Stranger in your soul 3
Dodane przez Aquarius dnia Stycznia 31 2014 23:52:28


Rozdział 3

- Strasznie tu ciemno – westchnęła Lavena, odwracając się do Kyli. - Mimo tej pochodni...
Dziewczyna przytaknęła, rozglądając się wokół. Korytarz schodził ostro w dół, sprawiając, że obie przyspieszyły kroku. Kyla musiała przyznać, ze polubiła Lavenę prawie z miejsca. Co prawda, była bezpośrednia i miała cięty język, ale było w niej coś, co przyciągało ludzi.
- Z każdym krokiem coraz bardziej się denerwuję. - powiedziała Kyla.
- Niepotrzebnie! - zapewniła ją czarnowłosa – Opowiedz, jaki jest twój brat? Jesteście do siebie bardzo podobni?
- Nie, nie, chociaż oboje mamy ciemne włosy i oczy. On jest bardzo skryty. Mam wrażenie, że ludzie go irytują. Czasem się martwię. Przeszedł w życiu więcej niż ja, ale o wielu sprawach nie chce mówić, choć ja o nich dobrze wiem...
- Jesteście jeszcze tacy młodzi. - zamyśliła się Lavena.
- Czasem czuję się, jakbym miała co najmniej czterdzieści lat. - Kyla uśmiechnęła się gorzko.
- Mam wrażenie, że ta wyprawa odmieni nas wszystkich. Ja nie zgaduję nigdy, dlatego się nie mylę. - rzekła kobieta.
- Słyszałaś? - Kyla odwróciła się, nasłuchując.
- Jakby krzyk... Dziwne...
- To kobiecy głos, Lavena! - odparła przerażona Kyla.
Lavena zbladła momentalnie, ale zaraz się zreflektowała. Widziała już wiele rzeczy i to jej nie przestraszy. Kels czuł, że coś w tych kopalniach jest głęboko nie w porządku. Kobieta przeklęła pod nosem i ruszyła dalej.
- Chodź, Kyla. - zarządziła, ciągnąc dziewczynę za rękę.
Korytarz stawał się coraz szerszy i szerszy, aż w końcu obie kobiety znalazły się przed sporym otworem, prowadzącym do jaskini. Być może był to jeden z głównych szybów. Pod ścianą leżały sterty gruzu i bezużytecznego metalu. W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach, którego Lavena zidentyfikować nie mogła.
- Co to może być za pomieszczenie? - zapytała Kyla, rozglądając się ostrożnie.
- Tam jest następne wyjście... Wygląda na to, że wybrałyśmy właściwą drogę. - odrzekła czarnowłosa, podając dziewczynie pochodnię.
- Coś niepokojącego jest w tym miejscu... - powiedziała zamyślona Kyla, ściskając mocniej pochodnię w dłoni. Lavena rzuciła jej krótkie spojrzenie. - Po prostu nie czuję się jakbym była w zwykłej kopalni. - dziewczyna tylko wzruszyła ramionami, nie potrafiąc nazwać emocji, która towarzyszyła jej przez całą wędrówkę.
- Czego oni mogli tu szukać? Gregor mówił, że od prawie pięćdziesięciu lat nic produktywnego się tu nie robi.
Wejście prowadzące zapewne w głąb kopalni było niedbale zamknięte drzwiami, składającymi się z kilku spróchniałych desek. Lavena bez trudu odsunęła je na bok, odkrywając czarną pustkę. Dziwny zapach nasilił się jeszcze bardziej. Najemniczka zmarszczyła nos, ale pewnie ruszyła przed siebie.
- Ciekawe, czy chłopcy coś znaleźli? - zapytała.
Lavenę zaniepokoiło nagłe poruszenie. Znieruchomiała, zatrzymując przy tym Kylę. Dziewczyna spojrzała na nią badawczo. Strach malował się w jej ciemnych oczach.
- Może to tylko wygłodniały zwierz... - wyszeptała Lavena, wyciągając miecz z pochwy. Zaczęła ostrożnie zbliżać się do źródła hałasu. Kyla podążyła za nią, drżąc mimo woli. Nie chciała się bać, ale ciemność korytarza i świadomość tego, że jest głęboko pod ziemią nie pomagały.
Lavena cmoknęła, jakby chciała przywołać psa. Odpowiedziało jej głośne warknięcie. Ruch wzmógł się, a coś zaczęło podążać w stronę obu kobiet, pochrapując ciężko. Bestia wypełzła z ciemności, węsząc i sapiąc. Kyla ledwie opanowała się przed okrzykiem. To stworzenie nie wyglądało jak pies. Owszem, przemieszczało się na czterech łapach, ale na tym kończyły się podobieństwa. Skóra przypominała wodnistą substancję, trzęsącą się jak galareta przy każdym ruchu potwora. Wielkie kły i wściekłe ślepia nie zwiastowały nic dobrego. Stwór warknął przeciągle i zaczął grzebać pazurami w podłożu.
- Na ostatniego Imperatora- potępieńca! - rzuciła Lavena, wpatrując się w to odrażające zjawisko.
- Chyba chce nas zaatakować. - wyszeptała Kyla, cofając się lekko.
- Stój! Pobiegniesz a to zacznie cię gonić. Zajmę się pieskiem! - odrzekła, przyjmując postawę obronną. Bestia spostrzegła jej ruchy i zbliżyła się lekko, jakby oceniając swe szanse.
- Zainteresował się mną! - powiedziała czarnowłosa.
Stwór stwierdził w końcu, że darmowym obiadem nie ma co gardzić i skoczył, odbijając sie na tylnych łapach. Lavena zgrabnie uniknęła ciosu upazurzonej łapy. Szpony wbiły się w kamienną ścianę korytarza. Bestia zawyła, próbując sie wyrwać. Najemniczka nie czekała. Zamachnęła sie i uderzyła. Łeb stwora potoczył się prosto pod nogi Kyli. Dziewczyna przyglądała się całej scenie przez chwilę.
- Niedobrze mi! - oznajmiła drżącym głosem.
- Chodź szybko! Tam gdzie są takie stwory, musi być ścierwo! Może zajęły się trupami, zapominając o twoim bracie?
- A może zajęły się właśnie nim... - odrzekła Kyla, przymykając oczy.
- Szybko, dziewczyno! Nie traćmy czasu! - ponagliła ją najemniczka i obie podążyły przed siebie.

***


Poobijany Kels wylądował na twardym i kamienistym podłożu. Po kilku chwilach kontemplacji swego obolałego ciała stwierdził, że jednak niczego sobie nie złamał. Obok niego leżał Nevis, nie otwierając oczu. Z trudem łapał oddech, nerwowo zaciskając i rozluźniając pięści.
- W porządku, Nevis? - zapytał z troską Kels, siadając.
Wokół nich panowały ciemności. Mag zapalił niewielki ognik, który natychmiast rozświetlił pomieszczenie. Przypominało składzik na narzędzia. Istotnie, wokół pełno było nie nadających się do użytku, przestarzałych sprzętów. Były ograbione ze wszystkich części, które jeszcze wciąż nadawały się do sprzedaży.
- A mama mówiła, że w opuszczonych kopalniach są skarby. - Nevis zaśmiał się gorzko, przekręcając się na bok.
- Zbadam cię. - zaoferował zaraz Kels, widząc wykrzywioną w grymasie twarz przyjaciela.
- Zawsze wiedziałem, że chcesz położyć na mnie swoje ręce. Jednak mógłbyś wybrać bardziej sprzyjające okoliczności. - roześmiał się Dorrell. Kels pokręcił głową w wyrazie dezaprobaty.
- Nie schlebiaj sobie, Nevis. - uciął. Położył dłoń na czole przyjaciela. Magia natychmiast wypełniła go, jednak zdawała się być nieuchwytna, zimna. Coś lub ktoś starał się kontrolować jej przepływ.
- Coś dziwnego... Coś blokuje moją magię... - zamyślił sie Kels, ale zaraz dodał - Jesteś tylko trochę poobijany, Nevis.
- Liczyłem na coś więcej. - Dorrell nie przestawał żartować. Szybko zlokalizował swój miecz i podniósł się z ziemi. - Chodź, bracie. Musimy znaleźć wyjście.
- Coś podobnego... To zwykłe osuwisko, jak to bywa w kopalniach, czy ta zapadnia spełniała jakieś funkcje?
- Nie wiem, nie jestem górnikiem. Chodź. Może jest szansa, żebyśmy się wreszcie dowiedzieli! - odrzekł Nevis, pomagając przyjacielowi wstać.
Obaj zdążyli zauważyć, że z tego pomieszczenia prowadziło tylko jedno, jedyne wyjście.
- Co, jeżeli nie znajdziemy chłopaka? - zapytał Nevis odwracając się do maga, który właśnie poprawiał miecz na plecach. Uzdrowiciel rzucił mu zimne, niebieskie spojrzenie.
- Skąd ta myśl?
- Widziałeś to ścierwo? Założę się, że jest ich więcej. Co, jeżeli już dawno go zżarły?
- Przestań gadać, Nevis! Skup się na robocie!
Obaj wyszli ze składziku. Przed nimi rozciągał sie dosyć szeroki korytarz. Kels nie widział dokładnie, gdzie może się kończyć. Było zbyt ciemno.
- Bądź w pogotowiu, Nevis.
Drugi najemnik przytaknął i ruszyli bez dodatkowych słów, przed siebie. Zaległa zupełna cisza, w której słyszeli tylko swoje ciężkie oddechy i kroki. Chwilę później dobiegły ich krzyki. Obaj bez namysłu rzucili się do biegu. Korytarz kończył się dosyć dużą jaskinią, wysoką na kilka stóp. Z góry wpadało do środka kilka nieśmiałych promieni słonecznych, nieco oświetlając całą powierzchnię.
Krzyczącym okazał się poraniony mężczyzna, którego zaatakowały dwa stwory. Nevis gwizdnął przeciągle, zwracając ich uwagę na siebie. Stwory uniosły ciekawskie łby. Jeden z nich zawęszył w powietrzu i natychmiast wychwycił zapach obu najemników. Ruszył przed siebie, a za nim jego towarzysz. Nevis tylko na to czekał. Odskoczył szybko, zanim Kels zdołał posłać w stronę potworów falę magii, którą przyprawił ogniem. Bestie zawyły głośno, trawione płomieniami. Magia unieruchomiła je skutecznie, pozwalając płomieniom na nieprzerwany taniec.
Uzdrowiciel nie czekał. Natychmiast znalazł się przy rannym.
- Kim... kim jesteście? - rzekł niepewnie mężczyzna, unosząc się na łokciach. Jego prawa noga była zupełnie zmiażdżona, skóra i mięśnie poszarpane. Syknął z bólu, próbując się ponownie poruszyć.
- Spokojnie! - rzekł twardo Kels, pomagając mu się ułożyć w pozycji siedzącej. Mężczyzna stęknął ciężko, mrużąc oczu.
- Byłeś z braćmi Kristoff? - zapytał bezceremonialnie Nevis, nie wdając się z zbędne szczegóły. Nieznajomy gwizdnął przez nos i rozłożył dłonie w obie strony.
- Wszyscy oni byli z nimi.
- Pięciu ludzi – policzył Kels, rozglądając się wokół. Trupy. Rozszarpane, zakrwawione i brudne.
- Te potwory nie żrą więcej niż to konieczne. Rzadko są głodne. Przychodzą tylko, żeby się pobawić. - odrzekł mężczyzna. - Nie wiem, czy dam radę stąd wyjść. Nogę trzeba obciąć. Nie wiem, czy zakażenie nie dostało sie do krwi.
- Długo tu jesteś?
- Próbowałem znaleźć wyjście. Bezskutecznie. Jedyne przejście na zewnątrz zablokowali ci skurwysyni, bracia Kristoff! Na pohybel im! Wczoraj napotkałem na małą watahę tych stworów. I oto, czego się dorobiłem! - rzekł gorzko, wskazując na zmasakrowaną kończynę.
- Nie odbuduję ścięgien i mięśni, ale mogę sprawić, żeby nie bolała. - rzekł Kels. - Powiedz nam... był z wami chłopak... nazywał sie Riddock Taranis...
- Mały Riddock? Cholera jasna! Zostawili go tam – ranny wskazał na zablokowane wejście. Było przysypane gruzem. Kels skrzywił się.
- Musimy znaleźć drogę. - rzekł Nevis.
- Zaraz! Nie możemy zostawić tu człowieka! On potrzebuje pomocy! - zaprotestował Kels.
- Chcesz znaleźć chłopaka, czy nie?
- Nie za wszelką cenę. - odparł Kels, patrząc w oczy przyjaciela.
- Poszukam go. Ty zajmij się rannym. Uważaj. Potwory mogą wrócić. - odparł Nevis i ruszył w głąb jedynego korytarza, który zdawał się być nie zablokowany. Kels długo wpatrywał się w jego stronę. Zajął się rannym, opatrując jego rany i uśmierzając ból. Czuł jednak, że magia nie działa tak, jak powinna.
Nevis nie uszedł wiele kroków, kiedy zamarł w bezruchu, czekając. Coś zbliżało sie w jego kierunku. Słyszał wyraźnie czyjeś kroki. Wydawały się znajome. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, jednak nie mógł wydobyć z siebie głosu. Obawiał się, że może okazać się, że natknął się na kolejnych zbirów, przeczesujących ruiny.
Kroki zaczęły się zbliżać bezlitośnie. Szczęk miecza. Głośny oddech.
- Gregor! - krzyknął Nevis, dostrzegając zarys postaci, która zbliżała się w jego stronę.
- Na wszystkich wieszczów, co ty tutaj robisz?
- Stoję!
- Bardzo zabawne! - rzucił starszy najemnik, kręcąc głową. - Dostrzegłem światło i oto jestem. Czy są z tobą pozostali?
- Kels opiekuje się rannym... Nie znaleźliśmy jeszcze Riddocka.
- Wracajmy do Kelsa. Szybko ustalimy co dalej zrobimy. - zarządził Gregor i obaj podążyli do jaskini.
***


Obie kobiety biegły dłuższą chwilę. Lavena przysłuchiwała się uważnie ich własnym krokom i oddechom, wyczekując pojawienia się kolejnego stwora z piekła rodem. Najemniczka próbowała sobie przypomnieć, czy stwór pasował do opisów w bestiariuszu Kelsa, jednak żadne ze stworzeń nie przypominało tego. Westchnęła i pokręciła energicznie głową.
- Nigdy czegoś takiego nie widziałam – powiedziała w końcu, zwalniając tempa.
- Ludzie mówią, że w tych kopalniach kręcą się dziwne kreatury. Podobno jakiś czarownik pozwolił sobie na nielegalne eksperymenty. – odparła dziewczyna, przypominając sobie słowa kompanów braci Kristoff.
- Oczywiście Gracjan i Edmund musieli się porwać na tą wyprawę, skuszeni perspektywą łupów. Te jaskinie są przecież puste! To niedorzeczne! Mam wrażenie, że nie skarbów szukali.
Kyla zapatrzyła się w towarzyszkę przez chwilę.
- Nie rozumiem?
- Kels źle się czuł, sama widziałaś. Jest magiem, dlatego każda zmiana energii wpływa na jego nastrój. Nagle dwa dodać dwa równa się cztery. – rzuciła najemniczka, nie zatrzymując się.
- Więc dlaczego bracia wrócili?
- Może właśnie dlatego, że reszta tu pozostała. – odparła spokojnie Lavena.
Korytarz dobiegał końca. Oczom obu kobiet ukazały się masywne drzwi, zdobione niedbale wykonanymi płaskorzeźbami, które przedstawiały sceny pozbawione najmniejszego sensu. Lavena ostrożnie obejrzała drzwi. Pchnęła je lekko, żeby sprawdzić, czy można przez nie przejść. Były otwarte, choć otworzenie ich sprawiło jej niemałą trudność.
- Schody! – syknęła pod nosem. – Czy mi się wydaje, czy widzę tam światło.
- Nie wydaje ci się. – wtrąciła Kyla, zaglądając do środka.
- Nie ma co stać i się gapić! – oznajmiła najemniczka i ruszyła przed siebie. Schody były wciąż mocne, wyciosane z kamienia. – Co to na wszystkich potępionych ma być? Kopalnia czy zaginiona świątynia! – narzekała Lavena, pociągając nosem. – Dziwny zapach.

***


Ranny podróżnik pozostawiony został pod opieką Gregora. Kels i Nevis kontynuowali poszukiwania chłopaka. Kels czuł się coraz gorzej, narzekając na złą energię i zmęczenie. Obaj w końcu dobrnęli do końca korytarza. Wyglądało to na dodatkowe przejście do głównego składu, do którego przejście zasypali bracia Kristoff.
- Pewnie stąd przyłażą te bestie! – stwierdził Dorrell rozglądając się badawczo.
- Zapewne – odparł obojętnym tonem Kels i przyjrzał się wyjściu. Było lekko tylko zasypane drobnymi kamieniami i zastawione dwiema dużymi belkami. Mężczyźni bez trudu poradzili sobie z usunięciem przeszkód i dostali się do środka. Na samym końcu pomieszczenia Kels dostrzegł blade światło, wpadające z góry.
- Tam może być wyjście! – powiedział, wskazując na źródło światła.
- Sprawdzę. – zaoferował się Nevis. – Zastanawiam się, gdzie jest Lavena i ta mała.
- Musimy je poszukać. – stwierdził Kels, rozglądając się wokół. Tu także ziemia wyścielona była trupami. Niektóre z nich były jeszcze świeże. Kels nie dostrzegł jednak ludzkich szczątków.
- Czy to jakaś spiżarka? – zapytał drugi z najemników, pogwizdując.
- Ucisz się, Nevis! – syknął uzdrowiciel – Chcesz na nas sprowadzić kolejne nieszczęście!
Mag przeszedł kilka kroków, oglądając uważnie malowidła na ścianach. Było w nich coś dziwnego, lecz Kels nie potrafił powiedzieć co. Wydawało mu się, że już gdzieś widział podobne zdobienia, lecz nie było to w świątyni Czterech Żywiołów, ani w żadnym świętym miejscu. Na druidzkie znaki to też nie wyglądało.
- Są schody! – krzyknął uradowany Nevis. Kels nawet nie spojrzał w jego stronę, pochłonięty badaniem malunków na ścianie. Dorrell rozejrzał się raz jeszcze, przyświecając sobie pochodnią. Pomieszczenie było duże, więc nie możliwe było ogarnięcie go wzrokiem.
- Człowiek… - wyszeptał Nevis i natychmiast uklęknął przy ciemnowłosym chłopaku. – Oddycha! Kels, do cholery!
Uzdrowiciel zerwał się z miejsca i natychmiast znalazł się przy przyjacielu.
- On żyje, Kels!
- Myślisz, że to on? - zapytał Kels, nachylając się nad twarzą chłopaka. Czuł na policzku jego słaby oddech.
- Chłopiec jest cholernie podobny do Kyli. - odparł Nevis. - Stwórco, jak on wygląda... - dodał, wpatrując się w postać chłopaka. Jego skóra była blada jak kreda a liczne rany wskazywały na niejedną potyczkę. Chłopak rozpaczliwie walczył o to, żeby przeżyć.
- Biegnij po Kylę. Znajdź ją! Powiedz jej... Szybko, Nevis! - krzyknął Kels, próbując przywołać swą magię. Dotknął dłonią jego czoła, drugą położył na klatce piersiowej, na wysokości serca. Oczy maga zaiskrzyły bladym światłem. Czuł, jak wypełnia go magia, jednak była dziwnie słaba. Mimo to lecznicza energia spłynęła na chłopaka. Nie przyniosło to spodziewanych rezultatów. Kels raz jeszcze zebrał swoje siły, lecz i następna próba skończyła się niepowodzeniem.
- Stwórco, dosyć tych gier! To jeszcze chłopiec, błagam – krzyknął Kels, rozpaczliwie próbując uleczyć chłopaka, ale jego magia ledwie iskrzyła się pod jego palcami. Coś wyraźnie blokowało przepływ mocy. Kels pochylił sie raz jeszcze nad twarzą chłopaka, wyczuwając na swoim policzku bardzo słaby oddech. Wciąż żyje.
Najemnik zrozumiał, że musi wydostać się z tych przeklętych korytarzy. Wyżej. Na zewnątrz. Przecież tuż przed nimi było wyjście. Na zewnątrz udało mu się rozpalić ogień. Z trudem podniósł chłopaka i podążył w kierunku schodów. Może Nevis będzie miał szczęście i odnajdzie dziewczęta.
- No dalej, mały. Otwieraj oczy. Chcę zobaczyć te brązowe cuda, które tak błyszczą u twojej siostry – żartował Kels, wspinając sie na schody. Bardzo chciał, żeby jego wysiłek nie poszedł na marne. Chciał z całej siły uratować chłopaka. W uszach brzmiały mu słowa Gregora. Największa zapłata. Owszem. Czyjeś życie.
Kels z każdym następnym stopniem czuł, że zbliża się do wyjścia. Czuł wyraźnie świeże powietrze, tak inne od zatęchłego smrodu podziemnych korytarzy. Jeszcze trochę. Mocniej przycisnął chłopaka do siebie, wciąż czując jego słaby oddech na swojej szyi. Chwilę później zmrużył oczy, podrażnione południowym słońcem. Zobaczył zieleń dokoła, oplatającą ruiny, czyniącą z nich swoją własność. Ułożył chłopaka na trawie, kładąc swe dłonie na jego czole. Poczuł w sobie nową falę mocy. Czystą i ciepłą, płynącą łatwo, nie iskrzącą się ledwie, jak w podziemiach. Było tam coś dziwnego, o czym nawet nie chciał wiedzieć.
- Proszę cię, obudź się! - błagał, nachyliwszy się nad chłopakiem.
Cisza. Cholerna cisza. Kels przeklął głośno, zmuszając sie do użycia większej ilości mocy. Powoli sam zaczynał się męczyć.
- Chłopaku, nie rób mi tego! Niosłem cię na własnych rękach, jesteś mi coś winien! - krzyczał w pustkę. W końcu uniósł go lekko i przytulił, próbując raz jeszcze. Magia zadrżała, wypełniła go od środka. Czuł to! Zadziałała!
Archer złapał oddech, chwytając się mocno ramion nieznajomego maga. Nie wiedział, co się z nim dzieje, gdzie jest, ale czuł ciepło magicznej energii i to, że ktoś obejmuje go mocno. Nigdy nie doświadczył czegoś podobnego. Zakaszlał, próbując coś powiedzieć, ale nieznajomy nakazał mu milczenie.
- Riddock? - zapytał. Chłopak pokiwał głową. Skąd, na wszystkich potępionych Imperium, ten mag znał jego imię.
- Kim ty jesteś?
- Mówią na mnie Kels Ruanaidh. Twoja siostra wynajęła mnie i moich kompanów.
- Kyla? - wychrypiał ciemnowłosy chłopak, wpatrując się wpół przytomnym wzrokiem w postać Kelsa. Ten tylko kiwnął głową. - Jak długo...
- Nie wiemy. Pamiętasz, co się stało? - zapytał spokojnym tonem mag. Na jego twarzy malowała się czysta troska, której Archer nie spodziewał się po obcym człowieku.
- Szukaliśmy wejścia... miałem pójść i otworzyć drzwi... oni mnie zamknęli... zostawili mnie! - zawołał z żalem zmieszanym z czystą złością chłopak.
- Spokojnie, spokojnie. – wyszeptał Kels – Już dobrze, jesteś bezpieczny.
- Okłamali mnie. - Archer upierał się przy swoim – Wszyscy to robią. Wszyscy! Dlaczego, do cholery?
- Już dobrze. Jesteś w szoku – próbował uspokajać go najemnik, jednak mówił bardziej do siebie. Bez namysłu zaczął głaskać go po włosach, jak dziecko zbudzone przez nocny koszmar. Fala leczniczej energii rozlała się po ciele chłopaka. Przymknął oczy, zdając się na łaskę najemnika. Nie miał siły ani ochoty na jakiekolwiek działania. Oto znów zawiódł się, po raz kolejny.
- Riddock! - obaj usłyszeli dziewczęce wołanie.
Chłopak starał się otworzyć oczy, odpowiedzieć coś siostrze, jednak nie mógł. Sen oplótł go lekko, wyciszając wszystko wokół. Czuł tylko, że ktoś gładzi go po włosach, szepcząc jakieś niezrozumiałe dla niego słowa.
- Co mu się stało? Riddock! - krzyknęła dziewczyna, klękając obok obu mężczyzn.
- Już dobrze, Kyla. Wszystko jest dobrze. - uspokoił ją Kels, uśmiechając się ciepło. Magia zmęczyła go, ale ten wysiłek był warty wszystkich kosztów.

***


- Obudziłeś się! - Archer usłyszał głos swojej siostry- bliźniaczki. Uśmiechała się do niego promiennie. Uniósł się na łokciach, próbując usiąść. Nic go nie bolało. Czuł się nad wyraz dobrze. Magia.
- Kyla? Gdzie my jesteśmy?
- W obozie, niedaleko kopalni. - wyjaśniła mu. - Jak się czujesz.
- Dobrze... To dziwne, ale czuję sie dobrze.
- Kels cię uleczył. - odparła, wskazując na maga, który siedział nieopodal, rozmawiając z drugim mężczyzną. Archer zapatrzył się chwilę w jego postać. Tak, to był on. Nigdy nie zapomni jego twarzy. Te niebieskie oczy, w których malowało się więcej uczuć, niż chłopak zdążył poznać przez całe swoje życie.
- Kim oni są?
- To najemnicy – niechętnie przyznała dziewczyna, uciekając wzrokiem. Archer spojrzał na nią, a jego oczy rozszerzyły się w zdziwieniu.
- Co?
- Słyszałeś...
- Najemnicy? Mogłem być już martwy, Kyla! Co byś wtedy zrobiła? Co im obiecałaś? Nie mamy pieniędzy!
- Archer... - wyszeptała dziewczyna, próbując się uspokoić. Tłumaczyła sobie, że jej brat był w szok i stąd ta złość. - Zapłaciłam im... Powiedziałam, że możemy odrobić każdy dług.
- Odrobić? W jaki sposób? - zapytał podejrzliwie chłopak.
- Archer, odpocznij. Potem o tym porozmawiamy. Najważniejsze, że jesteś tu ze mną.
- Masz rację, siostro. Przepraszam. - wyszeptał chłopak, przymykając oczy.
- Obudziłeś się już! - oboje usłyszeli głos Kelsa. Uzdrowiciel podszedł do nich i kucnął - Jak się czujesz, Riddock? - zapytał z troską w głosie. Chłopak przez chwilę milczał, próbując rozszyfrować intencje maga. Nie wiedział, co ma myśleć o tej wesołej kompanii najemników.
- Dobrze. - odrzekł cicho, wpatrując się w niebieskie oczy uzdrowiciela.
- Wspaniale. - Kels uśmiechnął się. - Spędzimy tu noc, jeżeli nie mas nic przeciwko. - oznajmił, obserwując chłopaka. - Jest już późno, a ja nie jestem w najlepszej formie. - przyznał.
- Przeze mnie. - stwierdził Archer.
- Oczywiście, że nie! - zaprotestował Kels – Widzisz, uzdrowicielska magia wymaga wiele energii. To jest naturalne, Riddock. Nie masz się czym przejmować. Wystarczy, że się prześpię. Odpoczywaj. Ach… Znaleźliśmy jednego z towarzyszy braci Kristoff. Na szczęście żyje.
Chłopak nic nie odpowiedział. Kels zniechęcony takim obrotem sprawy wstał i zamierzał pożegnać rodzeństwo, kiedy Archer zatrzymał go.
- Magu?
- Słucham? - Kels skrzywił się, słysząc to słowo.
- Mamy u ciebie dług.
- Nie, nie. Rozmawiałem z Kylą na ten temat...
- Więc co jej powiedziałeś? - zapytał chłopak, rzucając siostrze urwane spojrzenie.
- To, co mówię tobie. - odrzekł uzdrowiciel.
- Kyla ubzdurała sobie, że będziemy pracować dla was. Odpowiem ci teraz – nie mam takiego zamiaru. Znajdę sposób, żeby wynagrodzić wam wszystkie trudy, ale nie będę najemnikiem. - powiedział otwarcie, nie spuszczając Kelsa z oczu.
Uzdrowiciel milczał przez chwilę.
- Jak uważasz. - odrzekł. - Nie ma jednak żadnego długu.
- Wszyscy tak mówią. - uciął krótko Archer, odwracając sie od Kelsa. Rozmowa była ewidentnie zakończona. Mag pokręcił głową. „To się nazywa wdzięczność” pomyślał zrezygnowany. Mimo wszystko czuł, że cały wysiłek włożony w tą wyprawę nie poszedł na marne. Uratowali go. Tylko to się liczyło...

***


- Miałeś rację. Mimo wszystko. – powiedział Kels, siadając z wysiłkiem przy ognisku. Gregor spojrzał na niego uważnie, nie wiedząc o czym mówi jego młodszy kompan.
- W czym?
- Miałeś rację mówiąc, że życie chłopaka będzie największą nagrodą. Jego oczy... Rzadko kiedy czułem się tak szczęśliwy, jak wtedy, kiedy na mnie spojrzał. Wiedziałem, że go uratowaliśmy. - mówił dalej mag, wpatrując się nieprzytomnie w tańczące płomienie.
- Po prostu nie mogłem patrzeć na smutek malujący się w na tak młodej twarzy Kyli - odparł cicho starszy najemnik, spuszczając wzrok.
- Polubiłeś tą małą. - zaśmiał się Kels, odwracając się od ognia. - Myślisz... myślisz, że powinniśmy się zgodzić na jej prośbę? Nie widzę przeszkód w tym, żeby jej brat mógł z nami pracować, ale on nie wydawał się być ucieszony tą perspektywą. Jest raczej... niezbyt miły.
- Ha! Kto to mówi! - powiedział Gregor, patrząc na przyjaciela zabawnie. - Jest nieufny, jak małe zwierzątko. Bardzo chce być mężczyzną, ale to jeszcze chłopiec.
- Nie chcę się wtrącać w czyjeś życie. - odrzekł zrezygnowany Kels.
- Daj mu trochę czasu. Widziałem, jak przymierzał się, żeby z tobą porozmawiać. Może wynikną z tego całkiem ciekawe perspektywy zawodowe. Kyla mówiła, że bardzo dobrze włada mieczem. Mógłbym go trochę podszkolić. W końcu nie mam już kogo uczyć! - Gregor zamyślił się na chwilę, uśmiechając sie nieznacznie.
Kels pokręcił głową. Jego starszy przyjaciel zbyt szybko przywiązywał się do ludzi. Jednak jakiś wewnętrzny głos nakazywał mu zapomnieć o rozsądku i zdać się na intuicję. Może rzeczywiście wyniknie z tego coś ciekawego.
- Siedzicie tu jak grabarze nad umierającym! Co to za miny? - zawołał Nevis, zwracając na siebie uwagę wszystkich towarzyszy. Lavena przekręciła się na drugi bok i zakryła uszy dłońmi.
- Daj mi spać, Dorrell!
- To nowość słyszeć to z twoich ust! - zaśmiał się najemnik, zyskując tym nieprzychylne spojrzenie Gregora.
- O pewnych sprawach wolę nie wiedzieć. - jęknął pod nosem Kels. Był zmęczony z powodu podróży i dosyć częstego używania magii. - Skoro jesteś taki rozradowany i pełen życia, weź pierwszą wartę, Nevis. - zaproponował.
- Zgodzę się, bo wyglądasz jak śmierć na chorągwi. - odparł Dorrell, przyglądając mu się krytycznym okiem. - Zmęczył cię ten chłopak.
- Okropnie to zabrzmiało. - rzucił z niesmakiem Kels.
Nevis zaśmiał się głośno, ignorując fakt, że bliźnięta musiały słyszeć ich wymianę zdań. Istotnie, Kyla spojrzała na niego z wyraźną irytacją. Coraz bardziej nie lubiła tego typka.
- Idę spać! - zapowiedział w końcu Kels Ruanaidh, wstając z trawy. - Nie mogę dłużej wysłuchiwać ciebie i twoich myśli, Nevis. Zbudź mnie, kiedy uznasz za stosowne, byle nie za wcześnie.
- Ja mogę objąć drugą wartę. - obaj usłyszeli nagle głos Riddocka. Nevis wytrzeszczył oczy ze zdziwienia, ale zaraz na jego twarz powrócił złośliwy uśmieszek. Ukradkiem spojrzał na Kelsa i wykonał jakiś nieprzyzwoity gest.
- Na Stwórcę! - zawołał Kels i uderzył go lekko po ramieniu.
- Chłopak zmieni mnie na warcie. Wyśpisz się dłużej, Kels. - postanowił w końcu Nevis Dorrell i usiadł przy ogniu.
Kels uśmiechnął się lekko do Riddocka, a w odpowiedzi otrzymał niezbyt przychylne spojrzenie.
- Milutki. - wycedził pod nosem, tak, że nikt z obecnych nie słyszał tych słów.
Kels nigdy nie śnił przyjemnych snów. Wręcz przeciwnie. Prawie zawsze były dziwne, mroczne, pozostawiały po sobie pustkę i chłód. Wokół niego ciemność, rozświetlana przez dziwne postaci, przypominające jego rodziców, rodzeństwo. Ich twarze powykrzywiane, smutne, wpatrujące się w niego. Ogień. Jego dusza płonie, jest obca, zła. Ogień. I nagle twarz ojca. Słyszy swój płacz. Słyszy go wyraźnie. Ojciec coś mówi. Widzi rozczarowanie w jego oczach, tak wyraźne i czyste, że chciałby uciec. Nie może. Coś go przytrzymuje. Strach. Oni wszyscy się boją. Boją się Daearena Ruanaidha, który sam siebie każe nazywać Kelsem. Przeprasza. Przeprasza ojca, ale to na nic. Ich już nie ma. Błaga. Odpowiada mu cisza. Łzy...
Kels otworzył oczy, przestraszony czyimś dotykiem. Chwilę zajęło mu rozpoznanie chłopaka. Riddock. Brat małej Kyli.
- Wszystko dobrze, uzdrowicielu? - zapytał chłopak, patrząc na niego z niepokojem.
- Zły sen. - Kels próbował się uśmiechnąć, odganiając nocne mary, ale były zbyt realne. Zbyt blisko niego. - Prawie świta. - zauważył, rozglądając się wokół.
- Zostało jeszcze trochę czasu do wschodu słońca.
- Dobra pora na czuwanie. - rzekł Kels, wstając ze swojego posłania. Wokół nich panowała idealna cisza.
- Nie podziękowałem ci za uratowanie mi życia...
- Powinieneś dziękować swojej siostrze. Ona cały czas wierzyła, że cię znajdziemy. - odrzekł w końcu Kels, patrząc w brązowe oczy chłopaka. Mimo, iż było jeszcze ciemno, delikatne światło z ogniska pozwalało mu na mało dokładną obserwację.
- Wiem. Ale to ty...
- Jestem uzdrowicielem. Pomaganie innym to całe moje życie. Do tego zostałem stworzony. Przynajmniej tak mnie uczono w monastyrze. - powiedział najemnik i spojrzał na swoje dłonie. 'Prawdziwy dar, synu.' - tak mu mówiono. Inni magowie go doceniali. Chwalili. Widzieli w nim talent i potencjał. Dlaczego więc jego własna rodzina go nie chciała? Dlaczego pozbyli się go jakby nic dla nich nie znaczył?
- To musi być wspaniałe uczucie. - stwierdził Archer.
- Jest. - Kels uśmiechnął się nieznacznie. - Wystarczająco dużo ludzi psuje ten świat. Ktoś musi po nich sprzątać. - dodał, śmiejąc się. - Idź już. Przed nami kawał drogi.
- Ten najemnik... jak mu na imię... Gregor? Kyla go polubiła.
- Z wzajemnością. - Kels uśmiechnął się. - Może jednak rozważysz możliwość współpracy, Riddock. To nie są duże pieniądze, ale praca zawsze się znajdzie.
- Nie chcę litości.
- Nie proponowałbym ci tego z litości. Nie jestem aż tak dobrym człowiekiem. - odrzekł Kels.
- Jesteś, uzdrowicielu. Nawet nie wiesz, jak bardzo. - Riddock zostawił go przy dogasającym ognisku.