Spontaniczna decyzja 4
Dodane przez Aquarius dnia Sierpnia 24 2013 10:20:03


Lunch. Po co on wymyślił ten lunch? Zaraz jednak Jessie sam sobie odpowiedział. Po to, żeby ich zobaczyli razem. Chociaż ten jeden jedyny raz. Mieszkał z Colinem od wczoraj. Jak na te kilka godzin razem, dobrze się dogadywali. Nawet podczas wczorajszej kolacji uzgodnili kilka rzeczy. Natomiast nocy w ogóle nie pamiętał. Ledwie przyłożył głowę do poduszki, zasnął jak kamień. Martwił się wcześniej, że będzie pobudzony widokiem mokrego ciała Colina, ale zmęczenie nie pozwoliło na to. Dopiero budzik wzywający do wstania i zabrania tyłka do pracy go zbudził. Nie widział się rano z Colinem, gdyż nie było go w mieszkaniu, ale na szczęście rzeczy zostawił, co znaczy, że nie zwiał. A dzisiejszy lunch uzgodnili w szczegółach jeszcze wczoraj. Rano też przekazał w informacji, że mają wpuszczać pana White'a zawsze i wszędzie. Podkreślił też, że to jego narzeczony, wiedząc, że siedząca za kontuarem dziewczyna jest największą plotkarą w biurze. Mógł się założyć, że już trzy czwarte wydawnictwa ma nową sensację do obgadania. Poczta pantoflowa jest najlepsza, kiedy się chce wszystkich poinformować o zaistniałych wydarzeniach.
Pukanie do drzwi wyrwało go z rozmyślań.
- Proszę.
- Kotku, jesteś gotowy? - Colin wszedł do gabinetu z szerokim uśmiechem i zamknął drzwi. - Na zabawę?
- Zależy, jaką zabawę masz na myśli. - Wstał zza biurka. Dziś miał na sobie zwykłą koszulkę polo i jeansy. Obok w szafie w razie niespodziewanych spotkań trzymał garnitur lub przynajmniej spodnie od niego i dwie koszule. Przyjrzał się narzeczonemu. Był podobnie ubrany do niego. Wyglądał, jak cholerny, zbyt seksowny drań. - Gdzie masz zarost?
- Ogoliłem się. Ty też.
- Nie zamieszam zarosnąć, jak jeden z naszych księgowych. Taki misiek z niego. Czy ja właśnie obmawiam wygląd pracowników?
- Jednego, ale tak.
- Źle ze mną. To, kochanie, idziemy na lunch. - Wszedł w rolę zakochanego amanta.
Colin otworzył drzwi i przepuścił go przodem. Już się nie mógł doczekać spojrzeń tych ludzi. A w rolę zakochanego mężczyzny wchodził, o dziwo, z łatwością.
Mieli zjeść w małym barku, jaki został utworzony z rok temu. O każdej godzinie jest tam sporo klientów. Zjechali windą na drugie piętro w milczeniu. Od razu po rozsunięciu się drzwi Jessie poprowadził Colina w stronę pomieszczenia. Wyczuli na sobie wzrok innych, co ich nie zdziwiło. Szli bardzo blisko siebie, stykając się ramionami i uśmiechali się do siebie. Szepty powoli docierały do ich uszu.
Colin pochylił się i wyszeptał do ucha narzeczonego:
- Mam pewien pomysł, żeby ich upewnić, co do nas. Cokolwiek zrobię, nie zdziw się.
- A co zrobisz?
- Zobaczę, co mi przyjdzie do głowy.
- Tylko bez ekstrawagancji - odszepnął.
- Nie martw się, nie rzucę cię na stół i nie wezmę. - Zmrużył oczy, patrząc na niego rozbawiony i czekając na reakcję Jessie'go.
- No, ok. Trzymam za słowo. - Zaśmiał się, ale gdzieś w ciele poczuł przyjemny ucisk.
Złożyli zamówienie przy barze, po czym usiedli przy wolnym stoliku naprzeciw siebie.
- Czuję, jak ich oczy wwiercają się w moje plecy. - Jessie założył nogę na nogę. - Ciekawość ich zżera. Nasza droga pani z informacji już rozniosła ploteczkę.
- Tą, którą uzgodniliśmy?
- Mhm. - Z początku się denerwował, ale teraz miał dobrą zabawę. - Nasze zamówienie gotowe. Przyniosę.
Colin rozejrzał się. Paru osobom skinął głową, mówiąc tym samym „dzień dobry”.
- Kobiety mi ciebie zazdroszczą. - Carson postawił przed nim talerz spaghetti.
- Skąd wiesz?
- Słyszałem. - Sam sobie wziął sałatkę z mango i kurczaka. - Cytuję: „Ten Carson to trafił na ogiera”, „Och, gdybym ja miała takiego faceta, nie wypuściłabym go z rąk”. Powiedziałem jej, że mieć nie będzie, ponieważ jesteś mój. Zrobiła się cała czerwona.
- Nie masz serca. - Zabrał się za swoje danie.
- To wiedźma z działu edycji. Jak mam z nią rozmawiać, to jestem chory.
- Czyli czujecie do siebie obopólną sympatię?
- Można tak powiedzieć. - I wtedy to poczuł. Gorącą, męską dłoń na swojej. Spojrzał na ich ręce, ta Colina lekko ściskała jego. Zaraz przypomniały mu się słowa mężczyzny. Odwrócił dłoń i oddał uścisk, gładząc kciukiem wnętrze towarzyszki.
- Kotku, już nie mogę się doczekać naszego wieczoru. Świece, muzyka - dość głośno powiedział Colin.
- Ja też, kochany. Ale najbardziej to naszego ślubu. Tyle czekania i w końcu razem. - Głosy na sali ucichły. To znaczyło, że przedstawienie zainteresowało widzów.
- Szkoda, że nie możemy wyjechać w podróż poślubną. - Spletli palce ze sobą.
- Mam dużo pracy, ale za kilka miesięcy możemy wybrać się, gdzie tylko zechcemy. - Jessie coraz bardziej się wczuwał w tę grę. Bał się, aby nie zacząć myśleć, że to jest prawdziwe.
- Teraz najważniejsze, że jesteśmy razem. - Dłoń Jessie'go była ciepła, inna od Iana, większa, ale nie mniej przyjemna w dotyku. - I, żebyśmy mieli silę na wieczór, wracajmy do posiłku.
- Mhm. - Po raz kolejny musiał stwierdzić, że White jest dobrym aktorem.

Rozstali się godzinę później, umawiając, że spotkają się w domu.

***


- Ja to rozumiem... Nie podpiszę umowy, która... Powiedziałem, nie podpiszę umowy, która jest dla nas niekorzystna. - Jessie rozmawiał przez telefon i coraz bardziej się denerwował. - Nie ja negocjowałem te warunki. … Proszę bardzo, możemy się spotkać i prześledzić wszystkie punkty. Nakład... Nie... - Przerzucił kilka kartek w terminarzu. - Mogę spotkać się z państwem w następny czwartek... Tak, wiem, że to za tydzień, ale mam już umówione... - Miał dość tego faceta i jemu podobnych. Chcieliby jak najwięcej wydrzeć z wydawnictwa. - Proszę się zdecydować. To do widzenia za tydzień. - Odłożył słuchawkę i zapisał termin spotkania. W tym dniu miał tonę roboty, wtem musiał prześledzić proces dystrybucji najnowszej powieści autorki współpracującej z nimi od wielu lat. Coś mu się w dokumentacji nie zgadzało. Zdjął okulary i nacisnął nasadę nosa. Zaczynała go boleć głowa.
- Szefie. - Do gabinetu zajrzała jego asystentka.
- Co tam, Ivy?
- Był tu dyrektor finansowy. Chce raporty od ciebie. - Dziewczyna weszła do środka. Miała niebieskie oczy, a czarne włosy w czerwonymi pasemkami spięła w koka tuż nad karkiem. Jej skromna postać ubrana była w szarą spódnicę przed kolano i białą, zapinaną bluzeczkę. Lubił ją. Pracowała z nim od jakiegoś roku i pomagała we wszystkim.
- Cholera. Zapomniałem o analizie finansowej. Zaraz do niego przedzwonię. Niech poczeka do jutra. Zajmę się tym w domu.
- Będziesz pracował, zamiast zająć się narzeczonym? W ogóle to gratuluję.
- Dziękuję. Słuchaj, potrzebuję świadka na ślubie. Zgodzisz się nim zostać?
- Chętnie. - Gdyby mogła, podskoczyłaby z radości i zaklaskała. Uwielbiała śluby. Nigdy nie była u nikogo świadkiem, druhną czy kimś takim.
- Ale to tylko zwykła uroczystość, a po niej kieliszek szampana i...
- Spoko, szefie. A macie drugiego świadka?
- Będzie nim adwokat mojej babci. A potrzebujemy dwóch i mamy już ten problem z głowy.
- Fajnie.
- Proszę, przygotuj wszystkie papiery, żebym mógł wziąć je do domu. - Spojrzał na zegarek. Dochodziła szesnasta. Tu już nic nie zdziała. A woli popracować w mieszkaniu.
- I zadzwoń do dyrektora finansowego, bo pewnie już się piekli - przypomniała.
- Właśnie. - Podniósł słuchawkę. Ciężki miał dziś dzień, ale miło wspominał akcent z Colinem. Może częściej powinien zapraszać go na lunch?

***


Wrócił do domu dwie godziny później w nastroju nie do żartów. Rzucił stos dokumentów na duży stół tuż przed nosem Colina, nie zwracając na narzeczonego większej uwagi.
Mężczyzna, który od dłuższej chwili go obserwował, odłożył gazetę z ogłoszeniami.
- Co to?
- Moja praca domowa - warknął Jessie. Zagotowało się w nim podczas rozmowy z dyrektorem finansowym i od tamtej pory ciągle w nim wrzało. - A ty co robisz? - Zmęczony zdjął okulary i przetarł dłonią twarz.
- Szukam pracy.
- Po co? - Spojrzał na Colina, jakby ten nagle powiedział, że kosmici wylądowali na dachu budynku.
- Chyba nie sądziłeś, że będę siedział w domu i grzecznie czekał na męża, aż przyjdzie z pracy. Jestem facetem i mam zamiar sam na siebie zarobić. Byś zadzwonił do tej stadniny i odwołał kompromitujące mnie informacje.
- Pewnie już kogoś przyjęli. - Musi się napić czegoś zimnego.
- Nie. - Wziął do ręki dziennik i pokazał mu ogłoszenie.
- Nie będę tego czytał. Mój mąż nie będzie wyrzucał gnoju - warknął Jessie, patrząc wprost w te czarne, zniewalające oczy. - Dam ci pracę w wydawnictwie.
- Pieprzę twoje wydawnictwo! - Nagle krzyknął i wstał. Jessie zrobił krok do tyłu. - Co ty sobie wyobrażasz, że będę pracował tam gdzie, ty zechcesz?! Będziesz mną rządził i mówił, gdzie mam podjąć pracę?! Tylko dlatego, że mam być twoim mężem? Mężem, nie niewolnikiem. W takim razie nawet nie myśl, że wytrzymam z tobą pół roku! Jeszcze dziś mogę anulować naszą umowę! Była ustna, więc żadnego odszkodowania płacić nie będę! - Frustracja, jaka w nim rosła w tym dniu, właśnie się przelała. Wystarczyła tylko mała kropelka. Nie opieprzał się, siedząc w domu przed telewizorem, tylko jeździł i szukał jakiegoś zatrudnienia. Ale nie w wydawnictwie. Miał tego po dziurki w nosie. Interesowała go ta praca w stadninie. Była w zasięgu ręki, a Carson nie chciał mu pomóc. Wystarczył jeden telefon, wyjaśnienia i przeprosiny.
- A proszę bardzo, możesz się stąd natychmiast wynieść! - odkrzyknął Jessie. Miał za sobą ciężki, stresujący dzień i jeszcze teraz musiał znosić jego wrzaski. - Najlepiej to wynieś się całkiem z miasta, żebym nie musiał cię nigdzie spotykać! Byłem głupi, proponując ci ten ślub. - Zbliżył się do niego z zaciśniętymi zębami.
- A ja kompletnym idiotą, że się zgodziłem! Powinienem był wiedzieć, że takie samo z ciebie ścierwo, jak z twojej siostry i twego ojczulka. Za nic macie zdanie innych. Chcecie tylko postawić na swoim. Każde z was inaczej, ale w sumie na jedno wychodzi. Jesteście siebie warci! - White wysyczał mu w twarz. Stali niebezpiecznie blisko siebie. Czuli, jak gorąco ciała tego drugiego uderza w to stojące naprzeciw. Ich zapach pomieszany z wodą kolońską i potem splatał się ze sobą. Powietrze zaczynało gęstnieć nieprzyjemną atmosferą wrogości i nuty jakiegoś niezrozumiałego dla nich napięcia. Przez chwilę patrzyli na siebie w poruszeniu, zanim Carson nie zabrał głosu. A to, co powiedział przeszywało na wskroś lodem.
- Porównanie mnie do nich to najgorsza obraza, jaką mogłeś mi zafundować. Nie odzywaj się teraz do mnie. Nie patrz na mnie i nie każ mi tego robić. Wyjdź stąd!
- Proszę bardzo. Znajdź sobie innego frajera, bo ja wypisuję się z tej gry! - Colin ruszył do drzwi.
- A żebyś wiedział, że znajdę i to lepszego od ciebie! - Po tych słowach usłyszał tylko trzaśnięcie drzwi. Spojrzał na mały stosik papierów i po raz kolejny zawarczał. Co za pierdolony dzień!

***


Co za bubek! I on nazywa się normalnym? Myślał White, pokonując schody w dół budynku. Już samo to, że Carson wpadł na taki durnowaty pomysł z tym więzieniem, żeby tylko dopiąć celu, powinno mu dać do myślenia. Ale nie, on się zgodził na plan z małżeństwem z tym Carsonem, bo... Właśnie, bo co? Bo ojczulek przyłożył synowi? To nie powód, żeby...
- Cholera jasna! - wykrzyknął w chwili, kiedy obok niego przechodziła kobieta w średnim wieku z małym pekińczykiem na rękach. Jej mina jasno świadczyła, że nie spodobało jej się słownictwo nieznajomego. - Niech pani wybaczy, ale pokłóciłem się z narzeczonym. - Teraz wyglądała na totalnie oburzoną. Przyspieszyła kroku. Zaśmiał się pod nosem. Co za ludzie. Zawsze będzie im przeszkadzać dwóch facetów razem? - Żyjemy, kurwa, w dwudziestym pierwszym wieku - powiedział sam do siebie, zanim minął portiera i wyszedł na dwór. Ta, Carson mieszkał w strzeżonym apartamentowcu. Jego samochód stał na parkingu przed budynkiem, ale wolał się przejść na nogach i pozwolić im zanieść się, gdziekolwiek go zaprowadzą. Byleby tylko uwolnić nerwy.

Nerwy uwolnił w pobliskim barze i kilka godzin później, gdy księżyc był już wysoko na niebie, wracał do mieszkania Jessie'go. O ile jeszcze tam mieszka. Nie powinni byli się kłócić, do tego jeszcze tak dziecinnie. Przecież mogli porozmawiać, jak dorośli ludzie. Niepotrzebnie się zdenerwował tą propozycją pracy w wydawnictwie. Przecież Carson nie wiedział nic o nim i jego pracy. W każdym razie nie znał prawdy. Nie był tylko pisarzem. Z tego na samym początku by nie wyżył. Może mu kiedyś opowie o sobie. Myśli tak, jakby faktycznie nadal miał zagłębiać się w ten teatrzyk. Zobaczy, co go czeka za drzwiami, które właśnie otwierał. W salonie było ciemno, więc zaświecił światło. Schował klucz do kieszeni i pozbył się butów. W samych skarpetkach przeszedł do kuchni. Nie wypił dużo, tylko kilka piw, ale teraz miał ochotę na zimną, gazowaną wodę. Nacisnął mały pstryczek przymocowany do ściany i kuchnia rozświetliła się bladym światłem. Po chwili sobie pogratulował zapalenia światła, ponieważ na podłodze leżała rozbita szklanka i rozlana woda.
- Nawet nie posprzątał. Tylko gdzie on tu ma jakąś ścierkę i szufelkę? - Zaczął rozglądać się wokół, ale po chwili zdecydował, że mama trzymała takie rzeczy w szafce pod zlewem. I nie pomylił się. Jessie robił to samo. Chwycił za zmiotkę i szufelkę, szybko pozbywając się szkieł. - Cholera, robię za jego służącą czy co? I gdzie on jest? Poszedł spać? W sumie już późno. Gadanie do siebie to objaw schizofrenii czy czego?
Zamilkł w końcu. Zrezygnował z napicia się i poszedł na piętro. Rano musi porozmawiać z Carsonem. Miał go przeprosić? W sumie powiedział mu parę przykrych rzeczy. No, ale mężczyzna chyba nie jest tak wrażliwy, jak... Ian. Przechodząc obok gabinetu Jessie'go, zobaczył zapalone światło. Wszedł do środka. Carson siedział, a właściwie półleżał na biurku. Głowę miał ułożoną na przeglądanych dokumentach, a okulary mu się przekrzywiły. Wyglądał komicznie, a jednocześnie niewinnie. Przez chwilę kusiło go, by go tak zostawić, ale żal mu się zrobiło mężczyzny. Sam by nie chciał zasnąć w takiej pozycji. Zbliżył się do niego, żeby go obudzić. Wtedy jego wzrok padł na raporty finansowe. Carson musiał je analizować. Wyglądało na to, że nie skończył pracy. Sam wiedział, jak takie sprawy denerwują człowieka. Jessie musiał być nieźle nakręcony, on też i sprzeczka gotowa. Poruszył mocno ramieniem mężczyzny.
- Carson, pobudka.
- Mhmmm - zamruczał Jessie.
- No, ruszaj swój zgrabny tyłek. Rano będziesz wyglądał, jak zombie. Idź do łóżka.
- Już, już. Za pięć minut.
- Nie za pięć, tylko teraz. Też chcę się położyć. I rano, zanim wyjdziesz, musimy pogadać. - Jeszcze raz go szturchnął. - Wstawaj.
- Coś się tak uczepił? - Carson podniósł się do pozycji siedzącej, budząc wybuch śmiechu u Colina. - Czego rżysz? I podobno miałeś nie wracać.
- Pięknie wyglądasz z nadrukiem odbitym na policzku.
- Że co?! - Zerwał się, przy czym musiał podtrzymać się ramienia narzeczonego, bo zakręciło mu się w głowie. Zamknął na chwilę oczy.
- Co ci jest?
- Nic. Za szybko wstałem. - Puścił go i poszedł do łazienki. W lustrze zobaczył swoją upiorną twarz. - Wyglądam, jakbym tydzień chlał. - Przeczesał palcami włosy.
- Ty tu się nie strój, tylko do łóżka. - Colin stanął w drzwiach.
- To propozycja?
- Jeszcze dam ci lanie.
- A na takie rzeczy to się nie piszę. Ale kajdanki mogą być. I czy właśnie gadamy o seksie?
- Grom, że nadal chcesz mnie widzieć. Słuchaj, przepraszam za popołudnie. - Skoro już rozmawiają, to może dziś to zrobić.
- Nie ma sprawy. Kiedy wyszedłeś, uświadomiłem sobie, że to było dziecinne. Jutro zadzwonię do tej stadniny i wszystko odwołam, a teraz idę spać. - Minął go w drzwiach i udał się do swego pokoju.
Colin tylko westchnął i sam poszedł do siebie.

***


Carson w ubraniu położył się w poprzek łóżka. Robota dała mu w kość. I jeszcze miał ten telefon. Jego rodzina musiała coś kombinować, zapraszając go z partnerem na kolację jutro. Najgorzej, że się zgodził przyjść, nawet nie wiedząc, czy jeszcze jest zaręczony. Na szczęście jest. Tylko jak przekonać Colina do pójścia z nim? Rano go o to zapyta.
A teraz spać, bo jesteś nieprzytomny.
Powiedział sam do siebie w myślach. Praca go wykańczała. Chciał iść do klubu potańczyć. Tam mógł szaleć całą noc i nadal mieć energię, ale chociaż kochał wydawnictwo babci, wolał od tego, co robi teraz, współpracować z autorami książek. Wbrew pozorom lubił czytać coś, co dawniej nazywano maszynopisami. Jak później wspaniale było poczuć w rękach ciężar gotowej książki, ten specyficzny zapach kartek prosto z drukarni. I nie musiał się użerać z dyrektorem finansowym. To było życie. Teraz też jest. Ma ludzi od wszystkiego, lecz musi być poważnym facetem i nie zaniedbywać obowiązków, kiedy grozi utrata firmy, gdyby jednak małżeństwo nie wypaliło.
Ale wypali. Uda się. Uda.
Z tą myślą pozwolił się zabrać do krainy Morfeusza.

***


- Powtórz, bo chyba się przesłyszałem. - Colin odstawił swoją, już ulubioną, kawę na stolik w kuchni, przy którym siedzieli.
- Moi rodzice zapraszają nas dzisiaj na kolację.
- I zgodziłeś się - stwierdził.
- Co innego miałem zrobić? - Posmarował tosta dżemem morelowym. - Nie mogłem powiedzieć im, że właśnie się rozstałem z narzeczonym. - Ugryzł kawałek kanapki.
- Co byś zrobił, gdybym faktycznie wrócił wczoraj, spakował się i zniknął? Pomyślałeś o tym?
- Wiedziałem, że tego nie zrobisz. Znam się trochę na ludziach, a tacy, jak ty, dotrzymują słowa. Poza tym jedna głupia sprzeczka nie może niczego zepsuć. - Jessie wzruszył ramionami. - To co, pójdziesz ze mną?
- To o której ta kolacja? - Uśmiechnął się.
- O osiemnastej. Ubierz się raczej elegancko, ale bez przesady.
- Czyli?
- Jeansy odpadają, ale garnitur to już za dużo. - Wstał i zaczął sprzątać po sobie. - Ja lecę do pracy.
- Nie zapomnij o obiecanym telefonie.
- Pamiętam. - Zatrzymał się w drodze z talerzykiem do zlewu. - A nie wolałbyś...
- Nie. - Uciął krótko.
- Tak tylko próbowałem. - Musi jeszcze pamiętać o dokumentach i może uciekać. - Nie zamieniłbyś się ze mną i poszedł pogadać z naprawdę irytującym dupkiem? - zapytał, ubierając buty.
- Dupkiem? - Colin przeszedł do salonu.
- Dyrektor finansowy. To on sprawił, że byłem wczoraj taki podminowany. Gdzie ja dałem kluczyki od auta? - Przeszukał kieszenie.
- Leżą w kuchni. A ten dyrektor to co robi, że tak cię wkurza?
- Wciąż na mnie naciska, na innych też, ale mnie nie lubi, więc dla mnie jest szczególnie opryskliwy. - Poszedł do kuchni. - Mówi, że nie powinienem zajmować się dystrybucją i tym, co robię, bo nie daję sobie rady i on musi za mnie wszystko poprawiać. Poza tym to przydupas ojca. - Wrócił do pokoju.
- To mu powiedz, że to on pracuje u ciebie, a nie ty u niego. Przecież będziesz jego szefem w przyszłości. A najlepiej dodaj, że ja doskonale znam się na finansach. I chętnie zajmę jego stanowisko. To go uciszy i sam zajmie się pracą.
Jessie otworzył usta zaintrygowany tym, co usłyszał. Nie pomyślał o tym.
- Dobry pomysł, kochanie.
- Zawsze mam dobre pomysły, kotku. I nie zapomnij o telefonie do stadniny. A także tych papierzysk, co wczoraj przyniosłeś.
- Zapomniałbym o nich. - Pobiegł na piętro.
- Co robiłeś, jak mnie nie było? Kto ci o wszystkim przypominał? - zapytał tak głośno, żeby mężczyzna go usłyszał.
- Nie zapominałem, bo ktoś mnie nie zagadywał co rano - odpowiedział dopiero, jak wrócił do salonu. - Wrócę około szesnastej. Coś czuję, że rodzinka będzie nas sprawdzać. Musimy być gotowi na wszystko.
- Idź już. I pamiętaj...
- Pamiętam. - To już było irytujące. Ale na wszelki wypadek, jak tylko wyszedł, wyjął telefon i zadzwonił do tej stadniny. Przy okazji dowie się, co to za praca.

***


Colin pozmywał po śniadaniu, a później włączył komputer. Miał nadzieję, że Andrea będzie obecna na Skype. Zazwyczaj była. Uruchomił program i zadzwonił do niej. Na pewno była już w pracy, bo w Denver jest już po dziewiątej.
- Czego chcesz? - Po chwili pojawiła się na wizji.
- Zamiast pracować, to siedzisz przed komputerem. Oj, nieładnie.
- Zamknij się. Moja praca polega na siedzeniu przed tą kochaniutką maszyną. - Colin mógł przysiąc, że właśnie pogłaskała swój laptop. - Twoja też. Piszesz coś?
- Nie. I nie zaczynaj.
- Ok. To jak tam narzeczony? Przeleciałeś go? Dałeś się przelecieć?
- Coś ty?
- Taki brzydki?
- Przystojny. Z chłopięcą urodą, jak jest ogolony, ale nasza umowa nie polega na tym, byśmy szli ze sobą do łóżka.
- Taa, już widzę dwóch ogierów mieszkających razem i żyjących w celibacie. - Roześmiała się. - Kurwa, to najlepszy dowcip, jaki słyszałam. Ha ha ha.
- To nie jest śmieszne - wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Ależ, kochanieńki, jest.
- Dwóch gejów mieszkający razem, będących małżeństwem nie musi zaraz... Co ja znów takiego powiedziałem? - zapytał, widząc jej jednoznaczną minę.
- Nie słyszysz, co ty mówisz? Geje, razem i małżeństwo. Facet, toż to obowiązek skonsumować związek. Dobra, żartuję, ale gdybym nie musiała robić tej okładki, bym przyleciała do San Diego i chętnie was razem obejrzała. Miałabym uciechę, patrząc na was i wiedząc, że dwaj samotni faceci nie wykorzystują tego tak, jak ja bym wykorzystała. - Nadal się śmiała. - Słuchaj, a może ty już nie możesz, co?
- Odbiło ci. - Rozłączył się. Mógł. Do tego Carson był przystojnym facetem. Każdy by zawiesił na nim oko. Niech by jeszcze zdjął te okularki, to by się nie odegnał. A może on, Colin, nie odegnałby od niego potencjalnych rywali. I to wszystko nie znaczy, że musi zaraz zaciągać go do łóżka. Owszem, mógłby. Widział wczoraj, jak Jessie na niego patrzył. Do tego jeszcze te krótkie, sugerujące wiele zdania... Po Ianie jakoś nie złożyło się, aby kogoś spotkał. Nie umiał z nikim być tak na jedną noc, tylko dla seksu. I przez ostatnie cztery miesiące jego życie seksualne było ubogie. Co więcej, ono nie istniało. To znaczy, że doskonale sobie radził sam i nadal da radę. Co z tego, że Carson pod tymi wąskimi spodniami ma cholernie seksowny tyłek? To nic nie znaczy. Dopiero po długiej chwili spostrzegł, że Andrea wciąż do niego dzwoni.
- Wiesz, że jesteś upierdliwa? - Mimo tego uwielbiał ją. Poznali się na studiach i od tamtej pory przyjaźnili ze sobą.
- E tam. To co nowego?
- Kolacja z teściami - powiedział z rezygnacją w głosie.