Tylko się nie bój 27
Dodane przez Aquarius dnia Padziernik 05 2013 12:40:44


Obudziło go zamykanie drzwi do baraku, który robił za lazaret. Mruknął sennie i bardzo niechętnie otworzył jedno oko, chwilę zajęło mu przetrawienie tego co widzi, te prochy przeciwbólowe robią mu wodę z mózgu, ale w końcu uśmiechnął się lekko, rozpoznając swoją Zlotowłosą w zielonej koszulce i w mundurowych spodniach.
- A gdzie masz bluzę? – mruknął schrypniętym głosem. - Chwilę mnie nie ma i już łażą jak chcą.
Chłopak przysiadł na brzegu jego łóżka.
- Niedźwiedzia nie ma, to dziewczynki harcują – powiedział z uśmiechem, ale zaraz spoważniał, przyglądając się uważnie swojemu przełożonemu. - Jak się czujesz?
- Tak jak wyglądam – powiedział, próbując pozostać przytomnym.
- Nie! - prawie krzyknął teatralnie spanikowanym głosem i chwycił za koszulkę Kenseia. - A mówili nam, że nie umrzesz. Nie umieraj! Kto mi będzie owsianki gotował!
Kensei uśmiechnął sie słabo i pokręcił głową. Zaraz jednak zerknął w stronę drzwi.
- Spokojnie – powiedział chłopak. - Porucznik Hirako jest przy drzwiach.
- I to niby miałoby mnie uspokoić? - prychnął sceptycznie, ale chwycił, wciąż leżącą na jego piersi, dłoń i ucałował szczupłe palce.
Od początku kolejnej zmiany w Hueco Mundo, a nawet wcześniej, gdy zaczęły się przygotowania do wyjazdu, mogli zapomnieć o chwilach tylko we dwoje. Czego strasznie Kenseiowi brakowało, chciał się przytulić do tego dzieciaka, pocałować, a seks był już w ogóle odległym, niespełnionym marzeniem.
- Przenoszą ósemkę od nas do bazy przy Menos Grande – powiedział chłopak, kładąc się ostrożnie na piersi Kenseia. - Mnie przenoszą – dodał szeptem.
- To chyba dobrze. W Menos Grande nic się nie dzieje.
- Chyba zaczęło, skoro biorą tam nas.
Kensei w żaden sposób tego nie skomentował, bo nie było co. Chociaż czuł się nieco zdradzony, że zabierają akurat jego żołnierzy.
- Pewnie do was dołącze, gdy już dojdę do siebie – powiedział gładząc chłopaka po głowie. - Powinieneś się ostrzyc – mruknął, chwytając pomiędzy palce już dość długie kosmyki jasnych włosów.
W odpowiedzi usłyszał tylko rozbawione prychnięcie.
- Twoje ostatnie słowa na łożu śmierci na pewno będą dotyczyć czegoś regulaminowego – powiedział, prostując się. Sięgnął do kieszeni i podał Kenseiowi nabój 12,7, na którym widniał napis w cyrylicy. - Правда одна. Правда со мной, tak żebyś nie zapomniał – uśmiechnął się ciepło. - No i żebyś miał pamiątkę, która będzie ci o mnie przypominać w te samotne noce
Tym razem Kensei prychnął rozbawiony, ale zaraz uśmiechnął się trochę smutno, przyglądając się swojemu kochankowi. Czemu nie mogli spotkać się wcześniej, zanim oboje wylądowali w Vizardach, czemu w ogóle musieli być w takiej wszystko utrudniającej sytuacji – bycia przełożonym i podwładnym w wojsku. Oczywiście teoretycznie wystarczyłoby złożyć rezygnację i wszystko stałoby się prostsze. Może to wcale nie był taki głupi pomysł. Może gdy wrócą do domu, gdy ta cała wojna się skończy. To był nawet całkiem dobry pomysł.
Uśmiechnął się zadowolony ze swojego planu, wyciągnął dłoń i...
chwycił chłopaka za kark, przyciągnął do siebie po pocałunek. Jeden z tych, w których chcesz przekazać te wszystkie uczucie, o których trochę głupio jest mówić na głos – rodząca się tęsknotę, radość z krótkiej chwili bycia razem, potrzebę posiadania i chęć ofiarowania, szczyptę pożądania i oczywiście tę cholernie kłopotliwą miłość.
- W takim razie do zobaczenia, Złotowłosa – mruknął sennie, na powrót opadając na poduszki.
Shuuhei patrzył na znowu nieprzytomnego Kenseia absolutnie oszołomiony. Własnie otrzymał pocałunek, o którym gdzieś tam skrycie marzył, którym obdarza się ukochaną osobę i który nie był przeznaczony dla niego. Spuścił głowę i zaśmiał się gorzko. Tylko czemu czuł się tym tak zdruzgotany, przecież nie byli dla siebie, tak naprawdę, nikim ważnym, prawda?
Złotowłosa. Ciekawa kim była, poza oczywistym faktem, że kimś cholernie ważnym dla Kenseia? Czekała na niego w Fangai? Byli razem? Kensei chciał z nią być? To była stara, czy jeszcze niespełniona miłość? W sumie to wyjaśniałoby wstrzemięźliwość Kenseia w kwestii seksu z nim. Czy był jedynie chwilowym zamiennikiem?
To, że cię pieprzy nic nie zmienia, bo wrócimy z tej wycieczki i o sobie zapomnicie. Słowa Shinjiego po raz kolejny rozbrzmiały mu w głowie i teraz były jeszcze bardziej prawdziwe.
- Szkoda – szepnął przez ściśnięte gardło. - Nie jestem twoją Złotowłosą.
Otrząsnął się zaraz, to nie są rzeczy, o których powinien w tej chwili myśleć. Weź się w garść, Shuuhei, polecił sobie w myślach i odetchnął głębiej.
- Nic to – mruknął.
Dotknął jeszcze rozgrzanego gorączką czoła mężczyzny – minął już dzień od kiedy go wyciągnęli, ale nie wyglądał wiele lepiej - poprawił mu kołdrę i wstał z brzegu łóżka. Musiał zapalić, albo się upić, albo, jeszcze lepiej, pochlastać szarym mydłem. Gdy ostrożnie zamykał za sobą drzwi, napotkał uważne spojrzenie Shinjiego, opartego plecami o ścianę na przeciwko.
-Wyglądasz, jakbyś wychodził z pokoju umierającego – stwierdził blondyn. - Jak tam? - zapytał, przekrzywiając głowę.
-Gorączka chyba nieco opadła – powiedział, nie patrząc na mężczyznę. - Na chwilę wydawało się, że odzyskał przytomność i... - zawahał się, ale zaraz pokręcił głową. - Ale to były tylko majaki – zdecydował, że nie chce jednak pytać Shinjiego o tą Złotowłosą, bo w sumie to i tak już nie miało znaczenia. - Nie widziałeś może Ichigo? - zapytał szybko, zanim ciekawość jednak weźmie górę. Potrzebował fajek rudzielca, swoich nie miał.
-Przed sekundą wyszedł zapalić – odpowiedział, kiwając głową w stronę drzwi, ale nie spuszczając wzroku z chłopaka.
Shuuhei rzucił szybkie "dzięki", chwycił kurtkę i wybiegł z mieszkania – Starrk wyraźnie zabronił palenia w środku, a balkonu nie miał. Ichigo złapał jeszcze na klatce, ten rzucił mu nieco zaskoczone spojrzenie, ale nie skomentował.

* * *

Tia zajrzała do ciemnej kuchni i przysiadła się do, siedzącego przy stole, Starrka. Ten tylko sięgnął po drugą szklankę i nalał towarzyszce whisky. Wzniósł niemy toast. Wypili. Tia nie miała zamiaru zadawać żadnych pytań, ani zaczynać rozmowy, więc przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu.
- Widziałem Szayela – odezwał się w końcu Starrk, patrząc się na lodówkę, na której była ułożona krzyżówka z literkowych magnesów. - Zabiłbym go – dodał i upił solidny łyk.
- Ale tego nie zrobiłeś – stwierdziła spokojnie, przyglądając się uważnie mężczyźnie.
- Ale miałem zamiar. Nacisnąłem spust by zabić.
Spojrzał na Tię i uśmiechnął się półgębkiem.
- Myślisz, że to się liczy? - zapytał.
- A liczy? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
Wzruszył ramionami.
- A ty, żyjesz? - zapytał, chociaż pytanie brzmiało absurdalnie, zważywszy, że siedziała przed nim.
- Umarłam – odpowiedziała cicho, nie patrząc na niego. - W ostatnim roku, podjęłam decyzję, by nie ratować dwójki swoich ludzi. Mówiłam sobie, że to słuszna decyzja, że i tak nie było szans, ale i tak powinnam pójść, chociaż oznaczałoby to samobójstwo. Obiecałam się dla nich poświęcić i tego nie zrobiłam.
Starrk kiwnął tylko głową i znowu zapatrzył się na lodówkę. Siedzieli, popijali, milczeli, każde pogrążone w swoich myślach.
- A wam co? - zapytał się Grimmjow, zapalając światło.
Oboje zerknęli na niego przelotnie.
- Wspominamy – odpowiedział Starrk. - Dosiadasz się?
Nie odpowiedział, po prostu sięgnął po szklankę i usiadł na wolnym miejscu, polano mu alkoholu.
- Coś konkretnego, czy tak se chlastacie się starymi czasami? - zapytał, gdy przełknął spory łyk gorzkiego napoju.
- Zbroję – odpowiedziała tym razem Tia. - Pamiętasz? Dałeś mi Panie zbroję, dawny kuł płatnerz ją – wyrecytowała, patrząc na chłopaka.
Ten tylko prychnął pod nosem i uśmiechnął się przelotnie.
- Dałeś mi Panie zbroję, dawny kuł płatnerz ją, w wielu pogięta bojach – zaczął śpiewać cicho niskim głosem, zapatrzył się w swoją szklankę.

Wielu ochrzczona krwią
W wykutej dla giganta
Potykam się co krok
Bo jak sumienia szantaż
Uciska lewy bok

Lecz choć zaginął hełm i miecz
Dla ciała żadna w niej ostoja
To przecież w końcu ważna rzecz
Zbroja

- To po cholerę taka zbroja? – mruknął Grimmjow i prychnął sceptycznie.
Stojący przy oknie Zangetsu przestał śpiewać i zerknął na chłopaka.
Chodzi o zasady, Grimmjow – wyjaśnił cierpliwie. - O zasady moralne, których należy się trzymać, pomimo tego, że często bardziej przeszkadzają, niż pomagają.
- A po chuj? - zapytał, siedzący obok Grimmjowa Nnoitra. - Na wojnie żadne zasady nie obowiązują.
- To właśnie na wojnie zasady są szczególnie potrzebne – powiedziała Pantera, stając nad dziesiątką w większości dzieciaków, które lada dzień miały zostać wysłane na wojnę, by zabijać. - Musicie pamiętać o jednym, że każde z was ma granicę, po przekroczeniu, której przestaje być sobą – powiedziała poważnie. - Dla każdego granica przebiega, gdzie indziej i jest wyznaczana przez inne zasady, ale musicie ją sobie bardzo jasno ustalić i nigdy bez względu na okoliczności i pod żadnym pozorem jej nie przekraczać. Jeżeli to zrobicie, gdzieś tam w środku umrzecie i jak spojrzycie w lustro, to się nie poznacie, bo jedyne, co będziecie widzieć, to twarz mordercy, złodzieja, gwałciciela. Ciężko będzie wam żyć z tym, gdy już wojna się skończy. Rozumiecie? - zapytała, patrząc każdemu po kolei w oczy, na dłużej zatrzymując się na Grimmjowie.
- A wy? - zapytała się Nel. - Jakie wy macie zasady?
- Ja – odezwał się Zangetsu. - Nigdy nie wykorzystałbym kobiety wbrew jej woli. Nasz stary znajomy nigdy nie skrzywdziłby dziecka, nawet, gdyby to ono do niego by celowało. Inna znajoma nigdy nie zniżyłaby się do tortur, nawet gdyby miało to pomóc w zdobyciu cennych informacji.
- A ty? - zapytał się Grimmjow, patrząc na Panterę uważnie.
Kobieta spojrzała na chłopaka i uśmiechnęła się trochę melancholijnie
- Ja? - powiedziała spokojnie. - Ja nie rozpoznaję się w lustrze.


* * *

Shinji siedział jednym pośladkiem na parapecie okna i patrzył pomiędzy lekko rozchylonymi firankami na Ichigo i Shuuheia, którzy stanęli przy bloku i palili oboje w telefonami w dłoniach. Gdy skończyli Ichigo wrócił do środka, a Shuuhei ruszył w stronę pobliskiego przystanku autobusowego.
- Tylko nie daj się zabić, dzieciaku – mruknął znowu patrząc przez okno. - Drugi raz nie mam zamiaru dostarczać koperty.
Pokręcił głową i podszedł do łóżka, na którym Kensei przeglądał raporty z działań, które go ominęły, gdy był niedysponowany. Przez dłuższą chwile nawet nie zwrócił uwagi, na stojącego nad nim Shinjiego, dopóki ten nie chrząknął zniecierpliwiony.
- Mam dla ciebie jeszcze jeden raport – powiedział, gdy Kensei znowu go olał. Pewnie gdyby nie byli tak dobrymi przyjaciółmi, to by sobie nie pozwalał na takie lekceważenie, po za tym oboje doskonale wiedzieli, że Kensei trzymał się stopnia sierżanta tylko dlatego, że uwielbiał pracować bezpośrednio z żołnierzami.
- Połóż go gdzieś – odezwał się w końcu Kensei, kończąc stronę właśnie czytanego raportu.
- Przeczytaj go teraz – polecił juz nieco ostrzej Shinji, za co otrzymał zaintrygowane spojrzenie i uniesienie brwi. Odłożył jedne kartki i sięgnął po podane przez przyjaciela.
Shinji oparł się o ściane i zapalił jednego ze swoich samorobnych papierosów, nie spuszczał spojrzenia z drugiego mężczyzny, obserwował go bardzo uważnie, jak czyta. Na początku był średnio zinteresowały – były to dane techniczne misji – później ze zmarszczonymi brwiami i lekkim niepokojem – pewnie dotarł do tego, kto tą misję miał wykonać – by na końcu na sekundę zblednąć i zaraz zacisnąć zęby i dłonie w czystej furii – przeczytał, że ośmiu jego ludzi nie wróciło, nie wrócił jeden konkretny chłopak.
- Kurwa – warknął, przez chwilę wyglądał, jakby miał ochotę podrzeć właśnie przeczytany raport. - Kurwa! - wrzasnął już, ciskając kartki gdzieś w kąt.
Przez dłuższą chwilę rozglądał się za czymkolwiek, na czym mógłby rozładować wzbierające w nim uczucia. W końcu jednak zrezygnował, schował twarz w dłoniach, odetchnął głęboko.
- A co z misją poszukiwawczą? - zapytał prawie spokojnie, jednak po głosie widać było, że wciąż jest na granicy kolejnego wybuchu.
Shinji pokręcił głową.
- Nic nie znaleźli – powiedział głosem, który większość uznałaby za obojętny. - Jakby wyparowali.
Kensei jeszcze raz wziął głęboki oddech – niemalże było widać, jak liczy w myślach do dziesięciu i z powrotem – i przeczesał palcami już dość długie włosy, będzie musiał je ściąć - aż zaśmiał się gorzko pod nosem na tę myśl.
- Od kiedy wiadomo? - zapytał cicho, czując się teraz jakiś taki słaby.
- Od półtorej tygodnia – odpowiedział.
Przez dłuższą chwilę panowała cisza, podczas której Kensei w jednej sekundzie wyglądał, jakby miał zamiar wstać i rozpocząc krwawą wendetę, by zaraz pogrążyć się w rezygnacji.
- Dzięki za przekazanie informacji – powiedział w końcu. - Starczy mi chyba tych papierzysk na dzisiaj. Zdrzemnę się.
- Jasne.
Shinji, gdy już był przy drzwiach, zerknął jeszcze ramię – Kensei siedział zamyślony, niepokojąco teraz spokojny i obracał w dłoniach nabój – westchnął bezgłośnie i wyszedł.
- I? - zapytała się, stojąca przy drzwiach Lisa.
- Wygraliśmy zakład, byli razem – odpowiedział nie do końca tak, jak pewnie chciała tego kobieta. - Ale jakoś ciężko mi się z tego cieszyć.


* * *

Miał złamaną ręke, rozciętą wargę – na szczęście opuchlizna zaczęła schodzić – sińce na twarzy zmieniły kolor z fioletowych na zielonożółte. Generalnie ani się nie czuł, ani nie wyglądał najlepiej. Chociaż i tak powinien być wdzięczny za to, że udało mu się wyjść z calej tej afery tylko z takimi drobnymi uszkodzeniami.
- Shuuhei – powiedział spokojnie, siedzący za biurkiem profesor Tousen, opierając brodę na splecionych dłoniach. Pokręcił głową jak nad malym dzieckim, które narozrabiało i same się przy tym pokaleczyło. - Co ja mam z tobą zrobić?
Shuuhei nie odezwał się, tylko jakoś tak zrobiło mu się głupio, że zawiódł tego mężczyznę. Mężczyznę, któremu najbliżej było w życiu chłopaka do roli ojca. Był już dorosły, skończył już studia, a mimo to czuł się w tej chwili zrugany jak uczniak.
Profesor westchnął odrobinę zmęczony.
- To są właśnie konsekwencje, których nie da się dojrzeć – powiedział spokojnie, wstając zza biurka. - Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że miałeś szczęście głupiego.
Zdawał sobie z tego sprawę. Kiwnął tylko głową.
- Co chciałeś osiągnąć, mieszając się w tą sprawę? - zapytał Tousen.
- Chciałem wiedzieć – odpowiedział cicho. - Jak będę wiedział wystarczająco wiele, to nie będę ślepy. Tak myślę.
- To nie tak działa, Shuuhei. Dzisiaj mam nadzieję się o tym przekonałeś.
Nie odpowiedział, zacisnął tylko zęby – teraz budził się w nim bunt. Dlaczego profesor nie mógł zrozumieć jego podejścia? Owszem nie przewidział, że jego działania mogą skończyć się właśnie tak, ale następnym razem po prostu lepiej wybada teren, zdobędzie więcej informacji. Następnym razem nie będzie ślepy. Następnym razem nie pozwoli sobie na taki błąd. Następnym razem podejmie właściwie decyzje.


Raz jeszcze sprawdził adres wysłany sms-em i spojrzał na bramę strzeżonego osiedla z niskimi willami. Zadzwonił pod odpowiedni numer, nie zdążył nic powiedzieć – z drugiej strony też nie padły żadne słowa – bzyknęło na znak, że drzwi są otwarte. Podobnie było, gdy stanął przed odpowiednim domem – nie zdążył zapukać, a drzwi zostały otwarte.
- Cieszę się, że podjąłeś właściwą decyzję – przywitał go Findor z lekko cwaniackim uśmiechem. - Shun.
- Shuuhei – powiedział tylko, zostawiając resztę bez komentarza i wchodząc do środka.
Gospodarz uśmiechnął się i zamknął za nim drzwi.