Barowe opowieści 6
Dodane przez Aquarius dnia Marca 21 2013 18:08:15


Rozdział piąty – Karol


Jak już wcześniej wspominałem, jeden z naszych kelnerów, Karol jest gejem i kiedy zmieniliśmy się w bar dla gejów, został tylko dlatego, ze miał nadzieję znaleźć kogoś dla siebie. Karol to było w sumie strasznie urocze dziecko. Znaczy nie był już dzieckiem, bo miał jakieś dwadzieścia kilka lat i metr siedemdziesiąt, ale był delikatnej urody i jakiś taki strasznie chudziutki, że wyglądał na o wiele mniejszego i młodszego. I tylko na tym się kończyła jego „dziecinność”. Wprawdzie przez cały czas był miły dla wszystkich, cichy i spokojny i uśmiechał się przez cały czas, ale jak go ktoś wkurzył, to potrafił przywalić. Oj, potrafił. Jak choćby wtedy, gdy pierwszy raz jakiś facet chciał go zerżnąć. Znaczy zerżnąć to go pewnie chcą cały czas, bo chłopaczyna jest naprawdę słodki i uroczy, ale tylko raz facet spróbował wprowadzić to w czyn. Jak zawsze byłem zajęty swoją pracą, gdy nagle usłyszałem rumor i jakiś hałas. Kiedy spojrzałem w tamta stronę, zobaczyłem przewalony stolik, jakiegoś faceta leżącego na ziemi i wściekłego Karola. Aż mnie zatkało z wrażenia. Myślałem, ze on jest słodki i miły dla wszystkich, a tu proszę, stał wkurwiony ciężko oddychając. Czasami w bajkach anime widać jak wokół wściekłego bohatera tworzy się taka otoczka, że to niby ta wściekłość tak z niego bucha. Kiedy popatrzyłem na Karola, miałem wrażenie jakbym widział wokół niego właśnie taka otoczkę. To już nie był wściekły byk, tylko wulkan gotów zalać lawą wściekłości całe Niebo. Naprawdę byłem w szoku, a jednocześnie strasznie zafascynowany, bo jak na co dzień Karol wyglądał przyjemnie dla oka, tak teraz wyglądał wręcz zjawiskowo. Tak się na niego zagapiłem, ze zupełnie zapomniałem o sprawcy całego zamieszania, który w tym momencie ocknął się i zaczął podnosić z ziemi. Już od pierwszej chwili widać było, że jest nieźle wstawiony. Chwiał się niczym Wańka-wstańka próbując utrzymać równowagę przytrzymując się najbliżej stojących krzeseł i stołów. Chyba nie tylko ciało mu się kolebało na wszystkie strony, mózg też, bo ewidentnie nie robił tego co powinien robić, czyli racjonalnie myśleć. Facet, jak tylko udało mu się utrzymać pion, wystartował znowu z łapami do Karola. W tym momencie mogłem zobaczyć jak Karol nokautuje gościa w dwóch posunięciach. Pierwszy to był cios w szczękę, a drugi w brzuch. Może gdyby facet nie był tak pijany, trwałoby to nieco dłużej, a tak znowu wylądował na podłodze i znieruchomiał. Gapie, zawiedzeni, że taka bójka im przeszła koło nosa, zaczęli burczeć i powoli rozchodzić się. Natomiast Karol cały czas stał nieruchomo, jakby czekał aż złość mu przejdzie. Nie przeszła nawet jak Guliwer zabrał nieprzytomnego pijaka i wyniósł go na zewnątrz. Jednak w końcu Karol jakoś się otrząsnął, posprzątał powstały bałagan i podszedł do baru.
- Daj mi setkę – powiedział cicho siadając na stołku.
Zdziwiłem się, bo myślałem, że Karol jest abstynentem tak jak ja. Ale może po prostu zmyliła mnie ta jego łagodna twarz? W każdym razie dałem mu kielicha. Połowę jego zawartości rozlał zanim doniósł go do ust, tak mu się trzęsły ręce ze zdenerwowania. Wlał resztkę do gardła i aż się zakrztusił. Chyba jednak to był jego pierwszy w życiu drink, bo strasznie się skrzywił przy tym
- Daj jeszcze jednego – mruknął wycierając usta.
- Już ci starczy.
- Muszę się uspokoić, daj jeszcze jednego.
W tym momencie Guliwer wrócił do lokalu, skinąłem na niego głową by podszedł.
- Guli, weź go do kanciapy pana Wojtka i zostań z nim aż się nie uspokoi, dobra?
- Okej, szefie – odparł, po czym, mimo protestów Karola, wziął go na ręce i wyszedł na zaplecze.
Cały czas się zastanawiam po co w kanciapie pana Wojtka stoi kanapa, bo na pewno nie do bzykania. Jak rozpoczynaliśmy pracę, to pan Wojtek jasno powiedział, że nie ma nic przeciwko romansom w pracy pod warunkiem, że nie rzutują one na nasze obowiązki. A to oznaczało zero bzykania, więc ta rola kanapy dość szybko odpadła. Jedyne do czego mogła jeszcze służyć to jako mebel do spania, bo raczej jako nie dekoracja. Pomieszczenie było tak małe, że naprawdę nie było w niej miejsca na dodatkowy „upiększasz” w postaci kanapy. Zresztą pan Wojtek nie lubił zbyt dużo bibelotów w swoim biurze, tylko niezbędne minimum. Dlatego też ta kanapa dziwiła nas trochę. Na początku spekulowaliśmy, ze może ma żonę heterę i musi od czasu do czasu szukać sobie jakiegoś miejsca na nocleg, ale ten pomysł szybko upadł po tym jak pan Wojtek opowiedział nam o swojej żonie. Z jego słów wynikało, że to istny anioł, a za każdym razem kiedy o niej opowiadał, to oczy mu się świeciły niczym u świeżo zakochanego szczeniaka. Chociaż tak po prawdzie to jego żona wcale nie wyglądała na anioła. Skąd wiem jak ona wygląda? Ano, pan Wojtek taki był z niej dumny, ze nawet pokazał nam zdjęcie. Miał jedno w portfelu i drugie, w ramce, na biurku. Jak się na nie patrzyło, to się widziała zwykłą, niezbyt młoda już kobietę, która najwyraźniej też bardzo kochała swojego męża, bo patrzyła na niego w ten sam zakochany sposób jak pan Wojtek, gdy o niej mówił. No i w ten sposób upadła teoria o żonie heterze. W związku z tym zostało tylko jedno zastosowanie kanapy: oczywiście nocleg, gdyby rozliczanie rachunków przeciągnęło się zbyt długo w nocy. Chociaż uważam to za zupełny bezsens. Rachunki pan Wojtek zawsze załatwiał na bieżąco, dostawy towaru też i jedynie pod koniec miesiąca sprawdzał czy się wszystko zgadza, więc w sumie nie zajmowało mu to aż tyle czasu żeby musiał spędzać w barze całą noc. Wiec teoretycznie ten powód istnienia kanapy odpadał. No ale, to nie ja jestem tu szefem, więc to nie mój problem czy w kanciapie nie jest za ciasno.
A wracając do tematu: kiedy Guliwer wyszedł, zacząłem sobie wyobrażać, że, jak prawdziwy książę z bajki, kładzie Karola na tej kanapie, przykrywa go kocem i siada obok, trzymając za rękę dopóki dzieciak się nie uspokoi, bo Guli to taka życzliwa dusza, która tylko groźnie wygląda. Kurcze, jak słodko to zabrzmiało… a na poważnie: nie wiem co oni tam robili, ale faktem jest, że wyszli po jakiś dwóch godzinach, Guliwer z ta swoją spokojną miną, a Karol uśmiechnięty jak zawsze i wyraźnie spokojny.
- Już lepiej? – zapytałem dla pewności.
- Tak – uśmiechnął się. – Dzięki.
Guli wrócił na swoje miejsce między Niebem a Piekłem, a Karol do obsługiwania klientów. Dla pewności obserwowałem go uważnie, ale wszystko wskazywało na to, ze faktycznie już się uspokoił. No i na szczęście żaden z klientów nie próbował już go zaczepiać. Wprawdzie miałem wrażenie, że coniektórzy jednak próbują go podrywać, ale widać Karol uważał ich za nieszkodliwych, bo tylko się uśmiechał i coś tam odpowiadał, od czasu do czasu kręcąc przecząco głową. Znaczy, że wszystko było znowu w porządku.
Od tamtego dnia żaden z gości nie próbował już startować do Karola z łapami, a Karol zyskał wśród klientów ksywkę „dr Jeckyll i pan Hyde”. Dobre. No ale pasowało mu. Na pierwszy rzut oka niewinny, a kiedy się wkurzył, to wręcz dostawał szału. Na szczęście trudno go było wkurzyć i poza tym incydentem na samym początku, w sumie już nigdy nie zobaczyliśmy tego jego drugiego oblicza. Mieliśmy za to okazję zobaczyć trzecie, czyli zakochane.
Chociaż stanowiliśmy całkiem zgrany zespół, prawie jak rodzina i często pozwalaliśmy sobie na nieco więcej niż normalni znajomi, to jednak jakoś tak się dziwnym trafem utarło, że nie rozmawialiśmy o swoich sprawach sercowych. Wyjątkiem byli Kaśka i Rafał, ale Rafał miał to raczej we krwi i bez tego by chyba nie był sobą, a Kaśka… Kaśka to po prostu baba, musiała się pochwalić jak dorwała jakiegoś fajnego faceta. Karol tylko na początku wspomniał, że obecnie jest sam, potem już nic nie mówił. Zachowywał się też normalnie, więc trochę zajęło zanim się zorientowaliśmy, że kogoś ma. Zaczęło się w sumie niewinnie. Na początku przestał brać drugą zmianę, potem zaczął szybko znikać po skończeniu pracy, dość często, kiedy wyciągaliśmy go na jakieś picie, albo tylko żarcie, odmawiał zasłaniając się zmęczeniem. Aż w końcu któregoś dnia Wojtek palnął, w ogóle się nad tym nie zastanawiając:
- A może ty kogoś masz i tak do niego uciekasz przed nami? Przyznaj się.
Oczywiście miał to być tylko żart, bo nawet się Wojtek roześmiał, ale w tym momencie Karol zaczerwienił się i dziwnie zmieszał. I grom z jasnego nieba trafił wszystkich na raz. Zrozumieliśmy, ze nasz Karol zakochał się i kogoś przed nami ukrywa. Oczywiście zaraz zaczęły się spekulacje i próby wyciagnięcia jakiś szczegółów, ale Karol milczał jak zaklęty, uparcie odmawiając powiedzenia nawet jednego słowa na temat swojego chłopaka. Koniec końców stanęło na tym, ze musieliśmy dać mu spokój, bo zagroził, ze się na nas śmiertelnie obrazi. Pewnie wytrzymałby tylko jeden dzień, ale udaliśmy że mu wierzymy i odczepiliśmy się od niego. Jak się później okazało, to był poważny błąd. Na swoje usprawiedliwienie mamy jedynie to, ze nikt z nas nie przewidział, że sprawy tak się potoczą. Przecież Karol to taki kochany chłopak, jego można tylko kochać, a nie bić. Tak, facet Karola okazał się mendą i to najgorszego gatunku. Był cholernie zazdrosny i bił Karola za byle co, a robił to tak, że nie było widać śladów, więc przez długi czas nawet nie mieliśmy pojęcia o przeżywanym przez Karola dramacie. Zresztą on sam nigdy nie dał nam poznać, ze coś jest nie tak, zawsze uśmiechał się tak samo i zawsze chętnie wszystkim pomagał. Aż w końcu czara goryczy się przelała. Ale może wszystko od początku.
Zaczęło się od tego, że któregoś dnia Karol po prostu nie przyszedł do pracy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak nie jemu jednemu się to zdarzało, no wiecie, choroba, ważne sprawy rodzinne do załatwienia, wypadki losowe, itd., gdyby nie fakt, ze w ogóle nikogo o tym nie powiadomił ani dzień wcześniej, ani tego feralnego dnia.
- Może coś mu się stało? – zamartwiała się Kaśka.
- A co mogło mu się stać? Przecież to dorosły facet – odparł BAS.
- Mimo wszystko jednak martwię się o niego.
- A dzwoniłaś do niego?
- Dzwoniłam. Nie odbiera.
- Może akurat nie może odebrać, spróbuj jeszcze raz później.
Spróbowała, niejeden raz. Widziałem, że za każdym razem jak szła do kuchni po zamówienie, albo łapała chwilę oddechu, wyciągała z kieszeni komórkę i dzwoniła. Nie dodzwoniła się przez cały dzień. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła, przez dwa kolejne też. I jak wcześniej panikowała tylko Kaśka, tak teraz wszyscy z zespołu zaczęli się niepokoić. Chcieliśmy zapytać pana Wojtka czy coś wie na ten temat, ale okazało się, ze ma wyłączoną komórkę, a domowego telefonu niestety nie znaliśmy do niego. Stanęło na tym, że gdy już zamknęliśmy lokal, zwołaliśmy zebranie. Przyszli wszyscy bez wyjątku, mimo późnej godziny. Musieliśmy przedyskutować sprawę i zdecydować co dalej. Pana Wojtka niestety nie było i wciąż miał wyłączony telefon, a ponieważ nic nie mówił, ze wyjeżdża na urlop, więc założyliśmy, że załatwia sprawy na jakimś zadupiu gdzie nie ma zasięgu. Niestety nie wiedzieliśmy ile mu to zajmie, a nie mogliśmy czekać na niego, bo w tym czasie gdy my ty bezczynnie siedzieliśmy, gdzieś tam mogła dziać się krzywda Karolowi. Wiem, trochę dramatycznie to zabrzmiało, ale kiedy zastanawialiśmy się nad przyczyną jego nieobecności, padały różne teorie, nawet dość absurdalne w stylu. Dyskusja przebiegała dość burzliwie aczkolwiek szybko się skończyła. Doszliśmy do wniosku, że nie ma co gdybać i się denerwować niepotrzebnie, po prostu pójdziemy do niego i się spytamy co jest grane. No i tu powstał problem, bo nikt z nas nie wiedział gdzie mieszka Karol. Przy okazji dotarło do nas jak mało wiemy o sobie nawzajem, mimo iż stanowimy tak zwartą grupę przyjaciół.
- A Pan Wojtek czasem nie powinien mieć w swoim biurze jego akt personalnych? – rzucił w pewnym momencie Wojtek, przerywając tym panującą ciszę, w czasie której wszyscy próbowali wymyślić rozwiązanie zaistniałego impasu.
Popatrzyliśmy na niego jak na ósmy cud świata. Dlaczego nie pomyśleliśmy o tym wcześniej? Nie zmarnowalibyśmy tyle czasu. Jak jeden mąż rzuciliśmy się w stronę kanciapy Pana Wojtka. Powstało przy tym małe zamieszanie, bo oczywiście pomieszczenie było zbyt małe żeby nas pomieścić. Koniec końców stanęło na tym, że weszliśmy tam ja, Wojtek i Adam, jeden z ochroniarzy, a reszta przepychała się w drzwiach i sterowała nami zdalnie. Znaczy przekrzykiwali się wydając polecenia typu: „spróbuj w tamtej szufladzie”, „sprawdź jeszcze raz”. Ponieważ niewiele było mebli, a w aktach panował wzorowy porządek, szybko przetrząsnęliśmy wszystko i została nam już tylko stojąca metalowa szafka na akta, która była zamknięta.
- Nie ma bata, tu muszą być nasze akta personalne – powiedział Adam, kiedy tak staliśmy i dumaliśmy nad nią.
- Przydałaby się wiertarka albo coś innego do rozwalenia tego zamka – mruknął Wojtek.
- Szef nas za to zabije – mruknąłem.
- Albo, co gorsza, wywali z roboty – dodał Adam.
- Wolę żeby mnie wywalił z roboty niż zamartwiać się o Karola. Może coś mu się tam stało i nikt nawet o tym nie wie i przez to nie może mu pomóc?
Właściwie to miał facet rację, robotę zawsze można znaleźć nową, w przeciwieństwie do prawdziwego przyjaciela, a Karol był naszym przyjacielem. Chyba nie tylko ja tak pomyślałem, bo nagle w zasięgu naszego wzroku pojawiła się ręka Adama z otwartym dość sporym scyzorykiem.
- Wystarczy?
- Miejmy nadzieję – mruknął Wojtek i wziął się za rozwalanie zamka. Ponieważ nie znał się na tym kompletne, więc trochę mu to zajęło, ale w końcu szafka pokazała nam swoją zawartość.
Tak jak przypuszczaliśmy, wśród innym, zdaniem pana Wojtka, ważnych dokumentów były tez nasze akta personalne.
- Czemu tu nie ma teczki szefa? – mruknął Wojtek przeglądając pobieżnie akta. Widocznie nie tylko ja zastanawiałem się nad tym kto jest naszym tajemniczym szefem.
- A na cholerę tu teczka szefa? – powiedziała Kaśka. - Przecież nie zatrudnia sam siebie. Ty lepiej szukaj teczki Karola.
- Racja – mruknął Wojtek i chwilę potem na biurku leżała jego teczka.
- Złota 6/30 – odczytał Adam.
- Ok., to lecimy! – zakrzyknęła Kaśka.
- Tyś chyba kompletnie na łeb upadła – skrzywił się JoJo. – O tej porze? Poczekajmy do rana.
Kaśka już chciała się obrazić na DJ’a ale Zdzisiek powstrzymał ją:
- On ma rację, kochanieńka. Lepiej iść tam z samego rana, nie wzbudzając żadnych sensacji.
- Ale Karol… - chciała oponować, ale widząc zdecydowane miny wszystkich dookoła skapitulowała. – Żeby potem nie było, że miałam rację – zaburczała tylko na koniec.
Po krótkiej naradzie ustaliliśmy, że nie ma sensu iść całą kupą, tym bardziej, że bar musi być otwarty. Stanęło na tym, że pójdę ja i Guliwer i jak tylko dowiemy się czegoś, damy im zaraz znać.
Następnego dnia spotkaliśmy się z Guliwerem o dziewiątej rano pod wieżowcem w którym podobno mieszkał Karol. Bez problemów weszliśmy na klatkę i znaleźliśmy jego mieszkanie. Dzwonek na szczęście działał, bo wyraźnie słyszeliśmy go przez drzwi, ale nikt na niego nie reagował. Nawet na dość mocne pukanie, żeby wręcz nie powiedzieć: walenie w drzwi. Zareagowała za to sąsiadka, jakaś staruszka w papilotach na głowie i różowej podomce.
- Co tu się dzieje?! – zapytała oburzona. – Kim panowie są?! Proszę stąd odejść bo zaraz zadzwonię na policję.
Grzecznie się przedstawiłem i powiedziałem z czym przyszliśmy. Staruszka szybko zmieniła nastawienie do nas.
- Ojej, faktycznie, ma pan rację, jakoś ostatnio tak nie widziałam pana Karolka, ale myślałam, ze wyjechał do rodziny albo co… To co teraz robimy? – Kobiecina była autentycznie zmartwiona. – Trzeba zadzwonić na policję!
- Może jeszcze z tym zaczekajmy? – Trzeba było ja uspokoić, bo jeszcze gotowa była zaalarmować nie tylko policję, ale straż pożarną i cholera wie kogo jeszcze. - Może my niepotrzebnie panikujemy, może nic mu nie jest? Musimy najpierw to jakoś sprawdzić. Chyba nie chce pani, żeby policja obciążała nas kosztami wezwania radiowozu?
- Ale jak?
- Pozwoli nam pani skorzystać z balkonu? Znaczy żebyśmy mogli po balkonie przejść do jego mieszkania?
Aż się przestraszyła kiedy to powiedziałem. W pierwszej chwili nie zrozumiałem o co jej chodzi, przecież jak byłem mały to często pomagałem sąsiadowi właśnie w ten sposób, gdy pierdoła zatrzasnął drzwi do mieszkania zapominając zabrać ze sobą kluczy. Dopiero Guli mnie oświecił:
- To jest dziewiąte piętro.
No tak, zapomniałem o tym jednym maleńkim szczególe. Niestety nie miałem wyjścia, balkon to była jedyna możliwość żeby dostać się do mieszkania Karola. Niestety w tej kwestii staruszka nie mogła nam pomóc, gdyż okazało się, że jej mieszkanie to kawalerka bez balkonu. Ale szybko okazało się, że sąsiad z drugiej klatki ma taki sam balkon jak mieszkanie Karola, więc jeśli on nam pozwoli, to będziemy mogli od niego przejść. Tak tez postanowiliśmy zrobić. Jak wychodziliśmy od staruszki, ta zrobi nam nad głowami krzyżyk i dodała ze będzie się za nas modlić, żeby nam się udało i żeby panu Karolowi nic nie było. Oczywiście musieliśmy jej obiecać, że damy znać jak tylko się dowiemy co i jak.
Sąsiad z sąsiedniej klatki w pierwszym momencie nawrzeszczał na nas i chciał nam zatrzasnąć drzwi przed nosem, ale Guli wsadził nogę między drzwi uniemożliwiając mu to. Potem otworzył je z taką łatwością jakby przewracał stronę w książce. Spanikowany właściciel mieszkania już podnosił słuchawkę telefonu, ale Guli zabrał mu ją i posadził w fotelu grożąc, że jak się nie zamknie, to mu nogi i ręce połamie. Ja wiedziałem, że on tego nie zrobi, ale facet nie, skutkiem czego zamknął się i tylko patrzył na nas trwożliwie. My, nie tracąc czasu, przeszliśmy na balkon. Spojrzałem w dół i aż się przeraziłem. Kurwa, co mi do łba strzeliło? Niestety nie było już odwrotu. Przeżegnałem się, po raz pierwszy w życiu, i przy asekuracji Guliwera przelazłem na sąsiedni balkon. Tyle strachu co ja się wtedy najadłem, to nie miałem chyba nigdy w życiu.
- Jak mi jeszcze raz przyjdzie do głowy taki pomysł, to strzel mnie łeb, w dobra? – mruknąłem do Guliwera kiedy już jako tako uspokoiłem moje galopujące serce, a ręce przestały się trząść.
- Okej, szefie – odparł z uśmiechem.
- No dobra, to teraz leć i czekaj pod drzwiami, wpuszczę cię jak tylko zorientuję się sytuacji.
Kolejne „Okej, szefie” i Guliwer zniknął z mojego pola widzenia. Wziąłem parę głębszych oddechów i zajrzałem przez okno. Niestety nic nie było widać, a to z racji zasuniętych zasłonek. Troche mnie to zdziwiło, zasłonki o tej porze? Nie zastanawiając się dłużej zamachnąłem się i walnąłem łokciem w drzwi balkonowe. Dlaczego tylko w filmach szyby tak ładnie się rozpryskują już za pierwszym razem? Musiałem walnąć jeszcze dwa razy, uważając by nie poranić się odłamkami, zanim w końcu przebiłem się przez obie szyby na tyle by móc wsadzić rękę i je otworzyć. Wszedłem do środka ostrożnie stawiając stopy, przygotowany na to, że będę musiał uciekać, albo przynajmniej tłumaczyć się gdy ktoś mnie nakryje. Na szczęście w pokoju nie było nikogo. Z umeblowania widać było, że to jest salon. Stałem chwilę nasłuchując, ale z mieszkania nie dolatywał żaden dźwięk. Ośmielony tym przeszedłem do przedpokoju. Szybko otworzyłem górny zamek. Na szczęście okazało się iż drzwi były zamknięte tylko na ten jeden zamek, bo gdyby były jeszcze na ten podklamkowy, to byłoby ciężko. Nigdzie nie widziałem zapasowych kluczy. Szybko wpuściłem Guliwera i bez zbędnego gadania wzięliśmy się za sprawdzanie pozostałych pokoi, a ściślej mówiąc dwóch. W pierwszym nie było nic ciekawego, standardowe meble, porządek, jakby nikt tu nie mieszkał, za to w drugim…