Running away 31
Dodane przez Aquarius dnia Sierpnia 24 2013 10:01:29


Rozdział 31

Flashback
Liam
Rainamar Ashghan. Syn mojego przyjaciela, a jednocześnie mężczyzna, którego nie darzyłem nigdy sympatią. Ten mały złośnik od dziecka mnie nie lubił. Pewnie inni ludzie śmieliby się z tego. Dzieci czasem mają swoje, sobie tylko znane powody. Zapewne mały Rainamar je miał, ale jego niechęć rosła razem z nim. Nie zaprzątało mi to głowy, póki nie zaczął rosnąć. Gdyby ktoś nie wiedział, to przypomnę, że to jest półork. Z czymś takim się nie bawi. Próbowałem wbić Derisowi trochę oleju do głowy, namawiając go na wysłanie najmłodszego syna do wojska. Ha, prawie wszystko co robiłem przez ostatnie dwadzieścia lat obracało się przeciw mnie.
Wracając do Rainamara… Otóż właśnie otrzymał on przepustkę z wojska. Byłem ciekawy, czy tej wspaniałej, Imperialnej armii udało się cokolwiek zrobić z jego nieobliczalnym zachowaniem i niekontrolowanym temperamentem. Żołnierz musi znać dyscyplinę. Chciałem po prostu mieć Rainamara jak najdalej od siebie. Niepokoił mnie dokładnie tak, jak ten imperialny narzeczony naszego dawnego uzdrowiciela, Vin’D’Arena. On też przyglądał mi się tak samo podejrzliwie, wręcz z gniewem!
Dziewiętnastolatek właśnie szedł w moją stronę. Ubrany był w żołnierską kurtkę, z emblematami Wschodniego Imperium, bryczesy i wysokie do kolan, czarne buty, zapinane na klamry. Przy spodniach nosił pas na miecz, jednak nie miał ze sobą broni. Dzięki Stwórcy… Czarne, wciąż krótkie włosy, jednak nosił zaczesane do tyłu, tak jakby ostatnio wcale ich nie ścinał.
- Rainamar, jak miło, że nas odwiedziłeś. - rzuciłem z sarkazmem.
W pierwszej chwili nic nie odpowiedział. Spojrzał na mnie tylko z tym chłodem w oczach, jak to miał zwyczaj zawsze robić. Ja jednak wiedziałem, że ten lód płonie niechęcią do mnie. Być może wręcz nienawiścią.
- Przyszedłem poszukać Casiusa. Matka mówiła, że jest w domu. - odparł półork.
- Ano jest. - odrzekłem. Skinął głową i udał się w stronę domu. Chwilę mu się przyglądałem. Naprawdę był wysoki, a treningi sprawiły, że przybyło mu mięśni. Pewnie we władaniu bronią także się poprawił. Cholera, teraz nie wiem, co mnie podkusiło, żebym namawiał Derisa na to szkolenie. Wtedy wydawało mi się to najlepszym rozwiązaniem.
- Jak ci się podoba w stolicy? - zapytałem, nie bez cienia złośliwości. Odwrócił się nagle, mierząc mnie spojrzeniem pełnym gniewu.
- Co cię to obchodzi?
- Chciałem tylko zapytać… - odparłem, krzyżując ręce.
- To jest moja sprawa. Jak to ująłeś - jestem już dorosłym mężczyzną i radzę sobie sam. Więc, szanowny panie, odpieprz się ode mnie. Dobrze wiesz, że gdybym mógł to w jednej chwili… - zaczął chłopak, lecz nagle przerwał, jak gdyby coś kazało mu zamilknąć. Zmrużyłem oczy i zbliżyłem się kilka kroków.
- To co? - zapytałem.
Nim zdążyłem pomyśleć, znalazł się przy mnie, wpatrując mi się intensywnie w oczy. Jego jasnobrązowe tęczówki płonęły.
- Gdybym wiedział, że nikt się nie dowie, zabiłbym cię. Nigdy bym tego nie żałował. - powiedział tak cicho, że ledwie mogłem go usłyszeć. Poczułem, że robi mi się zimno. Stał tak blisko, że słyszałem każdy jego oddech, lecz ja nie mogłem nic zrobić. Czułem się, jakbym wrósł w trawę. Zadrżałem gwałtownie i w tym momencie otrząsnąłem się z tego dziwnego stanu. Cofnąłem się nieco, nie spuszczając go oczu. Bałem się. Pierwszy raz w życiu.
Nie mogłem wydusić z siebie słowa. Tylko się na niego gapiłem, tak, jakby w każdym momencie mógł spełnić swoją prośbę. Niedorzeczne! Moje rozmyślania przerwał jednak mój syn, wychodząc z domu. Gdy tylko zobaczył Rainamara, rzucił mu się na szyję, pytając, jak jest w stolicy. Zielone oczy mego syna szybko mnie odszukały. Musiałem źle wyglądać, bo Casius skrzywił się i zapytał mnie, czy wszystko w porządku. Szybko wykręciłem się nadmiarem obowiązków i udałem się do domu. Ten pieprzony mieszaniec przeraził mnie. Naprawdę. Nie drżały mi ręce, nie przyspieszyło serce, jednak gdzieś z tyłu głowy słyszałem jego słowa. Zacisnąłem dłonie w pięści. Durne pogróżki młodego szczeniaka. Nie mogłem przecież brać na poważnie wszystkiego, co mówi. Potrząsnąłem głową, jakbym miał nadzieję, że wszystkie, niepokojące mnie myśli wylecą z niej. Spojrzałem w okno. Chłopcy rozmawiali ze sobą. Półork uśmiechał się tak, jak gdyby nasza rozmowa sprzed kilku minut wcale nie miała miejsca.
Nie… Nie chciałem myśleć o przyszłości…


End of a flashback

Rainamar
Siedziałem na schodach przed domem, zastanawiając się nad możliwą trasą, którą wyznaczyłem dla Leitha. Wydawała mi się ona najlepsza z możliwych. Skonsultowałem się nawet w tej sprawie z Casiusem i myśliwymi z jego gildii. Poparli moją decyzję, toteż uważałem, że przynajmniej tą sprawę mamy załatwioną. Wystarczyło udać się do tych całych ruin, po drodze odebrać medalion i dostarczyć go w bezpieczne miejsce. Już to brzmiało podejrzanie. Leitha ktoś śledził, a może nawet obserwował. Nie chciałem niepokoić Casiusa moimi podejrzeniami, bo nie zasnąłby, gdyby wiedział, że coś podobnego się dzieje. Nie znałem nawet zamiarów ludzi, którzy uprzednio zjawili się tutaj, ale pięciolatek mógłby się domyślić, że nie są one najmilsze. Nie mogłem też się niczego dowiedzieć. Ten dziwny człowiek, Adler, został zabrany do Zakonu Świętego Ognia i tam zajęli się nim magowie. Wolałem nie myśleć, co mogli mu zrobić. Przez to również nie zdobyłem żadnej wiedzy. Nie chodzi o to, że nie próbowałem. Oczywiście, że tak! Przesłuchiwałem go. Oczywiście w granicach własnych uprawnień! Niestety, zaciął się i mówił tylko o rzeczach nieistotnych. Cóż, magom być może udało się wyciągnąć z niego więcej, ale Leith także nie rozmawiał na ten temat. Wiedział więcej, niż chciał nam powiedzieć. To pewne.
Wilk biegał wokół mnie, próbując mnie zaczepić. Odgoniłem go, ale szybko wrócił, łasząc się i mrucząc. Pozwoliłem mu wskoczyć sobie na kolana. Był ciężki. Trudno było uwierzyć, że gdy Casius go znalazł wilczysko było wynędzniałe i chude.
Poczułem nagle czyjąś obecność. Odwróciłem się. W drzwiach stał Cahan, wpatrując się we mnie swoimi czarnymi, jak nieprzenikniona noc, oczami. Nie uśmiechał się. Był poważny i skupiony. Po chwili zszedł ze schodów i zatrzymał się tuż przede mną.
- Kapitanie. - rzekł, rzucając mi poważne spojrzenie.
- Czego chcesz? - zapytałem, nawet nie próbując ukrywać swojego zniecierpliwienia.
- Panna Tavir chyba mnie nie lubi. - odarł dosyć niespodziewanie.
- Trudno jej się dziwić. - rzuciłem z nutką złości. Nie miałem ochoty na rozmowy z tym człowiekiem. Za to, chętnie bym go skrzywdził. Zacisnąłem dłonie w pięści, ale zaraz je rozluźniłem. Durnymi pomysłami jeszcze nikt nigdy daleko nie zaszedł. Pokazuje to choćby historia ostatniego imperatora-szaleńca.
Cahan uśmiechnął się nieznacznie, ale najwidoczniej postanowił rozmawiać ze mną dalej, co mnie jeszcze bardziej rozzłościło.
- Wiem, że rozmawiała na mój temat z Leithem. - podjął.
- A co mnie obchodzi o czym ona rozmawiam z Daire? - zapytałem, mrużąc oczy.
- Cóż, wydaje mi się, że na podobny temat rozmawiała również z tobą, kapitanie Ashghan. - mówił dalej Revelin, nie zrażając się wcale moim tonem.
- No i co?
- Chciałbym wiedzieć, czy też mówiła o jakichś… przeczuciach? - wypalił prosto z mostu, nie pozostawiając zbyt wielkiego pola do manewru.
- To, o czym rozmawiam z Lilią Tavir jest tylko i wyłącznie moją sprawą. Jeśli chcesz się koniecznie dowiedzieć, co takiego mówiła, dlaczego jej nie zapytasz? Masz talent do zjednywania sobie ludzi, Revelin. - rzuciłem, próbując wciąż się uspokoić. Jednak skutkowało to tym, że wzbierała we mnie złość. Wprost zniecierpiałem tego człowieka. Z każdym dniem coraz bardziej.
Cahan pokręcił głową.
- Przecież to oczywiste, że nie zechce ze mną rozmawiać. Nie wiem, czy jej wytłumaczenie, że boi się magii mentalisty jest prawdziwe. Ona nie mówi wielu rzeczy, przykrywając je wygodnymi wymówkami. - stwierdził. Trafił w sedno. Sam chciałem się dowiedzieć, o co może chodzić Lilii. Może wbrew temu, co sama powiedziała, miała jakieś kontakty z Cahanem i teraz nie chce się do tego przyznać. Nie wiem, nie wiem. Zbyt wiele niewiadomych.
- Na pewno ma podstawy, aby się obawiać twojej obecności. Jeśli myślisz, że będę z tobą rozmawiać na jej temat, to jesteś w błędzie. Przecież umiesz wyciągać z ludzi ich własne myśli, po co ci to przesłuchanie?
- No cóż. - westchnął Cahan. - Tak czy inaczej jesteś rozsądnym facetem. Miej oczy otwarte. - dodał i bez pożegnania udał się w kierunku stajni, zapewne po swojego konia. Widocznie Leith skończył już z nim rozmawiać.
To co mi właśnie powiedział mentalista zaskoczyło mnie. Drugi raz tego dnia czyjeś słowa są dla mnie tak zrozumiałe jak danareńśkie pismo. Przez chwilę wpatrywałem się w sylwetkę czarownika. Co do cholery ten mentalista miał na myśli? Może on także wie coś, czego zdradzić nie chce. Oboje, on i Lilia, wydają się być podejrzliwi co do siebie nawzajem. Może rzeczywiście coś ich łączyło? Albo…
Domysłami niczego nie osiągnę. Nie widziałem też sensu w wypytywaniu Lilii o jej rzekome przeczucia. Zapewne zaczęłaby mówić zagadkami, jak ten czarny mag. Nie uśmiechała mi się wyprawa, której towarzyszą jakieś tajemnice i nierozwiązane problemy. Westchnąłem zrezygnowany, kolejny raz nie wiedząc, w co się pakuję…

***

Leith
Wybrałem się na krótki spacer z Cahanem. Chciałem omówić kilka drobnych szczegółów wyprawy, gdyż miałem nadzieję wyruszyć już w następnym tygodniu. Cahan słuchał mnie uważnie i wyglądało na to, że traktuje to bardzo poważnie. Jednak z drugiej strony, to nie potrafiłbym odczytać nastroju Cahana, choćbym się nad tym głowił cały wiek. Stwierdziwszy, że moje wysiłki i tak pójdą na marne, nie zaprzątałem sobie tym głowy i przedstawiłem mu pokrótce co ustaliłem z kapitanem Ashghanem. Mentalista ze wszystkim się ze mną zgodził. Co za ulga. Zazwyczaj Cahan ma wiele zastrzeżeń, nawet, jeśli nie ma żadnych podstaw, by przyczepić się do czegokolwiek.
Nie wiedząc jak, zawędrowaliśmy w okolicę żołnierskich baraków. Panował tu chaos. Żołnierze chodzili szybko w te i z powrotem, wyglądając jakby na nic nie mieli czasu. Chyba z przyzwyczajenia postanowiłem poszukać wzrokiem kapitana Ashghana. Na moje szczęście dostrzegłem go niemal natychmiast. Rozmawiał z jakimś jasnowłosym przystojniakiem. Mężczyzna ten szczerzył się do niego jak dziewka na wydaniu. Uśmiechnąłem się mimowolnie. Już chciałem podejść i się przywitać, kiedy Cahan zatrzymał mnie, kładąc mi rękę na ramieniu. Zdziwiło mnie to, ale o nic nie zapytałem. Młodszy czarownik przymknął czarne oczy, wciąż wpatrując się w kapitana. Ashghan nagle rozejrzał się wokół, jak gdyby czegoś szukał. Na krótką chwilę dotknął swojej głowy, jak gdyby zaatakował go nagły ból. Cahan natomiast wzdrygnął się i szeroko otworzył oczy.
- Cholera! - prawie wykrzyknął Cahan, co było u niego dosyć niespodziewane. - Ten suczy syn mnie zablokował! Hmm… musiał przejść dobry trening… - dodał z wielkim zdziwieniem wypisanym na ślicznej twarzy. Zapatrzyłem się w niego niczym cielę na malowane wrota. Wyglądał na naprawdę zaszokowanego przebiegiem całej sytuacji.
- Próbowałeś grzebać mu w głowie? - zapytałem z niedowierzaniem.
- Tylko trochę. - usprawiedliwiał się czarnowłosy z miną niewinnego dziecka. Uśmiechnąłem się krzywo na ten widok.
- No, no. Kto by pomyślał, że cokolwiek jest cię w stanie powstrzymać. Muszę ci jednak coś przypomnieć, bo widzę, że nie uważałeś na zajęciach mistrza Korneliusa. - rzekłem z wyższością. Nie zraziła mnie jego powątpiewająca mina. - Chodzi mi o to, że kapitan Ashghan jest w połowie orkiem. I oto cały klucz. Kornelius bez przerwy powtarzał, że mentalista musi się nieźle natrudzić, żeby cokolwiek zrobić z ich umysłami.
- Ha! A ja sądziłem, że to dlatego, że orkowie wcale nie myślą. - rzucił z krzywym uśmiechem Cahan.
- Niestety, muszę cie zmartwić, drogi przyjacielu. Kapitan Ashghan zaplanował całą moją wyprawę. Co więcej, uważam, że jego plan jest bardzo dobry. Sam przed chwilę nie miałeś żadnych zastrzeżeń. Chyba to wystarczy, by podważyć twoje przypuszczenia. Nie lubię go, ale… - przerwałem, znów spoglądając w stronę półorka. Wciąż pogrążony był w rozmowie z tym jasnowłosym cudem natury. Zastanawiałem się kto to może być. Na pewno nie Nolan Raighne, gdyż mam znakomitą pamięć do twarzy i wiem jak ów najemnik wygląda.
- Ciekawe kto to jest? - zapytał nagle Cahan, jak gdyby czytał w moich myślach. A może właśnie to zrobił? Nigdy nie byłem wybitnym czarownikiem. Dobrze zdawałem sobie sprawę z mojej sytuacji. Ja - przeciętny mag żywiołów o wąskim zakresie umiejętności dodatkowych, nie wyróżniający się praktycznie niczym szczególnym, prócz zdolnością do pakowania się w tarapaty. Miałem ochotę uderzyć się w łeb.
- Też się nad tym zastanawiałem. - przyznałem szczerze.
- Czy to nie ten żołnierz z karczmy? Ten, który obmacywał Ashghana po tym, jak śpiewał? - zastanowił się Revelin, rzucając mi krótkie spojrzenie.
- Możliwe. Nie znam się na żołnierzach. W tych mundurach wszyscy wyglądają identycznie. - wzruszyłem ramionami. Cahan przewrócił oczami w wyraźnym geście rozpaczy. Zaśmiałem się tylko i ruszyliśmy dalej. Nie chciałem przeszkadzać kapitanowi w jego konwersacji.
***


- Leith… - kapitan zaskoczył mnie. Wyglądał, jakby chciał ze mną rozmawiać. Nigdy nie robił tego z własnej woli, co jeszcze bardziej pogłębiło mój szok. Spojrzałem na niego pytająco, otwarty, niczym niezapisana księga. On okrążył pokój i usiadł w fotelu, naprzeciwko mnie, chwilę mi się przyglądając. Miał ładny kolor oczu, aż miło było popatrzeć. Uśmiechnąłem się mimowolnie. Obaj z Cahanem mieli ten dziwny chłód w oczach.
- Słucham cię, kapitanie Ashghan. - rzekłem wreszcie, odkładając kubek ze świeżo zaparzoną herbatą na stolik obok. Rainamar rozejrzał się wokół, jak gdyby miało to pomóc mu w sformułowaniu właściwych słów. Wreszcie wyprostował się i znów skierował swój wzrok na mnie.
- Wiem, że Lili z tobą rozmawiała. - mówił dalej, a ja czekałem cierpliwie na ciąg dalszy. - O Cahanie. - sprostował.
Zmarszczyłem brwi, przymykając nieco oczy. Czy oni wszyscy powariowali? O co chodziło z tym nieszczęsnym Revelinem!? Przecież mógłbym dać sobie rękę uciąć, że Cahan jest jednym z najlepszych magów w swoim cholernym profilu i już od wielu lat nie zdarzyły mu się żadne, niefortunne w skutkach incydenty! Żadne! Każdy, kto go znał, mógłby potwierdzić moje słowa!
- Tak, rozmawiała. - przyznałem, przyglądając mu się uważnie.
- Być może nie zauważyłeś, ale… Wydaje mi się, że ona już lekko histeryzuje, przedstawiając całą sprawę w takiej perspektywie. - rzekł kapitan. Teraz zdziwiłem się już porządnie. Przez chwilę milczałem, próbując znaleźć jakiekolwiek wytłumaczenie sytuacji.
- Cóż… - odparłem niepewnie. - Zapewne ma powody do obaw. Nigdy nie miała do czynienia z magią, co dopiero z mentalistą!
- O tym też myślałem. Wcześniej jednak nie miała problemów z tym, że zabierasz ze sobą Revelina. - powiedział Ashghan. Zastanowiło mnie to. Rzeczywiście, coś w tym było, ale nie podejrzewałem niczego.
- Co masz na myśli? - chciałem wyjaśnień.
- Może oni mieli jakąś przeszłość razem? Znali się? Byli… kochankami? - zaczął wymieniać Rainamar. Pokręciłem energicznie głową.
- Kochanków możesz wykreślić na samym początku. - przerwałem mu z nieukrywanym uśmiechem.
- Dlaczego? - zdziwił się. - Przecież to wydaje się logiczne. Może coś było między nimi i teraz doskonale się ukrywają, ale Lili…
- Zaufaj mi. Wiem, co mówię. To nie jest rzecz opierająca się czysto na zaufaniu do tego, co mi mówi Cahan, lecz na powszechnie znanych regułach magii mentalnej. Nie dowiesz się ode mnie więcej niż to, ale na wszystkie świętości mogę ci przysiąc, że między Lilią a Cahanem nigdy niczego nie było. Oni się wcześniej nie znali.
- Więc o co chodzi? - zapytał kapitan. Zdziwiło mnie to, że postanowił nie drążyć wcześniejszego tematu. Jednak nie zależało mi na ujawnianiu więcej, niż już powiedziałem. Byłem pewien, że Cahana i Lilię nic nie łączyło. Sam się zastanawiałem, dlaczego ona jest tak uprzedzona w stosunku do maga. Coś musiało być na rzeczy, skoro kapitan Ashghan się tym zainteresował.
- Chciałbym to wiedzieć. - przyznałem.
- Mówiła dziwne słowa. O tym, coś się nie skończy dobrze. Dla kogo? Co?
- Może obawia się o tą wyprawę? Może powinienem przekonać ją, aby pozostała tutaj, w Aeral? - zastanowiłem się na głos. Kapitan pokręcił głową.
- Nie zgodzi się. Obserwuj ją, zobacz, czy nie zachowuje się dziwnie, czy nie mówi czegoś, co twoim zdaniem wzbudza jakieś podejrzenia, jest dziwne. Może ktoś powiedział jej jakąś niedorzeczną historię? Wiesz dobrze, jak magia działa na ludzką wyobraźnię. - rzekł kapitan. - Poza tym bądź gotów. Mam jeszcze spotkanie z generałem i będę wolny.
- Doskonale. - rzekłem bez cienia kłamstwa. - Długo czekałem na tą chwilę.
- Mam nadzieję, że żaden z nas tego nie pożałuje. - odparł kapitan i wstał z fotela. Spojrzałem za nim, gdy wychodził z domu, zapewne by nakarmić konie.
- Ja też mam taką nadzieję… - westchnąłem, wbijając wzrok w drewnianą podłogę.