Długa droga 5
Dodane przez Aquarius dnia Maja 05 2013 13:24:35


Rozdział 5,
w którym emocje przyćmiewają osąd i otwierają się stare rany

„Kruki od wieków spędzają wrogom sen z powiek. Niektórzy twierdzą, że oddział dwudziestu, wart jest więcej niż dwustu zwykłych żołnierzy. Formacja powstała niedługo po założeniu państwa Harlandu, a swój przydomek zyskała sobie niechlubną tradycją wyłupywania oczu pokonanym wrogom. Ich umundurowanie jest jednolicie czarne. Zyskali sobie miano mścicieli, czasem tygodniami tropili zdradziecki oddział po to, aby w kilka chwil zadać im okrutną śmierć.
W czasach pokoju często używani są do tłumienia buntów i rozwiązywania konfliktów wewnętrznych, wykorzystując swoją złą sławę do wzbudzania strachu i wymuszania posłuszeństwa.
Posługują się magią krwi, która poza niezwykłymi umiejętnościami daje im także nieludzką wytrzymałość, siłę i szybkość. Ich zdolności bojowe są niemalże legendarne. (...)
Mówi się, że za okazanie litości ofierze, sami traktowani są jak zdrajcy.”


Zatar Neivik, „Harland – fakty i mity”


Dreikhennen obudził się jakiś czas po świcie, słoneczne promienie przebijały się już przez rozchylone wejście namiotu. Cóż, ostatnia noc ze względu na rewelacje związane z użyciem magii nie należała do zbyt udanych, nic więc dziwnego, że tym razem spał dłużej niż zwykle.
Nie zaskoczyło go również, że Torquen także pochrapywał jeszcze spokojnie, z ramieniem luźno przerzuconym przez brzuch wojownika. Niedbale ściągnął z siebie jego rękę i wyszedł na zewnątrz.
Powitał go świeży i chłodny świt. Rześkie powietrze pachniało lekko wilgocią, białe obłoczki leniwie sunęły po szaro-błękitnym niebie, a słońce igrało w majestatycznie zwieszających się z roślin kroplach rosy, nadając im wygląd mieniących się kryształów.
Dwaj pozostali mężczyźni już nie spali. Obaj mieli lekko zaniepokojone miny, Shivu przechadzał się nerwowo po obozowisku, a Anuril krążył w pobliżu rozglądając się po okolicy.
- Torquen zniknął – oznajmił Shivu na powitanie.
- Aha. I szukacie czegoś, żeby należycie uczcić tę wspaniałą okoliczność? - Saris uśmiechnął się krzywo. Luxuris obrzucił go lodowatym spojrzeniem.
- Jest nam potrzebny – oznajmił głosem, który był w stanie ściąć lodem każdą rzekę.
- Już nie jest – przypomniał Dreikhennen. - Złodziej ma nam pomóc zdobyć jajo, obecność Torquena nie jest dłużej konieczna – zauważył obojętnie.
- Nie zdziwiłbym się, gdyby go zabił – wtrącił łotrzyk mierząc wojownika nieufnym spojrzeniem. - Mógł go zabić w nocy i pozbyć się ciała.
- I kto to mówi – mruknął Harlandczyk czyniąc niewybredny przytyk do profesji chłopaka.
- Saris – zaczął elf poważnie. - Mam nadzieję, że nie byłeś tak głupi, żeby...
- Nic mu nie jest – warknął w końcu mężczyzna zdenerwowany. - Śpi. W moim namiocie – dodał burkliwie.
Shivu parsknął krótkim śmiechem.
- Czyżby ktoś miał jednak miękkie serce? - zakpił.
- Czyżby ktoś miał życzenie śmierci? - odpowiedział wojownik, mrużąc oczy niebezpiecznie.
- Ważne, że nic mu nie jest – powiedział Anuril pojednawczo.
- Czy przegapiłem moment, w którym ten pasożyt stał się naszym oczkiem w głowie?
- Już kilka razy walczyliście ramię w ramię. W naszym kraju, to do czegoś zobowiązuje – oznajmił elf.
Saris zerknął przelotnie na namiot, gdzie najemnik wciąż spał snem sprawiedliwego i wzruszył ramionami, na znak, że wcale go to nie interesuje i nie ma zamiaru kontynuować dyskusji.
*
Torquen spał w najlepsze. Było mu wreszcie ciepło, wygodnie, a okrywający go koc pachniał czymś niezidentyfikowanym, ale bardzo przyjemnym. Do niedawna miał też przed sobą miły grzejnik, który wydzielał jeszcze więcej tego ładnego zapachu i oddychał równo i uspokajająco. Ale nawet bez tego czuł się zdecydowanie zbyt dobrze, aby gdziekolwiek się ruszać. I wtedy coś zaczęło go łaskotać po nagim ramieniu. Potrząsnął nim lekko, starając się nie wybudzić. Po chwili jednak owo coś powróciło, tym razem bo barku przechodząc na klatkę piersiową. Wymruczał coś z irytacją, po czym niechętnie uchylił powieki chcąc zlokalizować źródło natrętnego łaskotania. Natychmiast gdy mu się to udało, wydał z siebie przerażony krzyk i wypadł na zewnątrz jak oparzony.
*
Słysząc wrzask kompana Saris odruchowo położył dłoń na rękojeści miecza i zwrócił się w tamtą stronę. Riffczyk wyskoczył z namiotu jakby ścigało go stado demonów, klnąc pod nosem i otrzepując się dziwacznie.
- Co się stało? - wojownik zmarszczył brwi obserwując nietypowy taniec towarzysza.
- Miałem... nieprzyjemne spotkanie – wyjaśnił Torquen otrząsając się lekko.
Pozostali mężczyźni spojrzeli na siebie pytająco. Wreszcie Dreikhennen dobył broni i podszedł bliżej, rozchylając poły namiotu ostrzem miecza. W środku nie dostrzegł nic niepokojącego. Właściwie poza wybebeszonym posłaniem i jego jukami nie było tam nic. Nic, poza pewnym szybko przemykającym na ośmiu długich nóżkach kształtem.
- Pająk? - zapytał Saris z niedowierzaniem patrząc na wciąż otrzepującego się najemnika.
- Fuj – mruknął tamten, jakby na potwierdzenie.
- Przestraszyłeś się pająka?! - fuknął Harlandczyk nie do końca przekonany, czy powinien się złościć, czy śmiać.
- Zaskoczył mnie we śnie! - wypalił mężczyzna tonem wyjaśnienia.
- Boisz się pająków? Jak możesz bać się pająków! - powtarzał Saris oburzonym głosem, zupełnie ignorując wyraźnie ubawionego całą sytuacją Shivu.
- Bać się to mocne słowo. Po prostu... nie lubię z nimi wchodzić w bliskie relacje – sprostował Riffczyk z urażoną dumą pobrzmiewającą w głosie.
- Bliskie relacje?! - powtórzył Dreikhennen wciąż rozgniewanym głosem.
- Właśnie. Są nieestetyczne – dodał.
- Nieestetyczne?!
- Nieestetyczne! Masz zamiar powtarzać każde moje słowo?!
- Powta...?! Ekhm – wojownik w ostatnim momencie powstrzymał się od dokończenia. - Uważam, że to prostu cholernie głupie – wyjaśnił. - Ale chyba nie powinno mnie dziwić nic co ma związek z tobą.
- Jeśli skończyliście już czułe powitania to zacznijcie się zbierać. Jest już po wschodzie słońca, lepiej żebyśmy zniknęli z okolicy Daleis tak szybko, jak to możliwe – odezwał się w końcu Anuril, jak zwykle zupełnie nieporuszony kłótnią.
- W porządku – mruknął Saris na powrót mocując miecz na plecach. - Pomóż mi spakować rzeczy...
- Nie wejdę tam – oznajmił najemnik poważnie, krzyżując ramiona na piersi. - Dopóki on tam jest, ja trzymam się z daleka.
Wojownik aż uchylił usta z niedowierzaniem, ale w końcu tylko westchnął ciężko i przewrócił oczami.
- Idź do rzeki uzupełnić zapasy wody – rozkazał rzucając w mężczyznę na wpół opróżnioną manierką. - Potem oporządzisz konia. Namiot złożę sam.
Shivu powrócił do wiązania juków starając się stłumić uśmiech. Ciekawe czy ta dwójka zdawała sobie sprawę z tego jak razem wyglądali.
- I ubierz się w końcu! - krzyknął jeszcze Saris w ślad za towarzyszem.
- Nie mogę, moja koszula jest ciągle mokra!
- Nie obchodzi mnie to, jeśli masz ze mną jechać w siodle to się ubierz!
- Boisz się, że nie będziesz mógł się oprzeć, mając tak blisko moje nagie ciało?
- Zacznij się już przygotowywać! - warknął Dreikhennen, aż Torquen odwrócił się patrząc na niego bez zrozumienia.
- Co? - burknął z mało inteligentną miną.
- Zacznij się przygotowywać do maratonu, bo czekają cię dwa dni biegu!
Shivu przygryzł wnętrze policzka, aby nie wybuchnąć śmiechem.
*
Torquen siedział na jakiejś skrzyni pogryzając jabłko i krytycznie przyglądając się Sarisowi.
- Nie rozumiem – oznajmił w końcu. - Po co ci więcej broni?
- Przy tobie nawet cała zbrojownia to za mało – odparł wojownik chłodno, ważąc w dłoni długi nóż o wąskim ostrzu.
- Tak czy inaczej, masz tylko dwie ręce. Nie wiem po co chcesz ze sobą wlec tyle żelastwa.
- Jeśli to żelastwo ma mi kiedyś uratować życie, to nie mam nic przeciwko. Zresztą nikt nie powiedział, że coś tu kupię, przyszedłem zobaczyć co mają do zaoferowania. Nikt nie kazał ci za mną łazić – zauważył, obrzucając najemnika twardym spojrzeniem.
Torquen wzruszył lekko ramionami.
- Nie chciałem, żebyś za bardzo się stęsknił – wyszczerzył się głupio, ale Dreikhennen puścił ostatnią uwagę mimo uszu. - Zresztą jak powiedziałeś, że idziesz „zrobić użytek z tych pieniędzy” nie wiedziałem, że zaciągniesz mnie tutaj.
- Niektórzy mają inne standardy i nie przepuszczają każdego grosza na kurwy i alkohol.
- Faktycznie, jak mogłem być tak naiwny, żeby sądzić że mógłbyś zniżyć się do czegoś tak prostolinijnego jak zabawa – Torquen przewrócił oczami. - Ale nie myślałeś nigdy, że może warto spróbować? Wiesz, skoro tyle ludzi to robi, musi w tym coś być... Co ty właściwie robisz dla rozrywki? Poza wyglądaniem morderczo, byciem wrednym sukinsynem i deprawowaniem młodych chłopców...
- Licz się ze słowami – zawarczał Saris groźnie, odwracając się w stronę rozmówcy i celując w niego długim nożem, który wciąż oglądał. Najemnik przełknął ciężko kęs jabłka wpatrując się w ostrze, po czym rzucił szybkie spojrzenie w stronę kowala. Na szczęście nie wyglądało na to, żeby przysłuchiwał się rozmowie, paplanina mężczyzny szybko go znużyła i pozostawił klientów samych sobie. Cóż, Torquen chyba faktycznie powinien bardziej uważać na to co mówi, nie chciał powodować już więcej problemów. Dzisiaj.
- Kupujesz ten nóż, czy nie? - zapytał w końcu zmieniając temat. Już i tak nadszarpnął cierpliwość wojownika, a wolał nie nadwyrężać swojego szczęścia.
- Nie wiem, myślę. Zresztą sam powiedziałeś, że mogę swoją część pieniędzy na co zechcę, więc bądź łaskaw chociaż na chwilę zamknąć tą swoją niewyparzoną gębę.
Faktycznie, Torquen dokładnie tak powiedział. A to dlatego, że Dreikhennen stanowił główny filar dzięki któremu przede wszystkim wszedł w posiadanie wypchanej złotem sakiewki. Poza tym, musiał szybko coś wymyślić, żeby powstrzymać mężczyznę przed zamordowaniem go.
*
Kiedy dotarli do Lon Emis postanowili się rozdzielić. Shivu poszedł szukać swojego znajomego, Anuril zaoferował, że zakupi dla nich nowe mapy, a dwaj pozostali mężczyźni ruszyli na targ aby uzupełnić zapasy i znaleźć odpowiednie ubrania i posłanie dla Riffczyka. Przez jakiś czas przechadzali się między stoiskami, trafili akurat dzień handlowy gdyż na placu było tłoczno i gwarno. Pachniało smażonym mięsem i zwierzętami, a przekupki przekiwały się wzajemnie starając się pozyskać klientów za wszelką cenę. Saris właśnie targował się zawzięcie o spory kawał wędzonej baraniny. Dreikhennen nigdy nie wyglądał zbyt przyjaźnie, ale teraz prezentował się wyjątkowo groźnie, trochę jak wilk gotujący się do skoku. Ostre rysy twarzy napięte jeszcze bardziej niż zwykle, górna warga zmarszczona, ukazująca rząd białych zębów, głos niski, przypominający odrobinę zwierzęcy warkot. Na handlarzu jednak zdawał się nie robić najmniejszego wrażenia, choć Torquen nie był pewny, czy będąc na jego miejscu nie popuściłby w spodnie ze strachu – Dreikhennen, z czerwonymi włosami, czy nie, z całą pewnością potrafił być przerażający. I wtedy właśnie Riffczyk ze znudzeniem rozglądający się wokół dostrzegł obok siebie starego szlachcica z potężnie wypchaną sakiewką. Ostatnie wydarzenia wprawdzie uświadczyły go w przekonaniu, że nie nadawał się na włamywacza, ale jako kieszonkowiec radził sobie znakomicie. A dodatkowa gotówka z pewnością by mu się przydała. Bogaty staruch oczywiście nie poruszał się po targowisku sam, towarzyszyło mu dwóch potężnych strażników o zaciętych twarzach. Ale oni nie będą stanowić problemu jeśli tylko uda mu się spowodować trochę zamieszania...
Odczekał do momentu aż upatrzona ofiara stanęła niemal tuż obok nich, po czym nachylił się w kierunku sprzedawcy mięsa.
- Niech pan posłucha, mam propozycję – oznajmił wesoło. Harlandczyk spojrzał na niego ze zdziwieniem, ale najemnik nie przejął się tym, kontynuując z szerokim uśmiechem. - Mój przyjaciel tutaj, może zaoferować coś znacznie lepszego niż pieniądze. Ciężko o dobrą kobietę w tych czasach, a on kładzie je wszystkie na łopatki, z przyjemnością może podarować panu kilka cudownych chwil w swoich chętnych ustach, a jeśli dorzucisz coś jeszcze... - Tak jak się spodziewał, wojownik nie dał mu dokończyć. Po raz kolejny miał okazję podziwiać niezwykłą szybkość i grację, z jaką poruszał się Dreikhennen – nie zdążył nawet mrugnąć, gdy jego pięść wylądowała na niedawno zagojonym policzku, zaraz potem kolejny cios rozbił najemnikowi wargę. Torquen otrząsnął się szybko i długim skokiem rzucił się na przeciwnika, wpychając go wprost na dwóch, postawnych strażników – on sam natomiast wyuczonym ruchem zerwał ciężką sakiewkę od pasa szlachcica, tak szybko i delikatnie, że ten nawet tego nie spostrzegł, zbyt zajęty machaniem rękami i odganianiem ludzi, którzy zaczęli się tłoczyć i wpadać na siebie nawzajem gdy tylko wybuchło zamieszanie. Niestety Saris też szybko ochłonął po spotkaniu z obstawą starucha i nie minęło kilka uderzeń serca, a Riffczyk znalazł się na ziemi, pod rozjuszonym do granic możliwości wojownikiem, który natychmiast zaczął go okładać pięściami.
- Czekaj! - zdołał wykrztusić, szarpiąc się z wierzgającym mężczyzną.
- Nie mam zamiaru – tym razem głos Harlandczyka naprawdę przypominał warczenie dzikiego wilka. - Zawsze mnie denerwowałeś, ale teraz przesadziłeś. Zginiesz za to! - syknął i Torquen z niepokojem zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie nie żartuje. Nigdy w życiu nie widział kogoś tak wściekłego. Zdawało mu się że ma na sobie wcielenie żywej furii – obnażone zęby, wyostrzone rysy, czarne włosy w nieładzie opadające na błyskające dziko oczy, które teraz zdawały się jadowicie zielone. Napięte mięśnie drgały przy każdym, zadawanym niemal na ślepo uderzeniem.
- Chodziło o... zamieszanie!
Saris znieruchomiał na chwilę. Zawisł nad przeciwnikiem dysząc ciężko, z wciąż drgającą górną wargą i groźnym spojrzeniem, ale zaprzestał na chwilę atakować. Najemnik miał wrażenie, że znalazł się pod osuwającą się, śmiercionośną lawiną i musiał ją jakoś przekonać, żeby jednak go nie zasypywała. Na jednym oddechu wyjaśnił co zaszło i obiecał połowę pieniędzy za współudział. Czas, w którym wojownik warzył otrzymane przed chwilą informacje ciągnął się w nieskończoność, w końcu jednak skinął wolno głową i wstał, od niechcenia otrzepując ubranie. Dopiero wtedy Riffczyk przypomniał sobie o oddychaniu i przez jakiś czas rozkoszował się swym nowym odkryciem, leżąc bezwładnie na ziemi i wpatrując się w niebo.
Nie mógł jednak zbyt długo tak sobie beztrosko leżeć, stary szlachcic mógł lada chwila połapać się, że sakiewka zniknęła. Poza tym, nie powinni wzbudzać zbyt dużego zainteresowania. Bójki może i zdarzały się często, ale w ich przypadku interwencja straży była nad wyraz niepożądana, niewykluczone, że Cestia posłała za nimi listy gończe.
Tak więc Torquen sapnął jeszcze głucho, już czując jak policzek znowu zaczyna puchnąć, a pęknięta warga pulsuje bólem. Spróbował się unieść, lecz w ostatniej chwili coś przykuło jego uwagę. Chwycił leżący obok błyszczący przedmiot i dopiero wtedy podniósł się na nogi.
To był ten naszyjnik, który wcześniej widział u Sarisa. Srebrna, czteroramienna gwiazdka. Na jej powierzchni, z wielką misternością wygrawerowane były jakieś subtelne znaki, przypominające elfi alfabet. Łańcuszek na jakim była zawieszona musiał zerwać się podczas szarpaniny.
- Hej, chyba zgubiłeś swój prezent zaręczynowy! - krzyknął za odchodzącym mężczyzna. Tamten zerknął nań przez ramię, a początkowe niezrozumienie na jego twarzy szybko zostało zastąpione wściekłością.
- Nie dotykaj tego! - warknął, gwałtownie wyrywając swoją własność z ręki zaskoczonego najemnika, szybko chowając ją do kieszeni.
Torquen chciał jeszcze dodać jakąś uszczypliwą uwagę, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Zamiast tego wykorzystał swoją chustkę do wyczyszczenia krwi z twarzy i powlókł się za towarzyszem.
*
Saris ostatecznie wybrał dla siebie jakiś niewielki sztylet, łatwy do ukrycia w cholewie buta i uregulował rachunek. Chyba w samą porę, bo kowal zdawał się już solidnie poirytowany nieustającą paplaniną najemnika.
Ruszyli wciąż zatłoczoną uliczką w kierunku tawerny, gdzie umówili się z pozostałymi towarzyszami, gdy już pozałatwiają wszystkie sprawunki. W połowie drogi Saris przystanął i sięgnął do kurtki. Zaklął głośno, gdy zamiast na chłodny kawałek metalu, jego dłoń natrafiła na rozerwaną kieszeń.
- Co jest? - Riffczyk spojrzał na niego marszcząc brwi.
- Mój wisiorek – mruknął wojownik, krzywiąc lekko usta. - Wypadł mi. Może być w tamtej kuźni, wrócę po niego – rzucił jeszcze i zawrócił, szybko niknąc w tłumie.
Torquen wzruszył ramionami i już miał ruszyć w swoim kierunku, gdy zdał sobie sprawę, że... nie wie gdzie ten kierunek tak naprawdę się znajduje. Kiedy jego kompani ustalali miejsce zbiórki, on był wyjątkowo zajęty czarowaniem pewnej uroczej mieszczanki przechodzącej obok i teraz nie potrafił sobie nawet przypomnieć nazwy zajazdu. Błękitna ryba? Morski wąż? Miał mgliste wrażenie, że w nazwie znajdowało się coś wodnego i oślizgłego, ale te informacje mogły okazać się niewystarczające, szczególnie w panującym tłoku i rozgardiaszu. Ostatecznie postanowił nie tracić więcej czasu na rozmyślania i zamiast tego pognał za Dreikhennenem, on z pewnością będzie wiedział, gdzie się kierować.
*
Saris szybkim krokiem wpadł do pomieszczenia rozglądając się w poszukiwaniu zguby. Serce waliło mu w piersi ze zdenerwowania i nie przestawał kląć w myślach na swoją głupotę.
Jak mógł ją zgubić?! Do tego dwa razy w ciągu jednego dnia, nigdy wcześniej mu się to nie przydarzyło...
W oczy od razu rzucił mu się postawny, łysiejący na skroniach mężczyzna. Stał między stojakami na zbroję, odziany w kolczugę i narzuconą na nią skórzaną kurtę. Na ramieniu nosił jakiś herb, ale wojownik nie rozpoznał znajdującego się na purpurowym tle symbolu, zresztą jego uwagę przykuł nie symbol, a srebrna gwiazdka, którą ten obracał w palcach obserwując z uwagą.
- To należy do mnie – oznajmił wojownik, starając się by jego głos zabrzmiał spokojnie, a jednocześnie nisko i niebezpiecznie.
- Bardzo ładne – odparł mężczyzna tylko, nie podnosząc nawet wzroku. - Myślałem, że to zwykły grat, ale kiedy się przyjrzeć, na powierzchni metalu widać lekkie rzeźbienia... - powiedział w zamyśleniu, a Saris zmarszczył brwi zdenerwowany niepotrzebnym wywodem. - To chyba robota elfów, prawda? Myślę, że tak, mają dryg do takich kunsztownych drobiazgów – kontynuował niezrażony brakiem odpowiedzi. - Musi być całkiem cenne. Chyba to zatrzymam – powiedział w końcu tonem przyjacielskiej pogawędki i dopiero wtedy zerknął na rozmówcę. Uśmiechał się lekko, ale uśmiech ten nie sięgał jego oczom – szarym i niezwykle przeszywającym, a jednocześnie niesamowicie pustym. Dreikhennen znał takie spojrzenie. Tak patrzyli ludzie, którzy całe życie zabijali. Którzy tak wcześnie zanurzyli ręce we krwi i tak długo je w niej pozostawili, że uznawali czerwień za ich naturalny kolor – nie znali niczego innego. Inni byli dla nich zbiorem arterii do przecięcia, mięśni do rozszarpania i kości, które należało zdruzgotać. Dreikhennen znał to spojrzenie, bo czasami napotykał je w lustrze.
- Nie sądzę – odpowiedział w ten sam sposób co poprzednio. Ten moment wybrał sobie Torquen, aby otworzyć gwałtownie drzwi i niemal wbiec do pomieszczenia, prawie wpadając na plecy Harlandczyka. Ten jednak zignorował go, nie odrywając wzroku od gwiazdki w rękach mężczyzny z tarczą na ramieniu. Saris delikatnie zmienił pozycję – wiedział, że nie musi dobywać miecza aby wystosować odpowiednią groźbę. Stanął w lekkim rozkroku, na ugiętych kolanach, z ramionami na pierwszy rzut oka luźno opuszczonymi po bokach. Niewprawny widz mógł nawet nie zauważyć zmiany, ale ktoś kto całe życie zabijał z pewnością już wiedział, że wojownik jest gotowy do skoku.
- A ja jednak sądzę, że tak. Chociaż szczerzysz ząbki i nie wątpię, że masz coś w zanadrzu, to teraz jesteś samotnym wilczkiem, który wpadł wśród myśliwych. Jednemu pewnie dałbyś radę, bo jesteś młody i silny, ale rozejrzyj się dobrze, wilczku, bo chyba mam się na celowniku.
Saris dyskretnie rozejrzał się po pomieszczeniu. Faktycznie, w rogu stał jakiś krępy pokurcz celujący do niego z kuszy, było jeszcze dwóch uzbrojonych mężczyzn, wszyscy z purpurowymi tarczami na ramionach. Prawdopodobnie więcej pilnowało wyjścia. Nie bacząc na to wojownik dobył miecza i zważył ostrze w dłoni. Mężczyzna naprzeciw uśmiechnął się na ten widok.
- Schowaj kły, wilczku – mruknął. - To tylko błyskotka, nie warto tracić dla niej skóry. Nawet największe wilki kulą czasem ogon.
- Ale ja nie jestem psem – warknął w odpowiedzi, bezwiednie odsłaniając zęby w gniewnym grymasie. - Byłem Krukiem. I jestem przywiązany do tej błyskotki. Oddaj ją, to może zobaczysz jeszcze wschód słońca.
- Znałem wielu, co chwalili się podobnie do ciebie. I większość z nich posłałem do ziemi – oznajmił mężczyzna grobowym tonem, bardziej mrużąc szare oczy. - Ale tak się składa, że słyszałem o Krukach z Harlandu i nie łudzę się, że w twoim przypadku to czcze przechwałki. I Samo to, że tak łatwo chwalisz się swoim pochodzeniem musi świadczyć, że przynajmniej część plotek jest prawdziwa, inaczej już dawno ktoś by cię zachlastał. Podobno wielu z was potrafi odbijać strzały w locie i tego nie zamierzam sprawdzać. Jak to mówią – mniej ciekawscy dłużej żyją. Ale twój przyjaciel nie wygląda na kogoś, kto posiadł tę sztukę – to mówiąc dał lekki znak dłonią. Kusznik natychmiast przestał celować w Sarisa i odwrócił się w inną stronę, gdzie pod ścianą, zdawałoby się zapomniany przez wszystkich, stał Torquen, który nagle pobladł wyraźnie.
- Nie chcę waszych pieniędzy, ani waszej krwi. Wezmę tylko naszyjnik i sobie pójdę, bo nie zwykłem wywoływać burd w zacnych miejscach – wyjaśnij spokojnie. - Więc odłóż miecz, stań koło swojego przyjaciela i miejmy to za sobą.
- Nie – odparł wojownik chłodno, bez cienia emocji. - To nie jest mój przyjaciel, a ty nigdzie nie pójdziesz, nie z moją własnością.
- Doprawdy? - mężczyzna uniósł brwi. - Gdyby nie był twoim przyjacielem zwiałby od razu. A on stał tam cały czas z dłonią na rękojeści żeby poprzeć cię w razie potyczki. Naprawdę pozwolisz go zabić za kawałek srebra?
- Saris... - zaczął Torquen niepewnie, widząc że tamci nie blefują i za chwilę ktoś może pociągnąć za spust.
- To jego problem, że źle ocenił sytuację – przerwał mu tamten chłodno. - A ja mówiłem, cenię ten kawałek srebra.
Szarooki pokręcił głową z lekkim rozbawieniem.
- Naprawdę wywołałbyś jatkę dla głupiego wisiorka? Cóż, całe szczęście, że ja nie jestem tak nierozsądny. Krew powinna wsiąkać w piasek, nie w drewno – znów dał lekki znak dłonią.
Saris ledwo zauważalnie odetchnął z ulgą, ale nie zmienił bojowej pozycji, kątem oka zauważył jak Torquen rozluźniony opiera się o ścianę, gdy ostrze bełtu przestaje celować w jego pierś.
Wtedy Dreikhennen poczuł lekkie ukłucie na szyi. Syknął cicho i obrócił się w stronę, z której nadleciał niewielki pocisk. Jeden z dwóch pozostałych wojowników o obcym herbie właśnie chował wąską rurkę, którą wcześniej przytykał do ust.
Świat przed oczami Sarisa zafalował dziko, aż ten poczuł jak siły opuszczają jego ciało i osunął się na kolana. Na granicy świadomości dosłyszał kroki i po chwili tuż przed nim znalazła się szeroka, pokryta bliznami i licznymi bruzdami twarz, którą wyróżniały przeszywające i puste jednocześnie tęczówki, szare jak rtęć.
- Chyba nie spodziewałeś się, że pozwolę, żeby jakiś młokos mi rozkazywał? - zapytał spokojnie, a wojownik usilnie starał się zogniskować spojrzenie. Zdawało mu się, że wpatruje się w niego nie jedna, a sześć par oczu. - Mogłeś po prostu poprosić – dodał z uśmiechem.
Harlandczyk chciał odpowiedzieć, zagrozić, że go znajdzie i wypatroszy we śnie, albo chociaż posłać do wszystkich diabłów, ale zamiast tego obraz całkiem gdzieś zanikł i nagle stracił orientację, gdzie znajduje się góra, a gdzie dół. Na chwilę przed odpłynięciem zanotował tylko uderzenie w podłogę, a potem jeszcze ostatnie słowa tamtego mężczyzny.
- To lekka trucizna – wyjaśnił. - Twój przyjaciel za kilka godzin będzie jak nowy.
- Mówił prawdę – usłyszał jeszcze Torquena i nie był pewien, czy w jego głosie naprawdę pobrzmiewała gorycz, czy to skutek dziwnej substancji we krwi. - Raczej nie jesteśmy przyjaciółmi.
*
Obudził go ból głowy i straszliwa suchość w ustach. Poruszył się ostrożnie i wolno uchylił powieki. Leżał w łóżku, otulony kocem, a kiedy obraz wyostrzył się, zdał sobie sprawę, że znajduje się w pokoju w tawernie. Za oknem panowała noc, przytulny, drewniany pokoik oświetlało tylko mdłe światło kaganka ustawionego na stoliku tuż obok.
Saris usiadł na łóżku i rozejrzał się w poszukiwaniu czegoś do picia. Dostrzegł dzbanek wody, stający na większym blacie, niedaleko drzwi. Spróbował wstać, jednak szybko okazało się, że przecenił swoje siły. Świat zawirował szaleńczo, a mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa, wobec czego od razu rąbnął ciężko na podłogę. Zaklął i przez chwilę dochodził do siebie, czekając aż ustaną zawroty głowy i towarzyszące im mdłości. Uniósł się na łokciach, nim jednak zdołał powstać na kolana, postać śpiąca na drugim łóżku poruszyła się i podeszła do niego.
- Powinieneś leżeć – mruknął Shivu pomagając mu opaść z powrotem na posłanie.
- Wo... dy... - wychrypiał Deikhennen w odpowiedzi. Złodziej po paru chwilach przytknął mu do ust gliniany kubek, który mężczyzna opróżnił łapczywie.
- Dziękuję – powiedział potem zerkając na chłopaka z wdzięcznością.
- Nie sil się na kurtuazję – odparł tamten zimno. - O ile nie śmiałem cię podejrzewać o dobre serce, to dzisiaj przeszedłeś sam siebie. Gdyby nie to wasze głupie zadanie, wrzuciłbym cię do rynsztoku i tam zostawił, żebyś sczezł. Leż, nie ruszaj się – dodał ostro i pchnął wojownika w pierś widząc, że ten próbuje się podnieść. - Nie jesteś w najlepszej formie. Ale jutro poczujesz się lepiej i pewnie, na nasze nieszczęście, wrócisz do swojego zwykłego, skurwysyńskiego „ja”. A na razie śpij.
Dreikhennen nie odpowiedział. Nie, żeby go obchodziło co jakiś głupi dzieciak opowiadał na jego temat, ale mógł zaczekać z obrażaniem go do momentu aż jego umysł odzyska przynajmniej tyle sprawności aby ułożyć odpowiednią ripostę.
Obrócił się na bok i zgodnie z zaleceniem postarał się zasnąć. Jego dłoń odruchowo powędrowała do piersi, lecz tym razem nie znalazł tam chłodnego metalu. Zacisnął mocno zęby czując jak bolesne poczucie pustki i straty ściska mu serce.
Po raz kolejny.
To było wszystko, wszystko co mu zostało, a teraz...
Poczuł pieczenie pod powiekami, miał wrażenie że w gardle utkwiła mu wielka gula żółci, której nie potrafił przełknąć. Jego policzki pokryły się wilgocią, ale wciąż z całej siły walczył z narastającym w piersi szlochem, nie chcąc, żeby Shivu go usłyszał.
W końcu jednak zapadł w sen.

***

Saris wszedł do pokoju i uśmiechnął się zastając w środku swojego kochanka, który leżał na łóżku całkiem nago, obracając w palcach niewielką, czteroramienną gwiazdkę. Jego smukłe, lecz silne, gładkie ciało zdobiły runiczne wzory wytatuowane czarnym atramentem, a także kilka blizn, ale dla Dreikhennena było absolutnie idealne. Podszedł do mężczyzny i przysiadł na brzegu materaca, całując lekko wąskie usta.
- Co to? - zapytał, ostrożnie ujmując kawałek metalu między palce.
- To Úllíen, moja gwiazda opiekuńcza – odparł Araen, kierując na partnera spokojne spojrzenie szarych jak wiosenny świt oczu. - Tam, gdzie się urodziłem, w Silthaír, każdemu dziecku przydziela się gwiazdę, która ma je chronić, i daje taki amulet, jako jej symbol. Widzisz te napisy? - zapytał unosząc się na posłaniu i wskazując misterne, ledwo widoczne rzeźbienia na gładkiej powierzchni metalu. - To modlitwa. Układana przez matkę, dla każdego specyficzna, prośba do gwiazdy aby roztaczała opiekę nad jej potomkiem.
- Przeczytasz?
- Znam tylko język leśnych elfów, nie srebrnych... ale mogę to zrobić jeśli chcesz. Są podobne.
Kiedy mężczyzna skinął głową Arean śpiewnym głosem wyrecytował formułę. Saris nie rozumiał ani słowa, ale uwielbiał, kiedy jego partner posługiwał się mową elfów. Brzmiała melodyjnie i miękko, trochę nostalgicznie w jego ustach, tak pięknie, że aż ściskało za serce.
- Możesz to przetłumaczyć? - poprosił, całując kochanka w skroń.
- Tak, ale... to nie będzie to samo.
- Spróbuj.
Araen oblizał wargi zastanawiając się przez chwilę, aż wreszcie zaczął cicho:
- Úllíen
Niech twe światło go strzeże i prowadzi
Przez całą drogę, którą musi przebyć,
Aż ostatni dzień nie przeminie,
Aż nie przekwitnie świat
I nie uleci życia czas.
W jego radości
Lub strachu i zwątpieniu,
Bądź mu jasnością,
Bądź przewodniczką,
Bądź ochroną i tarczą.
Bądź mu matką.

Zamilkł na chwilę, ale Saris nie odzywał się, wyczuwając, że ten chce jeszcze coś dodać.
- To jedyne co mi dała, zanim przekazała mnie na wychowanie Łowcom z lasu Naum Rhei. Byłem niemowlęciem, więc nawet jej nie pamiętam. Długo też nie wiedziałem tak naprawdę czym jest ten naszyjnik, chociaż potrafiłem odczytać słowa. Dopiero później dowiedziałem się o tej tradycji i dzięki temu mogłem wywnioskować, że matka była elfką z Silthaír, a ojciec musiał być człowiekiem.
Dreikhennen słuchał cierpliwie, łagodnie gładząc palcami kark kochanka i bawiąc się czarnymi, sięgającymi ramion kosmykami włosów.
- Przykro mi – powiedział w końcu.
- Mnie nie – odparł Araen uśmiechając się lekko. - W Naum Rhei większość tak jak ja, była wyrzutkami. Nigdy nie czułem się przez to źle, miałem tam dobre życie – wyjaśnił. Przez jakiś czas znowu milczał, aż wreszcie ujął łańcuszek wysuwając gwiazdkę z palców Sarisa. Przytulił się do jego pleców, a rękę z wisiorkiem wyciągnął przed siebie, tak aby amulet zawisł przed jego twarzą. - Chcę, żebyś to wziął, meì'umril – szepnął miękko, muskając ustami szyję partnera.
- Ja... Nie mogę – mężczyzna zerknął na niego zaskoczony. - To twoja jedyna pamiątka...
- Nie znałem matki, więc nie ma mi czego przypominać. Zresztą to przeszłość, przeszłość nigdy nie powinna być ważniejsza od przyszłości. A ty jesteś moją przyszłością, więc chcę żebyś to miał.
- Ale ta gwiazda... ma się tobą opiekować – spróbował jeszcze.
- Tak – potwierdził Araen miękko. - I będzie się mną opiekowała nadal, wisiorek jest tylko symbolem. I teraz używam go, aby się nią z tobą podzielić. Nie oddać moją gwiazdę, tylko prosić ją, aby czuwała także nad tobą – wyjaśnił, kładąc podbródek na ramieniu kochanka. - Będzie nasza wspólna. W ten sposób mogę cię chronić, nawet jeśli mnie przy tobie nie ma. Jesteś dla mnie najważniejszy na świecie, meì'umril. Chcę żebyś o tym zawsze pamiętał. Zawsze, gdziekolwiek będziesz, moja gwiazda będzie z tobą.