Tylko się nie bój 24
Dodane przez mordeczka dnia Wrze¶nia 14 2013 12:29:07


Shinji odwraca się szybko przez ramię - trzech. To nie powinno byc trudne, zwłaszcza że już nabrał i wciąż nabiera dystansu. Bieg i szybkość zawsze były jego największymi atutami. Jeszcze zmyłka i dywersja, w tym też był dobry - w robieniu przeciwnika w konia - i to szczególnie lubił - mieszać ludziom w głowach, by nawet nie wiedzieli, gdzie jest góra, a gdzie dół.
Szybkie zerknięcie na zegarek - dobrze wyliczył - ma jakieś czterdzieści minut na dotarcie do samochodu. Skręca w najbliższą większą ulicę. Chwyta pod ramię w biegu jakiegoś samotnego przechodnia, nie zwalnia. Mężczyzna biegnie razem z nim pchany raczej siłą rozpędu niż własnymi chęciami. Przystawia biedakowi pistolet do boku.
- Biegnij - rozkazuje.
Rozgląda się za miejscem, gdzie można by się ukryć.

* * *

To była sekunda, może dwie - jedno zupełnie zaskoczone i osłupiałe mrugnięcie powiek - po czym wypluwa na mężczyznę przed sobą właśnie wypitą porcję drinku.
- Słucham? - pyta się zupełnie zbity z tropu, po części szczerze zaskoczony, po części by ukryć tę odrobinę paniki, która zrodziła się po słowach blondyna. - Sorry, ale jeszcze nikt, nigdy nie pomylił mnie z mężczyzną - mówi teraz już odrobinę żartobliwie.
Findor nie wydaje się być zbytnio zaskoczony jego reakcją. Niemalże nonszalancko wyciąga chustkę z kieszeni i wyciera twarz.

* * *

- Co czujesz, kiedy strzelasz do człowieka?
- Odrzut.


Tak własnie było, kiedy strzelał, lub kiedy walczył, przestawał czuć jakiekolwiek głębsze emocje, mógl co najwyżej być zmęczony. Lisa zawsze się śmiała, że od razu widać, kiedy włącza się u niego program "Cześć, nazywam sie Kensei Muguruma i przyszedłem cię zabić". Teraz było dokładnie tak samo, może z ta różnicą, że włączył sie progam "zranić by nadawali się do przesłuchania".
Wychylił się z zaułka na sekundę i chwycił biegnącego mężczyznę, pociągnął go i zaraz wbił mu głęboko nóż w pośladek, odepchnął go gdzies na bok. Jego krzyk bólu słyszał gdzieś w tle, przymglone przez pulsującą w uszach krew pełną adrenaliny. Chyba się uśmiechał.

* * *

Pierwsze, co przechodzi mu przez myśl, to że świat jest jednak mały. A później już nie myśli, później działają już dobrze wyuczone odruchy, gdy sięga do tyłu po nóż - mógłby sięgnąć tylko odrobinę wyżej i wyciagnąć pistolet, zastrzelić tego skurwysyna, ale przecież tu chodzi o honor - nie jest zdziwiony, gdy w ręku Nnoitry również błyska metal, zamiast czarnego kompozytu.
- Tęskniłeś? - pyta, jak zwykle ze swoim szerokim uśmiechem przyklejonym do twarzy.
- Ty chuju - odpowiada Nnoitra i również się uśmiecha. No tego wyszczerzu nie jest w stanie pobić.
- Więc jednak tęskniłeś - mówi niemalże czule.
Stal spotyka siÄ™ ze stalÄ….

* * *

Stoi z boku, tak żeby, siedzący na kanapie, chłopak jej nie widział. Obserwuje spokojnie z ramionami skrzyżowanymi pod biustem, jak Findor pochyla się w stronę Shuuheia, jak szepcze mu na coś na ucho, jak chłopak patrzy na rozmówcę zaskoczony i opluwa go drinkiem. Tylko jedno pytanie krąży jej po głowie.
"Uda siÄ™?"

* * *

- Właściwa reakcja - mówi spokojnie i uśmiecha się niezbyt przejęty faktem bycia oplutym. - Chociaż chyba za bardzo przesadzona.
Nie odsuwa się, co więcej kładzie dłoń na okrytym cienką rajstopą udzie.
- Ale mi to absolutnie nie przeszkadza - szepce, patrząc w szare oczy. - Co więcej, nawet odpowiadada.

* * *

Jedynym z całego towarzystwa, komu tak naprawdę ma ochotę przylać, jest jego własny kumpel, ale chyba miałby problem z odciągnięciem go od właśnie prowadzonej walki z wielkoludem. Z resztą ma też swój problem - a dokładnie dwa, które właśnie ruszają w jego stronę. Wycofuje się spokojnie i sięga do tylniej kieszeni, po kastet - prezent od Grimmjowa. Jest coś paradoksalnego w mtealu obejmującym jego palce - uspokajającego i jednocześcnie podgrzewającego krew. I cała ta sytuacja jest równie paradoksalna - nienawidzi niepotrzebnej przemocy, a jednak coś w środku w nim cieszy się na myśl, że znów będzie mógł stanąć do walki, pokazać co tak naprawdę potrafi.
Atakuje pierwszy, prostym i skutecznym uderzeniem w twarz tego z prawej. Kość chrupie po zderzeniu z metalem.
Chyba ktoś z mieszkańców zobaczył, co się dzieje i - nie, nie wezwał policji, to nie ten kraj - puścił muzykę.

* * *

Drugi mężczyzna już nie daje się zaskoczyć, ale to i tak niewiele zmienia, bo jego zamach nożem sprężynowym był bardziej niż nieporadny i o wiele za wolny. Kensei bez problemu przerzuca swoja broń do lewej ręki, ostrze przylgnęło do jego przedramienia. Krok w bok, chwyt za nadgarstek atakującego, pociągnięcie i uderzenie rękojeścią noża w wyprostowany łokieć. Coś grucha, chłopak wrzeszczy, ale noża z dłoni nie wypuszcza. Kopnięcie w splot słoneczny i już dzieciak klęczał na ziemi, próbując złapać oddech.
Szybkie zerknięcie na pierwszego - wstawał właśnie nieporadnie z ziemi, opierając się o jakieś skrzynki i śmieci - jeszcze nieszkodliwy. Spojrzenie na wejście do zaułka - pusto. Powinien być jeszcze trzeci, przynajmniej tylu go na początku goniło. Czyżby zrezygnował? Kilka kroków do tyłu, podejście pod przeciwną ścianę, żeby mieć większy kąt widzenia - poza jakąś kobietą siedzącą na schodach do kamienicy, po drugiej stronie ulicy - pusto. Szybkie zerknięcie przez ramię w głąb zaułka - ślepa uliczka zakończona betonową ścianą. Widocznie zrezygnował.

* * *

Już nic więcej do siebie nie mówią - bo i po kiego chuja - walczą. Już po pierwszej wymianie pospiesznych ciosów Grimmjow wie, że jest tym słabszym. Ten skurwiel nie marnował czasu. Cofa się, unikając lub parując kolejne ciosy. Może liczyć tylko na błąd przeciwnika - nadzieja matka głupich, a za głupiego nigdy się nie uważał. Gdzieś z boku słychać stłumiony jęk - Ichigo, czy jego przeciwnik? Ciężko powiedzieć, ale przecież się nie odwróci i nie sprawdzi.
Kilka kroków do tyłu - dystans, by dać sobie chociaż dwie sekundy spokoju. Nnoitra widzi i doskonale wie, że ma przewagę. Uśmiecha się naprawdę szeroko.
LecÄ…ce w tle:

And now my unfortunate friend
You will discover
A war you're unable to win


Wcale nie pociesza.

* * *

Pozwala dłoni blondyna bładzić po swoim udzie, uśmiecha się nonszalancko, tak jakby facet wcale, ale to wcale nie właził mu z butami w strefę intymną. Miał rolę do odegrania i chociażby scena płonęła, a kurtyny sie zerwały, spektakl trwał.
- Chyba się zawiedziesz w takim razie - mówi i zerka w bok w poszukiwaniu Tii.
- Jest zajęta - informuje go uśmiechnięty Findor. - Rozmawia z kimś przy barze, ale odruch właściwy. Boisz się?
Shuuhei prycha ni to rozbawiony, ni to zirytowany.
- Czego niby miałabym się bać? - mówi ze wzruszeniem ramion.
- Uparty jesteś - mruczy. Jego dłoń wsuwa się pod spódniczkę.

* * *

Podchodzi do tego z wyłamanym łokciem i uderza go w skroń, dzieciak pada bezwładnie na ziemię. Chowa nóż i podchodzi do tego z przebitym pośladkiem, chwyta za twarz i uderzy tyłem głowy i ścianę - nie na tyle mocno, żeby zemdlał, ale żeby go zamroczyło - ciągnie w głąb zaułka, gdzie już nie dochodzi światło z ulicy, pcha na ziemi, przygniata butem krtań. Chłopak jęczy coś niewyraźnie i próbuje odepchnął jego nogę ze swojego gardła. Sięga po rękę dzieciaka, chwyta za nadgarstek i za kciuk, odchyla go na tyle, żeby zaczęło boleć.
- Sprawa jest prosta - mówi spokojnie Kensei, patrząc w nieco spanikowane oczy. Chyba chłopak nie spodziewał się takiego obrotu spraw. - Ja zadaję pytania, ty na nie odpowiadasz. Jak nie będziesz odpowiadał, to będę łamał ci palce. Jeżeli mnie zdenerwujesz brakiem kooperacji, to będę tak łamał, żeby były to złamania otwarte. Nie krzyczysz i nie wołasz o pomoc, bo wtedy po prostu zgniotę ci krtań. Zrozumieliśmy się?

* * *

I'll have you know
That I've become...
Indestructible


Dostaje kopa prosto w bebechy, aż zgina się w pół z jękiem. Prostuje się równie szybko i rzuca się całym ciałem na przeciwnika. Czuje jak drżą mu wszystkie mięśnie. To przecież była taka krótka walka, przecież potrafił tak przez godziny. Uśmiecha się krzywo - mięsiąc nawet najbardziej intensywnych ćwiczeń, nie nadrobi mu roku wyniszczania ciała prochami.
Unika kolejnego kopnięcia, ale już ciosu z boku nie. W ustach czuć krew z przeciętej wargi.

* * *

To chyba powinno być przerażające, że ludzie w tym kraju nie są zdziwieni, że jakiś facet przystawia mi pistolet do boku i każe biec. Może gdyby był w innej sytuacji, to by się tym przejął. Chociaż trochę. Ale nie myśli o tym, po prostu cieszy się, że złapany mężczyzna grzecznie biegnie obok niego i chociaż jest dużo wolniejszy od Shinjiego to przynajmniej się stara.
Ciągnie go między budynki.
- Ściągaj kurtkę i nie przestawaj biec - pada kolejny rozkaz. - Jeżeli masz tam portfel, albo komórkę, to wyciągnij - dodaje po zerknięciu przez ramię. Ma czas na odrobinę miłosierdza.
W tym czasie ściąga swoją marynarkę. Podaje ją mężczyźnie z poleceniem ubrania i sam bierze jego kurtkę.
- A teraz rób, co tam chcesz. Najlepiej dalej uciekaj - rzuca i chwyta się rury. Wspina się na jakiś niewysoki budynek.

* * *

Głośny plask słychać chyba w całym klubie - kilka osób odwróciło się w och stronę. Shuuhei nie za bardzo się tym przejmuje, po prostu patrzy z czystym oburzeniem wymalowanym na twarzy na Findora, który właśnie dotyka czerwonego policzka.
- A ty nie wiesz, kiedy sobie darować, co? - niemalże warczy.
- Właściwa reakcja - mówi cicho i kiwa głową, jakby wszystko do siebie pasowało.
- A daj se spokój z tym właściwym, co! - głos wciąż mu drży ze zdenerwowania, niemalże szczerze - Gdybyś nie był znajomym Tii to inaczej bym cię potraktowała.
Findor uśmiecha się i sięga do kieszeni.
- Właściwe wybory w życiu zapewniają nam sukces - mówi spokojnie i wyciąga przez sobą wizytówkę. - Gdybyś jednak zastanowił się nad swoim ostatnim i zmienił zdanie, zadzwoń. Zdaje się, że interesowały cię te grube ryby.
Shuuhei waha się - rola wymagałaby, żeby prychnąć lekceważąco, ale jego własny dobrze znany głód woła o informacje - w końcu bierze wizytówę, nie patrząc na Findora.
- Właściwa decyzja - słyszy tylko.

* * *

Chłopak - teraz dopiero Kensei może mu się przyjrzeć, faktycznie dzieciak, ma może z siedemnaście lat - entuzjastycznie pokiwał głową, przynajmniej na tyle na ile pozwalał mu but mężczyzny, który został zaraz przeniesiony na obojczyki.
- Kto zarządza tamtą miejscówką? - zadaje pierwsze pytanie beznamiętnym tonem.
Chłopak waha się, to wystarczyło, żeby mocniej odciągnąć kciuk.
- Arrancar - pada szybka odpowiedź.
- Czy oprócz walk psów, dzieje się tam coś jeszcze?
- Narkotyki.
- ImiÄ™ i nazwisko osoby odpowiedzialnej za to miejsce.
Usta chłopaka zaciskają się w wąskę kreskę. Twarz staje się coraz bardziej blada. W oczach widać toczącą się walkę.
- Nie wiem - pada w końcu odpowiedź, ale po zbyt długiej chwili wahania.
- Jeszcze jedno takie kłamstwo i będzie złamanie otwarte - ostrzega. - Imie i nazwisko.
Wtedy wzrok chłopaka na sekundę ucieka gdzieś ponad ramię Kenseia.

* * *

Boli, gdy nóż przeźlizguje się po żebrach, ale przynajmniej ma ramię Nnoitry tam gdzie chciał. Chwyta je, obraca się i przerzuca sobie większego faceta przez plecy. Jego dawny towarzysz broni wydaje się być zupełnie zaskoczony. Grimmjow uśmiecha się i już chce wpakować kawał żaleza w bebechy tego skurwiela, ale wtedy śmiga mu gdzieś w boku pomarańczowa plama z dużym dodatkiem czerwieni. Zbyt dużym.
Odwraca się, żeby pomóc chłopakowi.

* * *

Kensei uchyla się w ostatniej chwili - metalowa rurka przelatuje mu tuż nad głową - i odwraca się już z nożem w dłoni. Kolejny szybki unik - tym razem cios szedł w kolano - kilka kroków do tyłu, żeby nabrać dystansu - musi uważać za sobą ma betonowy mur na końcu zaułka. Odnalazł się trzeci z pościgu - musial być o wiele lepszy od pozostałej dwójki, skoro Kensei go nawet nie usłyszał. Zmierzyli się wzrokiem, oceniając możliwości. Tamten uśmiechnął się szeroko i zaatakował

* * *

Wszystko jest nieco rozmazane i jakby troche bardziej czerwone, ale widzi, jak Grimmjow pędzi w jego kierunku. Widzi też dokładnie, jak jego przeciwnik wstaje z ziemi. Widzi, jak ten sięga za plecy, coś mówi - nie słyszy co. Patrzy przerażony na lufę pistoletu wycelowaną w plecy swojego kumpla.
Grimm! - krzyczy ostrzegawczo.
Pada strzał,

* * *

Cios na wyciągniętym ramieniu, raczej dla sprawdzenia reakcji przeciwnika, niż by zrobić konkretną szkodę - miał przewagę zasięgu, ale z drugiej strony pałka to nie ostrze. Tym razem to Kensei wyskoczył do przodu w prostym pchnięciu, druga dłoń przygotowana by chwycić rurkę, ale cios nie nadszedł - więc gościu nie jest głupi - zamiast tego metal uderzył o metal, gdy nóż został zbity przez pałkę. Kolejny zamach, tym razem na głowę Kenseia - klęka i chwyta jakiś kawał cegły i rzuca na oślep i wyprowadza kolejne pchnięcie. Zostaje zaskoczony, gdy jego ręka zostanie chwycona, a on sam przyciągnięty do przeciwnika. Kopnięcie w brzuch. Bolało bardziej niż powinno - gościu musi mieć nakolanniki pod tymi luźnymi spodniami. Puszcza nóż i chwyta przeciwnika obiema rękoma i tym razem to on przyciąga do siebie i rzuca się na niego całym ciałem. Jego głowa trafia w twarz gościa - pięknięty nos chrupnął niemalże wesoło. Prostuje się i kopie w kolano, przeciwnik traci równowagę.
Chce podejść i kopnąć jeszcze raz, ale nie zdąży. Coś ciężkiego uderza go w tył głowy i jego nogi jakoś tak śmieszne odmawiają mu posłuszeństwa. Chyba nie doceniłem tamtego dzieciaka, myśli zanim do końca straci przytomność.

* * *

- Coś ty jej zrobił - pyta rozbawionym tonem, pochylając sie i opierając przedramionami o oparcie kanapy. - Jeszcze nigdy nie widziałam jej takiej zawstydzonej.
Findor uśmiecha się.
- Nic - odpowiada i wstaje, uśmiecha się. - Znasz mnie przecież, kobiety bym palcem nie dotknął bez jej wyraźnej zgody.
Tia uśmiecha się delikatnie i nie komentuje.
- Idziesz już? - pyta, gdy blondyn wstaje i poprawia marynarkę.
- Niestety, obowiązki wzywają - mówi. - Ale niezwykle miło, było cię spotkać moja droga, ciebie również - dodaje, kłaniając się lekko w strone Shuuheia. - Mam nadzieję, że do usłyszenia niebawem - rzuca jeszcze i odchodzi.
Tia czeka aż sie oddali na tyle, by ich nie słyszeć.
- Co tu właściwie się stało? - pyta w końc, siadając na kanapie obok chłopaka.
Ten tylko kręci głową, wyraźnie zamyślony.
- Tak się tylko zastanawiam - mruczy pod nosem, ale w końcu patrzy na dziewczynę. - Jak myślisz, on może wiedzieć coś więcej na temat tego, co się tu właściwie dzieje?
- Niewykluczone - mówi zamyślona. - Zawsze miał szczęście do tego by poznawać odpowiednie, albo jak sam to zawsze określał, właściwe - przy tym słowie Shuuhei skrzywił się delikatnie - osoby, na właściwych stanowiskach. Nie zdziwiłabym się, gdyby i teraz miał kilku wpływowych, albo dobrze poinformowanych znajomych.
- Rozumiem - mówi się tylko i kiwa głową.
Tia jeszcze widzi, jak chowa za bluzkę kartonik wielkości wizytówki. Powstrzymuje uśmiech.
- Zostajemy jeszcze? - pyta poważnie, rozglądając się dookoła.

* * *

Przeskoczył na dach sąsiednego budynku i dopiero z niego zszedł z powrotem na ziemię. Szybko wrócił do jakieś większej ulicy, po której kręciło się kilka osób. Postawił kołnierz zdobycznej kurtki, pomyślał chwilę i poszedł w kierunku, gdzie zostawili samochód. Spokojnym, niespiesznym krokiem. W końcu był jedynie zwykłym przechodniem i nikt go nie ścigał. I miał jeszcze dwadzieścia minut do wyznaczonej godziny.
Komórka zaburczała. "My już skończyliśmy. Czekamy" - wiadomość od Shuuheia. No to w sumie dobrze się składa.

* * *

Wszyscy patrzą w kierunku, z którego padł strzał, wszyscy równie zaskoczeni.
- Ty chuju - mruczy Nnoitra zanim upadnie na ziemi. Czerwona plama rozlewa siÄ™ pod nim.
- Teraz na pewno zadzwonią po policje, więc najlepiej sie zmywać - mówi zapomniony przez całe towarzystwo Ginjo i patrzy na Grimmjowa i Ichigo, broń ma jednak wycelowaną stojącego z boku chłopaka, który walczył wcześniej z rudzielcem.
Grimmjow i Ichigo wymieniaja szybkie spojrzenia i w końcu puszczają się biegiem do wyjścia z osiedla. Słyszą za sobą kroki - ich wybawca biegnie za wami.
- Nie wiem, dlaczego mieliście z nim na pienku - mówi, gdy się z nimi zrównuje. - Ale jak to mówią wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, więc może się jakoś dogadamy, co?
- Myślę, że tak - odpowiada szybko Ichigo, zanim Grimmjow zdąży się odezwać. - Ale chyba lepiej będzie się najpierw stąd wynieść w bezpieczniejsze miejsce.
Gdy wsiadali do humvee, komórka Ichigo zaburczała. "Jak wam idzie?" od Shinjiego, więc odpowiedział, że już wracają. Zerka jeszcze na kumpla.
- Krwawisz - mówi, marszcząc brwi.
- Przyganiał kocioł garnkowi - mruczy Grimmjow. - Zajmiemy się tym jak już będzemy u siebie.
RuszajÄ….

* * *

Kenseia nie ma, gdy dociera do samochodu, więc po prostu wsiada do środka. Spod swojego siedzenia wyciąga tablet, włącza. Na ekranie pojawia się mapa miasta, razem z sześcioma punktami. Dwa w centrum są nieruchome - pierścionek Tii i kolczyk Shuuheia. Dwa - obrączki Ichigo i Grimmjowa - ze śródmieścia są w drodze do ich tymczasowej bazy. Jeden, cóż on sam wie, dokładnie gdzie jest i że się nie rusza. Ostatni natomiast - kolczyk Kenseia - z ostatnim jest coś mocno nie tak. Porusza się, ale w zupełnie niewłaściwym kierunku i ze zbyt dużą prędkością, żeby można było przypuszczać, że Kensei jakimś cudem po prostu pomylił kierunki, chyba że po drodze postanowił jeszcze ukraść samochód. Przełknął przekleństwo
- Jak zwykle nadgorliwy - mruknÄ…Å‚.
Podejrzewał, co się stało. Nie żeby jemu nie przeszło to przez myśl, ale uznał, że nie ma na to czasu i że mogą wrócić w ta miejscówkę jutro troche lepiej przygotowani. Widać Kensei nie chciał czekać i postanowił przesłuchać swoja pogoń wcześniej. Ale chyba coś poszło nie tak. Kropka Kenseia wciąż poruszyła się nie tam, gdzie powinna. Tyle dobrego, że wciąż miał na sobie swój nadajnik.
Odłożył tablet na siedzenie obok i ruszył - nie wyglądało na to, żeby Kensei miał się w najbliższym czasie pojawić - odebrać Shuuheia i Tię. Po drodze trzeba wymyślić jakiś genialny plan.

* * *

- W jaki w ogóle spoób nacisnęliście na odcisk Nnoitrze? - pyta Ginjo z uprzejmym zainteresowaniem po dłuższej chwili ciszy.
Ichigo nie odpowiada - dopiero po raz drugi i te oba razy były tego wieczoru, słyszy w ogóle imię tego gościa - patrzy na Grimmjowa równie zaciekawiony. Nigdy wcześniej jego przyjaciel nie wspominał o żadnym Nnoitrze, z którym miałby na pienku.
- Nie twój interes - mruczy Grimmjow nie odrywając spojrzenia od jezdni. - Ani twój - dodał, zerkając w stronę Ichigo.
Rudzielec wzruszył tylko ramionami. Ginjo chyba też nie spodziewał się zbytnio żadnej konkretnej odpowiedzi, bo nie naciskał dalej.
- Swoja droga - odzywa się Ichigo, zerkając przez ramię na ich wybawcę. - W sumie chcieliśmy z tobą pogadać.
Mężczyzna uniosi brew pytająco.
- Ponoć sprzedajesz prochy - mówi dalej rudzielec.
- A co chcecie jakieÅ›? - wtrÄ…ca siÄ™ Ginjo.
- Kurwa, nie - odpowiada warknięciem Grimmjow i zatrzymuje samochód na poboczu.
Ichigo wzdycha tylko zmęczony.
- Potrzebujemy dotrzeć do kogoś związanego z tym całym interesem - mówi spokojnie.
- Aizen Sousuke - wtrąca się Grimmjow. - Mówi ci coś to nazwisko.
- O - zaciekawia siÄ™ Ginjo. - Wysoko mierzycie nie ma co.
- Wiesz coś o nim, czy nie? - warczy niebieskowłosy widocznie zniecierpliwiony. - Jak tak to gadaj, jak nie to wypad.
- Spokojnie, spokojnie - mówi diler, unosząc dłonie w obronnym geście. - Prawdopodobnie będę mógł wam pomóc, ale to trzeba omówić na spokojnie. Pośpiech interesom szkodzi - uśmiecha się i podaje Ichigo czarną wizytówkę z napisem Execiution . - Zadzwońcie, jak się ogarniecie i będziecie mieli więcej czasu. Jakoś się dogadamy - rzuca jeszcze i wysiada z samochodu.

* * *

- Gdzie jest Kensei? - zapytal Shuuhei z mieszaniną ciekawości i troski. - Stało się coś?
Shinji odetchnął głebiej. W sumie mógł sie spodziewać od chłopaka takiej reakcji.
- Tak - odpowiada wprost. - Musieliśmy uciekać, rozdzieliliśmy się. Podejrzewam, że go złapali - wyjaśnił krótko i zaraz tego pożałował.
W oczach Shuuheia mignęło przerażenie. Zrobił krok w stronę Shinjiego.
- Gdzie on jest? Miałeś od niego jakikolwiek kontakt? - mówił szybko. - Kiedy to było? Trzeba jechać po niego natychmiast, tam gdzie jest. - Slychać było szczerą panike w jego głosie. Chwycił Shinjiego na poły kurtki - Co jeżeli coś mu się stało, co jeżeli...
Rozległ się głośny plask. Shuuhei dotknął zaskoczony swojego policzka, który już zaczął pulsować bólem.
- Uspokój się - polecił Shinji zupełnie obcym u niego lodowatym tonem. - Obmyślimy plan i...
- Co jeżeli będzie już za późno? - przerwał mu. - Trzeba tam pojechac jak najszybciej. Skoro wiemy, gdzie jest! Nie zależy ci na nim, czy co?
Kolejny plask. Tym razem w drugi policzek.
- Za kogo ty się masz, Shuuhei? - pytanie zadane wciąż lodowatym szeptem. - Ile go znasz, co? Dwa miesiące? Ja znam go od szesnastu lat, spędziłem z nim trzy lata na wojnie. To, że cię pieprzy nic nie zmienia, bo wrócimy z tej wycieczki i o sobie zapomnicie. A teraz wsiadaj do samochodu i siedź cicho.
Przez chwilę panowała zupełna cisza, w końcu Shuuhei przełknął ślinę i posłusznie wsiadł do forda, Tia zaraz za nim.

* * *

Pantera ostrożnie siegnęła po kieliszek z winem lewą dłonią, prawą ani drgnęła, żeby nie przeszkadzać Benihime, która właśnie malowała jej paznokcie.
- Co znowu? - jęknęła zmęczona, gdy rozległ się dźwięk "Catgroove" Parov Stelar.
Benihime podniosła spojrzenie znad dłoni swojej towarzyszki, gdy ta wstała i wypięła tyłek w jej stronę. Uśmiechnęła się i wyciągnęła z tylniej kieszeni dżinsów dzwoniący telefon. Zerknęła na ekran, odebrała i podała Panterze, które chwyciła go ostrożnie, żeby nie zepsuć sobie paznokci.
- Tak? - przywitała się. - O cześć młoda, jak tam idzie? O. Nie żebyśmy nie brali tego pod uwagę, ale to trochę wcześnie, no nic na to nie poradzisz. Coś jeszcze? Ups. A wydawał się najbardziej rozsądny z tego całego towarzystwa. Postaram się temu jakoś zaradzić, ale nie obiecuję. Dobra trzymaj się młoda.
Odsunęła telefon od ucha i znowu przekazała go Benihime.
- Wybierz mi numer naszego drogiego psychopaty - poleciła i po chwili znowu trzymała aparat przy uchu. - Dzień dobry tutaj firma kurierska DHL dzwonię w sprawie zamówionej przesyłki. Może panw tej chwili rozmwiać? - powiedziala oficjalnie uprzejmym tonem. Poczekała dłuższą chwilę. - Nie wiem czy na pewno wasi - odezwała się już swoim normalnym tonm. - Ale chyba złapali jednego z naszej dzielnej drużyny, poza tym Grimmmjow miał spotkanie po latach z Nnoitrą, który chyba pożegnał się... Żyje? Twardy jest chłopak, zawsze to wiedziałam. W każdym bądź razie, jakby ktoś dawał ci znać, że złapał mężczyznę po trzydzieście siwymi włosami, to powstrzymaj go od pochopnych działań. To na razie wszystko. Dziękujemy za skorzystanie z naszych usług i polecamy się na przyszłość - dokończyła na powrót uprzejmie.
- Kłopoty - zapytała się Benihime, wracając do malowania paznokci Panterze.
- Dokładnie tak - odpowiedziała z uśmiechem

* * *

Najpierw był pulsujący ból z tyłu głowy, później była świadomość bycia skrępowanym, później usłyszał lecącą w tle muzykę - jakąś poważną. Na końcu było ukłucie w przedramię. Zamrugał i - jeszcze nie do końca świadomy tego, co się dokładnie dzieje - patrzył na wbitą w jego żyłę igłę i na powoli naciskany tłok strzykawki.
- Ach - rozległ się przyjemny, wesoly, męski głos za jego plecami. - Czy ty też, jak słuchasz Wagnera, masz ochotę najechać Karakurę? Doskonała muzyka, naprawdę.
Chciał się odwrócił, żeby zobaczyć kto mówi, ale fakt, że był przypięty skórzanymi pasami do krzesła, które do złudzenia przypominało elektryczne, mu w tym nie pomagał.
- Czego ode mnie chcecie? - zapytał się schrypniętym głosem.
Rozejrzał się, więc na tyle na ile pozwalały mu więzy. Pomieszczenie wyglądało jak jakiś gabinet lekarski, może laboratorium. Jakieś szafki ze słoikami, stoliki, na których leżały jakiś próbowki, strzykawki. Śmierdziało chemią. Nikogo nie widział, chociaż ktoś musiał mu przecież wstrzyknać... no właśnie co?
- Och tak naprawdę niczego konkretnego - odpowiedział ten przyjemny głos za jego plecami. - Po prostu. - Położył dłonie na jego ramionach. - Baw się dobrze - szepnął mu do ucha.
A później świat zaczął się dziwnie zachowywać.