
Nie wiem dlaczego. Nie rozumiem siebie.
Zapinam psa, zapominam czapki, zapominam rękawiczek, nie wiążę butów i wychodzimy. Częstuję Mikołaja papierosem i palimy chwilę w milczeniu, on schludnie zapięty, a ja jak zwykle, ja byle jaki, ja wymijający, niedokładny, niechętny. Wiatr zwiewa płatki śniegu z drzew i balkonów, z parapetów okien. Zagubione w mroźnym powietrzu wirują bez ładu. Są ostre, kiedy opadają mi na twarz.
Potem poganiam Pepe, biorę Mikołaja za rękę, jego ręka jest twarda i wykonana na powierzchni ze sztucznej skóry, jest czarna i ma grube, matowe palce. Biorę te palce i wtykam sobie do kieszeni płaszcza, w strefę swojego ciała, bo nie chcę, żeby zapomniał, że jeszcze chwilę temu inna część jego ciała była we mnie, i jak bardzo mu się to podobało.
Jego twarz robi się najpierw blada, a potem czerwona od mrozu. Pepe myśli, że pójdziemy z nią aż za przejazd kolejowy, że pójdziemy do lasu, że na łąki, że idziemy sobie hen i nieprędko wrócimy, muszę ją więc stopować i mówię, Pepe, tylko wokół bloków, jest późno, jest zimno, Kuba został sam w domu. Pepe udaje, że nie słyszy, ale jest posłuszna. Ktoś przechodzi obok nas brzęcząc głośno butelkami w foliowej siatce, pewnie z Fresha niesie piwa, myślę sobie, bo to zaraz zamykają. Ręka Mikołaja chce się wyślizgnąć z mojej, ale nie pozwalam, nie puszczam go, i patrzymy sobie krótko w oczy. Pepe markuje zainteresowanie kupką śniegu na chodniku, rozbitą śnieżynką.
Gaszę papierosa i całuję Mikołaja w usta. Pocałunek jest chłodny, krótki i trochę się przeciąga, jego oczy z bliska są zagubione i ciemnoniebieskie, jego piegi nie zbielały mimo miesięcy bez słońca. Przypomina mi się nasz taniec na ślubie, i jak śmiesznie płakała wtedy moja matka, i mówię mu o tym, obaj wybuchamy śmiechem przypominając sobie jej śmieszne, pijackie chlipanie, a potem decydujemy się wracać do domu.
Przypieram go do garderoby, tak że obaj zapadamy się na chwilę pomiędzy kurtki, i całuję go znowu, trochę mocniej, trochę dłużej niż wcześniej, i rozpinam mu kurtkę, rozbieram go z całej tej zimowej łuski, zagrzebuję ręce pod warstwy ubrań a on drży, bo dłonie mam zimne jak lód. Rozbieramy się nawzajem i całujemy, całujemy, całujemy, ręce są niecierpliwe, nosy zimne, policzki zesztywniałe. Pepe zostaje w szelkach, ale się nie skarży, nie ma czasu, bo wpycham Mikołaja do sypialni, do naszego pokoju i zamykam za nami drzwi.

***


Szelest zdejmowanych ubrań zmieszał się z cichym zgrzytem materaca, kiedy ciało Mikołaja niespiesznie ułożyło się na zasłanym łóżku, przyciśnięte przez Miłka. Nie zapalili światła, atramentową noc, która zagościła po kątach, zza okna rozświetlał jedynie miodowy blask ulicznej lampy.
– O Jezu, jakie zimne... – wymamrotał Mikołaj, z drżeniem przyjmując chłód palców partnera, wędrujące mu beztrosko, w rozgorączkowaniu po skórze. Nie przejął się tym jednak zbytnio, odnajdując nutę pożądania, rozbrzmiewającą coraz donośniej w jego zmarzniętym ciele. Chwycił dłoń mężczyzny i naprowadził na kolczyk ozdabiający jeden z jego sutków. – Możesz wypróbować... – szepnął, wpatrując się w twarz Miłka z pięknym cieniem czerni otaczającym zarys szczęki, linią zblakłego światła.
– Zaraz będziesz płakał, żebym tego nie robił – zagroził w rozbawieniu mężczyzna, zastępując dłoń ustami i językiem. Owłosione, mocne udo Mikołaja otarło się o jego bok, i przyjął to z dreszczem przyjemności na skórze, nie żałując uwagi sztywnemu sutkowi. – A kiedy popłynie mleko? – zażartował, błyskając w ciemności białkami oczu i nasuwając się wolno na chłopaka, na wrażliwe, wyczekujące dotyku ciało, ściskając ich erekcje przy sobie.
Gęsia skórka pojawiła się na przedramionach Mikołaja.
– Oddałem dla bezdomnych dzieci – oblizał wargę z cieniem uśmiechu na ustach, rozgrzany od pieszczot. Przechodziły go elektryzujące dreszcze, kiedy partnera skupiał się na kolczyku, muskając go delikatnie, to odrobinę gryząc. Mikołaj nie żałował pieniędzy na ozdobę, właśnie przekonując się o jej erotycznych zaletach.
– Zrobię ci dziś dziecko. A potem będziesz mnie karmił mlekiem – uśmiechnął się do siebie, imitując mocne ssanie na jego sutku. Przypuszczał, że musi to być trochę bolesne... ale było w tym coś jeszcze. Przesunął ustami po jego boku i brzuchu, pocałował kilkakrotnie, mokro, uciekając przed dłońmi mierzwiącymi mu włosy. – Dalej, na brzuch. Ile mam czekać? – spytał z udawaną pretensją, chwytając chłopaka za pośladek i mobilizując do przewrócenia się na brzuch.
– Codziennie możesz ssać, kiedyś w końcu popłynie – sapnął Mikołaj w poduszkę, z przyjemnością przyjmując ciężar partnera na plecach. Żar uderzył go w twarz, spływając w krocze i palce rąk.
– Może będę musiał – wymruczał w jego kark Miłko, pogryzając intensywnie pachnącą, mięsistą skórę poniżej linii włosów. Wspaniale było poczuć na kroczu jego miękkie pośladki z meszkiem włosów, przyjemnie gorące i trochę piegowate, co doskonale pamiętał, mimo że nie miał szans by zobaczyć to teraz. Wspomnienie wywołało na jego twarzy uśmiech, szybko zamaskowany kolejnym ugryzieniem. – Chcesz, żebym cię przeleciał? – spytał, próbując sobie przypomnieć, gdzie też posiał żel do masażu. Dawno go nie używali, i teraz uświadomił to sobie podwójnie.
– Mhm – szepnął Mikołaj, wzdychając w swój nadgarstek. Nie potrafił się nasycić bliskością partnera, błagając go w myślach, aby nie zaprzestawał całowania i dotykania. Mógł pokłócić się z Miłkiem kolejny raz, gdyby dzięki temu miał otrzymać szansę na następny seks, nawet jeśli z ciągłą świadomością, że musi być cicho i nie obudzić syna. Przymknął powieki, urzeczony drobnymi pieszczotami, czułością i dominacją partnera. Ponownie nawiedziła go nieprzyjemna myśl, czy stał się mniej atrakcyjny, że tylko drogą kłótni jest w stanie nakłonić Miłka do zbliżenia. W głębi siebie czuł się nie w porządku z samym sobą, ale próbował nie zgłębiać tego, zdając sobie sprawę, że wiele bzdur mógłby sobie niesłusznie przypisać. Zdecydowanie pozbył się tego typu rozważań, zwracając uwagę na Miłka, jak przeszukuje pierwszą z szafek nocnych. – W ostatniej jest, na samym końcu – poinstruował go, doskonale wiedząc, czego szuka.
Żel był rozgrzewający, imbirowy i trochę babski. Trochę się kleił i pachniał bardzo słodko. Miłko zatarł dłonie, próbując rozgrzać je mocniej, a potem ogrzać żel pomiędzy nimi, zanim położył go na barkach Mikołaja, na tych wspaniale piegowatych, zaczerwienionych już zapewne i pachnących mężczyzną. Ucisk jego dłoni zmieniał się z namiętnie mocnego do delikatnego, i przesuwał coraz niżej, na łopatki, na gładkie boki, na wklęśnięcie kręgosłupa blisko lędźwi. Chciał, żeby Mikołaj się zrelaksował, żeby wyczekiwał go, żeby zapragnął go już bardzo mocno i nie mógł doczekać się finału. Żel lepił się do ust i smakował słodzikiem, smakował Mikołajem, smakował trochę jego potem i mrozem zimowej nocy, ciemnością, bliskością, intymnością przełamywaną już od dawna i ciągle świeżą. Oparł policzek o jego plecy, pozwalając żelowi spłynąć pomiędzy jego pośladki i zapiec gorąco na jądrach i w miejscu, do którego dążyły jego palce, czułe, szczupłe palce o twardych opuszkach, doskonale wiedzące, gdzie dotknąć i gdzie nacisnąć by sprawić przyjemność. Wysoki jęk Mikołaja był jak dowód i jak nagroda, że robi to właściwie, że jest pożądany i nie sprawia mu krzywdy. Własne spełnienie dla Miłka miało zupełnie drugorzędne znaczenie; gdyby Mikołaj wyraził takie życzenie, mógłby jedynie ssać go i penetrować palcami, bez całej tej brudnej, niekomfortowej bliskości, do której dążyli. Wiedział jednak, że tego oczekuje, że dla Mikołaja dopiero to będzie dopełnieniem zbliżenia i starał się opanować odwieczny, wewnętrzy opór, pieszcząc go i przygotowując niemożliwie długo, na granicy zmysłowego snu i jawy.
Pościel zdawała się palić rozgrzane ciało, a nikły chłód przemykający nieszczelne okna muskać rozpalone czoło. Mikołaj poruszył się, nie kontrolując ruchu rąk i stóp, które zagarniały w pięści szorstki materiał, to znów podwijały i zaginały go. Duszenie w sobie jęków męczyło Mikołaja, zmuszało do zagryzania fałd poduszki, częściej własnych warg, nie pozwalając wymknąć się niepożądanym dźwiękom. Było to o tyle ciężkie, że przyjemność wręcz pchała mu się do gardła, łaskocząc podbrzusze, pulsując tam, gdzie palce partnera zagłębiały się równomiernie. Przymykał oczy, pozwalając cieniom mieszać się wraz żółtymi plamami ulicznych lamp, owinięte rozpalonym oddechem Miłka, który wzbudzał dreszcz. Mikołaj zwinął pod siebie dłoń i podrażnił kolczyk, masując nerwowo sutek. Wywołany ból, nadawał pikanterii doznaniom, świeżej barwy, której odcień Mikołaj tak pragnął ujrzeć.
– Urwiesz go sobie – mruknął Miłko, nakładając żel na własnego penisa i pozwalając sobie na krótki dreszcz przyjemności. Mikołaj leżał przed nim posłusznie na brzuchu, z lekko rozsuniętymi udami, uległy i zapraszający, ocierając się o pościel i stękając cichutko w poduszkę. Chwycił jego dłoń bawiącą się sutkiem i splótł z nim palce, wykręcił mu ją na plecy, klęcząc po bokach jego bioder zupełnie już gotowy i bardzo podniecony. Żel piekł trochę, ale nie miało to znaczenia wobec uczucia śliskiej ciasnoty, gorącego oporu, wobec zaskoczonego jęku i namiętnego dyszenia chwilę później, i jeszcze później, kiedy był już tak głęboko w nim, kiedy pokonał go zupełnie i mógł bezczelnie całować go w kark, całować i mówić, że go kocha. Wykręcona dłoń musiała trochę boleć, tak jak boleć musiała zbyt głęboka penetracja i niemożliwość ucieczki przed drążącym penisem. Miłko umiał wyobrazić sobie wyraz tego bólu i słodkiej bezradności na twarzy Mikołaja, wyobrazić sobie jego zmarszczone płaczliwie brwi i rozchylone usta, rumieniec na policzkach i krople potu na czole, i podniecało go to bardziej niż zwykłe, miłosne wdzięczenie się. Kark Mikołaja był słodki i słony jednocześnie, lepiący się i sztywny, a Miłko tulił do niego usta nie dając mu żadnej możliwości ucieczki ani wyboru.
Niepożądany jęk wydobył się z ust Mikołaja, kiedy odsunął wargi od przedramienia. Zdawało mu się, że brzmi ulegle i piskliwie, pod warstwą rozkoszy zawstydzony i zażenowany tym. Wygiął ciało, unosząc nieco biodra i napiął mięśnie, łaknąc nieprzerwanej fali ciepła i przyjemności jakie chwytały go i przyduszały do poduszki. Otarł się policzkiem o pościel, zaciskając z coraz większą siłą palce wygiętej ręki o dłoń Miłka, mimo że było to bolesne i niekomfortowe. Pragnął jednak łączności, zupełnie innej niż szeptanych słów do ucha czy rozkoszy żarem rozlewającej mu się po kroczu. Palce się pociły i nawet zdrętwiałe nie zwolniły chwytu.
Miłko puścił dłoń Mikołaja i pozwolił opaść jej w pościel, a potem nakrył swoją własną i splótł z nim mocno palce, nie zaprzestając głębokiej, powolnej penetracji.
– Oddychaj – szepnął mu do ucha, całując je delikatnie i samemu starając się być jak najciszej, starając się, by łóżko nie skrzypiało, by nie daj Boże Kubie zachciało się szukać w nocy towarzystwa. Nie wyobrażał sobie, jak miałby teraz to przerwać, kiedy obaj byli tak blisko spełnienia, i byli tak blisko ze sobą jak dawno. Sam czuł, że to kwestia chwili, kilku krótkich minut, ułamków sekund. – Jeszcze chwilę... – powiedział, uwalniając dłoń z uścisku jego ręki i nakrywając nią usta chłopaka by wytłumić jego stęknięcia.
Mikołaj doskonale czuł, że moment spełnienia nadchodzi, wyczuwał go w napięciach mięśni, w drżeniu rąk i słowach mężczyzny. Szum krwi wypełniał mu umysł, zagłuszając bodźce z zewnątrz, scalając każdy fragment ciała. Coś kryło się w zdaniu, które w kłótni padło z ust Miłka. Mikołaj zatracał się w ich seksualności, nieprzerwanie snując intymne wątki w pracy, na przystankach autobusowych, między półkami w sklepach. Wracał pamięcią do ostatniego zbliżenia, poczucia spełnienia i równowagi, kiedy mógł przeżywać wszystko na nowo, dotknąć bez przeszkód Miłka, zasmakować znaczenia konkretnych słów, które w intymnym szepcie ogrzewają płatek ucha. Wtedy nasiąkał pewnością, że następnego dnia nic go nie zaskoczy, a miejsce obok w łóżku nie zastanie puste. Z tą myślą doszedł, podkurczając nogi i pozwalając umysłowi rozkoszować się spełnieniem, jakie poruszającym dreszczem przeszyło jego ciało.
Seks nie był dziedziną, w której Miłko czułby się mistrzem. Większą satysfakcję dał mu orgazm Mikołaja, wystękany w poduszkę, wstrząśnięty dreszczem, zmiażdżony między ich ciałami, trochę bolesny, ale pełny i głęboko zadowalający. Swoją własną rozkosz, która nadeszła chwilę później traktował jakoś tak wstydliwie, marginalnie, jak coś niepotrzebnego i nużącego. Wiedział, że mógłby żyć bez seksu, że nie byłoby to dla niego żadnym problemem. Ale Mikołaj nie był taki jak on. Mikołaj miał swoje potrzeby, a Miłko czuł się zobowiązany by je zaspokajać.
Zszedł z niego powoli, wytarł go pobieżnie chusteczką, ocierając pot z czoła, wytarł siebie i wstał z mozołem z łóżka, z pomiętej, spoconej pościeli, by wypić kilka głębokich łyków wody z butelki. Zapalił małą lampkę przy łóżku, oblewając blaskiem Mikołaja leżącego nadal na brzuchu, z mokrą twarzą i przymkniętymi oczami, trącego nosem o nadgarstek i wyraźnie śpiącego.
– Pójdziemy się umyć szybko? Albo idź pierwszy, ja łóżko zrobię – zaproponował, mierzwiąc mu wilgotne włosy.
– Chwila... pędziwiatrze – mruknął w poduszkę Mikołaj, spoglądając na niego sennie.
– Bolało cię? – Miłko przysiadł na brzegu łóżka, chwilę po tym jak wciągnął na siebie bokserki. Pogłaskał go czule po karku, odgarnął mu włosy z twarzy, pocałował w łopatkę.
– He, zawsze musisz o to pytać? – Partner uniósł się niechętnie, z lekkim uśmiechem na zmęczonej, ale zadowolonej twarzy. Zawsze go zastanawiało, skąd mężczyzna ma tyle sił po seksie, kiedy on sam musiał chwilę odsapnąć, zanim zdołał wstać. Złożył na jego szyi suchy, czuły pocałunek, pozwalając sobie równocześnie przesunąć nosem po chłodnej skórze jego karku. – Bolało, ale lubię to. W końcu ból informuje nas, że jeszcze żyjemy, a ten był przyjemnością – szepnął mu do ucha, zastygając z policzkiem opartym na ramieniu Miłka. Wybitnie nie miał ochoty schodzić z łóżka, zostawać sam, otoczony szarością w łazience, grzany jedynie strumieniem wody. A wszystko w pośpiechu, mimo że ręce pracują wolniej, obciążone sennością.
– Martwię się, czy nie zrobiłem ci krzywdy. Widzę, że jesteś wykończony – odparł mężczyzna, cmokając go krótko w policzek. – Zaniósłbym cię do tej łazienki, ale chyba nie dam rady. Za duży z ciebie facet – zaśmiał się cicho, trącając go nosem.
– Mój plan się nie powiódł, cholerka. – Mikołaj udał załamanie, wzdychając przy tym ciężko. Objął ramionami Miłka, wtulając się w ciepłe i pachnące intymnością ciało, walcząc wewnętrznie przed odsunięciem się. – Musimy pomyśleć o mieszkaniu, gdzie będziemy mieć swoją, osobista łazienkę. Koniecznie.
– Przecież Kuba śpi. No chodź, pomogę ci. Raz dwa i wrócimy do łóżka – szepnął, wstając i ciągnąc Mikołaja na siebie. – Chodź, słodyczy. Zaraz będę tulić twój śliczny tyłek pod kołdrą.
– Jeszcze ci go mało? Myślałem, że przyssiesz się do sutka na noc – zażartował chłopak i ziewnął głęboko. – Ok, chodźmy, bo usnę na dywanie.

***


Dobrze było stać razem pod strumieniem wody i myć się leniwie nawzajem. Dobrze było spłukać z siebie pot, spermę i babski, imbirowy żel. Dobrze było wytrzeć Mikołaja ręcznikiem, jego ulubionym, białym i trochę węźlastym, kiedy oczy zamykały mu się tak bardzo, że bałem się, że uśnie na stojąco. Usnął niemal natychmiast, gdy się położył, nie pozwalając mi zmienić zaklejonej pościeli. Objąłem go w pasie tak, jak lubił, tak jak dawno tego nie robiłem, i pozwoliłem mu mościć się tyłkiem w moim kroczu, tak niewinnie i zalotnie jednocześnie. Był gorący, był tak młody, i wszystko w nim pulsowało życiem, pragnieniami, chwilowo uciszonymi seksem, kąpielą, przytulaniem. Nigdy nie przypuszczałem, że dane mi będzie w czymś takim uczestniczyć.
Rano obudziłem się sam. Z kuchni dolatywało postukiwanie naczyń, i wstałem z łóżka niechętnie, wstałem do kawy i śniadania. Kuba siedział za stołem i majtał nogami, bo jeszcze mógł, jadł i czytał coś jednocześnie, i rzucał Pepe kawałki bułki, przestał jednak zaraz gdy mnie zobaczył. Wiedział, że nie pochwalam tego. Pepe też wiedziała i schowała się pod stół karnie.
Mikołaj wyczarowywał kanapki przy blacie i wykorzystałem okazję żeby cmoknąć go w szyję, przydusić trochę i przygryźć, na co Kuba zaczął gwizdać a Pepe szczekać, rozbawiona gwizdaniem.
Potem był długi spacer z Kubą i Pepe, aż nad samą Wartę, przez śniegi i lasy Moraska, przez grube, białe zaspy, olśniewająco-opalizujące, oślepiające. Nad rzeką Kuba zachciał tataraku, zachciał pałek, Pepe zachciała dzikich kaczek. Wróciliśmy z naręczem paskudnych pałek pachnących zimą i kaczką, bez kaczki jednak, ja z pociętymi ostrymi liśćmi dłońmi, bo znowu zapomniałem rękawiczek. Kuba miał nos czerwony jak bajkowy renifer i oboje zmarznięci grzali się z Pepe przy kaloryferze, a ja oddałem swoje ręce w ręce Mikołaja, oddałem się w jego ręce, i jakoś tak wiedziałem już na pewno, że oddaję się na zawsze, że to się już nigdy nie zmieni.
I nigdy, nigdy już to się nie zmieniło.
Powiedziałem mu to w przypływie nagłego uczucia. Mikołaj uśmiechał się po swojemu, bo wiedział, że już mi odbija.

***


Wraz z otworzeniem powiek i cichym przebudzeniem, dostrzegam różnice w zakamarkach sypialni. Pierwszy poranek bez ciężaru niepokoju, zniechęcenia i reszty brudu, zalegających mi kiedyś w żołądku. Dziś już tego nie czuję, ani w posmaku śliny, zapachu pościeli czy napięciu mięśni. Dziś jest definitywnie inaczej, jest lepiej. Uśmiecham się i przeciągam ostrożnie, aby nie zbudzić Miłka. Wpatruję się w niego i jest mi głupio, że moje życie seksualne ma taki wpływ na nasze relacje, że łaknę od niego dotyku, tego intymnego i erotycznego. Ale nic nie mogę na to poradzić, zwłaszcza na własne myśli, które nasiąkają obscenicznymi obrazami w ciągu dnia, skuszone niewinną rozmową, banalnym skojarzeniem. Machina idzie w ruch, a ja wraz z nią, z głupkowatym uśmiechem, cichą nadzieją, że może uda mi się nakłonić Miłka do czegoś odmiennego. Ale w zasadzie wszystko rozbija się o tę więź między nami, tą inaczej szytą, kiedy uprawia się seks, kiedy on dominuje a ja bezpowrotnie ulegam.
Obejmuję ramieniem szczupły tors Miłka, i kiedy się wsłuchuję, wyczuwam wręcz niezauważalne drżenie jego serca. To też jakaś forma dźwięku, takiego wyobrażonego dzięki odczuciom. Nie chcę mi się wstawać, dziś wyjątkowo pragnę spędzić kolejne chwilę zakopany w pościeli, ogrzewany bliskim, znajomym ciałem. Według teorii po pięciu latach powinno mi przejść to całe czary-mary-love. I pewnie tak się dzieję, ale udaję mi się to przyhamować, a raczej dzięki takim chwilom, gdzie upewniam się, że nie mam potrzeby uciekać w inne relacje, w inne wespół budowane związki. Bawić się w otwieranie nowych drzwi, kiedy nie mam pojęcia, co za nimi znajdę. Zdarzało się, że jakiś znajomy wzbudzał we mnie silne emocje, sympatia do wspólnych pogawędek rodziła kolejne stopnie, po których chciało się wspinać i wspinać. Ale jakoś szybko przechodziło, gubiło się w ciągłych obowiązkach, po drodze odprowadzając Kubę do szkoły, czy kiedy zasypiałem Miłkowi na ramieniu przed telewizorem. Przelotne zauroczenia, cienkie jak pajęczyna, kruche jak lód, topniejące pod wpływem nagłych gestów czułości ze strony Miłka. Czasami nazywam go w myślach czarodziejem. Jak rzuci to cholerne zaklęcie, to chodzę jak skowronek, uśmiecham się głupkowato do wszystkiego i każdego.
Podnoszę się ostrożnie, ale zanim ucieknę z łóżka, całuję czarodzieja w usta. Delikatnie, jak niewinna dziewica, której nogi drżą na taki przejaw czułości. Wzdycham i mimowolnie rozglądam się po naszej sypialni, która po tylu latach nabrała charakteru, stworzyła podział naszych rzeczy, połykała wspomnienia. Dominują książki Miłka, ale też moje podobrazia, częściowo zamalowane, częściowo nierozpakowane, zamknięte w przezroczystej, błyszczącej foli. Mniejsze formaty zabrał Kuba, tak samo część farb, chociaż wolałem dać mu akrylowe niż olejne, z obawy o stan mebli i łóżka po artystycznych eksperymentach. Sztaluga stała przy oknie, dźwigając akademicką wariacje portretu. Straciła swoją funkcję, bardziej przypominając wieszak, miejsce na kolejne parę książek. Podobał mi się ten układ, nawet wiejski widoczek, który zrodziłem na drugim plenerze na studiach. Przeze mnie jakoś niespecjalnie kochany obraz, dostrzegałem w nim masę niedociągnięć, ale Miłko powiesił na ścianie i teraz cyjan wraz z magentą dominował kolorem na szarej tapecie. Oto nasz kawałek rzeczywistości, fragment większego malowidła, które może czasami nie podoba mi się z powodu doboru kolorów (wiadomo, Miłko to nie artysta), ale nie mam zamiaru przestać go tworzyć, nawet jeśli w płótnie pojawi się dziura.
Wszystko można naprawić.