Ja i moje paranoje 5
Dodane przez Aquarius dnia Marca 21 2013 17:17:42


5.

- Patryk? Patryk! Żyjesz?
Ktoś pochylił się nade mną, ale zauważyłem go dopiero, kiedy jego twarz pojawiła się przed moimi oczami.
- Co?
- Pytałam, czy żyjesz? - uśmiechnęła się Beata, jedna z koleżanek z pracy.
- Tak, przepraszam. Jestem trochę rozkojarzony.
- Co się stało? Jakieś kłopoty? - spytała z troską. Trafiła w dziesiątkę. Była taki jeden problem. W dodatku nieduży, ale za razem ogromny. Westchnąłem nieco dramatycznie. I co ja teraz zrobię? Rano obiecałem Marcelowi coś, czego wcale nie chciałem robić (i czego nie umiałem, to tak na marginesie). Nie wiedziałem nic o homoseksualnym seksie! Fakt, już raz to zrobiliśmy, ale to Marcel przejął wtedy inicjatywę, co będzie jeśli zechce, żebym to ja był dzisiaj „górą”? Zaraz, moment! O czym ja właściwie myślę?! Przecież nie jestem homo! Marcel mnie zabije jeśli mu odmówię, ale przecież nie myśli chyba, że ja naprawdę się z nim prześpię? Co mam teraz zrobić? Jak odmówić?
- Na pewno wszystko w porządku? - spytała Beata podejrzliwie. Ciekawe jaką mogłem mieć wtedy minę?
Jak tylko mogłem odwlekałem moment powrotu do domu. Szlajałem się po mieście, zahaczyłem o dom, wpadłem nawet do znienawidzonego przeze mnie centrum handlowego – wszystko po to, by uniknąć Marcela. Ale przed nim nie ma ucieczki, o czym doskonale wiedziałem, a jeśli się w końcu nie zjawię, to kiedy już mnie znajdzie, z pewnością zginę marnie. Jakie więc miałem wyjście? Powlokłem się do domu.
Już na schodach usłyszałem jego głos. Jego i tego palanta Rafała... RAFAŁA?! Cholera! Wbiegłem czym prędzej na piętro, by zobaczyć jak... ten cholerny sąsiad niemal siłą próbuje wciągnąć Marcela do swojego mieszkania, kusząc tym swoim słodkim do porzygania głosikiem. No naprawdę, Marcel jest po prostu zbyt słaby jeśli w grę wchodzą takie sztuczki. W ostatniej chwili udało mi się chwycić go za rękę i wyciągnąć z łap bestii.
- Co ty wyprawiasz? - warknąłem, kierując to pytanie do sąsiada. Zmierzył mnie niechętnym spojrzeniem, krzywiąc się.
- A co TY wyprawiasz? - zapytał Marcel, chyba nie wierząc własnym oczom, w to, co widzi. A dokładniej, że widzi mnie stawiającego się jemu i jego przygodnemu kochankowi. Chyba nie spodziewał się, ze to potrafię. Ja też nie...
- Obiecałeś mi coś – mruknąłem urażony. Marcel otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął. Zatkało go! Dosłownie. - Idziemy – rozkazałem i pociągnąłem go za sobą. Nie protestował. Za to mina Rafała – bezcenna. Wepchnąłem Marcela do mieszkania i zamknąłem za nami drzwi, po czym stanąłem w przedpokoju i patrząc na groźną minę przyjaciela zadałem sobie kluczowe pytanie: co teraz?
- Co to było? - chciał wiedzieć Marcel. Prawdę mówiąc, ja też chciałem to wiedzieć.
- Odbiło mi? - odpowiedziałem pytaniem.
- No chyba. Co teraz zamierzasz zrobić, skoro już mnie tu przyciągnąłeś?
- Eee... - Dobre pytanie, bo co właściwie zamierzałem zrobić? Przecież nie pójdę z nim do łóżka. Przynajmniej nie na trzeźwo. Marcel podszedł do mnie i stanął tak blisko, że niemal stykaliśmy się... Cóż, nie mogę powiedzieć, że stykałem się nosem z kimś niższym ode mnie o prawie dwadzieścia centymetrów... Po prostu stał bardzo blisko.
- Powiedzmy sobie wprost: stań na wysokości zadania, albo się wkurzę, a wtedy polecą pióra! Zrozumiano? - zapytał na pozór spokojnie. Wtedy właśnie wpadłem w panikę i powiedziałem coś tak lamerskiego, że aż mi się głupio zrobiło.
- Ale wiesz, zmęczony jestem i głowa mnie boli...
Naprawdę nie mogłem uwierzyć, że coś takiego wyszło z moich ust. Marcel chyba też, bo uniósł brew pytająco, a zaraz za nią drugą, a potem zrobił minę, jakby chciał powiedzieć: na serio? W ten sposób chcesz mnie zbyć? Na koniec pokręcił głową z niedowierzaniem, odwrócił się i ruszył w stronę sypialni. Nie dość, że czułem się jak głupek, to jeszcze zanim Marcel zniknął za drzwiami usłyszałem jak mówi:
- Pieprzony impotent.
Już chciałem krzyknąć za nim, że doskonale to słyszałem, ale zdałem sobie sprawę z tego, że miałem to usłyszeć. No to ładnie, teraz to wpadłem, jak śliwka w g…
Pokręciłem się chwilę po mieszkaniu, wciąłem długi prysznic, i w końcu zdecydowałem się pójść spać. Zajrzałem do sypialni. Marcel jak zwykle zostawił dla mnie miejsce, a sam ułożył się na brzegu łóżka. Wśliznąłem się pod kołdrę cichaczem, żeby go nie zbudzić. Westchnąłem ciężko. Czas, żeby się mentalnie przygotować na bary z samego rana.
Nagle, Marcel poruszył się i mruknął pod nosem coś złowrogiego (przynajmniej jak dla mnie), podniósł się, odwrócił do mnie i... przyłożył mi pięścią w brzuch. Matko! Boże, co za ból! Stoczyłem się z łóżka, jęcząc i wijąc się z bólu, podczas gdy mój oprawca wychylił się, zapewne sprawdzając, czy nie trzeba mi jeszcze poprawić.
- Co ty tam robisz? - spytał, jakby nigdy nic. - Wracaj do łóżka, impotencie.
No, co za drań! Niech go szlag! Gdyby nie to, że mnie bolało (i to, że się go bałem) zabiłbym na miejscu. Marcel prychnął i z powrotem ułożył się wygodnie na materacu, zostawiając mnie samemu sobie, cierpiącego niemiłosierne męki zadane ręką najlepszego przyjaciela... no, dobra, odpuśćmy sobie przesadny patos, w każdym razie bolało mnie, a ten palant poszedł spać, jakby nic się nie stało. No, jak bardzo skurwysyńskie to było z jego strony? Koniec końców, pozbierałem się jakoś, zabrałem poduszkę i zwiałem na kanapę do dużego pokoju. Kto wie co sobie jeszcze umyślał? Może planował mnie poddusić poduszką?
Pół nocy nie mogłem zasnąć. Brzuch rozbolał mnie na całego, kiedy tylko się położyłem, więc spędziłem ten czas zastanawiając się, jak to się stało? Jak świat długi i szeroki, każdy zdrowy na ciele i umyśle mężczyzna, marzy o tym, by się ożenić, założyć rodzinę i posadzić to cholerne drzewo. Gdzie popełniłem błąd? W którym momencie moje życie zboczyło na tę drogę? Jak to się stało, że w wieku dwudziestu kilku lat gnieżdżę się w małym mieszkanku z gejem, nawet śpię z nim w jednym łóżku, choć nie jest moim partnerem; jeżdżę autem rodziców i, generalnie, wciąż z nimi mieszkam? Czy mogę być większym nieudacznikiem? W dodatku utknąłem w dziwnym „związku” z człowiekiem, który próbuje mnie zabić! Moja dalsza egzystencja nie ma sensu. Z tą myślą zasnąłem.
Obudziłem się zmaltretowany i na wpół żywy, było mi niedobrze, co zapewne, było zasługą wczorajszego zdarzenia. Kiedy otworzyłem oczy zobaczyłem pochylającego się nade mną Marcela. Marcela z dziwną, bardzo zaniepokojoną miną.
- Patyś, wstawaj – powiedział niezwykle miękko, aż miło było słuchać jego głosu w tym wydaniu. - Idziemy do lekarza.
- Gdzie? - zdziwiłem się.
- Do lekarza, a najlepiej do szpitala! Wstawaj i to już! - pociągnął mnie lekko za rękę.
- Ale po co? - spytałem, podnosząc się do pozycji siedzącej. Żeby ładnie to opisać: treść żołądkowa się zbuntowała i przeciekła górą, wprost pod stopy Marcela, zanim zdążyłem ją powstrzymać. Zaraz też powrócił niemiłosierny ból pod żebrami. Przyjaciel pomógł mi się podnieść z kanapy, umyć i przebrać, po czym sam zajął się sobą (przecież nie mógł paradować po mieście z pawiem na stopie) oraz małym wypadkiem w dużym pokoju. Ja w tym czasie siłowałem się ze sznurowadłem w bucie, zastanawiając się, czy dam radę bez wypadków wstać z podłogi. Dałem. Oczywiście nie obyło się bez asysty Marcela. O dziwo, to on był bardziej zdenerwowany niż ja. Może dlatego, że byłem osłabiony i wisiało mi, co się dzieje wokół. Ze stolika w przedpokoju Marcel wziął moje kluczyki do auta (nie miałem pojęcia, że potrafi prowadzić) i wyszliśmy. W szpitalu, zanim w ogóle zobaczyłem lekarza, najpierw swoje odczekałem. Na szczęście, dzięki urokowi osobistemu Marcela, w końcu zainteresował się nami jakiś specjalista. Nie wiem, co on w sobie ma takiego, że wszyscy faceci na niego lecą? Fakt, jest słodki, jeśli zechce, i jest naprawdę dobrym przyjacielem, co dzisiaj udowodnił. Przystojny, seksowny... No dobra, teraz rozumiem. Okazało się, że nic mi nie jest. Zdrów jak ryba, tyle że obolała ryba. Dostałem tylko zwolnienie na trzy dni, a Marcel, prócz numeru do doktorka, zakaz bicia mnie przez jakiś czas, zwłaszcza po jedzeniu. Potem odwiedziliśmy moją szefową by wręczyć jej zwolnienie lekarskie. Zmartwiła się, pogłaskała mnie po głowie, po czym wpadła w rozmowę z Marcelem, zupełnie tracąc zainteresowanie moją skromną osobą. W końcu wróciliśmy do domu, gdzie mogłem się wygodnie ułożyć i odpocząć. Okej, o odpoczynku mogłem tylko pomarzyć, bo Marcel skakał koło mnie, co chwila pytając jak się czuję, albo czy czegoś nie potrzebuję. Widać, czuł się winny zaistniałej sytuacji i chciał odkupić swoje winy. Było mi miło, że wreszcie mam kogoś „na zawołanie”, gdyż dotąd to ja pełniłem rolę pielęgniarki, ochroniarza albo tragarza. Bardzo przyjemna odmiana. Przyjemna, ale irytująca. W końcu wkurzył mnie tak, że wciągnąłem go na łóżko, objąłem tak, że nie bardzo mógł się wywinąć i z uśmiechem satysfakcji obserwowałem jego rumieniące się ze złości uszy. A raczej jedno, bo tylko tyle widziałem.
- Co ty wyprawiasz? - warknął. Korzystam z tego, ze nie możesz mnie bić, chciałem powiedzieć, ale powstrzymałem się. To mogło by tylko wzmóc jego agresję.
- Wkurzasz mnie jak tak się kręcisz, a jestem zmęczony.
- Mogłeś powiedzieć!
- I akurat byś posłuchał? - wyraziłem swoją wątpliwość. Tym bardziej łaziłby, tyle że na palcach po skrzypiącej podłodze.
- Patyś.
Nie zareagowałem, udając, że śpię.
- Patryk. - Użył mojego pełnego imienia, a to nie wróżyło dobrze.
- Tak?
- Lepiej mnie puść.
- Doktor zabronił ci mnie bić – przypomniałem na wszelki wypadek.
- Nie o to chodzi, kretynie!
- To o co? - westchnąłem ciężko. Trzeba było wypchnąć go za drzwi i zamknąć je na klucz.
- Stoi mi – oznajmił Marcel. Okej, tego się nie spodziewałem.
- Ups – wypsnęło mi się.
- Żadne „ups” tylko mnie puść! Chyba, ze zamierzasz coś z tym zrobić!
Wypuściłem go. Nie to, że nie mógłbym... ee... pomóc mu. Zrobiłem to automatycznie. Po prostu rozluźniłem uścisk, a on nie czekając na ciąg dalszy wywinął mi się spod rąk i nie zaszczycając mnie pojedynczym spojrzeniem, ewakuował się z pomieszczenia. Było blisko. Tylko dlaczego nagle zrobiło mi się tak głupio? Uff, uspokój się głupie serce, co się z tobą dzieje ostatnio, do cholery?
Nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok, a moje serce robiło dziką imprezę w piersi. No co jest? Zawał, czy co? W dodatku, wstyd się przyznać, ale się podnieciłem. Sam nie wiem dlaczego, choć, oczywiście, miałem swoje podejrzenia. Wkurzało mnie, że wokół było tak cicho. Jakiś czas temu słyszałem odgłos zamykanych drzwi, a to znaczyło, ze albo ktoś przyszedł, albo Marcel wyszedł. Mogłem się domyśleć gdzie... Już widzę ten paskudny uśmieszek na jeszcze bardziej paskudnej paszczy sąsiada. Cholera! Powinienem był go zatrzymać.
Jakiś czas później Marcel wkroczył do sypialni. Chwilę wcześniej udało mi się zasnąć, lecz dźwięk otwieranych drzwi mnie obudził. Miał zaczerwienioną twarz i ciężko oddychał, aż przestraszyłem się, czy nie jest przypadkiem chory. Cóż, chory nie był... Wyciągnąłem do niego rękę, przywołując go do siebie. Byłem skłonny zrobić to, czego ode mnie wymagał i potrzebował. Zwłaszcza kiedy widziałem go w tym stanie. Przyszedł i położył się przy mnie. Był rozpalony i drżał z podniecenia.
- Myślałem, że pójdziesz do niego – szepnąłem, obejmując go w pasie. Jęknął cicho, wtulając twarz w materiał mojej koszulki. Jego gorący oddech połaskotał mnie po szyi. Ocierał się o mnie delikatnie, nie nachalnie, co musiało być dla niego nie lada wysiłkiem, sądząc po stanie w jakim się teraz znajdował. Pomyślałem sobie: a co mi tam? Przecież nie musimy od razu iść do ołtarza, ani adoptować dzieci. Poszedłem więc z falą, jak zawsze, z tą różnicą, że tym razem ja przejąłem inicjatywę. Wsunąłem dłoń w jego spodnie. Kiedy dotknąłem jego członka, Marcel jęknął głośno i jeszcze mocniej się do mnie przytulił, jakby próbował scalić się ze mną. Objąłem go wolnym ramieniem, dłonią drugiej ręki stymulując go bez pośpiechu. Z początku wydawało mi się to dziwne, potem zaczęło mi się nawet podobać. W końcu miałem nad nim władzę niemal absolutną. Wydawał się taki delikatny i kruchy, kiedy tak wtulał się we mnie, drżąc na całym ciele. Dopiero, kiedy doszedł, rozluźnił się i uspokoił. Jego ciało wciąż było gorące jeszcze na długo po tym, jak usnął w moich objęciach. Za to ja... no cóż, mnie opanowało uczucie wstydu tak wielkiego, że wolałbym odgryźć sobie to ramię, które obejmowało Marcela, niż teraz go obudzić. W dodatku w dłoni czułem wiadomego pochodzenia lepkość, co jeszcze potęgowało negatywne odczucia. W pewnym momencie naprawdę chciałem odgryźć sobie ramię, ale kiedy spojrzałem na śpiącego przy mnie Marcela, na jego piękną twarz (bo to, że jest piękny musiałem przyznać nawet jeśli mężczyźni mnie nie pociągali) i zrobiło mi się jakoś tak... przyjemnie. Przytuliłem go, chichocząc pod nosem. W sumie, mógłbym się do tego przyzwyczaić.
Oczywiście, kiedy się obudziłem, Marcela nie był już przy mnie. Wstałem, wziąłem prysznic i zajrzałem do kuchni.
- Hej – przywitałem się, niezobowiązująco.
- Hej – mruknął pod nosem. Okazało się, że kubek z kawą był ciekawszy ode mnie. Hmm, w sumie, nic nowego.
- Więc, jak ci się spało? - spytałem. I przysięgam, nie miałem nic innego na myśli, jak tylko troskę o jego zdrowy wypoczynek.
- Do czego dążysz? - warknął, posyłając mi takie spojrzenie, że włos mi się zjeżył na głowie.
- Do niczego. Pytam tylko, czy się wyspałeś.
- Co to niby ma znaczyć?! - Marcel poderwał się do góry, gotów rzucić się na mnie z pięściami. Szybko przeanalizowałem sytuację, ale nie znalazłem powodu, dla którego miałby się tak zachowywać. Był zły, to było pewne, a dodatku na mnie, co też nie uszło mojej uwagi. Tylko powodu nie znałem. Teraz dalsza rozmowa zamieniała się w pole minowe, a wszystko, co bym powiedział z całą pewnością zostałoby wykorzystane przeciwko mnie. Dlatego też, mając nadzieję, że Marcel dostosuje się do zakazu lekarskiego, który zabraniał mu mnie bić, postanowiłem zrobić coś, za co mogłem nawet zginąć. Podszedłem, pochyliłem się nad nim i pocałowałem go w usta. W normalnych okolicznościach pewnie nieźle bym oberwał. I tym razem byłem gotowy przyjąć ewentualne konsekwencje. Żaden cios jednak nie padł, wręcz przeciwnie, Marcel (kiedy już wyszedł z szoku; dobrze wiedzieć, że jeszcze potrafię go czymś zaskoczyć) uśmiechnął się lekko, po czym wspiął na palce i odwzajemnił pocałunek. Był przy tym tak uroczy, że omal nie zszedłem śmiertelnie.
- Jeszcze raz? - spytałem, szeroko się uśmiechając. Marcel skinął głową, zarzucając mi ręce na szyję, więc objąłem go i złożyłem na jego ustach długi pocałunek. Aż zakręciło mi się w głowie. Co ja właściwie robiłem? A zresztą, kogo to obchodzi...
- Muszę iść do pracy – mruknął Marcel, ale nie zrobił nic w tym kierunku. Głaskał mnie po policzku, dotykał moich warg, całował, nadal nie ruszając się z miejsca.
- Okej, więc idź – wzruszyłem ramionami, wciąż trzymając go w objęciach. W końcu uśmiechnął się do mnie. Tak naprawdę, bez cienia ironii, lubieżności, czy wrogości. Uśmiechnął się przyjaźnie.
- Naprawdę muszę iść – oznajmił ze smutkiem. Wypuściłem go z objęć, równie niezadowolony. Kiedy wychodził posłał mi jeszcze jeden z tych uśmiechów i zniknął za drzwiami. Jeszcze przez chwilę stałem w miejscu, gapiąc się jak ten debil na zamknięte drzwi. W następnej chwili uderzyła mnie pewna myśl, uderzyła mnie tak mocno, że złapałem się za głowę i zatoczyłem. CO JA, DO CIĘŻKIEJ CHOLERY, WYPRAWIAM?! No jak to co? Liżę się z najlepszym kumplem, po tym jak w nocy robiłem mu ręczną robótkę! Proste, kurwa, jak pół metra drutu w kieszeni! Jasne jak słońce w nocy, o północy! Ot, po prostu mi, kurwa, na mózg padło. Dostałem udaru cieplnego w środku zimy i nie wiem co się ze mną dzieje. Normalka! Tylko co będzie, debilu jeden, kiedy on wróci po południu i będzie chciał czegoś więcej?! O tym się nie chciało już pomyśleć, co? Jezu, kurwa, no i co ja zrobię? Przecież sam zacząłem się do niego łasić z rana! Co mi odwaliło?! Po głowie pałętały mi się naprawdę powalone myśli. W pewnym momencie zrobiło mi się słabo i musiałem się położyć. Nie rozumiałem sam siebie. Przecież zwykle się tak nie zachowuję! Nie rzucam się na ludzi jak jakiś dziki. Okej, przyjmijmy, ze mi odbiło. Jakoś się to rozejdzie po kościach, mam nadzieję. A może Marcel zapomni... Tak, to była akurat ewentualność, na którą nie mogłem liczyć. Marceli był nienasyconym demonem, więc jedyne czego mogłem się spodziewać, to tego, że rzuci się na mnie i wykorzysta jak będzie chciał. Jedynym wyjściem jest założenie spodni i zachowanie się jak na mężczyznę przystało. Albo ukrycie się gdzieś, gdzie mnie tak szybko nie znajdzie.
- Mam przejebane – poskarżyłem się lampie stojącej na ławie obok kanapy. Teraz to już spadłem na samo dno. Rozmawiałem z lampami...
Marcel pracował w restauracji blisko centrum. Był kelnerem, ale z tego co wiedziałem, od czasu do czasu pozwalał sobie szaleć w kuchni, dlatego, kiedy wracał do domu wokół niego unosił się zapach przypraw, albo czekolady, czy cukru waniliowego, ponieważ knajpka serwowała również desery. Do mycia włosów używał cytrusowego szamponu i mydła oliwkowego. Jego ubrania pachniały za to wiosennymi kwiatami, a perfumy miały mocniejszy akcent. Czasami pachniał pomarańczami. Lubiłem jego zapach. Nie, żebym był jakimś fetyszystą, czy coś, po prostu od czasu do czasu (no dobra, trochę częściej) zdarzało mi się wyczuć od niego jedną z tych woni. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ po tym, jak usnąłem zmęczony biciem się z myślami, obudził mnie aromat suszonych ziół, których szef kuchni w restauracji, gdzie pracował Marcel, używał do sosu bolognese. Prócz nich wyczułem też wanilię i pomarańczę, a kiedy otworzyłem oczy zobaczyłem nad sobą uśmiechniętą twarz Marcela. Znów przyniósł ze sobą zapach świata spoza naszych czterech ścian.
- Miałem miły dzień – szepnął, a jego ciepły oddech połaskotał mnie w nos.
- Szybko wróciłeś – stwierdziłem. Co ja robiłem przez cały ten czas? Spałem? Niemożliwe.
- Wyszedłem wcześniej – wyjaśnił, po czym wspiął się na kanapę i usiadł okrakiem na moich biodrach. Dłonią pomasował mój brzuch w miejscu, gdzie przedwczoraj mnie uderzył. - Boli? - spytał z troską. To był chyba trzeci raz, kiedy w jego głosie usłyszałem prawdziwą troskę. Kiwnąłem głową. Nadal był w swoim uniformie, w którym, sam to muszę przyznać, całkiem seksownie wyglądał.
- Nie powinieneś się przebrać? - zapytałem. Albo rozebrać, przemknęło mi przez myśl.
- Może i powinienem – uśmiechnął się łobuzersko i pochylił nade mną, dłonie opierając po obu stronach mojej głowy. Objąłem go w pasie, nagle zapominając zupełnie o wszystkich wątpliwościach, jakie mnie wcześniej ogarnęły. I znów w głowie pojawiła się myśl: a co mi tam? W ten sposób przynajmniej mam pewność, że nie szlaja się nie wiadomo z kim, nie wiadomo gdzie. Przyciągnąłem go do siebie, tak, że teraz stykaliśmy się w kilku strategicznych miejscach. Wsunąłem dłonie pod czarny fartuszek, który Marcel wciąż na sobie miał.
- Przeszedłeś w nim całą drogę z restauracji? - zapytałem z niedowierzaniem.
- Nie mogłem sobie odmówić tej małej przyjemności – westchnął z rozmarzeniem. - Wiesz ile miałem propozycji po drodze?
- Mam nadzieję, że żadnej nie przyjąłeś – zmrużyłem oczy podejrzliwie.
- Coś ty! Wiedząc, że w domu czeka na mnie taki ogier? – prychnął. Zaśmialiśmy się krótko. - Ledwo cię poznaję, wiesz?
- Ja sam siebie ledwo poznaję – wyznałem. - Ale nie jest tak źle, jak myślałem.
- Mówisz o mnie, czy ogólnie o sytuacji?
- Ogólnie.
- Więc, mogę kontynuować? - spytał, lekko muskając moje wargi swoimi.
- Możesz, tylko grzecznie – zastrzegłem, choć wiedziałem, że i tak nie posłucha. I miałem rację. Pozwolę sobie użyć bardzo wyświechtanego wyrażenia: złączyliśmy nasze usta w pocałunku... Tyle że był to pocałunek, którego nie pokazuje się w telewizji, chyba że w filmach dla dorosłych. A kiedy oderwaliśmy się od siebie, by zaczerpnąć tchu, na ustach Marcela pojawił się tak szczęśliwy uśmiech, że zachciało mi się śmiać. Przypomniał mi się jakiś film, który oglądałem dawno temu. Główną postacią był tam wampir, który po wyssaniu krwi miał taką samą minę, jak mój przyjaciel. Ten sam błogi, nasycony wyraz twarzy. Marcel oblizał wargi, powiedziałbym: lubieżnie, co strasznie mnie podnieciło. Zdaje się, że i on to zauważył, bo zsunął się niżej, dobierając do mojego rozporka. Okej, rozporek jest przenośnią, bo miałem na sobie dresowe spodnie, ale chyba wiadomo o co chodzi? Nie muszę chyba też za bardzo tłumaczyć, na czym się chwilę później zassał, prawda? Ciężko mi opisać, co właściwie się działo. Znaczy, wiem co się działo, ale nie potrafię tego opisać, bo wyszedłem z siebie i fruwałem gdzieś pod sufitem, podczas gdy Marcel ujeżdżał mnie jak konika na biegunach. Wyglądał przy tym tak seksownie, że po wszystkim nie mogłem się opanować, i choć bronił się rękami i nogami, a nawet próbował zwiać, zdołałem jakoś zedrzeć z niego „mundurek” i połasić się do niego. Miał naprawdę gładką skórę, zupełnie nie jak facet. I łaskotki. W końcu przestał się wyrywać i pozwolił mi przytulić się do jego nagiej piersi. Pachniał wanilią. Od dziś był to mój ulubiony zapach.
- Hej, Patyś? - usłyszałem głos Marcela dobiegający z łazienki.
- Co? Potrzebujesz koła ratunkowego w tej swojej, absurdalnie dużej wannie? - spytałem. Tak, wanna w Marcelowej łazience była ogromna. Z powodzeniem mieściła dwie osoby i jeszcze zostawało miejsce.
- Skoro nie chciałeś pływać ze mną, to co się dziwisz! - zażartował. Dobrze, że był w świetnym humorze. Przynajmniej nie chciał mnie bić... - Ale nie o to mi chodzi.
- A o co?
- Czy mogę teraz mówić, że jesteśmy razem? - spytał.
- Jeśli chcesz – wzruszyłem ramionami, a po chwili uświadomiłem sobie, że przecież nie może tego zobaczyć.
- A ty chcesz?
- Raczej nie mam nic przeciwko – oznajmiłem i odwróciłem się, słysząc kroki za plecami. Nie spodziewałem się, co prawda, nikogo innego, jak tylko Marcela, ale to była automatyczna reakcja. Rzeczywiście, był to mój przyjaciel. Prawie nagi, tylko w bokserkach i turbanie na głowie.
- Ale... no wiesz – przerwał i przygryzł dolną wargę w zamyśleniu. - Czy ty... czujesz coś do mnie?
- A ty do mnie? - odpowiedziałem pytaniem.
- Lubię cię – wzruszył ramionami.
- Ja ciebie też, więc możemy od tego zacząć.
- Okej. A co będzie, jeśli nam nie wyjdzie? - zapytał. Cholera, nad tym nawet ja się nie zastanawiałem.
- Byłoby szkoda – przyznałem. - Więc lepiej się postarajmy – uśmiechnąłem się uspokajająco, miałem nadzieję, że tak to wyglądało.
- Więc, mogę zrobić to? - spytał Marcel, choć nawet się nie poruszył.
- Co? - zdziwiłem się i w tej samej chwili mój przyjaciel... zaraz, moment, mój chłopak (o rany, jak dziwnie to brzmi) wskoczył na mnie, oplótł mnie w pasie nogami i pocałował namiętnie. Przytrzymałem go za pośladki, żeby nie spadł. Zdałem sobie nagle sprawę z tego, jak strasznie lekki był. Mając sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu i szczupłe ciało, nie mógł ważyć dużo, ale jednak. Teraz wydawał mi się jeszcze bardziej kruchy. Pokrywał gorączkowymi pocałunkami moją twarz, a ja nie mogłem przestać się śmiać. To było naprawdę cholernie miłe uczucie, być traktowanym przez kogoś z czułością.
- Spadniesz – ostrzegłem, chwytając go mocniej.
- Nauczę cię tylu fajnych rzeczy – obiecał Marcel z łobuzerskim uśmieszkiem. Nie wątpiłem, że to zrobi. Miałem tylko nadzieję, że to przeżyję.