Słońce w jego oczach 1
Dodane przez Aquarius dnia Marca 09 2013 10:30:28



332 937 obrotów Akkrar po Exodusie
70. dzień eksploracji według czasu lokalnego
53.120° N 18.010°E


Do: Pierwszej Faiiny Oddechu Akkrar
Mannei N'Neth, Trzeciej Tego Imienia



Droga Siostro,
oby ten raport znalazł Ciebie w dobrym zdrowiu. Dziś mija drugi miesiąc od początku tej misji. Wszystkie zebrane do tej pory dane oraz próbki przesyłam na Oddech Akkrar. Nadal nie udało mi się odnaleźć siedzib przodków ani artefaktów, które mogłyby naprowadzić mnie na jakiś ślad.
Klimat panujący w tym rejonie nie sprzyja wykonywaniu pomiarów. Praca przy tak niskich temperaturach jest niezwykle trudna. Wszelkie odczyty zanieczyszczone są przez lokalne promieniowanie. Także sprzęt wymaga ponownej kalibracji, zaś mój czytnik fal Ryn'n oraz biokompas uległy z pewnością jakiejś awarii, ale nie zlokalizowałem jeszcze usterki, być może to wina oprogramowania lub połączenia z Oddechem.
Obecnie zatrzymałem się w jednej z tutejszych prostych osad (jej współrzędne załączyłem powyżej). Poza niezbędnymi naprawami, zamierzam zebrać materiał kulturowy
Oczekuj mojego kolejnego raportu w przeciągu najbliższych pięciu obrotów Akkrar.

Niech wiedza naszych Przodków Ciebie prowadzi.
Twój Brat,
Pierwszy Faiin Oddechu Akkrar,
Caymir N'Neth,
Czwarty Tego Imienia


332 943 obrotów Akkrar po Exodusie
79. dzień eksploracji według czasu lokalnego
53.120° N 18.010°E

Do: Pierwszej Faiiny Oddechu Akkrar
Mannei N'Neth, Trzeciej Tego Imienia


Droga Siostro,
oby ten raport...

Kochana Siostrzyczko,
te wyuczone formuły doprowadzają mnie do szału! Tęsknię za Tobą jak wariat! Mam nadzieję, że Tobie powodzi się lepiej i że kraina, którą wybrali dla Ciebie nasi Szacowni Rodzice, jest Tobie bardziej przychylna. Skłamałbym, pisząc, że nie podoba mi się tutaj. Jest pięknie, strasznie, przepięknie, zupełnie inaczej niż na Oddechu.
Zatrzymałem się u zarządcy wioski, nazywają go sołtysem, czasem Ojczulkiem. Cóż za przedziwny gatunek z tych An'Groyan! Bali się, pomimo mego kamuflażu. Chyba nadal jawię się im jako tajemniczy Obcy. Pierwsze spotkanie było trudne, choć teraz tubylcy są mi bardziej przychylni. Nadal trochę się mnie boją, nazwałabyś to zapewne respektem. Okoliczności zawarcia tej znajomości były jednak przygnębiające. Panująca na tych ziemiach choroba wyniszcza społeczność, a jej członkowie nie potrafią sobie z nią poradzić, nie są zbyt zaawansowani w naukach medycznych. Nie mogłem odmówić, sama rozumiesz. Dla nas to zwykła infekcja, moja Gena'in poradził sobie z nią szybko, jednak kilku moich pacjentów nie udało się uratować. Jednak Ci, których uleczyłem oraz ich rodziny traktują mnie teraz, niczym jednego ze swoich Kowali Słów. Nazywają ich magami i uważają za cudotwórców. Jeszcze żadnego nie spotkałem, ale ich tajemne moce tylko trochę przypominają naszą technologię. Być może to kolejna z mutacji, która dotknęła populację Gryonu? Zamierzam to zbadać. Być może Ty, Siostrzyczko, będziesz miała więcej szczęścia.
Mój sprzęt nadal szwankuje. Udało mi się doprowadzić go do stosunkowo stanu, ale cały czas dostaję dziwne odczyty. Może to przez pogodę. Moi gospodarze mówią, że nadchodzi ostra zima. Zima! Rozumiesz! Do tej pory jedynie się o niej uczyliśmy, a teraz zobaczę prawdziwy śnieg! Nie wiem, co znaczy ostra zima, ale z pewnością wkrótce się przekonam.
Ruszam w dalszą drogę za kilka dni, muszę sprawdzić te odczyty, które napływają falami z północy. Przypomina mi to sygnał bazujący na starym kodzie. Może wreszcie odnajdę, to czego tutaj poszukujemy. Bądź pewna, że pierwsza się o tym dowiesz.

Siostrzyczko, uważaj na siebie.

Twój, zawsze z miłością,
Cy N'Neth
(Czwarty Tego Imienia)









Zima

Czuł się kompletnie zagubiony.
Początkowo wszystko dookoła było wspaniałe. Szedł raźnym krokiem, rozkoszując się świeżym, mroźnym powietrzem i piękną okolicą. Otaczały go zaśnieżone drzewa. Czarna jak węgiel kora wyzierała tu i ówdzie spod białego puchu. Słońce świeciło spomiędzy szarych chmur i prawie widział, jak jego promienie delikatnie wibrują w powietrzu, odbijając się wszechogarniającej bieli. Zwierzęta chowały się przed nim, ale z oddali słyszał świergot małych ptaków i porykiwania jakiegoś większego stworzenia. Nagrywał wszystko dla Nei, która kochała odgłosy natury.
Nagle zrobiło się bardzo cicho, potem zerwał się silny wiatr, a niebo przesłoniły coraz ciemniejsze chmury. Poczuł niepokój. Otulił się mocniej grubym, podbitym kudłatym futrem, płaszczem, by ochronić siebie i sprzęt przed chłodem. Nie mógł pozwolić, by delikatne przyrządy znów się zepsuły. Nie teraz, gdy był tak blisko tego dziwnego sygnału, którym wraz z Gena'in pulsowało już całe jego lewe ramię.
Nasunął kaptur na głowę, osłaniając się przed coraz szybciej spadającą temperaturą i śniegiem, strącanym z gałęzi drzew przez lodowaty wiatr. Niewiele mu to pomogło, bo gęsty, biały puch zaczął padać też z ciemniejącego nieba. Wkrótce zamienił się mokrą, lodową kurtynę, którą wiatr rzucał teraz wprost w niego.
Przeżył już jedną zamieć, kilka dni temu u swoich gospodarzy, ale w ciepłym, osłoniętym od wiatru domu. Siedział z całą rodziną przy komiku i słuchał strasznych historii. Dokładnie o lesie, w którym teraz się znajdował. Wtedy wydawało mu się to śmieszne, ale teraz, gdy tak nagle zaczął zapadać zmrok, a chłód przenikał szal, którym przysłonił twarz i kąsał boleśnie jego policzki, nie było mu już tak do śmiechu.
Musiał wziąć się w garść, był w końcu Pierwszym Faiinem, a nie jakimś tchórzem, który podróżuje z oddziałem bojowym. Nie będzie wierzył w zabobonne bajania prostych ludzi. Te historie miały wartość kulturopoznawczą, nic więcej.
Nagle jego biokompas zapiszczał mu żałośnie do ucha serią danych i wyłączył się. Nie mógł teraz przystanąć, by sprawdzić, co się stało i natychmiast naprawić usterkę. Wiatr i śnieg próbowały go spowolnić, musiał jednak iść przed siebie, pewnym krokiem, by nie zamarznąć.
Po dwóch godzinach marszu nie wiedział już nawet gdzie jest. Las gęstniał zamiast rzednąć, kilka razy wpadł na pień lub potknął się o ukryty pod śniegiem korzeń. Zatrzymał się w końcu kompletnie zagubiony. Czuł ogarniające go zrezygnowanie, miał jednak wrażenie, że zamieć trochę osłabła, co dodało mu otuchy. Otrząsnął się z zamyślenia i ruszył szybko przed siebie, skupiony tylko na tym, żeby wydostać się z tego koszmarnego miejsca.
Nie zaszedł daleko. Wiatr wzmógł się, a on miał do dziwne wrażenie, że ktoś go obserwuje, że ktoś czai się w bieli. Za nim. Przed nim. Za nim. Po głowie chodziły mu opowieści starego gospodarza i jego żony. Bzdury. Zaczynał wariować od zimna. Postawił kolejny zdecydowany krok, gdy nagle coś pochwyciło go brutalnie, trzasnęło w głowę i mocno oszołomionego cisnęło w zaspę, ale to była ostatnia rzecz, którą pamiętał, nim zapadła całkowita ciemność.


*

Powoli odzyskiwał świadomość. Tępy ból kołysał go dalej do snu, ale walczył z nim dość skutecznie. Otworzył jedno oko, ale zaraz je zamknął. Było zbyt ciemno nawet jak dla niego. Czuł, że leży nagi na zimnej i twardej podłodze. Skulił się i otoczył kolana ramionami, by trochę się rozgrzać. Dopiero, gdy ciepło, z początku nieśmiało, zaczęło się rozpływać po jego członkach, spróbował połączyć się z Gena'in i zorientować w sytuacji.
Bransoleta na szczęście była na swoim miejscu, więc i kamuflaż się trzymał, taką miał przynajmniej nadzieję. Zacisnął mocniej powieki i zaczął nasłuchiwać. Nie słyszał zawodzenia wiatru, właściwie niewiele było słychać. Jedynie gdzieś z bardzo daleka ciche porykiwania, ale pewnie mu się to tylko wydawało.
Usiadł w końcu i otworzył oczy, czekając aż nastąpi wstępna akomodacja. Po chwili rozróżniał już kształty. Ktoś umieścił go w niskim, ciasnym pomieszczeniu. Nie było okna, ale naprzeciw siebie miał wmurowane solidne drzwi z żelaznymi okuciami. Łatwe do sforsowania, pod warunkiem, że ma się odpowiedni sprzęt. Ten, kto go uwięził, był jednak przezorny, zabrał mu wszystko. Bransolety pewnie nie mógł zdjąć, ale ona i tak by się tu do niczego nie przydała.
Wstał, starając się zignorować lekkie mdłości. Pokonały go silne zawroty głowy. Oparł się osłabiony o ścianę i aż podskoczył, gdy Gena'in nagle zacisnęła się na jego ramieniu tak mocno, że oba żołądki znów podskoczyły mu do gardła. Guz zaczął pulsować przejmująco, aż zrobiło mu się od tego niedobrze i słabo.
Odetchnął kilka razy i skupił się na tym delikatnym pulsowaniu pod skórą. Było trochę podobne do tego, które wykrył będąc jeszcze w wiosce. Tutaj jednak nie drżało, nie migotało słabo. Tętniło w rytm jego serc i rozgrzewało biobransoletę . Podejrzewał już, co mogło to oznaczać, ale wpierw musiał się stąd jakoś wydostać, by to zbadać. Powoli podszedł do drzwi, sprawdzając je dokładnie kawałek po kawałku. Proste, bez klamki, sam zamek równie nieskomplikowany. On jednak był dosłownie nagi i na pewno nie dałby rady w takim stanie ich sforsować. Przycisnął ucho do odrzwi przy zawiasach, gdzie była niewielka szpara. Może coś usłyszy i dowie się, gdzie jest. Zamiast tego poczuł lodowaty powiew na policzkach, od którego przeszły go dreszcze.
Poczuł jak znów ogarnia go słabość. Na to żadne szkolenie go nie przygotowało. Odsunął się od drzwi i skulił w kącie celi.
Po raz pierwszy w życiu był bezsilny, odarty ze wszystkiego, co dawało mu umiejętności i moc. Na szczęście Gena'in spełniała swoje zadanie, czuł jak guz, wszystkie ranki i bolesne otarcia goją się na nim. Pełna rekonstrukcja komórek jednak potrwa.
Usiadł w końcu i oparł dłonie na kolanach. Co on w ogóle wyprawia? Prawie usłyszał głos szacownej Rodzicielki. Wstyd. Wstyd. Musi się uspokoić. Uspokoić i myśleć logicznie, racjonalnie. Zamknął oczy i skupił się na pulsowaniu wokół siebie. Medytacja mu pomoże, zawsze to robił w stresujących okolicznościach. Jak dobrze, że Nea go teraz nie widzi.
Z transu wyrwał go dopiero metaliczny chrobot przy drzwiach. Otworzył oczy czujnie. Od razu poraził go snop mdłego światła, które pojawiło się nagle na dole drzwi.
Poderwał się przypadł do progu. Tej małej klapki nie zauważył wcześniej. Spróbował wyjrzeć przed nią, ale cały widok zasłoniła mu gliniana, toporna misa z jakąś parującą cieczą. Odsunął ją, parząc przy tym opuszki .
– Hej! Wypuście mnie! - zawołał próbując powstrzymać klapę przed zamknięciem. - Wypuście mnie! Albo chociaż oddajcie mój płaszcz... – mruknął zrezygnowany, gdy ta zatrzasnęła się głucho, prawie przycinając mu palce.
Zacisnął wargi i wrócił do swojego kąta, gdzie wreszcie usnął skulony w pozycji embrionalnej.

*

Budził się i zasypiał. We śnie wydawało mu się, że słyszy dzikie ryki. Gdy się budził, zawsze znajdował miskę z rzadką, gorącą polewką Łykał wszystko naraz, by choć w ten sposób rozgrzać się na krótką chwilę. Czuł się chory, ale to przecież nie było możliwe.
W ciemności jego zmysły wyostrzyły się. Początkowo czuł, jak wszystko dookoła, w tym on sam, cuchnie brudem i fekaliami. W końcu nie odczuwał już prawie niczego, nawet zimna czy głodu, jedynie odległe pulsowanie wypełniało całe jego ciało. Liczył metrum, które zaabsorbowało go tak, że już mało co zauważał. Punkty zamieniały się w serie. Serie w struktury. Struktury w znane i nieznane mu symbole. W końcu zaczęły się one powtarzać, więc uczył się całego ciągu na pamięć. To był już jakiś nic nie znaczący bełkot.
Być może to wszystko mu się wydawało? Może właśnie zaczął wariować?
*

Ocknął się nagle, gdy Gena'in zacisnęła się mocno na jego ramieniu. Był już tak wyczulony, że bransoleta reagowała przesadnie na każdą drobną zmianę w otoczeniu. Podniósł się nieco apatycznie i zmrużył powieki. Minęła długo chwila nim się zorientował, że drzwi są uchylone. Jeszcze dłużej trwało nim jego oczy przyzwyczaiły się do światła. Dopiero wtedy zarejestrował jakiś ruch w kącie tuż przy wejściu. Teraz jednak było mu wszystko jedno, dlatego nawet się nie poruszył, choć to mogła być szansa na ucieczkę. Spróbował coś powiedzieć, ale z jego gardła wydobył się tylko nieartykułowany pomruk.
– Czy ty jesteś białolicym magiem, panie? – Usłyszał cichy, przerażony, drążący głos, chyba należący do angroyańskiej samicy.
W odpowiedzi znów mruknął niewyraźnie, choć tak naprawdę miał ochotę skręcić jej kark... Wzdrygnął się na tę myśl. Co się z nim działo? Krew przodków wrzała w nim, chyba już rzeczywiście kompletnie zwariował.
– Panie...? – Kobieta odezwał się znowu. – Ty jesteś tym białym magiem, który uleczył chorych w wiosce na skraju puszczy?
– To... tak, to ja – odpowiedział z trudem, gdy już trochę wziął się w garść.
– Musisz mi pomóc! – Chyba chciała podejść, ale zamiast tego cofnęła w pobliże drzwi, marszcząc noc. Trudno powiedzieć, co zgorszyło ją bardziej. Nagie ciało czy może smród?
– Pomóż mi, proszę, mój ojciec... – powiedziała szybko i zbliżyła się do niego.
Czuł jej strach. Czyżby się go bała? Przecież był słaby, bezbronny, nie miał nawet dość sił, żeby jej uciec.
– Twój ojciec, pani? – spytał cicho.
– Nie pani. Fae – poprawiła go od razu. – Mój ojciec jest chory na plamicę, a nasz pan nie pozwolił mi sprowadzić uzdrowicielki.
Zamrugał zaskoczony. Więc był tutaj jakiś pan? Ludzie w wiosce nawet słowem nie wspomnieli o władcy w tej okolicy. Puszcza była przeklęta, a za nią rozpościerały się tylko skaliste pustkowia. Kto chciałby rządzić tak przygnębiającą krainą?
– Nie pomogę twemu ojcu bez swoich przyborów – powiedział, siadając tak, by kobieta nie musiała oglądać jego nagości. – Przynieś mi płaszcz i moją torbę, a zobaczę, co mogę zrobić – dodał w końcu, choć wiedział, że nie ma dość sił, by zrobić wiele. Zwłaszcza, gdyby plamica mężczyzny okazała się jakąś mutacją choroby, z którą zetknął się wcześniej.
Fae milczała chwilę i nagle spłoszona uciekła, zatrzaskując za sobą drzwi celi.
Był tym tak zaskoczony zachowaniem kobiety, że nawet go otrzeźwiło. Podniósł się powoli i opierając o ścianę, przysunął do drzwi z nadzieją, że być może nadal są otwarte. Pchnął je lekko, jednak ani drgnęły. Zrezygnowany chciał wrócić do swojego kąta, ale w przypływie skrajnej desperacji naparł na nie całym ciałem.
Zamek puścił nagle, a Caymir wyleciał z impetem na zewnątrz. Wylądował na zimnej kamiennej posadzce. Siedział chwilę nieruchomo nie mogąc uwierzyć, że się udało. Uśmiechnął się lekko i podniósł w końcu, ignorując ból w potłuczonych kolanach. Nadal czuł się słabo, ale myśl, że opuścił wreszcie tę obrzydliwą celę, dodała mu trochę sił. Oparł się znów o ścianę i zaczął posuwać się ostrożnie w stronę schodów.
Wspinaczka była mordęgą, ale powoli, krok po kroku, był coraz wyżej. Zatrzymał się na chwilę, mrużąc powieki. Z każdym stopniem w górę światło stawało się coraz bardziej intensywne, a jego bransoleta coraz bardziej dawała się mu we znaki. Tak, będzie uważał. Musiał znaleźć torbę z przyrządami, a potem... potem zobaczy.
Gena'in prowadziła go korytarzami. Nie miał czasu, by się rozglądać. Szedł tylko przed siebie skupiony na celu. Jeszcze trzy zakręty. Prosto. Dwa. W lewo po schodach. Jeden...
Nagle poczuł jak świat ucieka mu spod stóp, a potem uderzył całym ciałem o ścianę. Jego umysł wypełnił jednostajny, gardłowy warkot. Rozwarł zamknięte odruchowo chwilę temu powieki i spojrzał w oczy wcielonej furii, która miała barwę złota.
Potężne łapska podniosły go bez problemu za kark, a włochate cielsko przycisnęło do zimnego muru.
– Ty tu co? – usłyszał warkliwy, ale wyjątkowo ludzki głos.
– Ja... – wykrztusił wbijając palce w przedramiona napastnika, bo zaczynał się dusić.
– Ty, ty. No? – Tamten poluźnił uścisk, a potem go puścił, chyba nie widząc w nim zagrożenia i pozwolił osunąć się na ziemię.
Cy odetchnął i zasłonił obolałą szyję dłońmi W końcu jednak podniósł głowę i zamarł zaskoczony, oniemiały, zafascynowany. Krok od niego, na wyciągnięcie ręki, stała najbardziej niezwykła i wspaniała istota jaką spotkał w życiu. Właściwie nigdy czegoś takiego nie widział.
Potężna góra mięśni i rdzawego futra. Kły i pazury. Inteligentne, złote oczy patrzyły na niego, jakby ich właściciel chciał go aktualnie zjeść. Był piękny i przerażający, a Cy nie mógł wydusić słowa.
– Gadajże wreszcie! – warknął tamten i cały czar prysnął.
Gardłowy pomruk wcisnął go w ścianę.
– Fae... twoja służąca – wydusił z siebie w końcu i odetchnął. – Przyszła do mnie. Jej ojciec jest chory na plamicę. Chciała bym go wyleczył.
– Więc to ty – mruknął tamten, gapiąc się na niego nadal nieprzyjemnie. – Wyleczysz go?
Całe szczęście, że nie poruszył kwestii, jak Cy wydostał się z celi. Nie chciał, by dziewczyna miała kłopoty. Zwłaszcza z takim panem.
– Nie bez mojego... moich artefaktów. – Odszukał zaraz w głowie to słowo, które angroyanie lepiej rozumieli. – Moja torba i ubrania – dodał, widząc krzywą minę tamtego.
– Dobra – burknął tamten z wyraźną niechęcią, a potem złapał Cy'a za ramię i pociągnął za sobą, zupełnie nie zważając na to, że rani białoskórego ostrymi pazurami.
Próbował trochę protestować takim pomiataniem, ale tamten wcale go nie słuchał, tylko mruczał coś pod nosem niezrozumiale.
W końcu zresztą dotarli do zamkowej kuchni. Panował tu okropny chłód. W palenisku na środku ledwo tlił się ogień.
Po chwili został brutalnie wepchnięty do pomieszczenia przy schodach. Z trudem udało się mu zachować równowagę i wyprostował się. Tu z kolei żar buchał od kominka. W kącie na łóżku, pod stertą skór i koców kulił się szpakowaty mężczyzna. Siedząca obok niego Fae również nie wyglądała najlepiej. Caymir rozpoznał u niej początkowe objawy plamicy. Zastanawiające, że ich pan nie wyglądał na chorego? Może ta dziwna mutacja, która go dotknęła, dała mu odporność. Bardzo chciał to zbadać, ale wpierw musiał zająć się tym, po co tu przyszedł, a właściwie został zaciągnięty.
Nie zwracając uwagi na kudłatego pana, który wymknął się bezszelestnie, podszedł do łóżka i położył dłoń na ramieniu dziewczyny.
– To twój ojciec? – spytał łagodnie, widząc, że Fae nadal się go boi. Gdy skinęła głową, odsunął przykrycia i obejrzał dokładnie oczy mężczyzny. Plamki były jeszcze słabo widoczne, więc być może uda się go uratować,
– Jak ma na imię? – Zbadał puls swojego pacjenta. Był przyspieszony i nitkowaty. Gena'in gwałtowna zacisnęła się na jego ramieniu, gdy tylko dotknął czoła chorego.
– Ivo, panie – wymamrotała dziewczyna słabo. Wyczuwał chorobę także u niej, nic jednak nie mógł zrobić bez sprzętu, komputera i próbek szczepionki.
Odsunął się w końcu poirytowany, ale wtedy jak na życzenie powróciła bestia, jak zdążył go nazwać w myślach. Cisnął Cymirowi płaszcz i sakwę bez słowa, a potem stanął przy drzwiach, obserwując teraz uważnie poczynania białego maga.
Cy powstrzymał się od komentarzy, narzucił płaszcz na ramiona, choć zaraz zrobiło mu się potwornie gorąco, ale dość już miał paradowania nago. Na stole rozłożył wszystkie przyrządy, na szczęście niczego nie brakowało i wszystko było całe.
Ignorując duchotę, burczenie w brzuchu i świdrujące spojrzenie stworzenia na swoich plecach, zajął się tym, co potrafił najlepiej.

*

Czuł się ledwo żywy, jakby to sam on był chory. Wiedział już , że Ivo przeżyje i był z siebie dumny.
– Oboje musicie teraz odpoczywać – powiedział, podając Fae szczepionkę. – I pić dużo przegotowanej wody. Twój ojciec będzie zdrowy i ty także – dodał szybko, widząc łzy w oczach dziewczyny. Spojrzał w bok i cofnął się zakłopotany, gdy rozpłakała się mimo wszystko.
– To prawda? – Usłyszał gardłowy pomruk przy swoim uchu, a na jego karku zacisnęła się potężna łapa. – Uzdrowiłeś ich z plamicy?
Próbował się wykręcić z bolesnego uścisku, ale kudłaty stówr był za silny, bez problemu obrócił go Caymira do siebie.
– Będą zdrowi, po prostu pomogłem im podjąć walkę z chorobą – odpowiedział w końcu. – Możesz mnie teraz puścić?
– Jesteś potężnym magiem – mruknął tamten, zupełnie zwracając uwagi na jego prośbę. – Chodźmy.
Cy uśmiechnął się do siebie, szybko zebrał swoje rzeczy i pobiegł za bestią, który wyszedł z kuchni i ruszył podobnymi do labiryntu korytarzami zamczyska.
Rozglądał się wpierw zainteresowany, ale wszystko sprawiało dość ponure wrażenie. Pordzewiałe zbroje, wyblakłe portrety i postrzępione kilimy. Zupełnie, jakby nikt tutaj nie mieszkał. Dla niego było to wszystko wyjątkowe i fascynujące, prawdziwy folklor Gryonu.
– Uhm, dokąd idziemy? – spytał w końcu, wpatrując się szerokie, porośnięte kasztanowym futrem plecy, ale ich właściciel mu nie odpowiedział, tylko skręcił w rzęsiście oświetlony korytarz.
– Słuchaj, co do... – Urwał w połowie zdania i otworzył oczy szeroko. Dookoła niego rozpościerała się najkoszmarniejsza kolekcja, jaką kiedykolwiek widział. Czaszki. Na każdej ścianie. Od wejścia były małe, mysie, kocie, potem coraz większe, psie, jelenie, niedźwiedzie, przeraził się najbardziej, gdy dotarli prawie do samego końca hallu. Na stojakach wisiały czaszki an'groyańskie. Wypolerowane do lśniącej bieli, szczerzyły się do niego w potwornych uśmiechach.
– Podoba się tobie moja kolekcja, magu? – Stworzenie odwróciło się do niego i uśmiechnęło się, pokazując ostre, kremowe kły.
– Gdzieś ty mnie przyprowadził? – sapnął wzburzony i wściekły na siebie, że w pośpiechu schował biorękawice do torby. Czego w ogóle oczekiwał od swojego gospodarza, że go wypuści?
Nie zdążył więcej poużalać się nad sobą, własną nieuwagą i bezmyślnością, bo bestia złapała go i brutalnie przycisnęła do ściany tuż obok stojaków. Poruszała się tak szybko i bezszelestnie, że został całkowicie zaskoczony.
– Gadajże kim jesteś? – warknął mu prosto w twarz.
Spokojnie, tylko spokojnie. Poradzi sobie z tym jakoś
– Podróżnikiem i badaczem – wymruczał łagodnie. – Puść mnie, nic tobie nie... – Słowa ugrzęzły mu gardle, gdy napastnik potrząsnął nim mocno.
– Myślisz, że ci wierzę. Ktoś taki jak ty... jesteś jednym z nich, co?
– Jednym z...? Kim? – spytał, kręcąc głową z niedowierzaniem.
– Jak to kim?! Nie oszukuj mnie! Pieprzeni łowcy! – Z gardzieli stworzenia wydobył się straszliwy warkot. Cały czas patrzył na pokrytą spiralnymi wzorami białą twarz maga, jakby chciał mu ją odgryźć.
Wzdrygnął się, ale spojrzał w złote oczy, starając się panować nad sobą.
– Nazywam się Caymir N'Neth i jestem badaczem, spisuję historie z tego regionu i szukam ruin należących do przodków mego ludu – odpowiedział powoli, uważnie dobierając słowa. – Nie wiem, kim są łowcy, ale od ciebie nic nie chcę.
– Kłamiesz! – Znów nim potrząsnął, boleśnie wbijając pazury w jego ramiona. – Miałeś szczęście i jakoś wylazłeś, bo teraz zamknę cię w głębszym lochu, gdzie zgnijesz!
Zacisnął powieki na chwilę, czuł pulsowanie w barkach i karku. Na Przodków! Otworzył oczy szybko.
– Uratowałem twoich służących, nie mam złych intencji. Mogę i tobie pomóc, wiesz? – Zamruczał i zdumiony zobaczył, że to zadziałało. Bestia poluźniła uścisk.
– Pomóc mi? Niby jak? – spytał tamten, przyglądając się mu podejrzliwie.
– Z łowcami na przykład – odparł i zamrugał, gdy stwór wybuchł gromkim, nieco warkliwym śmiechem.
– To dobre, magu. Sam sobie z nimi nieźle radzę. – Pokazał mu czaszki wyraźnie rozbawiony. – Zresztą, takie małe chuchro, jak ty... i co byś im zrobił? Bo jakoś wątpię, by uciekli na widok tej twoje ładnej buźki.
Cy zmrużył powieki rozzłoszczony, ale jakoś żadna cięta riposta nie przychodziła mu do głowy. Coś w bestii drażniło go i fascynowało na tyle, że nie mógł pozbierać myśli. Do tego wszystkiego dołączył też strach, bo stwór był przerażający, silny i nieprzewidywalny.
– Powiedzmy, że zrobisz coś dla mnie, wtedy cię wypuszczę – kontynuował. – Zmień mnie w człowieka. Jesteś wystarczająco potężny, by cofnąć taką klątwę, prawda?
– Klątwę? – Czasem zapominał, że An'groyanie wierzą w inne rzeczy niż on. Zaawansowana technologia wyglądała w ich oczach na magię, ta istota tutaj z pewnością nie była przeklęta. Cymir stawiał na jakąś wyjątkową mutację lub może jakiegoś wirus. Możliwość zbadania takiego przypadku wzięła w końcu nad nim górę i skinął głową. – Owszem, oczywiście. Pod warunkiem, że potem mnie wypuścisz.
– Zgoda. – Bestia skinął kudłatą głową powoli. – Tylko pamiętaj, jeśli mnie okłamujesz, skończysz gorzej niż oni. – Złapał najbliższą czaszkę i na oczach Caymira zmiażdżył ją jedną łapą na pył.
Cy widząc to przełknął ślinę, czując jak oba serca walą mu w piersi. Nie pozostało mu teraz już nic innego, jak tylko spełnić daną obietnicę.