Gdziekolwiek p├│jdziesz 3
Dodane przez Aquarius dnia Stycze˝ 11 2014 08:51:19


Micha┼é obudzi┼é si─Ö jak zwykle bardzo wcze┼Ťnie. Ubra┼é si─Ö i nastawi┼é pranie, po czym ruszy┼é do kuchni, po drodze obrzucaj─ůc spojrzeniem pos┼éanie go┼Ťcia. Wit spa┼é w najlepsze, otulony ko┼édr─ů po czubek g┼éowy. M─Ö┼╝czyzna spojrza┼é na zegarek wisz─ůcy na ┼Ťcianie po drugiej stronie pokoju. Dochodzi┼éa sz├│sta, by┼éa niedziela i wygl─ůda┼éo na to, ┼╝e dzie┼ä b─Ödzie ciep┼éy. Micha┼é zaparzy┼é kaw─Ö, usiad┼é przy stole i zacz─ů┼é my┼Ťle─ç nad ┼Ťniadaniem. Nie mia┼é ochoty na nic szczeg├│lnego, ale musia┼é nakarmi─ç czym┼Ť wsp├│┼élokatora. Kiedy tak zastanawia┼é si─Ö co przygotowa─ç dzieciakowi, zadzwoni┼é telefon. Micha┼é zakl─ů┼é pod nosem. Kto, do diab┼éa, dzwoni o tej porze? Spojrza┼é na wy┼Ťwietlacz telefonu. Barbarzy┼äc─ů, kt├│ry najwidoczniej nie posiada┼é zegarka by┼é Artur - jego szef i przyjaciel, w┼éa┼Ťciciel antykwariatu.
- Tak?
- Michał? - zapytał głos w słuchawce.
- Nie, ┼Üwi─Öty Miko┼éaj - sarkn─ů┼é m─Ö┼╝czyzna. - Po co pytasz skoro wiesz do kogo dzwonisz?
- Z przyzwyczajenia - odparł Artur.
- Co się stało?
- M├│g┼éby┼Ť otworzy─ç dzi┼Ť interes na kilka godzin? Maj─ů przywie┼║─ç kilka rzeczy.
- W niedziel─Ö? Poszaleli chyba. O kt├│rej?
- Wida─ç si─Ö nudz─ů, czy co┼Ť. Zadzwonili, ┼╝e b─Öd─ů, wi─Öc si─Ö zgodzi┼éem. Oko┼éo dziesi─ůtej powinni ju┼╝ by─ç.
- Maj─ů co┼Ť ci─Ö┼╝kiego?
- Nie, dwa stoły, kilka krzeseł od kompletu i komoda. Wszystko już opłacone. Ta ostatnia to robota dla ciebie.
- Spoko. Ja mija urlop?
- Bezstresowo, przynajmniej na razie. Zaraz idziemy z Ank─ů do te┼Ťci├│w. A tak na marginesie - Artur zrobi┼é teatraln─ů pauz─Ö. - Nie, ┼╝ebym si─Ö wtr─ůca┼é w twoje ┼╝ycie osobiste, ale... kim jest ten m┼éody cz┼éowiek, kt├│rego sprowadzi┼ée┼Ť sobie na noc?
Michał oniemiał. Artura nie było już od kilku dni, więc nie mógł widzieć, ani wiedzieć o nowym lokatorze w mieszkaniu swojego współpracownika.
- Jaki młody człowiek? - udał głupiego.
- Oj Micha┼é, wiesz, ┼╝e nie potrafisz k┼éama─ç, wi─Öc gadaj bo od rana dzwoni do mnie Sielska z naprzeciwka, ┼╝e pod moj─ů obecno┼Ť─ç sprowadzasz dziwnych ludzi do siebie.
- No kurwa - westchn─ů┼é Micha┼é. Stara wdowa zajmuj─ůca ma┼ée mieszkanie nad sklepem spo┼╝ywczym po drugiej stronie ulicy by┼éa wrednym babskiem uzbrojonym w lornetk─Ö, kt├│ra uprzykrza┼éa ┼╝ycie okolicznych mieszka┼äc├│w rzucaj─ůc bezpodstawne oskar┼╝enia, odkrywaj─ůc zdrady, do kt├│rych nawet nie dosz┼éo i szpieguj─ůc ka┼╝dego kogo si─Ö da┼éo. - W CNN si─Ö bawi, stare pud┼éo - prychn─ů┼é lekcewa┼╝─ůco.
- Stare czy młode, pudło czy nie, gadaj lepiej co to za biedny nieletni, którego bałamucisz, ty stary pierdzielu! - domagał się odpowiedzi rozmówca.
- Po pierwsze - tylko nie stary! - odpar┼é spokojnie Micha┼é. - Po drugie - ch┼éopak ma prawie dziewi─Ötna┼Ťcie lat, wi─Öc wolno mi go ba┼éamuci─ç, a po trzecie wcale go nie ba┼éamuc─Ö, o!
- A tak na serio, kto to? - spytał poważnie Artur.
- Spokojnie, zapłacę ci za dodatkowego lokatora.
- Nie o kas─Ö mi chodzi. Co to za historia?
- Nigdy by┼Ť nie zgad┼é - za┼Ťmia┼é si─Ö Micha┼é i w skr├│cie opowiedzia┼é przyjacielowi o przypadku Wita. Artur kilka razy wtr─ůci┼é swoje „ojej” co mog┼éo oznacza─ç, ┼╝e przej─ů┼é si─Ö losem m┼éodzika, po czym da┼é Micha┼éowi kilka dobrych ojcowskich rad na temat wychowania nieletnich ignoruj─ůc fakt, i┼╝ podmiot ich rozmowy jest du┼╝o starszy od jego latoro┼Ťli. Micha┼é wiedzia┼é jednak, ┼╝e lepiej si─Ö nie wtr─ůca─ç w jego monolog, wi─Öc przytakiwa┼é przewracaj─ůc oczami, korzystaj─ůc z tego, ┼╝e Artur nie mo┼╝e tego zobaczy─ç.
- I pami─Ötaj o meblach! - przypomnia┼é na wszelki wypadek nim si─Ö roz┼é─ůczy┼é.
- Micha┼é westchn─ů┼é, podni├│s┼é si─Ö zza sto┼éu, przeci─ůgn─ů┼é i uzna┼é, ┼╝e najwy┼╝sza pora wrzuci─ç co┼Ť na ruszt.

***


Wit poci─ůgn─ů┼é nosem kilka razy. W┼éa┼Ťnie dotar┼é do niego smakowity zapach, a┼╝ mu ┼Ťlinka pociek┼éa. By┼é jednak zbyt rozleniwiony ciep┼éem pos┼éania i ┼Ťwiadomo┼Ťci─ů, ┼╝e nie musi jeszcze i┼Ť─ç do szko┼éy, nie mia┼é zamiaru rusza─ç si─Ö z miejsca. G┼é├│d domaga┼é si─Ö jednak zaspokojenia o czym coraz g┼éo┼Ťniej dawa┼é zna─ç. Kiedy w ko┼äcu nawet ptaki za oknem odfrun─Ö┼éy na d┼║wi─Ök wydobywaj─ůcego si─Ö z pos┼éania burczenia, ch┼éopak uzna┼é, ┼╝e trzeba jednak wsta─ç. Zanim pozwoli┼é ponie┼Ť─ç si─Ö smakowitemu zapachowi w kierunku kuchni, krokiem zombie powl├│k┼é si─Ö do ┼éazienki gdzie dokona┼é porannego ceremonia┼éu oczyszczenia i przebrania z pi┼╝amy w co┼Ť, w czym m├│g┼é si─Ö pokaza─ç publicznie. Potem dopiero pozwoli┼é powie┼Ť─ç si─Ö zapachowi do kuchni, gdzie stan─ů┼é jak wryty tu┼╝ za progiem. W ca┼éym swoim porannym roztargnieniu zapomnia┼é gdzie si─Ö znajduje i jak si─Ö tu znalaz┼é. Zatrzyma┼é si─Ö wi─Öc w miejscu i przest─Öpuj─ůc z nogi na nog─Ö zastanawia┼é si─Ö co w┼éa┼Ťciwie zrobi─ç i jak powita─ç m─Ö┼╝czyzn─Ö, kt├│ry akurat kr─Öci┼é si─Ö po pomieszczeniu kln─ůc w ┼╝ywy kamie┼ä.
Micha┼é omal nie st┼éuk┼é ulubionego kubka przez co obi┼é sobie ┼éokie─ç kiedy ┼éupn─ů┼é nim w ┼Ťcian─Ö ratuj─ůc kawa┼éek porcelany. Z┼éorzecz─ůc na ca┼éy ┼Ťwiat i okolic─Ö nawet nie zauwa┼╝y┼é, ┼╝e nie jest ju┼╝ sam. Kiedy odwr├│ci┼é si─Ö by postawi─ç na stole miseczk─Ö i sztu─çce, omal nie krzykn─ů┼é z przestrachu widz─ůc Wita w progu. W ca┼éym porannym zamieszaniu zapomnia┼é o nim ca┼ékowicie.
- Jezu, kurwa, Chryste! - wykrzykn─ů┼é omal nie wypuszczaj─ůc z r─ůk naczynia. - Uprzedzaj cz┼éowieku, bo padn─Ö na zawa┼é.
- Wybacz - mrukn─ů┼é Wit i u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö promiennie. - Na chwil─Ö zapomnia┼éem j─Özyka w g─Öbie.
- Takie wra┼╝enie na tobie zrobi┼éem? - zainteresowa┼é si─Ö Micha┼é. Odstawi┼é misk─Ö z kamionki, ┼╝eby przypadkiem jej nie st┼éuc przy najbli┼╝szej okazji i si─Ögn─ů┼é po drugi kubek do szafki.
- No... w┼éa┼Ťciwie to nie bardzo si─Ö znamy, wi─Öc nie wiedzia┼éem co powiedzie─ç. Poza tym, gdybym krzykn─ů┼é „cze┼Ť─ç” na ca┼éy g┼éos jak to robi─Ö w domu to chyba pr─Ödzej pad┼éby┼Ť trupem, nie? - zauwa┼╝y┼é.
- No tak - przyzna┼é Micha┼é. - Co tak stoisz jak ┼╝ona Lota? Siadaj. Zaraz dost─ůpisz zaszczytu spr├│bowania mojej popisowej zupy na winie - u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö dumnie.
- Na winie? Nie za wcze┼Ťnie na alkohol? - zmarszczy┼é brwi ch┼éopak zasiadaj─ůc za sto┼éem.
- Nie ma w niej ani kropli alkoholu - zapewnił gospodarz.
- Wi─Öc dlaczego na winie? - wci─ů┼╝ nie zrozumia┼é Wit. Micha┼é wyszczerzy┼é si─Ö jak kot z Cheshire.
- Bo wrzucałem do niej co się nawinie - odparł.
Wit parskn─ů┼é ┼Ťmiechem.
- Na winie - mrukn─ů┼é pod nosem i Micha┼é z zadowoleniem zauwa┼╝y┼é, ┼╝e nowy lokator wydaje si─Ö by─ç w dobrym nastroju.
- Co my┼Ťlisz dzisiaj robi─ç? - spyta┼é. Ch┼éopak wzruszy┼é ramionami.
- Rozpakuj─Ö si─Ö chyba.
- Niez┼éy plan - pochwali┼é gospodarz. - Tak sobie my┼Ťl─Ö, ┼╝e skoro masz si─Ö tu uczy─ç to mo┼╝e znajdziemy ci jakie┼Ť biurko na dole i co┼Ť co pos┼éu┼╝y za szaf─Ö na ubrania. Co ty na to?
- To znaczy, że będę mógł raz jeszcze obejrzeć antykwariat? - zapalił się młodzik.
- Pewnie - Micha┼é wzruszy┼é ramionami. Jeszcze chyba nigdy nie widzia┼é, ┼╝eby kto┼Ť tak si─Ö cieszy┼é ogl─ůdaj─ůc przedmioty nie z tej epoki, cho─ç nie dziwi┼é si─Ö, gdy┼╝ niekt├│re by┼éy naprawd─Ö niezwyk┼ée.
- Mo┼╝emy i┼Ť─ç zaraz?
- Mo┼╝emy, ale najpierw zjedz grzecznie zup─Ö - nakaza┼é tonem tatu┼Ťka.
- Ugotowa┼ée┼Ť j─ů sam?
- Co w tym takiego dziwnego?
- Nic, tylko Bartek zawsze m├│wi┼é o tobie w taki spos├│b, ┼╝e my┼Ťla┼éem, ┼╝e mieszkasz pod mostem w tekturowym pudle.
- No to źle mówił - powiedział po prostu Michał.
- Uwielbiam rodzinne tajemnice! - wykrzykn─ů┼é Wit po chwili milczenia.
- Chcesz si─Ö bawi─ç w detektywa?
- A mog─Ö? - ucieszy┼é si─Ö ch┼éopak. Micha┼é roze┼Ťmia┼é si─Ö w g┼éos.
- Je┼Ťli chcesz.
Wit nie odpowiedzia┼é, ale jego mina m├│wi┼éa wyra┼║nie, ┼╝e nie zostawi tak tej sprawy. Micha┼é nie zamierza┼é niczego mu u┼éatwia─ç, nawet je┼Ťli historia kryj─ůca si─Ö za jego milczeniem nie by┼éa niczym ciekawym. Niech si─Ö ch┼éopi─Öcie bawi, je┼Ťli chce, pomy┼Ťla┼é.
- Pycha - usłyszał nagle.
- Smakuje?
- Noo - odpar┼é Wit wpychaj─ůc do ust ┼éy┼╝k─Ö z kolejn─ů porcj─ů zupy.
- Serio? - Micha┼é nie by┼é master chef'em, ale potrafi┼é przyrz─ůdzi─ç proste dania. Mieszka┼é sam, wi─Öc takie umiej─Ötno┼Ťci bardzo mu si─Ö przydawa┼éy. No i ile mo┼╝na je┼Ť─ç ┼╝arcie na wynos?! - Pewnie w domu jadasz lepsze.
- Co┼Ť ty! Biada twemu bratu, moja siostra nie potrafi gotowa─ç.
- Poradzi sobie.
- No - mrukn─ů┼é ch┼éopak pod nosem i posmutnia┼é.
- To co, ko┼äcz je┼Ť─ç i idziemy - wykrzykn─ů┼é Micha┼é weso┼éo podrywaj─ůc si─Ö z krzes┼éa. Nie chcia┼é dawa─ç m┼éodemu okazji do u┼╝alania si─Ö nad sob─ů, a z pewno┼Ťci─ů tak by si─Ö to sko┼äczy┼éo. Uzna┼é, ┼╝e najlepszym sposobem b─Ödzie zaj─Öcie jego g┼éowy czym┼Ť innym ni┼╝ Bartek. Nie mo┼╝e przecie┼╝ ca┼éy dzie┼ä zgrywa─ç biednej Julii na daremno czekaj─ůcej na swego Romea, kt├│ry gzi si─Ö z inn─ů pann─ů.
Jako ┼╝e Micha┼é nie mia┼é w zwyczaju my─ç naczy┼ä od razu po wstawieniu ich do zlewu, wyznaj─ůc zasad─Ö, ┼╝e nawet te lekko zabrudzone rzeczy musz─ů odmokn─ů─ç; zaraz po tym jak sprz─ůtn─ů┼é ze sto┼éu opu┼Ťci┼é kuchni─Ö w towarzystwie Wita. Zeszli w─ůsk─ů klatk─ů schodow─ů na parter a stamt─ůd na ma┼ée podw├│rze mi─Ödzy kamienicami gdzie ┼╝ona Artura wraz z s─ůsiadkami za┼éo┼╝y┼éy ma┼éy ogr├│dek. Micha┼é uwa┼╝a┼é to za ┼Ťwietny pomys┼é, zw┼éaszcza, ┼╝e wcze┼Ťniej podw├│rze by┼éo za┼Ťmiecone i zamieszkane przez gryzonie. Teraz by┼éy tu nawet ┼éaweczki, na kt├│rych zm─Öczeni lokatorzy mogli przycupn─ů─ç i odetchn─ů─ç przed powrotem do szarej rzeczywisto┼Ťci rodzinnego ┼╝ycia. Po┼Ťrodku niedu┼╝ego, cho─ç zajmuj─ůcego niemal po┼éow─Ö przestrzeni kwietnika ros┼éa choinka, kt├│r─ů na ┼Ťwi─Öta wszyscy lokatorzy dekorowali czym kto mia┼é. Zwykle wtedy Micha┼é mia┼é najwi─Ökszy ubaw, gdy┼╝ ka┼╝da s─ůsiadka przychodz─ůca ze swoimi ozdobami zmienia┼éa ca┼é─ů dekoracj─Ö wedle w┼éasnego uznania co cz─Östo doprowadza┼éo do sprzeczek mi─Ödzy kobietami. M─Ö┼╝czy┼║ni wiedzieli czym takie zbiegowiska pachn─ů, dlatego te┼╝ ┼╝adnemu nawet przez my┼Ťl nie przesz┼éo tyka─ç ┼Ťwi─ůtecznego drzewka.
R├│wnie┼╝ nad kwietnikiem Wit musia┼é chwil─Ö sp─Ödzi─ç ciesz─ůc oczy kolorowymi ro┼Ťlinkami posadzonymi w r├│wnych rz─ůdkach. Micha┼é kr─Öci┼é g┼éow─ů ze zdumieniem, dziwi─ůc si─Ö, ┼╝e kto┼Ť mo┼╝e si─Ö a┼╝ tak zachwyca─ç czym┼Ť, co i tak wkr├│tce uschnie. Chwilowo zapomnia┼é o tym jak sam by┼é zachwycony i ogl─ůda┼é wszystko kiedy Anna, ┼╝ona Artura, sko┼äczy┼éa prac─Ö nad ogr├│dkiem. W jego domu rodzinnym ro┼Ťlin nie by┼éo, gdy┼╝ matka nie mia┼éa do nich cierpliwo┼Ťci. Tylko raz zdarzy┼éo jej si─Ö przynie┼Ť─ç do niedu┼╝ego mieszkania na trzecim pi─Ötrze ┼╝ywe kwiaty. By┼éa to dziesi─ůta rocznica ┼Ťlubu jego rodzic├│w a kwiaty by┼éy prezentem od ojca Micha┼éa. Wkr├│tce jednak wyl─ůdowa┼éy na ┼Ťmietniku. Nawet teraz odwiedzaj─ůc rodzicielk─Ö w domu opieki Micha┼é nigdy nie nosi┼é jej kwiat├│w. Kupowa┼é owoce, kt├│re matka ub├│stwia┼éa, albo s┼éodycze b─Öd─ůce dobr─ů kart─ů przetargow─ů kiedy potrzebowa┼é z ni─ů porozmawia─ç.
- D┼éugo jeszcze? - spyta┼é niecierpliwi─ůc si─Ö coraz bardziej. Czeka┼é na ch┼éopaka przy bramie prowadz─ůcej na ulic─Ö i zaczyna┼é si─Ö zastanawia─ç czy z nastolatkiem aby wszystko w porz─ůdku. Z tego co widzia┼é poprzedniego dnia Wit mieszka┼é w domku jednorodzinnym ze sporym ogr├│dkiem. Co prawda nie widzia┼é w nim kwiat├│w, ale za to jakie┼Ť kar┼éowate krzaczyska i pi─Öknie skoszony trawnik.
- Id─Ö, id─Ö! - wykrzykn─ů┼é ch┼éopak odrywaj─ůc si─Ö od kontemplowania ogr├│dka. Pobieg┼é za Micha┼éem do wyj┼Ťcia z podw├│rza. - ┼üadnie tu! - stwierdzi┼é z uznaniem.
- No, gdyby nie s─ůsiedzi by┼éa by bajka - mrukn─ů┼é pod nosem Micha┼é zezuj─ůc ukradkiem w okna mieszkania po drugiej stronie ulicy. Zdawa┼éo mu si─Ö nawet, ┼╝e dostrzeg┼é ruch firanki, ale nie m├│g┼é by─ç tego pewny na sto procent. Okno by┼éo uchylone wi─Öc r├│wnie dobrze to wiatr m├│g┼é ni─ů poruszy─ç, a nie w┼Ťcibska s─ůsiadka. Z┼éorzecz─ůc cicho pod nosem otworzy┼é drzwi antykwariatu bronione przez cztery solidne zamki i krat─Ö w ┼Ťrodku. Wit podskakiwa┼é w miejscu nie mog─ůc si─Ö doczeka─ç a┼╝ Micha┼é wpu┼Ťci go do ┼Ťrodka. Chcia┼é wszystko dok┼éadnie obejrze─ç w ┼Ťwietle dziennym. Cieszy┼é si─Ö jak dzieciak, kt├│rego wpuszczaj─ů do cukierni i pozwalaj─ů posmakowa─ç wszystkich smako┼éyk├│w jakie wpadn─ů mu w r─Öce. Kiedy wreszcie Micha┼é z rozbawieniem powiedzia┼é, ┼╝e mo┼╝e wej┼Ť─ç, Wit z trudem zapanowa┼é nad ch─Öci─ů wskoczenia na wielkie rze┼║bione ┼éo┼╝e z mi─Ökkim materacem stoj─ůce po┼Ťrodku pomieszczenia. ┼╗a┼éowa┼é, ┼╝e nie mo┼╝e spa─ç na takim w┼éa┼Ťnie kr├│lewskim ┼éo┼╝u tylko na prostej „jedynce”. Micha┼é szybko pozbawi┼é go wszelkich z┼éudze┼ä co do wniesienia meble na pi─Ötro.
- Nie da si─Ö go roz┼éo┼╝y─ç. Nie wejdzie nawet na klatk─Ö schodow─ů - powiedzia┼é.
- Szkoda - westchn─ů┼é ch┼éopak. - Ale toaletk─Ö zabieram! - zdecydowa┼é. M├│wi┼é to ┼╝artem gdy┼╝, cho─ç ┼éadna, toaletka raczej do niczego by mu si─Ö nie nada┼éa. Micha┼é parskn─ů┼é ┼Ťmiechem i to wystarczy┼éo za komentarz.
- No co? - udał obrażonego chłopak.
- Jeste┼Ť facetem czy bab─ů? Toaletka? I co, b─Ödziesz tam trzyma┼é puder i perfumy? - zakpi┼é m─Ö┼╝czyzna.
- Tak po po┼éowie - odpowiedzia┼é Wit. - My┼Ťl─Ö, ┼╝e moja orientacja seksualna pozwala mi posiada─ç takie rzeczy. No chyba, ┼╝e masz co┼Ť ciekawszego, co m├│g┼éby┼Ť mi zaproponowa─ç - doda┼é. B┼é─ůdz─ůc mi─Ödzy wystawionymi na sprzeda┼╝ meblami podszed┼é bezszelestnie do Micha┼éa, przystan─ů┼é obok niego korzystaj─ůc z tego, ┼╝e m─Ö┼╝czyzna zaj─Öty jest przegl─ůdaniem jakich┼Ť papierzysk z biurka. By┼é od niego ni┼╝szy zaledwie o g┼éow─Ö, a sam mierzy┼é ju┼╝ ponad metr siedemdziesi─ůt centymetr├│w wzrostu, i w─ůtlejszy w budowie co w du┼╝ej mierze zawdzi─Öcza┼é genom. W jego rodzinie nie by┼éo dobrze zbudowanych m─Ö┼╝czyzn, kobiety by┼éy smuk┼ée i raczej wysokie podobnie jak m─Ö┼╝czy┼║ni. Mo┼╝e dlatego i jemu, Witowi, i jego siostrze tak spodoba┼é si─Ö Bartek, kt├│ry b─ůd┼║, co b─ůd┼║, wygl─ůda┼é jakby na chleb zarabia┼é nosz─ůc codziennie worki z cementem. Po kilka naraz. Pod tym wzgl─Ödem Micha┼é by┼é do niego podobny - wysoki, ┼Ťwietnie zbudowany... i na tym podobie┼ästwa si─Ö ko┼äczy┼éy. Bartek mia┼é jasne w┼éosy, by┼é powa┼╝nym cz┼éowiekiem, kt├│ry wiedzia┼é dok┼éadnie jak osi─ůgn─ů─ç sw├│j cel. obowi─ůzkowym, mo┼╝e nawet za bardzo, godnym zaufania, a jednak nieco zacofanym. Micha┼é rzeczywi┼Ťcie przypomina┼é Piotrusia Pana, ale tylko do pewnego stopnia. By┼é weso┼éy i skory do ┼Ťmiechu, rozmowny, zdawa─ç si─Ö mog┼éo, i┼╝ nie dba o nic, ale Wit ju┼╝ go przejrza┼é. Wystarczy┼éo, ┼╝e przelotnie zajrza┼é poprzedniego dnia do jego pracowni, gdzie wszystkie narz─Ödzia by┼éy r├│wniutko pouk┼éadane, a meble, jedne ju┼╝ wyko┼äczone i zaimpregnowane, inne czekaj─ůce na swoj─ů kolej, ustawione w rz─Ödach na czystej zamiecionej pod┼éodze. Zdawa─ç si─Ö mog┼éo, i┼╝ w tym pomieszczeniu wcale nie przeprowadza si─Ö renowacji, ┼╝e jest ono tylko na pokaz, jednak podchodz─ůc bli┼╝ej Wit zauwa┼╝y┼é, ┼╝e narz─Ödzia nosz─ů ┼Ťlady u┼╝ytkowania, a w k─ůcie stoj─ů worki pe┼éne trociny i innych ┼Ťmieci. Mieszkanie Micha┼éa, cho─ç w┼éa┼Ťciciel uprzedza┼é o rzucaniu rzeczy gdzie popadnie, te┼╝ nie wygl─ůda┼éo na nor─Ö. Chocia┼╝by po tym wida─ç ju┼╝ by┼éo, ┼╝e nawet Piotru┼Ť Pan potrafi by─ç odpowiedzialnym cz┼éowiekiem.
- Wszystkie dzieci dorastaj─ů - powiedzia┼é cicho cytuj─ůc Jamesa Berrie'go. Micha┼é drgn─ů┼é zaskoczony. - Ups.
- Ja ci dam „ups”! Prosi┼éem, ┼╝eby┼Ť si─Ö tak nie skrada┼é, czy nie? Padn─Ö trupem przez ciebie! - naskoczy┼é na ch┼éopaka Micha┼é.
- Przepraszam, nie robi─Ö tego specjalnie - usprawiedliwia┼é si─Ö Wit. - Chcia┼éem si─Ö tylko... no wiesz... zmierzy─ç z tob─ů.
- Zmierzy─ç? - spyta┼é ciekawie Micha┼é zerkaj─ůc na ch┼éopaka. - Czy przymierzy─ç.
- Jak zwa┼é, tak zwa┼é - Wit machn─ů┼é r─Ök─ů. - W ka┼╝dym razie wydawa┼ée┼Ť mi si─Ö wy┼╝szy.
- Znalaz┼é si─Ö wielkolud - mrukn─ů┼é m─Ö┼╝czyzna. - Mia┼ée┼Ť si─Ö rozgl─ůda─ç.
- Rozgl─ůdam si─Ö - westchn─ů┼é Wit niech─Ötnie odszed┼é, by nie przeszkadza─ç Micha┼éowi. Im bardziej por├│wnywa┼é obu braci, tym bardziej podoba┼é mu si─Ö ten starszy, cho─ç o Bartku wci─ů┼╝ jako┼Ť nie m├│g┼é zapomnie─ç ani przebole─ç tego, ┼╝e m─Ö┼╝czyzna ┼╝eni si─Ö z jego siostr─ů. Ale wierzy┼é szczerze w to, ┼╝e czas uleczy jego rany i pozwoli ┼╝y─ç dalej. Jak na razie jednak, chcia┼é si─Ö skupi─ç na dniu dzisiejszym i na odkrywaniu rodzinnych sekret├│w braci G├│rskich, a tym, jak mniema┼é, bardzo mu pomo┼╝e obserwacja Micha┼éa.
Oko┼éo dziesi─ůtej pod budynek podjecha┼é du┼╝y samoch├│d i dwaj m─Ö┼╝czy┼║ni sprawnie wynie┼Ťli z niego kilka mebli. Nawi─ůzali kr├│tk─ů rozmow─Ö z Micha┼éem i odjechali. Micha┼é obejrza┼é wszystkie osiem krzese┼é z pluszowymi obiciami dok┼éadnie, centymetr po centymetrze. Jak zwykle by┼é zadowolony z wyboru Artura, gdy┼╝ siedziska by┼éy na dobrym stanie i tylko jedno oparcie wygl─ůda┼éo na uszkodzone. Za to komoda by┼éa paskudna. I to bardzo. Nie chodzi┼éo jednak o jej stan techniczny, ale o kolor, by┼éa bowiem pomalowana farb─ů olejn─ů na zgni┼éy zielony kolor, kt├│ry ju┼╝ zaczyna┼é si─Ö ┼éuszczy─ç odkrywaj─ůc kolejne wielokolorowe warstwy pod spodem. Micha┼é wiedzia┼é, ┼╝e usuni─Öcie wszystkich zajmie troch─Ö czasu, ale wiedzia┼é, ┼╝e po tym zabiegu mebel b─Ödzie si─Ö prezentowa┼é lepiej.
- Matko, co za paskudztwo - wyrazi┼é swoje zdanie Wit p├│┼éle┼╝─ůc na bia┼éej otomanie stoj─ůcym w oknie wystawowym.
- Prawda - zgodzi┼é si─Ö Micha┼é. Go┼éym okiem wida─ç by┼éo, ┼╝e komu┼Ť nie chcia┼éo si─Ö prawid┼éowo zadba─ç o mebel.
- Długo zajmie ci naprawa? - zainteresował się chłopak.
- To zale┼╝y od stopnia zu┼╝ycia i zaniedbania. Je┼Ťli sta┼éa w wilgoci albo podjada┼éy j─ů korniki i jak─ů┼Ť cz─Ö┼Ť─ç trzeba b─Ödzie wymieni─ç, to zajmie to o wiele d┼éu┼╝ej. Samo zdzieranie farby mo┼╝e potrwa─ç kilka dni bo warstwa jest gruba z tego, co widz─Ö. Ale korniki si─Ö wytruje, cz─Ö┼Ťci dorobi, farb─Ö zedrze i ju┼╝ b─Ödzie z g├│rki - u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö szeroko.
- I co potem?
- Impregnowanie, malowanie, klejenie, z┼éo┼╝enie do kupy - wyrecytowa┼é Micha┼é. - My┼Ťl─Ö, ┼╝e powinno mi to zaj─ů─ç jaki┼Ť miesi─ůc.
- Miesi─ůc?
- Tak.
- Ca┼éy miesi─ůc? - Wit nie m├│g┼é wyj┼Ť─ç ze zdumienia. Miesi─ůc roboty w dodatku nad jedn─ů rzecz─ů zdawa┼é mu si─Ö by─ç jednym wielkim nudziarstwem. Przez ten miesi─ůc mo┼╝na by zrobi─ç przecie┼╝ tyle innych rzeczy. Oczywi┼Ťcie w tej chwili ┼╝adne ciekawsze zadanie jako┼Ť nie przychodzi┼éo mu do g┼éowy, ale co┼Ť ciekawszego musia┼éo przecie┼╝ istnie─ç!
- Tak mniej wi─Öcej - przyzna┼é Micha┼é. - Pomo┼╝esz mi to przenie┼Ť─ç? - poprosi┼é i Wit do┼Ť─ç niech─Ötnie si─Ö zgodzi┼é. Mebel by┼é ci─Ö┼╝ki i niezbyt wygodny w przenoszeniu, ale jako┼Ť uda┼éo im si─Ö go zapcha─ç do pomieszczenia gdzie mia┼éa zosta─ç odrestaurowana. Micha┼é od razu zacz─ů┼é wyci─ůga─ç szuflady. Cieszy┼é si─Ö jak dzieciak, bo po obejrzeniu ka┼╝dej po kolei stwierdzi┼é brak otwor├│w, kt├│re ┼Ťwiadczy┼éyby o obecno┼Ťci kornik├│w. W dodatku mebel zrobiony by┼é z jasnego drewna i zaimpregnowane od ┼Ťrodka, w dodatku w ca┼ékiem niez┼éym stanie. Wida─ç by┼éo ┼Ťlady u┼╝ytkowania w postaci plam po szklankach i wosku, a nawet farbie i tuszu, nic jednak z czym nie m├│g┼éby sobie poradzi─ç.
- Ile za to zap┼éaci┼ée┼Ť? - chcia┼é wiedzie─ç Wit.
- Nie wiem, Artur to kupi┼é - m├│j szef. On ma oko do takich rzeczy, wi─Öc nawet je┼Ťli przep┼éaci┼é, jestem pewien, ┼╝e by┼éo warto.
- Z┼éamanego grosza bym za to nie da┼é - prychn─ů┼é ch┼éopak.
- Zobaczysz, jeszcze si─Ö zdziwisz jak kto┼Ť wyda na to ca┼é─ů pensj─Ö - za┼Ťmia┼é si─Ö Micha┼é.
- Taki jeste┼Ť pewny swoich umiej─Ötno┼Ťci?
- Nie, ale Artur sprzeda┼éby to ka┼╝demu. Jest dobry w te klocki. Dlatego interes si─Ö kr─Öci - odpar┼é. Podczas gdy on zaj─ů┼é si─Ö szufladami, Wit przykucn─ů┼é postanawiaj─ůc zajrze─ç do ┼Ťrodka wybebeszonego mebla. Musia┼é przyzna─ç, ┼╝e nie wygl─ůda┼éo wcale tak fatalnie jak z wierzchu. Zapewne ostatni w┼éa┼Ťciciele nie mieli polotu je┼Ťli chodzi o spo┼╝ytkowanie mebla, a ju┼╝ na pewno nie mieli koncepcji na pomalowanie go na jaki┼Ť uczciwy kolor. Wit okre┼Ťli┼éby barw─Ö farby jako rzygow─ů ziele┼ä. Taki przetrawiony groszek z domieszk─ů ┼╝├│┼éci. Do ┼Ťrodka na szcz─Ö┼Ťcie nikomu nie chcia┼éo si─Ö nurkowa─ç, dlatego wewn─ůtrz wida─ç by┼éo surowe drewno. Drewno, paj─Öczyny i...
- O m├│j Bo┼╝e, tu le┼╝y czyj┼Ť z─ůb! - wykrzykn─ů┼é zdumiony ch┼éopak i gwa┼étownie podni├│s┼é g┼éow─Ö przez co uderzy┼é o rant blatu, co z kolei spowodowa┼éo obluzowanie si─Ö deski, kt├│ra odskoczy┼éa do g├│ry. Wit klapn─ů┼é na pod┼éog─Ö i potar┼é obola┼ée miejsce, gdzie jego g┼éowa zderzy┼éa si─Ö z meblem.
- No prosz─Ö, zdaje si─Ö, m├│j drogi Watsonie, ┼╝e znalaz┼ée┼Ť skrytk─Ö - stwierdzi┼é beznami─Ötnie Micha┼é, kt├│ry przerwa┼é swoje zaj─Öcia, by zobaczy─ç odnaleziony przez ch┼éopaka z─ůb, z stan─ů┼é oko w oko z dodatkow─ů p├│┼éeczk─ů skrz─Ötnie ukryt─ů pod podnoszonym blatem. Wit zerwa┼é si─Ö na r├│wne nogi zaciekawiony znaleziskiem. P├│┼éka wype┼éniona by┼éa jakimi┼Ť papierami po brzegi. Wi─Ökszo┼Ť─ç stanowi┼éa stare koperty r├│wno u┼éo┼╝one w przewi─ůzane sznureczkami, poza tym dwie grube teczki na dokumenty i troch─Ö tekturowych pude┼éek. Za to wieko, a zarazem blat komody obity zosta┼é grubym materia┼éem, na kt├│rym naszyte zosta┼éy zapinane na napy kieszenie. Wszystko to wygl─ůda┼éo na stare. Micha┼é zamkn─ů┼é wieko i ze zdumieniem stwierdzi┼é, ┼╝e nawet po latach zawiasy ani pisn─Ö┼éy, a wieko domkn─Ö┼éo si─Ö szczelnie. O tym, ┼╝e pod nim znajduje si─Ö skrytka mog┼éa ┼Ťwiadczy─ç tylko w─ůziutka szczelina. Blat zako┼äczony by┼é w─ůskim rantem pustym po wewn─Ötrznej stronie, pewnie dlatego nikt nie zauwa┼╝y┼é istnienia skrytki.
- My┼Ťlisz, ┼╝e ci, co sprzedali wam komod─Ö wiedzieli o tym? - zainteresowa┼é si─Ö Wit. Podoba┼éo mu si─Ö to, co znalaz┼é, nawet je┼Ťli sta┼éo si─Ö to przez przypadek.
- Musz─Ö zadzwoni─ç - zdecydowa┼é Micha┼é. Nigdy dot─ůd nie zdarzy┼éo mu si─Ö takie znalezisko. Owszem, kiedy┼Ť znalaz┼é futro, a w jego kieszeniach prawie dwa tysi─ůce z┼éotych, kt├│re przed ┼Ťmierci─ů skrz─Ötnie ukry┼éa pewna starsza pani, a kt├│re trafi┼éy p├│┼║niej do jej rodziny. Czasami zdarza┼éy si─Ö nawet z─Öby, stare monety z ubieg┼éej epoki, jakie┼Ť ubrania, hordy moli, ale nigdy komoda z niespodziank─ů. Zanim zacznie co┼Ť robi─ç musia┼é si─Ö poradzi─ç Artura.
- Halo? Michał? - przyjaciel odebrał niemal od razu.
- Nie, Kuba Rozpruwacz - sarkn─ů┼é zapytany. Wit parskn─ů┼é ┼Ťmiechem. Sta┼é na tyle blisko, ┼╝e dobrze s┼éysza┼é dono┼Ťny g┼éos w s┼éuchawce firmowego telefonu.
- No co ┼Ťciemniasz, przecie┼╝ wiem, ┼╝e to ty!
- To po co pytasz?
- Z przyzwyczajenia - westchn─ů┼é ci─Ö┼╝ko rozm├│wca. - Z czym dzwonisz?
- Te ptaszki co mia┼éy przywie┼║─ç meble da┼éy mi komod─Ö ze skrytk─ů - oznajmi┼é.
- No i?
- No i skrytka nie jest pusta.
- Serio? A co w niej jest?
- Jakie┼Ť papiery. Mam do nich zadzwoni─ç i powiedzie─ç, ┼╝e tu s─ů?
- Jak to znalaz┼ée┼Ť? - chcia┼é wiedzie─ç Artur.
- To nie ja, tylko Wit. ┼üupn─ů┼é g┼éow─ů i skrytka stan─Ö┼éa otworem - powiedzia┼é zgodnie z prawd─ů.
- Kto?
- No, ten dzieciak, kt├│rego zabroni┼ée┼Ť mi ba┼éamuci─ç - przypomnia┼é Micha┼é. Wit uni├│s┼é pytaj─ůco brew, ale nic nie powiedzia┼é.
- A, ten.
- To co mam robi─ç?
- Przejrzyj to wszystko, bo nie wiem czy zawarto┼Ť─ç nale┼╝y do ostatniego w┼éa┼Ťciciela. Facet, kt├│ry j─ů sprzedawa┼é powiedzia┼é, ┼╝e ma j─ů od roku. ┼╗ona kupi┼éa na targu staroci od jakiego┼Ť kombatanta, czy co┼Ť. Zobacz czy na dokumentach jest czyje┼Ť nazwisko, ale poczekaj na mnie zanim si─Ö z kimkolwiek skontaktujesz, dobra? Nie chcia┼ébym si─Ö w co┼Ť podejrzanego wpakowa─ç.
- No, ja te┼╝ nie - przyzna┼é Micha┼é. - Zw┼éaszcza je┼Ťli to jakie┼Ť tajne plany ataku na Hitlera - za┼Ťmia┼é si─Ö.
- B┼éagam nawet tak nie ┼╝artuj, jeszcze tego mi brakowa┼éo - wystraszy┼é si─Ö Artur. - Wracamy we wtorek, jakby co┼Ť wyskoczy┼éo to dzwo┼ä.
- Dobra, spoko, to na pewno tylko jakie┼Ť rachunki - uspokoi┼é przyjaciela Micha┼é puszczaj─ůc oko do Wita, kt├│ry z rozbawieniem przys┼éuchiwa┼é si─Ö rozmowie. Kiedy Artur ju┼╝ si─Ö roz┼é─ůczy┼é m─Ö┼╝czyzna westchn─ů┼é ci─Ö┼╝ko. - Mamy to przejrze─ç, a w razie odnalezienia ┼Üwi─Ötego Grala zadzwoni─ç do niego.
- Aha. Zawsze tak rozmawiacie? - spytał Wit.
- To znaczy jak?
- No, tak „na luzie”. M├│wi┼ée┼Ť, ┼╝e to tw├│j szef.
- Oficjalnie tak, nieoficjalnie jest dla mnie jak brat. A przynajmniej jest bli┼╝szy ni┼╝ ten drugi brat - u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö Micha┼é.
- Rozumiem. To co, zabieramy to st─ůd?
- Tak, tylko przynios─Ö jakie┼Ť pud┼éo i we┼║miemy to na g├│r─Ö. Przynajmniej b─Ödzie co robi─ç przez reszt─Ö dnia, nie? - wyszczerzy┼é si─Ö w u┼Ťmiechu i wyszed┼é z pomieszczenia. Wit w tym czasie wyj─ů┼é telefon kom├│rkowy z kieszeni spodni i na wszelki wypadek zrobi┼é kilka fotek skrytce. Czu┼é si─Ö jak detektyw na tropie ciekawej afery. Robi┼é te┼╝ zdj─Öcia kiedy opr├│┼╝niali skrytk─Ö, w kt├│rej, jak si─Ö wkr├│tce okaza┼éo, znajdowa┼éo si─Ö wiele du┼╝o ciekawszych fant├│w ni┼╝ papiery. Podczas uk┼éadania znaleziska w pudle przyniesionym przez Micha┼éa, Wit odgrzeba┼é spod zwi─ůzanych ze sob─ů kopert dwie drewniane szkatu┼éy. Same one zrobi┼éy na nim niema┼ée wra┼╝enie, a kiedy pomy┼Ťla┼é co mog┼éo by─ç w ┼Ťrodku od razu nabra┼é werwy. Kiedy skrytka opustosza┼éa zrobi┼é kolejne zdj─Öcie i wraz z Micha┼éem opu┼Ťci┼é pomieszczenie.
Micha┼é zamkn─ů┼é antykwariat na cztery spusty i dopiero upewniwszy si─Ö, ┼╝e nikt nie zdo┼éa si─Ö dosta─ç do ┼Ťrodka ruszy┼é do furty od podw├│rza. Kiedy wszed┼é na pi─Ötro Wit ju┼╝ rozk┼éada┼é znalezisko na pod┼éodze.
- Szkatu┼éy s─ů zamkni─Öte na klucz, wi─Öc raczej si─Ö do nich nie dostaniemy - oznajmi┼é.
- Mo┼╝e klucz te┼╝ gdzie┼Ť tu jest - podsun─ů┼é Micha┼é rozsiadaj─ůc si─Ö na pod┼éodze obok ch┼éopaka.
- Byłoby fajnie.
Micha┼é wzi─ů┼é si─Ö za dokumenty w teczkach i tak jak si─Ö spodziewa┼é znalaz┼é tam tylko stare rachunki i listy urz─Ödowe. Na ka┼╝dym widnia┼éo nazwisko jednej osoby, w┼éa┼Ťcicielki jakiej┼Ť kamienicy z tego, co wyczyta┼é - Zofii Ossowskiej. Tylko na dw├│ch znalaz┼é inny podpis, zapewne krewnego lub m─Ö┼╝a kobiety - Henryka Ossowskiego. Z dokument├│w wynika┼éo, ┼╝e ci ludzie posiadali kilka kamienic w mie┼Ťcie jeszcze przed drug─ů wojn─ů ┼Ťwiatow─ů. W kolejnej teczce znalaz┼é kilka spis├│w mieszka┼äc├│w, metryk─Ö urodzenia dw├│jki dzieci i akt zgonu Wiktora Raczkowskiego. W kolejnej znajdowa┼éy si─Ö rachunki za naprawy, stare kartki ┼╝ywno┼Ťciowe i laurka narysowana przez jakie┼Ť dziecko dla Zofii Ossowskiej.
Wit mia┼é o wiele wi─Öcej szcz─Ö┼Ťcia. Ju┼╝ w pierwszej kopercie, kt├│r─ů wyj─ů┼é ostro┼╝nie z paczuszki zwi─ůzanej sznurkiem znalaz┼é stare wyblak┼ée zdj─Öcie.
- Zobacz! - wykrzykn─ů┼é zupe┼énie jakby wynalaz┼é w┼éa┼Ťnie lek na raka.
Micha┼é wzi─ů┼é od ch┼éopaka ma┼ée zdj─Öcie. U┼Ťmiecha┼éa si─Ö z niego m┼éoda dziewczyna ubrana w prost─ů jasn─ů sukienk─Ö ze splecionymi w warkocz w┼éosami i niedu┼╝─ů parasolk─ů opart─ů na ramieniu.
- ┼üadniutka - uzna┼é. - Co┼Ť ciekawego jest w tym li┼Ťcie?
- To list mi┼éosny - oznajmi┼é Wit. Oczy mu b┼éyszcza┼éy, a u┼Ťmiech rozszerza┼é si─Ö z ka┼╝dym kolejnym czytanym s┼éowem.
- Mi┼éosny, tak? - Micha┼é wzi─ů┼é kolejn─ů kopert─Ö.
- S┼éuchaj tego! „Nosz─Ö w sobie ogromn─ů pewno┼Ť─ç, i┼╝ jest pan pewny swego uczucia do mnie, jednakowo┼╝ tak bardzo, jak ┼╝yczy┼éabym sobie pana widzie─ç, tak obawiam si─Ö, ┼╝e przez nieporozumienia zaistnia┼ée mi─Ödzy naszymi szanownymi rodzicami, nie b─Öd─Ö mog┼éa przyj─ů─ç pa┼äskich o┼Ťwiadczyn”. O rany, jaka┼Ť szalenie tragiczna historia mi┼éosna! - Wit a┼╝ pisn─ů┼é z podniecenia.
- No proszę, to chyba był mezalians - stwierdził Michał.
- Mezalians? Dlaczego? Co to jest w og├│le „mezalians”? - zainteresowa┼é si─Ö.
- To wtedy, kiedy pobieraj─ů si─Ö osoby r├│┼╝nych stan├│w. Nie czyta┼ée┼Ť „Nad Niemnem”?
- Nie, nie bardzo. A o czym to? - zażartował chłopak.
- Nie wa┼╝ne - mrukn─ů┼é Micha┼é. - Tu jest napisane, ┼╝e dziewczyna nie mo┼╝e wyj┼Ť─ç za tego swojego amanta, bo jest rolnikiem. On najwidoczniej by┼éa arystokratk─ů, czy co┼Ť podobnego.
- Jak Romero i Julia - westchn─ů┼é Wit.
- Jak co? Chyba Romeo, nieuku - poprawi┼é ch┼éopaka. - Czego was ucz─ů teraz...
- Nigdy jako┼Ť nie lubi┼éem literatury - usprawiedliwi┼é si─Ö Wit. Micha┼é przewr├│ci┼é tylko oczami. Za jego czas├│w nieznajomo┼Ť─ç polskiej literatury by┼éa czym┼Ť, do czego nikt si─Ö nie przyznawa┼é, nawet je┼Ťli nie wiedzia┼é, czy Wo┼éodyjowski napisa┼é Potop i czy Boryna by┼éa Polk─ů. Widocznie teraz nikt nie potrzebowa┼é wiedzie─ç, ┼╝e i „Pana Wo┼éodyjowskiego” i „Potop” napisa┼é ten sam autor, a Boryna by┼é ch┼éopem z zupe┼énie innej bajki. W internecie mo┼╝na by┼éo przecie┼╝ znale┼║─ç wszystko, nie koniecznie zgodnie z prawd─ů.
Podczas gdy Wit zajmowa┼é si─Ö zapoznawaniem z histori─ů mi┼éosn─ů w┼éa┼Ťcicielki skrytki, Micha┼é, kt├│rego mezalianse jako┼Ť nie interesowa┼éy zacz─ů┼é szpera─ç po pude┼ékach odnalezionych wraz z listami. Obejrza┼é dok┼éadnie obie szkatu┼éy, potrz─ůsn─ů┼é nimi nawet, ale ze ┼Ťrodka nie wydoby┼é si─Ö ┼╝aden d┼║wi─Ök. By┼éy jednak na tyle ci─Ö┼╝kie, ┼╝e nie mog┼éy by─ç puste. By┼éy drewniane, na wiekach wyrze┼║biono dwa identyczne drzewa, za to boki opowiada┼éy dwie r├│┼╝ne historie. Na jednej wok├│┼é szkatu┼éy odbywa┼éo si─Ö polowanie na nied┼║wiedzia, byli tam je┼║d┼║cy ze szpicrutami, wielkie niemal jak konie harty i ogromny nied┼║wied┼║, wszystko to kolorowe i bardzo wyra┼║ne. Micha┼é uzna┼é, ┼╝e kiedy tylko Artur wr├│ci z urlopu zaraz poka┼╝e mu obie szkatu┼éy. On zna┼é si─Ö na takich rzeczach, wi─Öc b─Ödzie pewnie wiedzie─ç co to takiego, z jakiego kraju pochodzi i czy jest co┼Ť warte. Druga przedstawia┼éa sielsk─ů anielsk─ů ┼é─ůk─Ö, a na niej kilka kobiet w kapeluszach siedz─ůcych na kocu, wok├│┼é biega┼éy dzieci a panowie zajmowali si─Ö rozmow─ů przy jakim┼Ť automobilu. Micha┼é by┼é pod wra┼╝eniem kunsztu rze┼║biarza i jego cierpliwo┼Ťci. Ktokolwiek to by┼é potrafi┼é uwieczni─ç na szkatule nawet malutkie fili┼╝anki w d┼éoniach kobiet i cygara w ustach m─Ö┼╝czyzn. Widz─ůc to wszystko, Micha┼é mia┼é coraz wi─Öksz─ů ochot─Ö zajrze─ç do ┼Ťrodka i zobaczy─ç co tam si─Ö znajduje. Odstawi┼é szkatu┼éy i zaj─ů┼é si─Ö pude┼ékami. We wszystkich zamkni─Öte by┼éy kolorowe puzderka a w nich medaliki ze ┼Ťwi─Ötymi, lustereczka, kilka starych z┼éot├│wek, zasuszone kwiaty. Nic ciekawego innymi s┼éowy. Puzderka r├│wnie┼╝ by┼éy drewniane lub metalowe, na niekt├│rych widnia┼éy wygrawerowane inicja┼éy Z.O. Innymi s┼éowy mog┼éy nale┼╝e─ç do Zofii Ossowskiej.
- Miała na nazwisko Iłłowiecka - powiedział nagle Wit.
- Sk─ůd wiesz?
- Bo znalaz┼éem drugie zdj─Öcie - ucieszy┼é si─Ö ch┼éopak machaj─ůc Micha┼éowi pod nosem kawa┼ékiem papieru. M─Ö┼╝czyzna przej─ů┼é znalezisko. Ze zdj─Öcia spogl─ůda┼éa na niego podobna do pierwszej kobieta, tyle ┼╝e ju┼╝ nie w warkoczu a zgrabnym koczku i bia┼éej bluzce. Pod zdj─Öciem wyra┼║nym pismem napisane zosta┼éo imi─Ö „Zofia I┼é┼éowiecka”.
- Rzeczywi┼Ťcie. Ciekawe kim by┼é Henryk Ossowski - zainteresowa┼é si─Ö Micha┼é.
- Jej m─Ö┼╝em - odpar┼é niemal od razu Wit. Towarzysz rzuci┼é mu pytaj─ůce spojrzenie. - Rodzice wydali j─ů za m─ů┼╝ za bogatego cz┼éowieka, w┼éa┼Ťciciela kilku kamienic tu, w mie┼Ťcie! Firma jej ojca sta┼éa na progu bankructwa, wi─Öc wymy┼Ťlili, ┼╝e oddadz─ů c├│rk─Ö bogatemu przyjacielowi rodziny, Bo┼╝e, to jest fantastyczne! - zapali┼é si─Ö.
- Nie uważasz, że to jak włażenie ludziom z butami do łóżka?
- Niby dlaczego?
- No, nie wiem, w ko┼äcu z jakiego┼Ť powodu te listy by┼éy schowane, prawda?
- Micha┼é, ci ludzie dawno ju┼╝ nie ┼╝yj─ů. My┼Ťlisz, ┼╝e w za┼Ťwiatach interesuje ich, ┼╝e kto┼Ť te ich sekrety pozna?
Micha┼é wzruszy┼é ramionami. Dziwnie si─Ö czu┼é przegl─ůdaj─ůc czyje┼Ť osobiste rzeczy. On sam nie chcia┼éby by nawet po jego ┼Ťmierci kto┼Ť przegl─ůda┼é jego korespondencj─Ö.
- Okej, możemy to zostawić - oznajmił nagle Wit.
- Dlaczego? - spyta┼é zbity z tropu Micha┼é. Dopiero co ch┼éopak pali┼é si─Ö jak zapa┼éka czytaj─ůc listy mi┼éosne, a teraz nagle chce to wszystko rzuci─ç?
- Je┼Ťli ci to przeszkadza to ┼éadujemy to z powrotem do pud┼éa i tw├│j szef sam to przejrzy - wzruszy┼é ramionami.
- Nie s┼éuchaj mojego gadania, Wit - parskn─ů┼é ┼Ťmiechem Micha┼é. - Je┼Ťli chcesz to baw si─Ö, przecie┼╝ ci nie zabraniam, tylko mnie jako┼Ť to nie kr─Öci.
- Wi─Öc mog─Ö? - upewni┼é si─Ö ch┼éopak wskazuj─ůc stos jeszcze nie otwartych kopert.
- Mo┼╝esz - zezwoli┼é Micha┼é i Wit od razu wr├│ci┼é do czytania. Micha┼é w tym czasie odby┼é kilka wycieczek do kuchni po napoje, wyci─ůgn─ů┼é pranie i rozwiesi┼é na poddaszu, ponownie nastawi┼é pralk─Ö i wr├│ci┼é do Wita.
- Znalaz┼ée┼Ť jeszcze co┼Ť ciekawego? - spyta┼é uk┼éadaj─ůc si─Ö na mi─Ökkim dywanie obok stosu posegregowanej korespondencji. Wit opar┼é si─Ö o bok stoj─ůcego tu┼╝ za nim ┼é├│┼╝ka i westchn─ů┼é. Micha┼é dopiero po chwili zauwa┼╝y┼é, ┼╝e na nosie ch┼éopaka tkwi─ů okulary. - Co ty, o┼Ťlep┼ée┼Ť nagle? - spyta┼é. - Nosisz okulary?
- Tylko do czytania - odparł zapytany. - Słuchaj, co za historia, aż się pogubiłem.
- No, dawaj.
- Znalaz┼éem mn├│stwo list├│w, niekt├│re pisane przez ni─ů, inne przez jakiego┼Ť Raczkowskiego do niej, to chyba by┼é jej kochanek. Mia┼éa z nim dwoje dzieci, kt├│re nosi┼éy nazwisko jej m─Ö┼╝a.
- Mo┼╝e stary m─ů┼╝ ju┼╝ nie m├│g┼é - u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö Micha┼é.
- Ona tu pisze, ┼╝e staraj─ů si─Ö o dziecko i m─ů┼╝ si─Ö niecierpliwi, bo ona wci─ů┼╝ nie zachodzi w ci─ů┼╝─Ö.
- Nie wpadło mu do głowy, że to jego wina?
- Chyba nie. Pewnie stary pryk mia┼é ┼Ťlepe naboje - roze┼Ťmia┼é si─Ö Wit. - W ka┼╝dym razie, pod nieobecno┼Ť─ç m─Ö┼╝a najwidoczniej zaprosi┼éa do siebie kochanka a ten za┼éatwi┼é spraw─Ö. Trzy razy!
- M├│wi┼ée┼Ť, ┼╝e mieli dwoje dzieci.
- Dwoje przeżyło. Jedno urodziło się martwe.
- Sk─ůd ty to wszystko wiesz? - zdumia┼é si─Ö Micha┼é. Zostawi┼é go tylko na dwie godziny, a ch┼éopak ju┼╝ zd─ů┼╝y┼é pozna─ç histori─Ö ┼╝ycia czyjej┼Ť rodziny.
- Z jej pamiętnika - wzruszył ramionami Wit.
- Wi─Öc znalaz┼ée┼Ť pami─Ötnik.
- Znalaz┼éem. Listy ko┼äcz─ů si─Ö kiedy dziewczyna wychodzi za m─ů┼╝, cho─ç jest jeszcze kilka takich, kt├│re napisa┼éa po ┼Ťlubie. No wiesz, ┼╝e t─Öskni, ┼╝e chce go zobaczy─ç, ┼╝e serce jej krwawi, cho─ç ona opisa┼éa to bardziej kwieci┼Ťcie.
- Prawdziwa tragedia mi┼éosna. M─ů┼╝ wiedzia┼é?
- Nigdy si─Ö nie dowiedzia┼é. Zmar┼é zanim prawda wysz┼éa na jaw. Niestety kochanek r├│wnie┼╝ umar┼é przedwcze┼Ťnie.
- Szkoda - stwierdził Michał, choć nie przepadał za takimi historiami.
- Ossowscy posiadali kilka kamienic przed i po drugiej wojnie ┼Ťwiatowej, kt├│re teraz albo maj─ů nowych w┼éa┼Ťcicieli albo przesz┼éy ju┼╝ dawno na w┼éasno┼Ť─ç miasta. Znalaz┼éem dokumenty. Ciekawe, czy ich dzieci jeszcze ┼╝yj─ů?
- Nie znalaz┼ée┼Ť przypadkiem klucza do szkatu┼éy?
- No w┼éa┼Ťnie nie. A szkoda, bo jestem ciekawy, co jest w ┼Ťrodku.
- Ja też. Można by spróbować pokombinować przy zamku, ale nie chciałbym go zniszczyć.
- A pude┼éka? Tak niczego nie ma? - przypomnia┼é sobie Wit. Micha┼é pokr─Öci┼é g┼éow─ů.
- Chyba ┼╝e znowu znajdziesz jak─ů┼Ť skrytk─Ö - podsun─ů┼é. Ch┼éopakowi nie trzeba by┼éo powtarza─ç dwa razy, zaraz wzi─ů┼é si─Ö za przeszukiwanie pude┼éek. Micha┼é si─Ögn─ů┼é po jedn─ů ze szkatu┼é, t─Ö z nied┼║wiedziem. Obraca┼é j─ů w d┼éoniach, pr├│bowa┼é paznokciem podwa┼╝y─ç wieko, wreszcie obr├│ci┼é j─ů do g├│ry dnem i... ca┼éa jej zawarto┼Ť─ç w postaci kolejnych kopert spad┼éa prosto na niego.
- Kurwa, moje szcz─Ö┼Ťcie - mrukn─ů┼é.
- Przynajmniej si─Ö otworzy┼éo - parskn─ů┼é ┼Ťmiechem Wit. - Spr├│buj tego samego z drugim, mo┼╝e te┼╝ si─Ö uda - zaproponowa┼é i poda┼é mu szkatu┼é─Ö. Tym jednak razem Micha┼é wola┼é to zrobi─ç w pozycji siedz─ůcej. Kiedy jednak obr├│ci┼é szkatu┼é─Ö, ta ani drgn─Ö┼éa.
- Chyba szcz─Ö┼Ťcie mi si─Ö sko┼äczy┼éo - stwierdzi┼é kwa┼Ťno.
- Może potrzebuje Duracell? - zażartował chłopak. - Okej, nie wiem jak ty, ale ja jestem głodny, a jest już prawie druga po południu!
- Chcesz co┼Ť upichci─ç z zasob├│w, kt├│re wcisn─Ö┼éa ci siostra, czy idziemy na szybkie zakupy? - zapyta┼é m─Ö┼╝czyzna. - Je┼Ťli ci to nie przeszkadza wola┼ébym to drugie, bo jutro nie b─Öd─Ö mia┼é czasu skaka─ç po hipermarketach.
- Spoko, przynajmniej trochę ochłonę po tych listach - zgodził się szybko Wit i już po chwili obaj wychodzili z budynku. Papiery na wszelki wypadek włożyli do pudła, a drzwi zamknęli na cztery spusty.
- Daleko to? - spyta┼é Wit, kiedy ju┼╝ byli na chodniku przed antykwariatem. Micha┼é bez s┼éowa skierowa┼é si─Ö na drug─ů stron─Ö ulicy, gdzie zaraz zza rogu wychyla┼éo si─Ö ogrodzenie strze┼╝onego parkingu. - Masz samoch├│d? - zdziwi┼é si─Ö niepomiernie ch┼éopak.
- Co w tym dziwnego? - zdumiał się Michał.
- Nic, tylko... no nic - m┼éodszy machn─ů┼é r─Ök─ů i poszed┼é w ┼Ťlad za m─Ö┼╝czyzn─ů. Po chwili siedzieli ju┼╝ w czterodrzwiowej Cors'ie. - Wygodny - uzna┼é Wit.
- Mo┼╝e by─ç. Na moje potrzeby wystarczy - u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö Micha┼é odpalaj─ůc silnik.
- Wiesz, bardzo si─Ö r├│┼╝nisz od Bartka - powiedzia┼é nagle ch┼éopak. - Z nim nie da si─Ö w┼éa┼Ťciwie tak pogada─ç. On zawsze jest taki... no taki...
- Sztywny - dokończył za niego Michał.
- No w┼éa┼Ťnie! Szkoda, ┼╝e nie w miejscu gdzie chcia┼ébym, ┼╝eby taki by┼é - mrukn─ů┼é pod nosem. - To gdzie jedziemy? - spyta┼é ju┼╝ g┼éo┼Ťniej.
- Do jedynego otwartego w niedziel─Ö hipermarketu w okolicy.
- Aha. Spoko - wzruszy┼é ramionami Wit i zaj─ů┼é si─Ö kontemplacj─ů przemykaj─ůcego za oknem krajobrazu.
- W dokumentach, kt├│re przegl─ůda┼éem znalaz┼éem akt zgonu Wiktora Raczkowskiego - zagadn─ů┼é Micha┼é, kiedy ju┼╝ wjechali do centrum. - Nie wiesz mo┼╝e co tam robi┼é?
- Nie mam poj─Öcia. W ┼╝adnym li┼Ťcie nic o tym nie ma - odpar┼é Wit. - Mo┼╝e znajdziemy co┼Ť w tych papierach ze szkatu┼éy.
- Mo┼╝e. Mo┼╝e znajdziemy klucz do drugiej.
- Oby.
- A tak na marginesie, o której jutro zaczynasz lekcje? - spytał Michał.
- O ├│smej. Dlaczego pytasz?
- Czy to b─Ödzie straszny obciach je┼Ťli ci─Ö odwioz─Ö?
- Nie, najwy┼╝ej powiem, ┼╝e mam starszego kochanka - wzruszy┼é ramionami ch┼éopak. Micha┼é rzuci┼é mu zdziwione spojrzenie, na kt├│re Wit nawet nie zareagowa┼é, cho─ç z trudem powstrzymywa┼é si─Ö przed parskni─Öciem ┼Ťmiechem. Po chwili dotarli do hipermarketu.
Na parkingu roi┼éo si─Ö od aut i ludzi z w├│zkami. Wit dot─ůd rzadko bywa┼é w takich miejscach w weekendy i zdumia┼é si─Ö, ┼╝e kto┼Ť mo┼╝e nie chcie─ç sp─Ödza─ç niedzielnego popo┼éudnia na leniuchowaniu przed telewizorem tylko w hipermarkecie.
- Co to, jaka┼Ť pielgrzymka? - skrzywi┼é si─Ö.
- Kiedy┼Ť ludzie chodzili w niedziele do ko┼Ťcio┼éa, teraz oddaj─ů cze┼Ť─ç bo┼╝kowi zakup├│w - wyja┼Ťni┼é Micha┼é z u┼Ťmiechem. - Z jakiej choinki si─Ö urwa┼ée┼Ť, Wit?
- Trzecia od prawej rz─ůd B - odpar┼é automatycznie ch┼éopak.
- Co? - spytał zaskoczony Michał.
- Co? - odpowiedzia┼é pytaniem Wit, kt├│ry na chwil─Ö straci┼é w─ůtek zaj─Öty rozgl─ůdaniem si─Ö po parkingu.
- Nie wa┼╝ne. - M─Ö┼╝czyzna pokr─Öci┼é g┼éow─ů z rozbawieniem. Zaparkowa┼é na wolnym miejscu obok wielkiego SUV'a wypolerowanego na glanc. Przy nim jego Corsa wygl─ůda┼éa jak mr├│wka. Za to by┼éa niezawodna, zw┼éaszcza zim─ů. Kiedy wysiedli, Wit skrzywi┼é si─Ö na widok wielkiej ci─Ö┼╝ar├│wki.
- Wola┼ébym nie wpa┼Ť─ç pod tak─ů.
- Wida─ç w┼éa┼Ťciciel ma ma┼éego - za┼Ťmia┼é si─Ö Micha┼é.
- Co ma┼éego? - spyta┼é ch┼éopak nie rozumiej─ůc.
- Penisa - wyja┼Ťni┼é kr├│tko m─Ö┼╝czyzna i zani├│s┼é si─Ö ┼Ťmiechem. Wita troch─Ö zdumia┼éa bezpo┼Ťrednio┼Ť─ç towarzysza. Jego brat nigdy nie powiedzia┼éby s┼éowa na „p” nawet szeptem. Jemu te┼╝ od dziecka wpajano, ┼╝e pewnych s┼é├│w nie m├│wi si─Ö g┼éo┼Ťno. Czu┼é, ┼╝e pomieszkiwanie z Micha┼éem bardzo mu si─Ö spodoba.
Micha┼é wzi─ů┼é w├│zek i weszli do ┼Ťrodka. Je┼Ťli na zewn─ůtrz by┼éo mn├│stwo ludzi, to w ┼Ťrodku zdawa┼éo si─Ö ich by─ç jeszcze wi─Öcej. W kolejkach do kas cisn─Öli si─Ö doro┼Ťli, dzieci i starcy, ca┼ée rzesze okupywa┼éo alejki mi─Ödzy p├│┼ékami. Wit odruchowo chwyci┼é towarzysz─ůcego mu Micha┼éa pod r─Ök─Ö obawiaj─ůc si─Ö, ┼╝e je┼Ťli straci go z oczu nigdy st─ůd nie wyjdzie.
- Mam nadziej─Ö, ┼╝e nie masz klaustrofobii - szepn─ů┼é do niego m─Ö┼╝czyzna rozbawiony wystraszon─ů min─ů ch┼éopaka.
- Nie, tylko fobi─Ö spo┼éeczn─ů - odgryz┼é si─Ö Wit. - Rzadko bywam w hipermarketach.
- Rozumiem. Je┼Ťli si─Ö spr─Ö┼╝ymy to zaraz nas tu nie b─Ödzie. Mo┼╝esz te┼╝ zaczeka─ç w aucie, je┼Ťli chcesz.
- Nie, nie, zostan─Ö z tob─ů. B─Öd─Ö bezpieczniejszy - uzna┼é ch┼éopak.
- O proszę, jaki dowód zaufania - udał zdumienie Michał. Wit nie odpowiedział, poprawił tylko uchwyt na przedramieniu mężczyzny.
Zakupy za┼éatwili w kilka minut. O wiele d┼éu┼╝ej przysz┼éo im czeka─ç na swoj─ů kolej przy kasie. Kiedy w ko┼äcu opu┼Ťcili parking hipermarketu Wit odetchn─ů┼é.
- Nigdy wi─Öcej - zastrzeg┼é czym doprowadzi┼é Micha┼éa do wybuchu ┼Ťmiechu. Gdy dotarli do mieszkania Micha┼éa, ob┼éadowani jak mu┼éy, Wit by┼é bardziej zm─Öczony ni┼╝ wcze┼Ťniej. Dochodzi┼éa pi─ůta kiedy po zjedzeniu sutego obiadu ponownie zasiedli do przegl─ůdania zawarto┼Ťci skrytki. Tym razem Micha┼é r├│wnie┼╝ zaanga┼╝owa┼é si─Ö w poszukiwania klucza do drugiej szkatu┼éy.
- Hej, tu pisze, ┼╝e ten Wiktor podarowa┼é Zofii co┼Ť cennego! - wykrzykn─ů┼é nagle Wit.
- Nie pisze co to by┼éo? - zainteresowa┼é si─Ö Micha┼é. Podni├│s┼é si─Ö na chwil─Ö z pod┼éogi, chc─ůc rozprostowa─ç ko┼Ťci. By┼é ju┼╝ wiecz├│r a oni wci─ů┼╝ grzebali si─Ö w papierzyskach. W szkatule znale┼║li wi─Öcej korespondencji mi─Ödzy Zofi─ů a Wiktorem oraz list jego siostry, wraz z kt├│rym do Zofii trafi┼é akt zgonu jej kochanka.
- Nie, ale chyba co┼Ť cennego, bo siostra Wiktora domaga┼éa si─Ö zwrotu.
- Mo┼╝e jaka┼Ť rodzinna pami─ůtka - podsun─ů┼é Micha┼é. Podszed┼é do okna z zamiarem podlania ro┼Ťlinek, kiedy jego uwag─Ö przyku┼é do┼Ť─ç niecodzienny widok. Spod firanki w oknie pani Sielskiej wystawa┼éo czarne oko... lunety. Micha┼é omal nie parskn─ů┼é ┼Ťmiechem. Urz─ůdzenie ustawione by┼éo tak, ┼╝e nie mia┼é z┼éudze┼ä co do tego, kogo obserwuje szanowna s─ůsiadka.
- Micha┼é! - wykrzykn─ů┼é nagle Wit. W tej samej chwili i┼Ťcie szata┼äska my┼Ťl za┼Ťwita┼éa w g┼éowie m─Ö┼╝czyzny.
- M├│g┼éby┼Ť tu podej┼Ť─ç? - poprosi┼é ch┼éopaka, kt├│ry zachwycony tym, co w┼éa┼Ťnie trafi┼éo w jego r─Öce, us┼éu┼╝nie wsta┼é i podszed┼é do gospodarza.
- Wit - zwr├│ci┼é si─Ö do niego Micha┼é nim jeszcze ch┼éopak zd─ů┼╝y┼é otworzy─ç usta. - Tylko nie daj mi w mord─Ö, prosz─Ö.
- A dlaczego mia┼ébym? - zdziwi┼é si─Ö Wit. W tej samej chwili poczu┼é jak ramiona Micha┼éa obejmuj─ů go w pasie przyci─ůgaj─ůc bli┼╝ej. Jego w┼éasne r─Öce automatycznie obj─Ö┼éy szyj─Ö m─Ö┼╝czyzny.
- Moja w┼Ťcibska s─ůsiadka obserwuje nas przez lunet─Ö - wyja┼Ťni┼é z szata┼äskim u┼Ťmiechem. - Niech ma o czym gada─ç.
Wit ju┼╝ nie s┼éucha┼é. Zapomnia┼é nawet o trzymanym w d┼éoni przedmiocie, kt├│ry jeszcze przed sekund─ů by┼é najwa┼╝niejsz─ů rzecz─ů na ┼Ťwiecie, skupiaj─ůc si─Ö ca┼ékowicie na blisko┼Ťci Micha┼éa. I cho─ç ten nawet nie pomy┼Ťla┼é o przekraczaniu granic swojego planu, Wit ochoczo zrobi┼é to za niego. Wiedziony impulsem z┼éo┼╝y┼é na ustach poznanego zaledwie dzie┼ä wcze┼Ťniej cz┼éowieka delikatny poca┼éunek. Micha┼é nie zd─ů┼╝y┼é zaprotestowa─ç, nie mia┼é nawet na to ochoty, cho─ç nie zamierza┼é pakowa─ç si─Ö w nic z du┼╝o m┼éodszym od siebie ch┼éopakiem. Ale co mog┼éo by─ç z┼éego w jednym poca┼éunku?
Kiedy ich usta wreszcie si─Ö roz┼é─ůczy┼éy Wit szepn─ů┼é:
- Znalazłem klucz od szkatuły.