Za trzy punkty 8
Dodane przez Aquarius dnia Czerwca 15 2013 13:30:59


Joker z radajgerem


Rano było jeszcze gorzej z Pawłem, a także z atmosferą, jaka panowała w mieszkaniu. Nie, żeby kiedykolwiek była świetna, ale tamtego dnia to, co działo się w domu, przekraczało wszystkie dotąd znane mi granice. Było… cicho. Po prostu cicho. Nikt do nikogo się nie odzywał, nikt na nikogo się nie wydzierał, a co najważniejsze - nikt się nie awanturował. Paweł nie próbował wypieprzyć ojca z domu, tak jak robił to niemal każdego ranka, kiedy znajdował go w kuchni, kompletnie zalanego i chętnego do wszczęcia kłótni. Bo ojciec nie był ani zalany, ani chętny do kłótni. Nie rzucał się na nas, nie wyzywał nas, nie przeklinał. Po prostu siedział przy blacie, wpatrując się w swoją, zimną już, kawę smutnym wzrokiem.
Z początku, gdy go takiego zobaczyłem, myślałem, że po prostu taki humor mu się udzielił po pijaku. Ale nie, on był całkowicie trzeźwy. Podniósł na mnie spojrzenie znad kubka, przyjrzał mi się dokładnie i westchnął. Ciężko, żałośnie. Jak najbardziej pokrzywdzona osoba na tym świecie. Momentalnie nabrałem ochoty przywalenia mu za to spojrzenie, za westchnięcie i za jego zgarbioną postawę. Bo nie był niewinny, sam sobie na to pracował przez te wszystkie lata.
Ale tego nie zrobiłem, mimo że byłem mocno tym wkurzony. Obrzuciłem go jedynie pełnym politowania spojrzeniem, przeszedłem obok niego i zajrzałem do lodówki, z której wyciągnąłem ser, bo wcale nie miałem dużego wyboru. Oprócz tego znajdowała się w niej jeszcze stara szynka, końcówka mleka i kilka kiszonych w słoiku. Ach, no i Delma, a raczej jej resztki.
Czym prędzej zrobiłem sobie kanapkę i wróciłem do pokoju, żeby jak najmniej czasu spędzić w towarzystwie ojca, który całą swoją postawą przypominał wór nieszczęść. Obawiałem się, że jeszcze moment, a faktycznie nie wytrzymam i mu przywalę. Bo kto jak kto, ale on nie miał prawa mieć do nikogo żalu, jak już, to do siebie. I nie powinien zachowywać się jak pokrzywdzone niewiniątko.
Wszedłem do pokoju i niemal od razu tego pożałowałem. Tu też nie było najlepiej. Paweł siedział na swoim łóżku, wpatrując się (jak jakiś psychol, cholera!) w podłogę. Miałem ochotę odrzucić swoją kanapkę na bok, podbiec do niego, złapać za ramiona i wykrzyczeć, że ma się, do kurwy nędzy, ogarnąć!
Nic jednak nie zrobiłem, zacisnąłem jedynie usta, podszedłem do swojego łóżka i na nie opadłem, po czym w zawrotnym tempie pożarłem kanapkę. Czasami mi się wydawało, że mój przełyk był ogromny.
- Idę - powiedział nagle Paweł, kiedy ja ocierałem dłonie o T-shirt, żeby pozbyć się z nich resztek jedzenia. Zerknąłem na niego zdziwiony, ale nic nie powiedział, nawet na mnie nie spojrzał. Wstał, jakby machinalnie, z łóżka i bez słowa wyszedł.
Westchnąłem ciężko, opadając na posłanie i wbijając wzrok w pożółkły sufit. Śledziłem wzrokiem jedno pęknięcie, które w pewnym momencie rozbijało się na kilka mniejszych. Dzisiejszy dzień będzie straszny, stwierdziłem. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co się stanie jak mama wróci. Jeszcze ojciec zacznie się nią opiekować… Prychnąłem, mając tę dziwną scenę przed oczami.
Oprócz tego, cholera… piłka. Gdyby Paweł dowiedział się, że jej nie ma, prawdopodobnie zabiłby mnie, mając na uwadze jego aktualnie spieprzony humor. I z pewnością nie byłaby to przyjemna śmierć. Może nie kosztowała majątku, bo coś około stu złotych, ale sam bardzo o nią dbał, a ja ją tak po prostu zostawiłem na boisku. Nawet nie zauważyłem, że jej nie zabrałem z powrotem!
No i był jeszcze Sebastian… Dlaczego, pytałem się, akurat on musiał ją mieć? Nie chciałem się już z nim spotykać, nie po tym, co mu nabredziłem. A jednak, jeżeli chcę zachować głowę, powinienem ją jak najszybciej odzyskać.
Spojrzałem na telefon, wzdychając ciężko. Wczoraj napisałem mu, że spotkamy się na Orliku o osiemnastej, czyli zaraz po mojej pracy, ale jak dotąd nie odpisał. Może, dlatego że wysłałem mu tą wiadomość w nocy? O drugiej? A na dodatek teraz była godzina ósma, więc mógł nawet nie odczytać?
- Przecież to logiczne - mruknąłem pod nosem, łapiąc za plecak i zdając sobie sprawę, że właśnie zaliczam się na kandydata do wariatkowa. Mówienie do siebie to pierwsza oznaka szaleństwa, później już będzie tylko gorzej. I idąc dalej tym tokiem myślenia, przepełnionym czarnym humorem, doszedłem do wniosku, że faktycznie będąc w tym domu, z dziwnym Pawłem obok, jeszcze dziwniejszym ojcem i schorowaną matką, mogę zwariować.

***


Spojrzałem na zegarek w telefonie, po czym z ciężkim westchnięciem wsunąłem komórkę do kieszeni i wróciłem do zmywania. Jeszcze nie odpisał, a zbliżała się piętnasta i musiałem odzyskać tę piłkę jeszcze dzisiaj, jeżeli chciałem, żeby Paweł niczego się nie dowiedział. Zmarszczyłem brwi, nieco machinalnie sięgając po kolejne naczynia i równie bezmyślnie je myjąc, w dosyć szybkim tempie, co było wymagane w tej pracy. Gdybym choć trochę zwolnił, prawdopodobnie bym się nie wyrobił.
- Ja po filiżanki. - Na zmywak weszła Ada, dziewczyna, którą poznałem pierwszego dnia w Kawiarni Wróblewskich. Obejrzałem się przez ramię i ruchem głowy wskazałem na blat, na którym równiutko poustawiane były kremowo-brązowe filiżanki z brązową podobizną wróbla.
- Dużo ludzi jest? - zapytałem, odbierając z okienka kilka pucharków po lodach.
- No, mówię ci, masakra. Wszystko nam się kończy, więc zaraz znowu przyjdę - powiedziała, a ja potaknąłem.
Stojąc tak nad tym zlewem i uwijając się jak jakaś mrówka, cały czas wyczekiwałem, aż telefon zawibruje mi w kieszeni. Zdałem sobie sprawę, że jak Sebastian nie odpisze to będę musiał do niego zadzwonić. Kuźwa, przeklinałem w myślach, a jednocześnie stwierdziłem, że fajnie będzie usłyszeć jego głos przez komórkę.
- Kuźwa - zmieliłem cicho pod nosem, garbiąc się nad zlewem i czując się dziwne zdenerwowany na samą myśl o wykonaniu telefonu do niego.

***


Westchnąłem, patrząc na ekran uparcie, zupełnie jakbym mógł samym spojrzeniem wymusić nadejście wiadomości od Sebastiana. Ale chyba nie posiadałem żadnych czarodziejskich mocy, jak te wróżki z „tvn”, co to je puszczają po nocach, żeby babcie mogły wydać ostatnie pieniądze na telefon do nich i dowiedzieć się, co takiego czeka ich w przyszłości.
Męska decyzja, Kacper, pomyślałem i nacisnąłem na „połącz”. Przyłożyłem słuchawkę do ucha i idąc wolno w stronę Orlika, czekałem aż odbierze.
- Halo? - usłyszałem jego niski, bardzo przyjemny głos. Ale to nie czas na rozpływanie się nad tym, upomniałem się, po czym, niemal wyrecytowałem układaną godzinami banalną formułkę:
- Tu Kacper, możesz przyjść na Orlik i oddać mi piłkę? - Prawie że widziałem, jak się uśmiecha. Kpiąco, a zarazem jakoś tak pociągająco, że nie można było oderwać od tego uśmiechu wzroku.
- Będę za piętnaście minut, pasuje? - zapytał.
- Jasne, to do zobaczenia. - I czym prędzej się rozłączyłem, ciesząc się, że tę rozmowę mam za sobą.

Kilkanaście minut później byłem już na miejscu. Sebastian czekał na mnie na ławce przy boisku i gdy tylko przekroczyłem bramę Orlika, uśmiechnął się szeroko w moją stronę. Cholera - myślałem, podchodząc do niego - jeszcze dzień temu mu nawrzucałem, a on nawet nie ma ochoty obić mi za to mordy? Ja, będąc na jego miejscu, zamiast uśmiechu sprzedałbym cios z pięści, ale jak już zauważyłem, Sebastian był całkiem inny. Nie potrafiłem go rozgryźć, a momentami (które zdarzały się niezwykle często) bardzo chciałbym dowiedzieć się, co takiego roiło się pod jego kopułą.
Na przykład w tamtej chwili, kiedy stanąłem przed nim, a on z tym swoim szerokim uśmiechem przywitał się ze mną jak z kolegą. Jakbym dzień wcześniej wcale go nie obraził.
- No siema - odpowiedziałem zdawkowo na jego zadowolone „cześć!”. Momentalnie poczułem zdenerwowanie podobne do tego, które ogarnęło mnie chwilę temu, gdy do niego dzwoniłem. Chrząknąłem i miałem nadzieję, że on wcale nie zauważył mojego zakłopotania. Kpiący uśmieszek i zaciekawiony wzrok, jaki we mnie wbił, utwierdził mnie w tym jak bardzo się myliłem. Kurwa, przekląłem w myślach. - To… ten. - Ponownie odchrząknąłem. - Przyszedłem po piłkę. - Ruchem głowy wskazałem na przedmiot, jaki trzymał w dłoniach. Spojrzał na niego i pokiwał głową, po czym tak po prostu mi go podał. Odebrałem NIKE i… to już? - zapytałem samego siebie, zerkając na niego jeszcze ze słabo ukrytym zdziwieniem.
Najwidoczniej już, stwierdziłem, kiedy on nic nie zrobił, a jedynie wciąż siedział i patrzył. Cholera, już chyba wolałbym, aby coś powiedział. Aby wyśmiał mnie za moje zakłopotanie, obraził jakoś… A nie, po prostu uśmiechał się w taki sposób, że nie miałem pojęcia, co ten uśmiech znaczył, a znaczyć zapewne mógł wiele.
Nie chcąc robić z siebie debila, wystarczająco długo już go grałem, mruknąłem pod nosem ciche „nara” i odwróciłem się, aby opuścić Orlik. Jednak wtedy odezwał się, a ja słysząc jego głos, przystanąłem i obejrzałem się przez ramię.
- Bardzo się mnie brzydzisz? - zapytał, wciąż się uśmiechając i najwidoczniej mając z tej sytuacji jakiś chory ubaw.
- Co? - wydusiłem z siebie, bo na nic innego chyba nie było mnie w tamtej chwili stać. Niech żyje elokwencja. Bo moja zdychała gdzieś pod płotem.
- Bo jeżeli nie aż tak bardzo, to może wykrzeszesz z siebie resztki tolerancji i zagrasz ze mną? - zapytał, a ja nie miałem najmniejszego pojęcia, co mogę na to odpowiedzieć. Nawet, jeżeli zawsze mówiłem dużo i zazwyczaj potrafiłem odparować atak słowny, tak przy nim ciężko było mi cokolwiek wymyślić. I to mnie wkurwiało. Tak bardzo, że nabrałem ochoty na zostawienie mu kolejnej blizny na tej jego (ładnej i kształtnej) dolnej wardze.
Wzruszyłem jedynie ramionami i zamiast mu odpowiedzieć, po prostu podszedłem do ławki, aby zostawić na niej swoją bluzę. Uważnie mnie obserwował, wcale nie kryjąc przy tym zadowolenia.
- Zaczynasz - powiedziałem do niego, podając mu piłkę, bo nigdzie nie widziałem jego Spaldinga. Odebrał ją zgrabnie, po czym parsknął i nawet nie uprzedzając, oddał ją rzutem sprzed klatki piersiowej.
- To ty zawsze przegrywasz. Zacznij, dla własnego dobra - odparł, nie spuszczając ze mnie wzorku. Czekał na moją reakcję, którą otrzymał natychmiastowo. Nie będzie sobie ze mnie żaden dureń kpił. Nawet, jeśli był cholernie przystojnym durniem, z cudownym uśmiechem, głosem i masą innych, idealnych cech. Z taką myślą ruszyłem przed siebie, prosto na kosz, dając mu znać, że mecz właśnie się zaczął, i że kosz, w kierunku którego biegnę, jest jego, tak więc powinien ruszyć dupę, jeżeli nie chciał stracić kilku punktów. Ale najwidoczniej nie chciał, bo już po chwili znalazł się przy mnie, próbując zablokować.
Sapnąłem coś pod nosem. Nie pamiętam już, czy było to przekleństwo, czy zwykłe niezrozumiałe zdenerwowane warknięcie, ale, jakby w furii złapałem piłkę, momentalnie stając i zamachując się. Jakie było moje zdziwienie, kiedy spojrzałem w stronę kosza i zobaczyłem piękny, wręcz idealny rzut, dzięki któremu zdobyłem trzy punkty. Sebastian też chyba się zdziwił, bo już zapewne zdążył zauważyć, że z celnością to nie jest u mnie najlepiej. Posłał mi szeroki uśmiech, po czym pobiegł po piłkę.
- O, widać, że momentami nie jesteś tak beznadziejny, jak mi się wydawało - zaśmiał się. Zmarszczyłem brwi, wbijając w niego początkowo nierozumiejące spojrzenie. Sam kiedyś powiedział mi, że jestem dobry… O co mu, do kurwy nędzy, chodziło? Chyba nie będę w stanie zrozumieć, ale za to miałem ochotę mu przyłożyć. To trochę przerażające, jednak bardzo często miałem chęć tak zrobić, a on był jedynym takim przypadkiem w całej mojej karierze. Nawet, jak mnie ktoś denerwował, to i tak myśli o przywaleniu mu nie nachodziły mnie aż tak często, jak to było w przypadku Sebastiana. I, rzecz jasna, o nikim też nie myślałem w tych trochę innych kategoriach, w jakich nie powinienem myśleć o żadnym facecie.
Sebastian, tak jak ja chwilę wcześniej, bez uprzedzenia ruszył na mój kosz. Właściwie, w tej naszej grze mało pozostało z zasad koszykówki, zauważyłem chwilę później, gdy wyrwałem mu piłkę, popychając go w zdenerwowaniu. Nie skomentował tego, tylko najwidoczniej również poddając się emocjom, ruszył na mnie. Mierzyłem go wzrokiem, odbijając piłkę i unikając jego dłoni. Prychnął i w najmniej oczekiwanym momencie, popchnął mnie tak jak ja kilka chwil temu jego. Odebrał piłkę, podbiegł do kosza i wykonał spektakularny wsad.
Zmarszczyłem brwi, czując, jak wszystkie emocje z wczoraj i dzisiaj kumulują się we mnie. Złapałem za piłkę, odbijając ją żarliwie. Wykonałem dwutakt z lewej i w momencie, kiedy miałem oddać rzut, Sebastian pojawił się przede mną. Zdzieliłem go więc z łokcia i zamachnąłem się, idealnie celując w obręcz.
- Zaczyna robić się ciekawie - skomentował, łapiąc się za żebra. Zmierzyłem go jedynie poirytowanym spojrzeniem i z furią podałem mu piłkę. A że przez przypadek trafiłbym w twarz, to nie moja wina. Nierozkwaszony nos Sebastian zawdzięczał tylko swojemu refleksowi. - Mało to ma wspólnego z koszykówką - stwierdził, obracając piłkę w dłoniach - ale okej. - Uśmiechnął się do mnie jeszcze, po czym bez uprzedzenia naparł na mój kosz. Napędzany silnymi emocjami, ruszyłem za nim i nie zauważyłem momentu, w którym zatrzymał się przed linią za trzy punkty, aby oddać rzut. On najwidoczniej też nie dostrzegł mnie, bo zapewne by się odsunął. Wpadłem na niego, przewalając i przyciskając do asfaltu całym swoim ciężarem ciała. A trochę tego było, bo rozpędzone siedemdziesiąt kilogramów chyba nie jest najprzyjemniejszą rzeczą, jaka może na kogoś spaść.
Czułem, jak moje kolano wbija się w jego plecy. Piłka potoczyła się gdzieś dalej i gdyby nie ciche „ja pierdolę”, które rozległo się pode mną, zapewne leżałbym tak jeszcze chwilę na Sebastianie. Podniosłem się momentalnie, patrząc nerwowo na niego, zwróconego twarzą do podłoża. Warknął coś jeszcze pod nosem, a ja stwierdziłem, że wypadałoby mu pomóc. Może i jeszcze kilka sekund wcześniej miałem mordercze zamiary i z chęcią wbiłbym mu jeszcze parę razy łokieć w żebra, to jednak poczułem się w pewien sposób winny. Pomogłem więc mu się podnieść i jakby z ulgą stwierdziłem, że jego twarz ma się dobrze. Żadnego zadrapania, nawet ta nieszczęsna warga nie nabyła nowych obrażeń. Problemem jednak były zdarte do mięsa dłonie i kolana.
Spojrzał na rany krzywiąc się, po czym przeniósł wzrok na mnie. Zapatrzył się na chwilę, a gdy już miałem pytać o co mu, do cholery, chodzi, tak po prostu parsknął śmiechem.
- Zapamiętam, żeby już nigdy cię nie wkurwiać przed meczem - powiedział, kręcąc głową i uspokajając się.
- Że co? - zapytałem jakże inteligentnie.
- Chciałem cię wkurwić, ale teraz stwierdzam, że to nie był najlepszy pomysł - wyjaśnił, wzruszając ramionami. Prychnąłem, łapiąc go pod ramię i pomagając mu wstać. W tamtym momencie znaleźliśmy się niezwykle blisko, tak, że byłem w stanie wyczuć jego intensywny zapach będący mieszanką jakichś dobrych, męskich perfum i potu. Ale wbrew pozorom wcale mnie to nie odrzuciło, a chyba powinno. Kiedy już stał na własnych, może nieco poharatanych, nogach, odsunąłem się szybko od niego.
- Sorry - burknąłem jedynie, czując, że coś powinienem powiedzieć.
- Spoko, zdążyłem się już przyzwyczaić, że każde spotkanie z tobą to nowe blizny - powiedział, na co ja odchrząknąłem nieco zbyt nerwowo. To „spotykanie” trochę dziwnie zabrzmiało w ustach Sebastiana, ale nie skomentowałem.
- Chyba koniec na dzisiaj, co? - zmieniłem temat, zakładając ręce na piersi i prostując się, aby wyglądać trochę pewniej.
- Wolałbym nie pozbawić siebie nogi czy ręki - zaśmiał się, kuśtykając w stronę ławki, na której leżały nasze rzeczy. Poszedłem za nim, obserwując jego zgrabne pośladki w krótkich do kolan, dżinsowych spodniach. Nie tylko łydki to on miał zgrabne, stwierdziłem mimochodem, dalej wgapiając się w jego cztery litery. Gdy zdałem sobie sprawę, na co patrzę, miałem momentalnie ochotę wykopać sobie własnoręcznie dół. Kuźwa, niczego nieświadomy facet idzie przede mną, a ja myślę o jego dupie, warczałem na siebie i wyminąłem go, aby ukrócić moje fantazje. Złapałem za bluzę i, tym razem z piłką w ręce, miałem zamiar odejść.
- Ej, no - zatrzymał mnie. - Chyba mnie tak nie zostawisz, co? - Uniósł swoje, dosyć mocno krwawiące, ręce.
- No przecież sam jakoś dojdziesz do domu, nie? Czy zanieść cię trzeba, księżniczko? - prychnąłem, niezadowolony wizją spędzenia z nim kilku minut dłużej. Bo moje myśli krążyły nie w tych rejonach, co trzeba, bo podoba mi się jego zapach, jego dupa, jego wszystko! A on i tak już zauważył, że często mu się przyglądałem, nie chciałem pogrążać się jeszcze bardziej.
- Zanieść nie, ale tymi rękami to ja nawet bandaży nie rozpakuję - wyjaśnił. - Chociaż jak chcesz mnie nieść, to chętnie skorzystam - dodał zaraz, uśmiechając się, jak to miał w swoim zwyczaju, szeroko i seksownie. Lubiłem, gdy to robił. Podobały mi się dołeczki w jego policzkach, jakie powstawały przy jego najmniejszym uśmiechu.
- Nikt inny ci tego bandaża nie może rozpakować, tylko muszę to być akurat ja? - zapytałem, unosząc brwi i pomijając kwestię z niesieniem go do domu.
- Nikogo nie ma u mnie. - Wzruszył ramionami. - A jakby nie patrzeć, to twoja wina, bo latałeś po tym boisku jak koleś z żółtymi papierami - dodał. Popatrzyłem na Sebastiana, zastanawiając się chwilę, po czym podszedłem i zabrałem z ławki jego bluzę, żeby nie poplamił jej krwią. Dość często nie ma jego rodziców w domu, myślałem. - Rozumiem, że chcesz pobawić się w pielęgniarkę? - zapytał wesoło, ruszając powoli do wyjścia z Orlika.
- Spadaj - odmruknąłem.
- Sorki, ale nie mam w domu kiecki pielęgniarki. Za to pokojówka się znajdzie - mówił dalej. Zerknąłem na niego, nagle zainteresowany.
- Masz w domu strój pokojówki? - zapytałem, nie potrafiąc powstrzymać cisnącego mi się na usta uśmiechu. W odpowiedzi zaśmiał się, wolno kuśtykając obok mnie. Kiedy tak patrzyłem na jego mocno zdarte (bez blizn się nie obejdzie) kolana, trochę mu współczułem. Bo ruszanie nogami w takim stanie i co rusz naciąganie skóry, z pewnością nie należało do rzeczy przyjemnych.
- Nie - powiedział. - Ale gdybym miał, to co? Założyłbyś? - zadał pytanie, z szerokim uśmiechem. Parsknąłem, kręcąc rozbawiony głową.
- Nie, ale tobie pewnie byłoby do twarzy w krótkiej kiecce - stwierdziłem i chociaż nie chciałem… naprawdę nie chciałem, to przed oczami pojawiła mi się wizja Sebastiana w czarnej sukience, z dużym dekoltem i białym fartuszkiem przewiązanym w pasie. Nie potrafiłem powstrzymać parsknięcia śmiechu, bo z pewnością nie był to taki widok, jaki chciałbym ujrzeć. Sebastianowi byłoby lepiej bez tej kiecki. Bez jakiegokolwiek zbędnego materiału.
- I pomyśleć, że to ty nazwałeś mnie wczoraj zboczeńcem - powiedział nagle, rozbawiony. Spojrzałem na niego i tylko wzruszyłem ramionami, tym samym ucinając rozmowę. Bo wolałem nie powracać myślami do tego, co mu wczoraj powiedziałem.

Dalsza droga do jego domu, a raczej cholernie wielkiej willi, upłynęła nam w milczeniu, które wcale nie było aż tak uciążliwe, jak mogłoby się zdawać. Właściwie to fajnie sobie tak z nim od czasu do czasu po prostu pomilczeć, stwierdziłem, kiedy szedłem tuż obok niego, co chwilę zerkając to na nowe rany, to na bliznę na jego wardze.
- Będę miał po tobie sporo pamiątek - stwierdził Sebastian, ruchem głowy wskazując mi na drzwi. W pierwszym momencie nie zrozumiałem, dopiero po chwili przypomniało mi się, że przecież ma rozwalone dłonie i zapewne dotykanie klamki nie byłoby miłym uczuciem. Zreflektowałem więc i sięgnąłem do klamki. Przekręciłem, jednak zamek nie ustąpił. - Wyciągnij klucz z mojej prawej kieszeni - powiedział, kierując wzrok na swoją nogawkę. Powędrowałem tam spojrzeniem, a moje serce momentalnie przyspieszyło swoje bicie. Że co, że mam go tam wymacać? - myślałem gorączkowo, ale gdy zdałem sobie sprawę, że stoję jak idiota i wpatruję się w jego uda, ocknąłem się. Wyciągnąłem rękę, czym prędzej, może trochę zbyt nerwowo, wsunąłem mu dłoń do kieszeni, łapiąc za mały pęk kluczy. - Ten największy - powiedział, wyraźnie rozbawiony. Idiota.
Otworzyłem przed nim drzwi, wpuszczając nas do wielkiego, jasnego holu. Udawałem, że sytuacja sprzed chwili nigdy nie miała miejsca, a on chyba też nie chciał jej wypominać. I dobrze, bo jak Boga kocham - dorobiłby się kolejnych blizn.
- Przekręć jeszcze zamek - powiedział. Kiwnąłem głową i wykonałem polecenie. Sebastian ruszył przodem, jako że ja nawet nie pamiętałem już, gdzie tu kuchnia. Zaczął wspinać się po schodach, a ja, jak ten pies, bo raczej wolałem się nie wychylać i tak sporo go już poturbowałem, ruszyłem za nim. Znaleźliśmy się w przestronnym korytarzu, z wielkim oknem francuskim na samym jego końcu, obok którego w jasnej doniczce stał jakiś kwiat. Jakiś, bo potrafiłem go jedynie opisać jako zielony krzaczek. Nie znałem się na zielsku.
- Teraz te - wskazał na ciemnobrązowe drzwi. Złapałem za złotą gałkę i przekręciłem, zdając sobie nagle sprawę, że zaraz znajdę się w jego pokoju. A przecież sypialnie są trochę… intymne. Nie wiem dlaczego, ale w tamtym momencie puls mi podskoczył, a gdy znalazłem się w zwykłym pokoju zwykłego nastolatka, wcale nie zwalniał. Czułem, jak serce wali mi w piersi, kiedy rozglądałem się po dużym pomieszczeniu ze zwykłym łóżkiem zakrytym brązową narzutą, z jasnymi ścianami obwieszonymi plakatami, czy to filmowymi, czy też zespołów, ale tym, co najbardziej przykuło moją uwagę, była perkusja. Stała pod jedną ze ścian, tuż obok płaskiego telewizora, jaki się na niej wdzięczył.
- Grasz? - zapytałem, wskazując na instrument.
- Próbowałem - odparł, wzruszając ramionami. - Tak jak też wielu innych rzeczy - dodał, siadając na łóżko. - Tam jest łazienka - wskazał na drzwi znajdujące się naprzeciwko łóżka. - W szafce nad umywalką powinna być apteczka, przyniesiesz? - zapytał, na co ja kiwnąłem głową, jeszcze raz spoglądając w stronę instrumentu. Zastanawiałem się, czy nie poprosić Sebastiana o wypróbowanie go.
Wszedłem do łazienki, która była dosyć małym pomieszczeniem. Małym i zabałaganionym, ale to wcale mnie nie odrzuciło. Wręcz przeciwnie, sprawiło dosyć miłe wrażenie. Nawet ta masa pustych opakowań po kosmetykach na półce pod prysznicem, nieco ubrudzony od pasty zlew i poprzewieszane byle jak ręczniki. Uśmiechnąłem się mimowolnie, sięgając do szafki, zgodnie z poleceniem Sebastiana.
Wróciłem z czerwonym pudełkiem, takim, jakie kupuje się w aptekach. Położyłem je na łóżko, po czym powróciłem do rozglądania się po pokoju. Z jednej strony widać było, że Sebastian jest bogatym bachorem, bo w końcu kto ma w pokoju Playstation 3, Nintendo Wii, dwa laptopy Apple na biurku, komputer stacjonarny, wielki plazmowy telewizor i, widać, że nietanią, perkusję? Ale z drugiej strony w jakiś dziwny sposób przypominał pokój przeciętnego nastolatka. Przez te plakaty, ten chaos, jaki wprowadzała kupka rzeczy zalegająca na skórzanym fotelu i gdzieniegdzie porozstawiane brudne naczynia.
- Super, że przyniosłeś, ale no wiesz, sam nic z tym fantem nie zrobię - powiedział, ściągając mnie na ziemię, a raczej na jasne panele jego sypialni. Spojrzałem na niego i kiwnąłem głową, sięgając do apteczki, z której po chwili wyciągnąłem bandaże i wodę utlenioną. - Chyba jednak wolę, jak mówisz, nawet, jeżeli wtedy zazwyczaj mnie obrażasz - powiedział. Zerknąłem na jego twarz zdziwiony, zdając sobie nagle sprawę z bliskości, w jakiej się znajdowaliśmy. Odetchnąłem ciężko, odrzucając od siebie myśli o jego ładnie zarysowanym jabłku Adama, umięśnionych ramionach i pełnych ustach.
- Spoko, jak już nie będę miał cię na sumieniu, wrócę do obrażania - odpowiedziałem, sięgając po jego dłoń. Zmarszczyłem brwi, dostrzegając na niej piasek. - Trzeba najpierw przemyć - chciałem dodać jeszcze „idioto”, ale się powstrzymałem. Kiwnął głową i poczłapał za mną do łazienki.
Miałem wprawę w opatrywaniu ran. W końcu czasem zdarzały się nam, czy to mi, Pawłowi, czy Arkowi, jakieś obrażenia. Nawet nie podczas grania w koszykówkę. Jako dzieci cierpieliśmy na syndrom niepotrafienia usiedzenia w miejscu, a płoty, drzewa, czy dachy komórek, bądź też niższych domów, nie stanowiły dla nas żadnej przeszkody. Czasem zdarzało się postawić nogę nie tak jak trzeba albo zahaczyć jakąś kończyną o wystający pręt. Chcąc nie chcąc, musiałem się jako tako nauczyć opatrywania ran.
- Dzięki - powiedział Sebastian ze szczerym uśmiechem, spoglądając na swoje obandażowane dłonie.
- To będę spadał - mruknąłem, wstając z łóżka.
- A nie napiłbyś się piwa? - zapytał. Zerknąłem na niego, unosząc brwi. Z jednej strony chciałem jak najszybciej stamtąd wyjść, a z drugiej jeszcze trochę z nim pobyć. - No daj spokój! Jutro niedziela! - zachęcił.

Odkapslowałem butelkę piwa i podałem ją Sebastianowi, który ostrożnie ją ode mnie odebrał. Siedzieliśmy w jego ogrodzie, niedaleko basenu. I musiałem przyznać, że było całkiem przyjemnie, nawet, jeżeli brzęczące koło ucha komary i inne świństwa, jak meszki, atakowały nas. Nawet świeczka, która powinna odganiać owady, nic nie dawała. Wydawałoby się nawet, że je przyciągała, a nie odstraszała.
Oprócz owadów było też coś, co teoretycznie powinno sprawić, że miałbym ochotę odejść stąd jak najdalej. Tym czymś był wielki, sapiący Son Goku, przewracający się z jednego boku na drugi i dopraszający się, abym go głaskał. Nie, że w ogóle zacząłem. Po prostu tak się zdarzyło, że zrobiło mi się go żal, bo pies mnie na krok nie odstępował i wyciągnąłem do niego rękę. A że bydle przebiegłe, to wykorzystało nadarzającą się okazję i już nie chciało mi dać spokoju.
Ale, nawet jak na psa, coś w nim było. Nie lubiłem go, to oczywiste. Ja nie lubię zwierząt, po prostu Son Goku był chyba najładniejszym psem, jakiego widziałem. Nie żaden z niego śmierdzący kundel. Samojed, jak mnie poinformował Sebastian. Musieli go często kąpać, by nie capił, a jego sierść aż lśniła, a skoro był tak wypielęgnowany, to aż miło się go dotykało.
Sięgnąłem po swoje piwo. Tym razem padło na Pilsner, ale nie narzekałem, chociaż właściwie wolałem zwykłą Tatrę, czy Harnasia. Lepsze, a tańsze. Jednak skoro to on stawiał, przecież nie będę się kłócić.
- Twoich rodziców często nie ma? - zapytałem, spoglądając na niego kątem oka. Właściwie to miałem wrażenie, że Sebastian nie ma tak cudnego życia, jakby się wydawało. Może i miał masę kasy, pięknego, rodowodowego psa, ale co z tego, skoro prawie zawsze był tu sam? A przynajmniej tak w tamtej chwili sądziłem. Może nie chciałem po prostu myśleć o nim, jako o dzieciaku, który, nie dość, że żyje w takich warunkach, to jeszcze ma kochającą rodzinę? Może na siłę chciałem nadać jego życiu jakichś ciemniejszych barw? Może…
Pokręcił głową, biorąc dużego łyka piwa i poklepał psa po tyłku. Siedzieliśmy na trawie, a zwierzę rozwaliło swoje cztery litery tuż przed nami, co chwilę trącając łapą, gdy któryś z nas przestał go głaskać. Nie ma co ukrywać, przebiegła bestia.
- No, ostatnio trochę im się podróży zachciało. - Pokiwał głową, przeczesując sierść Son Goku. Zapadło milczenie, podczas którego ja już byłem pewny, że jest tak jak podejrzewałem. - Ej, ej! - powiedział nagle, po chwili przyglądania mi się. - Dziwnie to zabrzmiało. - Zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc, więc sięgnąłem do Pilsnera i wciąłem duży łyk. - Jakbym był jakimś dzieckiem prosto z Hollywoodu, które jest skazane na samotność przez rodziców - parsknął z rozbawieniem. - Wyjeżdżają, bo moje rodzeństwo rozsiane jest po całej Europie, a ja jednak jestem już dorosły, to mogą mnie zostawić samego. Ja tam się nie obrażam. - Wzruszył ramionami.
- Nie jesteś jedynakiem? - zapytałem, pomijając wzmiankę o samotności. A więc jednak Sebastian to pieprzone dziecko szczęścia. Chyba nigdy nie potrafiłem interpretować ludzkiego zachowania.
- Nie, no co ty - pokręcił głową. - Wiem, że wyglądam, ale mam jeszcze piątkę starszego rodzeństwa.
- Płodnych masz rodziców - skomentowałem. Ja nigdy nie chciałem mieć jeszcze młodszego brata czy siostry. Dobrze, że w przypadku moich starszych skończyło się na dwójce dzieci.
- Prawda? - zaśmiał się.
Znów pomiędzy nami zapanowało milczenie. W ogóle, jak zauważyłem, to często mieliśmy takie momenty, podczas których nikt nic nie mówił, tylko sączył to swoje piwo w ciszy. Ale wcale te chwile nie były uciążliwe. Właściwie, to chyba gdybym spędzał z nim więcej czasu, myślałem, bardzo bym je polubił.
- A co twoi rodzice na to, że jesteś gejem? - zapytałem.
Wzruszył ramionami, bawiąc się ogonem psa. Tarmosił go delikatnie we wszystkie strony, ale najwidoczniej Son Goku nie miał nic przeciwko, bo jedynie zamruczał z przyjemnością.
- Nic - powiedział, puszczając ogon zwierzęcia i spoglądając na zabandażowaną dłoń. - Nie mają nic przeciwko - sprostował.
- Nic? - Nie potrafiłem ukryć swojego zainteresowania. Moi, gdyby się dowiedzieli, pewnie wyrzuciliby mnie z domu. To znaczy, ojciec by mnie wyrzucił albo przynajmniej spróbował, w zależności od tego, jak zareagowałby Paweł. - Ale, że żadnych wyrzutów?
- Nie no, nie byli zachwyceni. - Pokręcił głową, a ja zdałem sobie sprawę, że po raz pierwszy rozmawiam z nim tak szczerze. I że Sebastian wcale nie krępuje się przed opowiadaniem mi historii swojego życia. - Chyba żaden rodzic by się nie cieszył, ale chyba doszli do wniosku, że skoro mają tę piątkę innych, normalnych - tu uśmiechnął się szeroko i jakby spojrzał na mnie sugestywnie - nie-pedofilskich bachorów - próbowałem udawać, że wzmianka o pedofilach wcale mnie nie dotyczy - to ich przyszłość jako dziadków jest zabezpieczona. Akceptują mnie, chociaż ojciec na początku miał opory, to ostatnio nawet powiedział, że jak będę mieć chłopaka to mam się nie krępować i go przyprowadzić.
Nie wiedząc, jak to skomentować, po prostu przyssałem się do gwintu butelki i wziąłem kilka dużych łyków, kończąc tym samym piwo. Sięgnąłem po następne i wciąż na niego nie patrząc, otworzyłem.
- I co, przyprowadziłeś? - zapytałem. Na odpowiedź czekałem jakby z niecierpliwością. Miałem nadzieję, że odpowiedź zabrzmi „nie”. Co chwilę spoglądałem ukradkiem na jego rozbawioną twarz. Rany, co za dziwny człowiek! Wszystko, ale to absolutnie wszystko go cieszyło! Teraz przypominał mi nie samego Heatha Ledgera, a graną przez niego postać Jokera z Batmana… No dobra, może i uśmiech Jokera był bardziej przerażający, ale i tak wydawało mi się, że Sebastian świetnie sprawdziłby się w tej roli.
- Nie - powiedział. - Nie mam chłopaka - dodał, unosząc brwi i czekając na moją reakcję. Gdy się jej nie doczekał, bo nie miałem zamiaru tego jakkolwiek skomentować, więc jedynie wziąłem kolejne łyki piwa, westchnął ciężko. - Ale o czym my gadamy. Ty się mnie przecież brzydzisz - powiedział z wyraźnym zadowoleniem, na co ja prychnąłem i pokręciłem głową. Chyba tylko on w najmniej oczekiwanym momencie potrafi mnie zirytować.
- Co ty się tak tego uczepiłeś, co? - zapytałem. Może nie byłem pijany, bo piłem dopiero trzecie piwo, a jednak na swój łeb narzekać nie mogę, po prostu wpadłem już w ten stan, w którym mogłem mówić z łatwością o wszystkim. - Wcale się ciebie nie brzydzę.
- Sam tak powiedziałeś - trafnie zauważył.
- Żartowałem. - Wzruszyłem ramionami, przez chwilę nie potrafiąc oderwać wzroku od jego uśmiechu.
- Dziwne masz poczucie humoru. - I wcale nie zabrzmiało to jak zarzut, chociaż może lepiej dla mnie, gdyby tak było. Wtedy warknąłbym coś obraźliwego pod nosem.
- Obrażałbym samego siebie - wypaliłem nagle, a gdy zrozumiałem co powiedziałem, miałem ochotę odgryźć sobie język.
Zapadła cisza. Po raz pierwszy poczułem, że milczenie, jakie zapanowało pomiędzy nami wcale mi się nie podoba. Dopiero później Sebastian uśmiechnął się szeroko i zaczął mówić coś o swoim niezawodnym gejdarze albo radajgerze…. Nie wiem, nie zapamiętałem wtedy określenia, bo wbiłem nieco przerażone spojrzenie w butelkę piwa. Powiedziałem mu, kołatało mi w myślach, kiedy ukradkiem na niego zerkałem. Nie wydawał się być tym faktem rozbawiony, przyjął to jak najnaturalniejszą rzecz pod słońcem. Nawet zszedł już z tego tematu i mówił coś o koszykówce, najwidoczniej nic sobie nie robiąc z faktu, że milczę. Gadatliwy był, stwierdziłem. Jak już się rozkręcił, to myślałem, że nigdy się nie zamknie. Jednak, co najdziwniejsze, wcale mnie to nie męczyło. Gdy taka Kamila, czy inne laski jej pokroju, otwierały swoją paszczę i zaczynały trajkotać, miałem ochotę zszyć im usta. Na żywca. Cholernie tępą igłą, najlepiej, żeby bolało. Jak nic, jestem sadystą.
Wydawało mi się jednak, że Sebastian mówił, aby nie zapanowała niezręczna cisza, jak sprzed kilku minut. Albo nie chciał, bym poczuł się nieswojo po tym dość oryginalnym przyznaniu się. Brawo Kacper, tylko ty masz takie wejścia, zawarczałem w myślach z irytacją.
- To ja już pójdę - mruknąłem, przerywając jego wywód na temat gry Chicago Bulls w ostatnim meczu. Spojrzał na mnie i pokiwał głową. - Dojdę, jakby co. - Wskazałem w stronę bramy.
- Kod to dwa, cztery, osiem, osiem, cztery, pięć. Inaczej sam nie wyjdziesz - powiedział, a ja nawet nie skomentowałem, że podał kod do bramy osobie, która niedawno próbowała go okraść.
- Jasne - mruknąłem, powtarzając sobie w myślach podany ciąg cyfr. - To siema. I… - odchrząknąłem - dzięki.
- Spoko. - Kiwnął głową, dalej siedząc na trawie. Jeszcze raz na niego zerknąłem, po czym szybko ruszyłem w stronę bramy. Chciałem być już w domu. Jakoś to wszystko przemyśleć, ułożyć w głowie. - A, czekaj! - usłyszałem za plecami, więc odwróciłem się, nieco zniecierpliwiony. - Za tydzień kumpel z mojej drużyny organizuje imprezę. Powiedział, że mogę wziąć kogo chcę… Chcę ciebie. Przyszedłbyś?