Zaparz mi herbatę 31
Dodane przez Aquarius dnia Grudnia 08 2012 12:59:44


Rozdział piąty - Wielkie decyzje, a tuż za rogiem - jeszcze większe zmiany

Tym razem, w drodze wyjątku, Ewelina zaciągnęła Łukasza do miejsca, w którym zamiast różnych dziwnych odmian herbaty, sprzedawane były różne dziwne odmiany pitnej czekolady. Nim Łukasz zdążył się z nią przywitać, dziewczyna jęknęła, że się roztyje i zmówiła prawdopodobnie najbardziej kaloryczną pozycję z menu, nie mogąc ukryć wielkiego uśmiechu, który wykwitł jej na twarzy.
Jako że nadszedł początek grudnia, temperatury na dworze wyłącznie okazjonalnie wskakiwały powyżej zera, toteż Łukasz również z miłą chęcią zamówił sobie coś smacznego i ciepłego.
– Na twoim miejscu bym z tym uważała – poradziła mu Ewelina, a kąciki jej ust zadrżały znacząco, jakby chciały powędrować w górę – jeszcze się roztyjesz i ten twój Adonis* cię już nie zechce…
– Tylko to mi chciałaś powiedzieć? – Łukasz uniósł jedną brew do góry. – Jak tak, to adieu – odparł, udając, że się podnosi z krzesła.
– No już, dobra, drażliwy coś jesteś. – Ewelina skinieniem dłoni nakazała mu usiąść ponownie i Łukasz to zrobił, bo… W sumie sam nie wiedział czemu. Najwyraźniej jednak coś w tych babach było, że czasami faceci się ich słuchali.
– Nie jestem wcale drażliwy – odparł Łukasz i po krótkim namyśle dodał: – Po prostu nie lubię, kiedy ktoś próbuje stanąć między mną a czekoladą.
– Ktoś tu lubi słodycze… – zaśmiała się Ewelina.
– Dogłębnie wierzę, że jedynie źli ludzie nie lubią słodyczy – wyznał z uśmiechem Łukasz.
Ewelina podrapała się po policzku w zamyśleniu. Wreszcie zdecydowała zapytać.
– Ten twój były chłopak lubi?
Łukasza na moment zatkało. Nie sądził, że tak prędko rozmowa zejdzie na ten temat.
– Jasne, że lubi – odparł chwilę później. Widać było, że myślami zagłębił się we wspomnienia. – Jak kiedyś szarpnąłem się na paczkę żelków dla niego, to prawie mu oczy wyszły z orbit z radości.
– Z jakiej to było okazji?
– Chyba na jego imieniny – przypomniał sobie Łukasz. – Ale nie myśl, że to były pierwsze lepsze Haribo ze sklepu na rogu. Kupiłem jego ulubione, no a oczywiście ulubione żelki Sebastiana oznaczają, że nie dość, że piekielnie trudno je było znaleźć, to cena przyprawiała o zawał serca. Przynajmniej jeśli przyrównać je do ceny każdej innej paczki żelków.
– O, wreszcie mi powiedziałeś jak ma na imię – obwieściła Ewelina. – Sebastian, tak?
– Nie mówiłem wcześniej? – zdziwił się Łukasz. – Tak, Sebastian. Sebastian Grzechowiak.
– Tak w ogóle to jak się poznaliście? – Skoro już miała okazję pociągnąć Łukasza za język, zamierzała ją w pełni wykorzystać.
– Czemu pytasz? – zdumiał się chłopak.
– Jestem po prostu ciekawa – odparła. Nigdy wcześniej nie zawracała sobie głowy związkami dwóch facetów, ale kiedy miała taką relację tuż koło nosa, nie mogła przestać rozmyślać, jak to wszystko się zaczęło.
Łukasz wzruszył ramionami i zaczął opowiadać.
– Poznaliśmy się, kiedy byliśmy w pierszej liceum. Po pierwszym semestrze Sebastian przeprowadził się z Warszawy do Szczecina i zaczął chodzić ze mną do klasy. Prawie go nie kojarzę z pierwszych dni, bo niewiele z nim gadałem… szczerze mówiąc, ogólnie niewiele rozmawiałem. Możnaby rzec, że żyłem trochę we własnym świecie. Wtedy jednak moi rodzice jasno się wyrazili, że albo podciągnę się z matematyki, albo przestaną płacić za moje zajęcia z rysunku – wyjaśniał spokojnie Łukasz.
– Niech zgadnę, Sebastian okazał się być matematycznym mózgiem i ci pomógł – zaśmiała się szczerze Ewelina.
Łukasz uśmiechnął się kącikiem ust.
– No dokładnie. A potem…
– Czekaj no chwilkę – przerwała mu stanowczo dziewczyna. – Ty rysujesz?
– Nie mówiłem ci? – zdziwił się chłopak.
– Wyobraź sobie, że jakoś ci to umknęło – syknęła Ewelina ironicznie. – W ogóle dość sporo rzeczy ci uleciało z pamięci.
– Przepraszam – westchnął Łukasz szczerze. – Ja po prostu zdążyłem przywyknąć, że im mniej o sobie mówię, tym lepiej.
– Jeszcze nie załapałeś, że możesz mi całkowicie zaufać – odgadnęła Ewelina.
– Nie, to nie tak – zaprzeczył prędko chłopak. – Ja wiem, że mogę ci zaufać. Jakbym tak nie myślał, to bym… no wiesz, nie powiedziałbym ci tego wszystkiego.
– Rozumiem – odparła Ewelina. – Zwyczajnie się nie przyzwyczaiłeś do mówienia ludziom o sobie aż tyle.
– Tak, dokładnie.
– Ale Sebastianowi potrafiłeś się zwierzyć, prawda?
– Tak, ale… Sebastian to… no, to Sebastian. On był kimś innym. Jakby drugą… – zaczął cicho, lecz przerwał wpół zdania.
– Drugą? – zachęciła go Ewelina.
– Drugą częścią mnie – wyrzucił z siebie wreszcie.
Przy stole na moment zapadła przytłaczająca cisza, którą przerwał kelner przynosząc dwa niemoralnie kaloryczne kubki z pitną czekoladą. Jej przyjemny zapach od razu przywrócił atmosferę do normy.
– W porządku. Wiem już, jak się poznaliście. Przeskoczmy środek, o to dopytam się później. Teraz powiedz mi, dlaczego się rozstaliście – powiedziała Ewelina, patrząc na Łukasza wyczekująco.
– To ja z nim zerwałem – wyjaśnił od razu.
– Ale dlaczego? Przestałeś czuć do niego to, co czułeś?
– Nie, no co ty – odparł Łukasz błyskawicznie, jakby sam pomysł był absurdem. – Ale on chciał, żebym jechał z nim na studia do Poznania, żebyśmy zamieszkali razem i w ogóle to wszystko… – Łukasz zrobił nieokreślony ruch ręką. – A ja nie byłem gotowy, by się tak otworzyć przed rodzicami, więc… się wycofałem.
– Przecież nie musiałeś wcale robić coming outu – zauważyła Ewelina. – To dałoby się załatwić i bez tego, wystarczyło pokombinować.
– Jest też inna sprawa – westchnął chłopak. – Gdybym miał studiować w Poznaniu, wybrałbym Akademię Sztuk Pięknych, malarstwo. Nie wiedziałem, jak im to powiedzieć. Znaczy… mówiłem im, ale… Chyba nie udało mi się przekazać im, że rysowanie to to, co chciałbym robić w życiu. Oni nigdy nie traktowali tego poważnie, najwyżej jako moje hobby. Wydawało mi się, że będą mną zawiedzeni, jeśli wybiorę tak mało przyszłościowe studia, skoro najwyraźniej jestem w stanie studiować również coś bardziej ścisłego.
– No tak, ale co ci po tym, skoro szczerze tego nienawidzisz – przyznała Ewelina po namyśle.
– Aż tak to widać? – zaśmiał się słabo Łukasz.
– Na początku? Wcale – odparła szczerze. – Dopiero kiedy cię bardziej poznałam i usłyszałam, w jaki sposób mówisz o sztuce. To ci dodaje energii, poprawia humor, momentalnie doładowuje baterie, które wyraźnie tracisz podczas wykładów. – Dziewczyna odetchnęła i wzięła kolejnego łyka czekolady. – Ale powiedz mi, Łukasz. Sądzisz, że teraz twoi rodzice nie będą zawiedzeni? Coś się w nich zmieniło?
Łukasz pokręcił ponuro głową.
– Nie, to we mnie się coś zmieniło. Nawet jeśli ich rozczaruję, to… nie przeraża mnie to tak bardzo, jak wcześniej. Przestaje mi zależeć, żeby byli ze mnie dumi, ponieważ ich duma przychodzi wtedy, kiedy ja przeważnie jestem sobą rozczarowany. To chyba nie powinno działać w ten sposób, prawda? Kiedy byłem z Sebastianem, wydawało mi się, że nie poradzę sobie, jeśli się ode mnie odwrócą. Teraz jednak, kiedy go ze mną nie ma… relacje z rodziną przestają mieć dla mnie tak duże znaczenie. Wszystko przestaje mieć znaczenie takie, jak wcześniej – dodał z goryczą.
Ewelina odchrząknęła, rozprostowała sobie palce dłoni (aż trzasnęły jej stawy) i wygrzebała ze swojej torebki trzydziestokartkowy zeszyt z Kapitanem Ameryką na okładce. Otworzyła go, wygięła i przygotowała długopis.
– Co robisz? – zdziwił się Łukasz.
– Porządek – oznajmiła spokojnie. – Z twoim życiem.
– O – mruknął zaciekawiony i przysunął się bliżej, żeby zerkać, jak Ewelina będzie coś pisać.
– To zacznijmy od początku. Powiedziałeś właśnie, że chciałbyś coś zmienić. Co konkretnie?
Łukasz przeczesał palcami swoje włosy. Dziewczyna chciała mu pomóc, widział to. Z drugiej strony… to pytanie wcale nie było łatwe.
– No nie wiem – mruknął, zastanawiając się intensywnie. – Zaczynając od rzeczy abstrakcyjnych? Chciałbym zmienić swoje relacje z Sebastianem.
– Żeby było jak dawniej? – upewniła się.
– Jak dawniej – przytaknął. Zobaczył, że na liście Eweliny właśnie pojawił się pierwszy myślnik. Łukasz zaczynał się zastanawiać, co z tego wyniknie.
– Dalej – mruknęła dziewczyna.
– Hm… może…
– Chciałbyś studiować w Poznaniu malarstwo – posunęła mu.
– Tak, zdecydowanie.
Pojawił się więc kolejny podpunkt.
– To co teraz? Twoi rodzice? – zamyśliła się na głos Ewelina. – Chciałbyś im powiedzieć o swojej orientacji?
– Ale… że teraz? – Łukaszowi momentalnie zaschło w gardle.
– Acha, czyli niebardzo – odgadła spokojnie dziewczyna. – A jakby twój związek z Sebastianem wrócił na poprzedni tor?
– Po co wybiegać tak daleko ze spekulacjami? – burknął Łukasz, nagle przygaszony. – Jakby mi się udało z Sebastianem, to przecież zmieniłoby się wszystko.
– Wszystko? – powtórzyła, przetwarzając powoli informacje. – Jednym słowem: jakbyś pojechał teraz do Poznania i pogodził się z Sebastianem, to powiedziałbyś swoim rodzicom, że jesteś gejem?
Łukasz wzdrygnął się. Nie lubił używania tego słowa w miejscach publicznych, zwłaszcza w Szczecinie. Mimo to westchnął i powiedział:
– Gdyby tylko to było takie proste… – mruknął do siebie. – Ale dobrze, zakładając, że możnaby wymazać tą przepaść między mną i Sebastianem, która powstała w ciągu ostatnich miesięcy… To chyba nie miałbym innego wyjścia, jak powiedzieć swoim rodzicom.
– Dlaczego?
– Byłbym mu to winien. Jak inaczej miałoby być między nami dobrze? Co miałbym mu powiedzieć? „Hej, Sebastian, stęskniłem się za tobą. Wróć do mnie. Poukrywajmy się dalej!” – zakpił. – Nie, to w ogóle nie wchodzi w grę. Jeśli mam próbować cokolwiek osiągnąć w związku z Sebastianem, muszę się liczyć, że jeśli wrócimy do siebie, to idę do rodziców i mówię im to wszystko prosto w oczy. Nie zafunduję Sebastianowi powtórki z rozrywki. Przedstawianie go jako „mojego przyjaciela” w ogóle nie jest opcją.
– To świetnie – skomentowała Ewelina.
– Świetnie? – powtórzył ze zdumieniem. – Mówisz, jakby wszystko się już ułożyło. Jakby mój coming out był tu jedynym problemem. Nie zapominaj, że nie widziałem się z Sebastianem od pół roku. Nie kontaktowałem się z nim. Nie wiem, czy kogoś ma, co u niego, jak się trzyma, gdzie poszedł na studia… Nie mam pojęcia. Jego obecne życie jest dla mnie jedną wielką zagadką.
– Ale to nieważne – odparła spokojnie.
– Nieważne? – parsknął Łukasz, nie dowierzając swym uszom. – To fundamentalne!
– Nieprawda. Fundamentalne jest to, żebyś wiedział, czego chcesz. I już wiesz. – Pokazała mu listę z trzema zwięzłymi podpunkami.

* Relacje z Sebastianem – uporządkować
* Studia na ASP – zacząć
* Coming out – wykonać

– To wygląda tak idiotycznie łatwo – skomentował bez przekonania Łukasz, zerkając krzywo na kartkę zeszytu.
– Fizycznie jest to bajkowo proste – skwitowała Ewelina. – Rozłożę ci to na części pierwsze. Musisz kupić bilet do Poznania, wsiąść w niego, pójść do Sebastiana, przeprosić go najszczerzej jak umiesz (kwiaty mile widziane) i czekać na dalszy rozwój wydarzeń. Przy odrobinie szczęścia Sebastian ci wybaczy i będziesz mógł przejść do punktu drugiego. Siądziesz przed komputerem, dowiesz się, co trzeba zrobić, by dostać się na ASP i po kolei to wszystko wykonasz. Zaś trzeci punkt wymaga od ciebie wypowiedzenia tylko jednego zdania, mianowicie w wersji prostej „Mamo, tato, jestem gejem”, ale możesz to ująć jak tylko zechcesz. I znowu czekasz na dalszy rozwój wydarzeń. Kropka. Lista zamknięta. – Ewelina wzięła głębszy oddech i kontynuowała: – Oczywiście od strony psychicznej jest to o wiele bardziej skomplikowane. Będziesz miał natłok wątpliwości, będziesz się wahał, stresował, bał i może zaczniesz obgryzać paznokcie. Na każdym kroku będziesz dostawał coraz większego świra z powodu tych wszystkich sprzecznych emocji, które będą tobą targać. Będą ci drżeć ręce, będą ci drżeć kolana. Może nawet pojawi ci się gula w gardle i doznasz wrażenia, że nie możesz normalnie przełykać śliny. Twoje serce zwiększy obroty i może pomyślisz, że nadchodzi dla ciebie koniec świata.
Łukasz bladł nawet wtedy, gdy tego wszystkiego słuchał.
– To żeś mnie pocieszyła, nie ma co – skomentował ostatnią resztą zgryzoty, która w nim została.
– Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Wiem, że będzie to cholernie dla ciebie trudne. Może się zdarzyć, że usłyszysz wiele bolesnych słów. Sęk w tym, że chyba warto. Jeśli nie wykonasz tego kroku teraz, prawdopodobnie do końca życia sobie tego nie wybaczysz. Nie wiem, czy wszystko pójdzie po twojej myśli. Ty też tego nie wiesz. Nikt tego nie wie i nie może wiedzieć.
– Ale jeśli chcę coś zmienić, muszę zaryzykować – podsumował Łukasz słabo.
– Dokładnie – przyznała dziewczyna, obdarzając go nieco współczującym wzrokiem. Nie zazdrościła mu tej sytuacji. Nikt nie chciałby się w takiej znaleźć.


Łukasz nie odpowiedział, za to poprosił rachunek. Rozliczyli się, zapłacili, ubrali i wyszli.
Ewelina spojrzała na chłopaka badawczo.
– Łukasz, wiem, że to dla ciebie trudne – zaczęła cicho. – Ale wierzę w ciebie. Jesteś odważniejszy i silniejszy, niż ludziom się wydaje. I niż się tobie wydaje. Wiem, że podejmiesz odpowiednią decyzję.
– Dziękuję – Łukasz brzmiał tak szczerze, jak nigdy. Zbliżył się do Eweliny, objął i przytulił do siebie w podziękowaniu. – Nikt jeszcze nie zrobił dla mnie tyle, co ty.
– Prócz Sebastiana – zaznaczyła dziewczyna z uśmiechem.
Łukasz odwzajemnił go nieco blado.
– Prócz Sebastiana – potwierdził. Odsunął się od niej i z nikłym uśmiechem oznajmił: – Teraz powinniśmy się już pożegnać. Muszę wymyślić sposób, żeby zarobić trochę kasy. Na pociąg… i parę innych rzeczy… – dodał zamyślony.
– Ty naprawdę chcesz to zrobić. – Ewelina nie mogła powiedzieć, że była zaskoczona tym oświadczeniem. Wiedziała jednak, że to ogromny krok dla Łukasza. Niełatwy. Ale tuż za strachem i wątpliwościami, w jego oczach dostrzegała determinację.
– I zamierzam.
Łukasz pomachał jej przez ramię, odchodząc w stronę najbliższego przystanku tramwajowego. Na jego ustach błąkał się nikły uśmiech, pełen ulgi.

*


Łukasz czuł się jak sekretarka, siedząc w pokoju i wykonując jeden telefon za drugim. Pierwszy do Doroty, żeby poprosić ją o kontakt do tego człowieka, który był zainteresowany jego pracą.
– Nie wiem, czy nie zdecydowałeś się nieco za późno – odparła z wahaniem. – Już zaczął się grudzień. Może nie być już zainteresowany. Myślisz, że byś zdążył to narysować?
– Jestem całkowicie pewien – odparł Łukasz poważnie. Nie wykluczał, że opuściłby kilka wykładów. Nie miał wyrzutów sumienia z tego powodu, skoro i tak dotychczas był przykładnym studentem. Poza tym, czekały go ogromne zmiany w życiu (a przynajmniej miał taką nadzieję), toteż parę opuszczonych zajęć nie znaczyło dosłownie nic.
– Jak tak, to już ci podaję namiary. I powodzenia.


Drugi telefon był więc do tego właśnie mężczyzny. Waldemar, bo tak się przedstawił, był z zawodu lekarzem. Na całe szczęście nie znalazł jeszcze odpowiedniejszego świątecznego prezentu dla żony niż rysunek, dlatego Łukaszowi bardzo szybko udało się ustalić szczegóły. Mailem dostał kilka zdjęć, na których mógł się wzorować przy pracy.
Termin i rozmiar okazały się być kluczowymi sprawami, które najciężej było dograć. Mężczyzna myslał o czymś naprawdę sporym, co zapełniłoby puste miejsce na jednej ze ścian, a jednocześnie dawał Łukaszowi tylko tydzień, ponieważ wtedy właśnie przyjeżdżał do Szczecina w sprawach biznesowych. Z jednej strony to doskonale się składało, ponieważ Łukasz nie widział innego sposobu na dostarczenie obrazu, niemniej jednak tydzień to mało czasu. Bardzo mało.
Nie dość, że oznaczałoby to opuszczenie wszystkich wykładów, co do jednego, to jeszcze musiałby naprawdę ustalić sobie ścisły grafik roboty i się go trzymać. Ciekawe, jak to wyjaśni rodzicom.
– Zgadzam się. W następną sobotę obraz będzie do odbioru.
Dokłada cena nie została ustalona, aczkolwiek Łukasz miał szczerą nadzieję, że za rozmiar i tempo dostanie choć trochę więcej.
Naprawdę nie widział innej opcji, żeby zdobyć jakieś pieniądze przed świętami, dlatego też liczył, że zapłata za obraz okaże się być wystarczająca.


– Zawsze jeszcze możesz zacząć sprzedawać trawkę – zaśmiała się w słuchawkę Ewelina, gdy Łukasz powiedział jej o swoich rozważaniach.
– Ha. Ha. Ha – skwitował, sącząc ironię przez zęby.
– Nie martw się na zapas – poradziła mu już poważniej. – Jak dostaniesz forsę w łapę, przeliczysz koszta i będzie ci brakować, to wtedy będziemy myśleć. W ostateczności ja i Emil możemy ci odrobinę dołożyć (na procent, nie myśl sobie), no i też nigdy nie wiadomo, co dostaniesz na święta. Może też co nieco ci wpadnie do portfela. Bo jeśli dobrze rozumiem, święta jeszcze planujesz spędzić z rodziną, tak?
– Yhm – mruknął Łukasz, bębniąc palcami o blat biurka. – Pojadę do Poznania bliżej Sylwestra, tylko będę musiał podpytać Dorotę o plany Sebastiana. Żeby nie jechać na próżno.
– Zamierzasz ją wtajemniczyć? – upewniła się Ewelina. Wiedziała już, kim była Dorota i domyśliła się, że stosunki między nią a Łukaszem zawsze były wyjątkowo dobre. Mimo wszystko.
– Ostatnio mi to przyszło do głowy. Chyba powinienem, chociaż częściowo. Gdy ostatnio z nią szczerze rozmawiałem, nie miała nic przeciwko temu, bym próbował. Chciała tylko, żebym tym razem był tego pewien.
– I jesteś.
– Więc nie powinno być problemu. Co więcej, sądzę, że naprawdę mi może pomóc. Choćby w ustaleniu dokładnej daty przyjazdu… i miejsca zamieszkania Seby. Słyszałem, że teraz ma kawalerkę gdzieś w środku miasta.
– Skoro tak, to chyba naprawdę nie jest złym pomysłem skontaktowanie się z nią – oceniła Ewelina.
– Ej, ale nawet jakbym dostał trochę kasy na święta, to chyba głupio by mi było z niej skorzystać – mruknął Łukasz, wracając do poprzedniego tematu.
– Niby czemu?
– No bo jak to tak? Wziąć pieniądze od rodziny i użyć ich do tego, żeby ratować związek, którego oni by pewnie nie poparli?
– Matko, Łukasz! Za dużo myślisz! – zganiła go dziewczyna stanowczo. – Jak będzie ci brakować i dostaniesz kasę na święta, to weźmiesz ją ze sobą do Poznania i nie będziesz rozważał, czy to moralne czy niemoralne! Jak tak mówię, więc tak będzie i kropka! Zrozumiano, żołnierzu?!
– No dobra, dobra, tylko już na mnie nie krzycz – poddał się prędko Łukasz.
– I finito. A teraz nie marudź, tylko kończ rysować ten obraz!
Ewelina dochodziła do wniosku, że nawet jakby wszyscy faceci byli gejami, to i tak zginęliby bez zbawiennej pomocy kobiet (nawet jeśli te same miałyby być lesbijkami).
*

Łukasz był dość zadowolony z pieniędzy, jakie zarobił na obrazie. Żadna kosmiczna kwota to to nie była, a i faktycznie nie zaszkodziłoby dostać kilka groszy na święta, niemniej jednak nie było źle. Można by wręcz rzecz, że całkiem przyzwoicie. Mając te pieniądze w portfelu, Łukasz wreszcie mógł zacząć kombinować na poważnie.
Połowa grudnia właśnie mijała, a więc czas najwyższy.
Chłopak wreszcie się zdecydował na telefon do Doroty.


– To już chyba zaczynam rozumieć, dlaczego tak nagle zaczęło ci zależeć na narysowaniu tego obrazu – odgadła kobieta, kiwając w zamyśleniu głową, gdy tylko wyjaśnił jej powód tej rozmowy. – Łukasz, ty wiesz, że ja zawsze bardzo cieszyłam się z waszego związku. Gdyby to ode mnie zależało, Sebastian rzuciłby się tobie w ramiona. Ale nie zależy.
– Wiem. Nie chciałbym cię w to mieszać bardziej, niż to konieczne. To sprawa między mną i Sebastianem i jeśli coś nie wyjdzie, nie chcę, żeby się to odbiło na waszych relacjach. Dzwonię jedynie, żeby zapytać o plany Sebastiana po świętach. Czy będzie gdzieś wyjeżdżał, czy będzie u ciebie…?
– Rozumiem – Łukasz prawie widział jej ciepły uśmiech. – Ale obawiam się, że muszę cię rozczarować. Sebastian… nie rozmawia już ze mną tak wiele. Sama nie jestem pewna jego planów na święta. Wiem tylko, że ostatnio coś go wyraźnie trapi, ale nie mogę nic z niego wyciągnąć. Boże Narodzenie spędzimy razem, jednak później zupełnie nie wiem co zamierza. Sądzę, że będzie po prostu siedzieć w domu. Nie jest z nim za dobrze…
Łukasz poczuł ukłucie na wysokości serca. Czy to przez niego? Czy to jego decyzja wprawiła Sebastiana w ten niecodzienny, niepokojący stan?
Poczucie winy rosło, lecz wraz z nim postanowienie, by to wszystko odkręcić.
Chłopak zerknął w kalendarz. Do świąt dwa tygodnie. A po świętach – Poznań. Co go tam czeka? Czy uda mu się zastać Sebastiana? Czy Sebastian będzie chciał z nim w ogóle rozmawiać?
I najważniejsze – co ostatnio miało miejsce w życiu Sebastiana? I dlaczego zarówno w sercu Doroty jak i Łukasza wywoływało to uczucie niepokoju?

Przemek może nie był detektywem na miarę Sherlocka Holmesa, jednakże znał swoich kuzynów na tyle, by zauważyć zmianę w ich zachowaniu, gdy taka nastąpi. Rodzinne spotkania ostatnimi czasy nie zawsze obejmowały uczestnictwo całego najmłodszego pokolenia, ponieważ trójka z nich już studiowała, a czwarty przygotowywał się do matury. Słowem – mieli o wiele mniej wolnego czasu do zagospodarowania. Niemniej jednak pod koniec grudnia wszyscy zgromadzili się jak co roku w domu u babci Niny, więc Przemek od razu dostrzegł, że Łukasz się zmienił. Nie potrafił ocenić pod jakim dokładnie względem, lecz czuł, że coś jest inaczej niż dotychczas.
Rzecz jasna, wszyscy ludzie się zmieniali na przestrzeni czasu, mniej lub bardziej. Oskar na przykład wyrósł z pozy buntownika i przestał miotać się między różnymi środowiskami, próbując znaleźć to odpowiednie. Przemek skrycie uważał, że to zasługa jego dziewczyny, z którą póki co Oskar dogadywał się wyjątkowo dobrze – a przynajmniej sam tak twierdził.
Jeśli chodziło o Łukasza, Przemkowi wydawało się, że również zamieszana jest w to wszystko płeć piękna. Choć w jego głowie wciąż wyraźny był obraz Łukasza jako chłopca stojącego wiecznie na uboczu, z nosem w szkicowniku, to po chwili namysłu dostrzegał zmiany, jakie w nim zaszły na przestrzeni ostatnich lat. Gdy dokładniej się nad tym zastanowił, wręcz nie mógł uwierzyć, że można przejść taką metamorfozę. Nie było to nic gwałtownego, jednak gdy Przemek porównał Łukasza sprzed czterech lat do Łukasza obecnie, różnicę było widać jak na tacy.
Przemek miał ochotę Łukasza o wszystko dokładnie wypytać, jednak nie chciał być zbyt dociekliwy. Oskar jednak nie miał takich oporów.


– To jak tak ci się układa z tą Eweliną? – Przedświąteczna krzątanina stanowiła doskonałą okazję do ugruntowania kontaktów śródrodzinnych. Ponadto Oskar bezsprzecznie uwielbiał wściubiać nos w nie zawsze swoje sprawy.
– Naprawdę świetnie – odparł Łukasz szczerze. – Choć nie w ten sposób, o którym myślicie – dodał po chwili.
Oskar zaśmiał się serdecznie.
– No skąd wiesz, może akurat myślimy dokładnie o tym samym? – rzucił.
Łukasz uśmiechnął się pod nosem.
– No być może – odparł. Czasami myślał, że skoro tak lubi mieszać ludziom w głowach, to może jego przeznaczeniem była profesja oszusta. Z pewnością byłoby to opłacalne, o ile nie skończyłby za kratkami.
– Nie bądź taki tajemniczy. Kiedy ją wreszcie poznamy? – dociekał dalej Oskar.
To pytanie mogło stanowić problem, jeśli Łukasz nie zamierzał kłamać.
– Daj mu spokój. Sam długo bym się wahał, zanim rzuciłbym swoją dziewczynę na pożarcie tej ogromnej rodzinie. Ile stresu to by musiało kosztować! – wtrącił Przemek.
Mimo to Oskar nadal wyczekująco zerkał na Łukasza, więc chłopak ostrożnie odpowiedział:
– Mam nadzieję, że już niebawem będę mógł wam kogoś przedstawić. Choć nie mogę w tej chwili nic obiecać.
– Oj no, już nie musisz rzucać takimi szpiegowskimi szyframi. Przecież wiemy, o kogo chodzi, tak? – parsknął Dominik.
Łukasz postanowił nie kontynuować tej wymiany zdań, więć jedynie uśmiechnął się lekko i wzruszył ramionami.
*

Nie można powiedzieć, że święta nie mijały w przyjemnej atmosferze. Było jak zwykle. Trochę się odpoczywało, trochę nadrabiało zaległości w czytaniu książek, za które nie miało się czasu zabrać wcześniej i pomagało dziadkowi, kiedy o to prosił. Łukasz postanowił też pomóc mamie, babci i ciotkom w kuchni, ponieważ doskonale zdawał sobie sprawę, że przygotować jedzenie dla takiej rodziny to jak z góry skazana na porażkę próba wykarmienia całej armii.
Przemek z Oskarem grali w karty i Łukasz był najzupełniej pewien, że stawką każdej kolejne j gry były obowiązki domowe przeciwnika. Przegrany musiał wykonać robotę wygranego. Dominik za to zaszył się w pokoju obok, z nosem w laptopie. Łukasz uważał, że mógłby wyłączyć tą maszynę chociaż w święta i pokrzątać się po domu razem z resztą rodziny.
Wiedział, że nie powinien być z tego powodu tak zirytowany, jednakże te święta były dla niego zupełnie inne niż wszystkie poprzednie. O niebo ważniejsze. Łukasz bowiem nie przestawał myśleć o tym, co zamierzał zrobić zaraz po Bożym Narodzeniu, więc też bardzo ciężko znosił świadomość, że te święta mogą być ostatnimi w tak przyjaznej i ciepłej, rodzinnej atmosferze. Przynajmniej dla niego. Dlatego też naprawdę zależało mu, żeby tych kilka dni upłynęło bez niepotrzebnych kłótni i zwad.
Momentami jednak ostatkiem sił powstrzymywał się, by nie rzucić o kilka słów za dużo. Najbardziej napiętą sytuację tych świąt zapoczątkowała zwykła prośba Urszuli, żeby Łukasz zaniósł ojcu herbatę do salonu. Oprócz Bartosza siedziała w nim babcia i dziadek Łukasza, oglądając wieczorne wiadomości. Bartosz jednym okiem zerkał w telewizor, a drugim do gazety, raz po raz wymieniając się z teściami luźnymi uwagami na temat tego, co dzieje się w państwie.
– Czasami aż wstyd mi za naszych polityków. Co za ludzie ich wybierają? Czytałem ostatnio, że dwa miesiące temu ten poseł z PO, jak mu tam było…
Łukasz ten cały polityczny bełkot wpuszczał jednym uchem i wypuszczał drugim.
– No już tak nie gadaj – wtrącała raz po raz babcia do ojca Łukasza. – W TVN ostatnio podawali, że kilku PIS-owców powiedziało, że…
Łukasz nigdy się takimi dyskusjami nie przejmował, ponieważ to nie było nic osobistego. W gruncie rzeczy nikt nie popierał nikogo, za to wszyscy mogli o każdym powiedzieć parę złych słów i wytknąć kilka błędów. Słowem – te rodzinne debaty opierały się na wspólnym narzekaniu na polityków. W końcu nic tak nie łączy, jak osoby, na które można razem popsioczyć.
Zmywając naczynia w kuchni, Łukasz nasłuchiwał uważnie, jakie tematy przwijały się po kolei przez rozmowę. Skończywszy omawianie poselskich pomyłek, zaczęły się ciągnąć dyskusje o tym, co się dzieje w zagranicznych państwach, aż wreszcie doszło do in vitro i aborcji. Łukasz doskonale zdawał sobie sprawę, że przeważnie ramię w ramię z tymi dwoma idą związki partnerskie – najpopularniejsze kontrowersyjne tematy ostatnich lat. Oczywiście miał szczerą nadzieję, że się pomylił.
– Łukasz, zrobisz mi jeszcze jedną herbatę? – poprosił z pokoju Bartosz.
– Jasne. Ktoś jeszcze chce? – zapytał Łukasz i w ten sposób z jednej herbaty zrobiły się trzy.
W międzyczasie Urszula ze swoją siostrą wróciła z krótkiego spaceru, więc chłopak od razu dolał jeszcze więcej wody do czajnika.
Łukasz miał szczerą ochotę coś rozwalić w drobny pył, kiedy wchodząc do pokoju z gorącą herbatą usłyszał słowa swojego ojca:
– … Ale mniejsza z tym. Teraz to się całemu zachodowi w głowach poprzewracało. Legalizacja małżeństw homoseksualnych? Co to w ogóle za sformułowanie? To śmieszne! Całe szczęście, że u nas jeszcze na coś tak durnego nie wpadli.
– Właściwie to wpadli – sprostował spokojnie Łukasz, stawiając herbatę na stole. No, może niezupełnie spokojnie, lecz z zewnątrz wyglądało to jedynie jak luźno rzucona uwaga. – Była już propozycja ustawy o związkach partnerskich.
– Bzdura – parsknął Bartosz. – U nas nikt za tym nie będzie głosował! Polacy dobrze wiedzą, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny. To świętość. Nikt nie ośmieli się zrobić z tego dewiacji.
Łukasz nie miał wyrobionego zdania na temat homoseksualnych małżeństw, głównie dlatego, że nigdy nie wybiegał myślami aż tak daleko. Nie zamierzał się również wdawać w rozważania o różnicach między związkami partnerskimi i małżeństwami. Niemniej jednak słowa ojca nie podobały mu się ani trochę.
– No już nie przesadzaj, tato – mruknął, decydując się na wewnętrzny kompromis. Musiał coś powiedzieć, inaczej by nie wytrzymał, ale też nikt nie kazał nagle robić mu nie wiadomo jakich oświadczeń i deklaracji. – Mój kumpel z roku jest gejem i jest w porządku. Czemu miałbym się przejmować tym, z kim sobie układa życie?
– A ty skąd to wiesz? Powiedział ci? – Bartosz był na skraju oburzenia. – Teraz ludzie wstydu nie mają! No żeby jeszcze się takimi rzeczami chwalić! – prychnął.
– Tato, jest XXI wiek – westchnął Łukasz, samemu wciąż nie wierząc, że prowadzi z ojcem konwersację na ten temat. Zawsze to jakiś krok do przodu. – Teraz to właściwie nic dziwnego. W Berlinie na każdej większej ulicy można zobaczyć kilka takich par.
– To tylko świadczy o upadku obyczajów – oznajmił stanowczo Bartosz. – A ten twój znajomy chyba nie jest dla ciebie najlepszym towarzystwem – dodał po namyśle, mierząc Łukasza nieprzychylnym spojrzeniem. Chłopak jednak dzielnie je wytrzymał.
– Tato, chyba jestem już trochę za stary, żebyś mi dobierał znajomych, nie sądzisz? – odparł spokojnie.
– Dobrze, skoro się już uważasz za takiego dorosłego, to proszę bardzo – uciął Bartosz. – Tylko do domu to mi go nie przyprowadzaj.
– Wujku, ale z ciebie konserwatysta – wtrącił Oskar, wchodząc do pokoju. – Daj spokój. Naprawdę jesteś w stanie oceniać ludzi po tym, z kim się umawiają? Przecież to bez sensu.
Przynajmniej na młodszego kuzyna mógł Łukasz liczyć w tej rozmowie, chociaż Oskar nie miał pojęcia, ile ta rozmowa tak naprawdę dla niego znaczy. Niemniej jednak Łukasz doceniał to wsparcie.
– Oj, chłopcy chłopcy – zaśmiała się babcia Nina, odrywając wreszcie wzrok od telewizora. Co ciekawe, mówiąc „chłopcy” miała prawdopodobnie na myśli również i Bartosza. – Nie kłóćcie mi się przed świętami, bo nie dostaniecie ani karpia, ani kutii! Kto to widział, żeby dwa dni przed Wigilią miały miejsce takie spięcia! To się nie godzi!
– Nie macie się o co spierać – dorzuciła z przedpokoju Urszula. – W końcu w naszej rodzinie nikt nie ma takiego problemu. O gejów niech się kłócą ludzie w to zamieszani.
– Ciociu, mówisz tak, jakby bycie homo było jakąś zbrodnią – wtrącił Oskar.
– Nikt w naszej rodzinie nie jest gejem, bo jesteśmy rodziną zdrową i normalną. Umiemy wychować nasze dzieci na porządnych ludzi.
Bartosz musiał mieć swoje ostatnie słowo. Łukaszowi krew zawrzała w żyłach.
Żebyś się tato nie zdziwił, pomyślał, jednak ugryzł się w język, nim jakkolwiek zareagował.
– Powiedziałam: koniec tematu – ucięła Urszula. – A wy nie mieliście przypadkiem nakryć stołu na kolację? Samo się nie zrobi!


Łukasz zacisnął dłonie w pięści i wyszedł z pokoju, żeby przynieść talerze. Zaraz za nim, jak cień, podążył Oskar, jednak Łukasz już go nie zauważał. Był pogrążony we własnych myślach. Serce pompowało jego krew dwa razy prędzej niż normalnie. Miał ochotę coś zniszczyć.
To nie była miła rozmowa. Czy jeśli zrobi coming out, każda wymiana zdań z rodzicami będzie wyglądać w ten sposób? Spotkania rodzinne zmienią się w pole bitwy na chłodne, nieprzychylne spojrzenia?
Może należało się nie wychylać? Gdyby Łukasz się nie wtrącił, ten temat zapewne wcale nie zostałby rozwinięty. Ojciec pomarudziłby trochę pod nosem i przeskoczył do kolejnej sfery życia publicznego.
Może pomysł z tym całym comig outem jest nietrafiony?


Puknij ty się w łeb, idioto!, warknął sam do siebie. Chcesz całe życie wysłuchiwać takich uwag, parząc herbatę w kuchni? Chcesz zaciskać zęby ze złości podczas rodzinnych spotkań za każdym razem, gdy rozmowa zejdzie na ten tor? Co zrobisz, kiedy głupie pytania Oskara o dziewczynę staną się pytaniami rodziców? Będziesz prosił koleżanki z roku, żeby udawały twoją drugą połówkę? Łukasz, nie bądź bardziej żałosny, niż jesteś!
Może wyprawa do Poznania nie była wcale dobrym pomysłem. Była jednak najlepszym, na jaki udało mu się wpaść, więc zamierzał się go trzymać.
Wiedział jednak, że będzie ciężko.
Gdybym pół roku temu nie był takim kretynem, może teraz miałbym chociaż wsparcie ze strony Sebastiana.
Skopał tę sprawę. Zamiast ułatwić sobie życie, tylko je utrudnił. Przez to, wszystko układało się jeszcze gorzej niż by mogło.
Maszyna czasu nie została jednak wynaleziona. Łukasz więc musiał zacisnąć zęby i iść przed siebie, mając jedynie nadzieję, że jego życie da się jeszcze poskładać do kupy.
*

Święta nie były dla Sebastiana zbyt pozytywnym doświadczeniem w tym roku. W końcu czy można się cieszyć, kiedy w głowie krąży tylko jedno pytanie, tylko jedna myśl i tylko jedno wspomnienie.
Tym wspomnieniem była ostatnia wizyta w klubie, kiedy to na moment podszedł do niego Michał. Blady, zmęczony i zestresowany.
– Dowiedziałem się, że jeden z moich byłych ma HIVa. Nie wiem, czy miał już wtedy, kiedy z nim byłem, ale… muszę się przebadać. To było już kilka miesięcy temu, więc jeśli ja mam, to… Chociaż ty nie powinieneś się przejmować. Była gumka, więc nie ma sprawy. Po prostu jak cię tu zobaczyłem, to pomyślałem, że będzie lepiej, jak ci powiem. Tak… na wszelki wypadek.


I choć Sebastian wiedział, że się odpowiednio zabezpieczył przed taką możliwością, to jednak nie mógł przestać o tym myśleć. Ciągle odtwarzał w głowie statystyki twierdzące, że prezerwatywa, nawet ta najlepsza, nie chroni w stu procentach przed zarażeniem.
Daj spokój, nie jesteś aż tak wyjątkowy!, mówił sobie ironicznie, jednak nie pomagało to na długo. Całe święta jak na szpilkach siedział u Doroty, zastanawiając się, czy Michał w tym czasie nie próbował do niego wpaść. Nie wytrzymał długo w takim stresie i od razu po Bożym Narodzeniu wrócił do swojego mieszkania, używając jednej z tanich i oklepanych wymówek, tak taniej i oklepanej, że aż mu było wstyd przed Dorotą. Mimo to wiedział, że ani nie może jej powiedzieć, ani udawać, że wszystko jest w porządku.
Musiał wreszcie poznać te wyniki.
Nie miał telefonu do Michała, więc mógł jedynie siedzieć na tyłku w swoim mieszkaniu i czekać, aż przyjdzie. Każda godzina była niczym męka. Sebastian maniakalnie wpatrywał się we wskazówki zegara i kalendarz naprzemiennie, zastanawiając się, kiedy wreszcie otrzyma jakąkolwiek wiadomość. Ta bezsilność, niemoc i niewiedza zabijały go. Okrutnie, powoli i od środka.
Bał się.
Nie miał ochoty ani jeść, ani pić. Zawinął się jedynie w koc na kanapie i spał, a gdy się budził, patrzył tępym wzrokiem w ścianę. Później zdecydował się włączyć telewizor, żeby zająć czymś myśli, ale jego umysł płatał mu figle. Miał wrażenie, że każdy film lub serial jest o umieraniu i straconych szansach. Nawet widząc reklamy leków robiło mu się niedobrze.
W ten sposób minęły mu cztery dni. Nadszedł Sylwester. Sebastian zerknąwszy na datę stwierdził, że to nie wróży dobrego początku roku. W końcu jaki Sylwester, takie pozostałe dwanaście miesięcy. Sebastianowi niezbyt uśmiechała się perspektywa trzystu sześćdziesięciu pięciu ponurych, wypełnionych po brzegi depresją i samotnością dni.
To ostatnie bolało go najbardziej. Chciał… Potrzebował, żeby go ktoś przytulił. Po prostu i zwyczajnie siadł obok niego na kanapie, objął ramionami i przyciągnął do swego ciała. Ale nie było takiej osoby. Jego przyjaciele mieszkali na drugim końcu Polski, a nawet gdyby byli gdzieś bliżej, to i tak ostatnimi czasy jego relacje z nimi uległy rozluźnieniu. Nie miał ochoty z nikim rozmawiać, nawet jeśli tego właśnie potrzebował.
Dorota co prawda była w zasięgu ręki, ale nie chciał jej martwić. Poza tym… Potrzebował kogoś innego niż matki. Kogoś bardziej jak… Łukasz.
Ale Łukasza też już nie było. I Sebastian został sam. Sam, w tym pustym, pieprzonym mieszkaniu, od którego chciało mu się już rzygać i którego miał dosyć. Miał ochotę je rozwalić, połamać krzesła, wybić okna, spalić półki i regały, podrzeć materac i prześcieradła. Chciał otworzyć szafki wyłamując ich drzwiczki z zawiasów i porozbijać wszystkie naczynia, jakie miał. Szklanki, kubki, talerze i miski i wszystko inne, co tylko podeszłoby mu pod rękę.
Nie miał jednak na to wszystko siły, więc owinął się szczelniej kocem i wrócił do liczenia odbarwień na suficie. A było co liczyć.


I wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Sebastian poderwał się z kanapy tak zamaszyście, że niemalże wywrócił się o własne kapcie. Istnym cudem złapał równowagę i pognał ku drzwiom.
Za nimi stał Michał.
– Przepraszam, że cię nachodzę w Sylwestra, ale najwcześniej dzisiaj mogłem się spotkać, a nie chciałem czekać do pojutrza, bo w tym wypadku chyba im szybciej, tym lepiej, prawda? – zaczął, ale według Sebastiana równie dobrze mógłby sobie odpuścić cały ten wstęp i od razu przejść do sedna.
– Prawda. Mów – rzucił, niecierpliwie stukając palcami o ramę drzwi i przygryzając dolną wargę.
– Czy to nie oczywiste? Sądziłem, że po mnie widać – odparł Michał. Miał rację. Pod żadnym względem nie wyglądał tak, jak ostatnim razem. Promieniał. – Ale dobrze. Mam pozytywną wiadomość, że wynik był negatywny. Odetchnąłem z ulgą i ty możesz odetchnąć z ulgą, chyba że się w międzyczasie przespałeś z kimś bez gumki.
– Nie przespałem – wymamrotał Sebastian, czując jak wszystko z niego uchodzi. Zła energia uleciała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, choć chłopak wciąż nie mógł w to wszystko uwierzyć. – Ale jesteś pewien, tak? Nie jesteś zarażony? – upewnił się.
– Stuprocentowo – odparł Michał, szczerząc się od ucha do ucha, zupełnie jakby wygrał milion dolarów na loterii. – Zrobiłem chyba każdy możliwy test na obecność wirusa i ani widu, ani słychu. Mogę spać spokojnie!
– Czyli ja też mogę spać spokojnie – wywnioskował Sebastian słabym głosem. Oparł się plecami o najbliższą ścianę i zsunął po niej na podłogę, chowając twarz w dłoniach.
– Wszystko z tobą w porządku? – zaniepokoił się Michał.
– Tak, tak. – Sebastian machnął lekko dłonią. O drugą oparł swoje czoło, masując powoli swoje skronie. – Po prostu najadłem się strachu. To wszystko.
– Zupełnie niepotrzebnie. – Michał kucnął tuż przy nim. – Prawdopodobieństwo, że zaraziłbyś się mimo prezerwatywy było bliskie zeru.
– Nie wyjeżdżaj mi tu z prawdopodobieństwem, jak tu chodziło o moje życie! – warknął Sebastian. – I o twoje zresztą też.
– Przynieść ci szklankę wody? – zaproponował po chwili milczenia Michał.
– Poproszę – mruknął słabo Sebastian i kiedy ją dostał, po kilku łykach od razu poczuł się lepiej.
– Słuchaj, muszę lecieć – odezwał się po kilku minutach Michał. – Poradzisz sobie tutaj?
– Jasne. W końcu przyniosłeś mu dobre wiadomości, a nie złe, prawda? – parsknął.
– Nie wyglądasz, jakbym ci przyniósł dobre wiadomości – skomentował Michał.
– Po prostu muszę to wszystko przetrawić – odparł nieco melancholijnie Sebastian.
Michał wahał się przez moment, po czym zdecydował się zapytać:
– Skoro tak się to ułożyło, to może będziemy mogli jeszcze czasem gdzieś…?
– Nie, Michał – przerwał mu Sebastian wpół zdania. – Nie spotkamy się więcej. Przynajmniej nie w tym celu.
Michał kiwnął głową ze zrozumieniem i cicho zamknął za sobą drzwi.
Sebastian znowu został sam ze sobą.


Dopiero, gdy stukot kroków Michała na klatce schodowej umilkł, Sebastianowi w żołądku rozwiązał się supeł, który boleśnie dokuczał mu od dłuższego czasu.
Nie był zarażony.
Nie musiał się martwić.
Ulga spłynęła na niego falami. Sebastian był pewien, że nawet gdyby nie usiadł wcześniej, to w tym momencie i tak nogi odmówiłyby mu posłuszeństwa.
Przez pełne pięć minut do chłopaka nie mogło dotrzeć, że to już koniec i nie musi dłużej żyć w niepewności. Zupełnie, jakby jego organizm zdążył się tak przyzwyczaić do ciągłego napięcia, że zapomniał, jak odpuścić.
Sebastian podniósł się z podłogi przy pomocy dłoni i nieco chwiejnie wyszedł na mały balkon. Metalowa barierka niemalże zlodowaciała od zimna, lecz mimo to Sebastian za nią chwycił. Mroźne powietrze było dobre, orzeźwiające. Z każdą sekundą przywracało mu trzeźwość umysłu i pobudzało do działania.
Sebastian nie miał pojęcia, ile stał na tym chłodzie (pewną wskazówkę stanowiły zesztywniałe z zimna palce u rąk), lecz gdy wrócił wreszcie do środka i zamknął za sobą szczelni balkon, wiedział już, co należy zrobić.
Ta sytuacja z wirusem uświadomiła mu jedno – w obecnej chwili nie miał nikogo tak blisko, jakby chciał. I wiedział, że należy to zmienić. Ostatnie dni otworzyły mu oczy na wiele spraw. Uświadomił sobie, że czas najwyższy zrzucić balast przeszłości i zacząć żyć od nowa. Musiał zapomnieć o poczuciu winy, pogodzić się z tym, że Łukasz już nie wróci. Te czasy minęły. Należało zaprzestać rozważania o tym, który z nich powinien się odezwać pierwszy – w końcu ani Łukasz tego nie zrobił, ani on sam się na to nie umiał zdecydować.
Do jego ciała napłynęła nowa porcja energii, nowa siła. Mieszkanie przestało wyglądać tak ponuro, kanapa tak brzydko i nawet stary telewizor nie wydał mu się zły. W jego głowie uformowała się lista rzeczy, które należy zrobić, żeby doprowadzić swoje cztery kąty do porządku. O dziwo, miał wyjątkowo dużo zapału, by to wszystko wykonać. Wstąpiło w niego nowe życie.
Sebastian podejrzewał, że sprzątanie mieszkania znajduje się na szczycie listy najbardziej żałosnych sposobów, w jakie można spędzić Sylwestra, lecz zupełnie mu to nie przeszkadzało. W końcu nie chodziło tu o zwyczajnie zamiatanie kurzy – raczej o ustanowienie nowego porządku. Chociaż „uporządkowanie własnych spraw” przeważnie odnosiło się do naprawiania relacji międzyludzkich z najbliższymi osobami, to jednak chłopak doszedł do wniosku, że odrobina dosłowności mu nie zaszkodzi i jeśli pierwszą rzeczą, jaką zrobi, będzie posprzątanie we własnym mieszkaniu, to będzie to odpowiednim początkiem.
Zaczął od drobnych, podstawowych rzeczy. Pozmywał brudne naczynia, z których wcześniej utworzył dwie niebezpiecznie chwiejące się wieże; następnie wytarł je i pochował do szafek. Później wziął się za mycie kuchenki, nad którą spędził o wiele więcej czasu, niż przewidywał, kiedy okazało się, jak bardzo jest zapuszczona. Sebastian cieszył się, że nikt inny tego nie widzi, bo momentalnie spaliłby się ze wstydu. Kiedy skończył z kuchenką, ze zdumieniem spostrzegł, że przez cały czas była biała, a nie mętno szara, jak podejrzewał na samym początku. Gdy wreszcie pogodził się z tym odkryciem, przetarł blat oraz stół, co też nie było takie proste, biorąc pod uwagę te wszystkie płyny, które na przestrzeni ostatnich tygodni tam porozlewał i którymi się wcześniej nie zajął. Niektóre lepkie substancje musiał wręcz zdrapać końcem noża.
Efekt końcowy za to był bardziej jak zadowalający. Sebastianowi wydawało się, że kuchnia nabrała nowych barw. Nagle stała się bardziej przytulna i komfortowa. Aż chciało się w niej przebywać! Chłopak nie mógł się nadziwić, ile cudownych rzeczy może uczynić pół godziny wytężonej pracy.
Energia jednak wciąż krążyła w jego żyłach, więc skierował się do swojej sypialni. Panowała tam taka duchota, że Sebastian sam się zdziwił, jak mógł spać w takich warunkach. Otworzył więc okna, po czym zabrał się za poprawianie pościeli. Ilość okruchów, jaka się w niej znalazła, wprawiła go w ponowne zdumienie. Wytrzepana kołdra, normalnie ułożona poduszka i złożony koc sprawiły, że łóżko również przestało wyglądać tak nieapetycznie jak wcześniej.
Niesamowite, ile może zmienić zwyczajnie sprzątanie.


Sebastian właśnie miał przejść do zamiatania, gdy rozległo się pukanie. Chłopak nikogo się nie spodziewał, więc podszedł do drzwi przeglądając w myślach listę osób, które miałyby do niego jakikolwiek interes w Sylwestra. Z tym, że ta lista praktycznie nie istniała.
Nie zastanawiając się dłużej, pociągnął za klamkę.
*

Było zimno jak diabli i Łukasz poważnie zastanawiał się, czy świat przyrody nie postanowił przypadkiem zrobić wszystkiego, żeby mu uprzykrzyć podróż do Poznania. Jednak mimo konieczności rozcierania dłoni o dłoń co kilka kroków, Łukasz brnął dzielnie poprzez wątpliwie odśnieżony peron na dworcu PKP.
Ewelina już na niego czekała. Łukasz nie miał pojęcia, dlaczego chciała się z nim spotkać, ale była w tym tak uparta, że nie zamierzał się kłócić. W gruncie rzeczy cieszył się z jej obecności na dworcu. Potrzebował czyjegoś wsparcia, zwłaszcza po tym, jak skłamał rodzicom, że idzie do znajomych na Sylwestra. Oni sami też gdzieś razem wyszli, więc nie widzieli, jak Łukasz spakował plecak (choć większość rzeczy już dawno miał przygotowanych), ubrał się i wyszedł z domu.


– I jak nastrój? – rzuciła wesoło Ewelina, zbliżając się do chłopaka. Musiała prawie krzyczeć, żeby cokolwiek można było usłyszeć przez świszczący wiatr.
– Jestem przerażony!
– Wyglądasz raczej na zadowolonego – zaśmiała się.
– Bo to takie zadowolone przerażenie – wyjaśnił pokrętnie Łukasz. – Cieszę się, że się na to zdecydowałem, ale to nie zmienia faktu, że się cholernie boję!
– Kiedy masz pociąg?
– Jest opóźniony. Jeszcze mam kilkanaście minut – odparł, przestępując z nogi na nogę.
– Dobrze. – Ewelina zsunęła z ramienia swoją torebkę i zaczęła w niej grzebać, aż wyciągnęła małe pudełeczko wielkości telefonu komórkowego. Podała je Łukaszowi. – Nie spotkaliśmy się podczas świąt, więc daję ci to teraz. Wszystkiego najlepszego na nowej, miejmy nadzieję, drodze życia, Łukasz – powiedziała z ciepłym uśmiechem.
Chłopakowi odjęło mowę i momentalnie zrobiło się bardzo, ale to bardzo głupio.
– Dziękuję, ale… nie spodziewałem się tego. Nic dla ciebie nie mam – wydukał.
– Ale to zupełnie nie szkodzi. – Ewelina machnęła ręką z zadziornym uśmiechem. – Albo i nawet lepiej. Jestem przekonana, że będziesz mnie chciał zamordować, kiedy zobaczysz, co tam jest – dodała przewrotnie.
Łukasz już się zaczynał bać.
Wreszcie pociąg przyjechał, spóźniony o jedyne dwadzieścia trzy minuty. Łukasz pożegnał się z Eweliną i poszedł do odpowiedniego przedziału.
Chłopak w pociągu rozpakował pudełko. Prezentem od Eweliny była tęczowa bransoletka. Łukasz nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu cisnącego się mu na usta. Pokręcił głową i schował ozdobę do kieszeni. Nie chciał jej jeszcze zakładać, ale wolał ją trzymać przy sobie.
Kilka głośnych gwizdów później, maszyna wytoczyła się ze szczecińskiego dworca.


Łukasza plan był dopięty na ostatni guzik. Wszystko miał ustalone, zebrał każdą informację, jakiej potrzebował i upewnił się, że pójdzie jak z płatka. Rzecz jasna zdawał sobie doskonale sprawę, że całe to przedsięwzięcie trzeszczało w szwach i mogło się rozsypać już na samym początku. Niemniej jednak początek zależał tylko i wyłącznie od reakcji Sebastiana, a Łukasz mógł się tylko upewnić, że jeśli ta będzie pozytywna, to reszta potoczy się spokojnie i gładko.


Stojąc przed drzwiami do mieszkania swojego byłego chłopaka, to wszystko nagle wydało mu się bez sensu. Co on sobie w ogóle myślał? Co sobie wyobrażał? Przecież cały ten pomysł był idiotyczny! Sebastiana pewnie w ogóle nie ma w domu – z pewnością bawi się gdzieś wśród swoich znajomych, popijając wesoło szampana. Dorota przecież sama wspominała, że nic nie wie o planach syna, ale to przecież nie znaczyło wcale, że żadnych nie ma!
Łukasz był przekonany, że jest naiwnym kretynem, a róża, którą obracał nerwowo w palcach, była żałosną pomyłką. Jak i on sam.
W końcu nawet jeśli Sebastian jest w domu, to dlaczego miałby z nim rozmawiać? Dlaczego nie miałby zatrzasnąć mu drzwi przed nosem? Przecież to wszystko, na co Łukasz zasługiwał!


Mimo to, chłopak uniósł drżącą dłoń i uderzył kilkukrotnie kostkami o ciemne drewno. Jego organizm na moment zapomniał, że oddychanie jest odruchem bezwarunkowym i nie trzeba o nim myśleć. Łukasz jednak nie wiedział, na czym innym może się skupić, więc poświęcił całą uwagę równomiernemu wdychaniu i wydychaniu powietrza.
Nigdy wcześniej, w całym swoim prawie-dwudziestoletnim życiu nie przeżył takiego stresu, jak w tamtym momencie. Całe szczęście, że to był tylko i wyłącznie moment, nic więcej.
Najpierw usłyszał kroki. Jego serce nie mogło się zdecydować, czy stanąć czy przyspieszyć. Nie dostało zresztą tyle czasu, bo już kilka sekund później klamka drgnęła i oczom Łukasza ukazała się od dawna wytęskniona postać.
Sebastian prawie zupełnie się nie zmienił. Jego ciemnobrązowe, prawie czarne włosy urosły co prawda kilka centymetrów i chłopak wiązał je teraz w luźną kitkę na karku, lecz twarz była dokładnie taka sama, jaką Łukasz zapamiętał. Może wyglądała na nieco bardziej zmęczoną. Jedyną wyraźną różnicę stanowił niewielki zarost na szczęce Sebastiana, jednak Łukaszowi zupełnie to nie przeszkadzało. Wyglądało to wręcz… seksownie.
Oczywiście w tamtym momencie Łukasz zastanawiał się nad milionem innych rzeczy i zarost Sebastiana znajdował się pod koniec tego spisu. Aczkolwiek prawdę mówiąc, chłopakowi przez głowę przeleciało tak wiele myśli, że nie potrafił uchwycić żadnej z nich.


– Łukasz – wydusił z siebie Sebastian po dobrych kilkunastu sekundach przyglądania się przybyszowi. Nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć.
– Sebastian – odpowiedział niepewnie chłopak. – Chciałem… porozmawiać – wyjaśnił cicho.
Przez różę obracaną w palcach, jego intencje były jak najbardziej jasne i klarowne. Sebastian ponownie pogubił się we własnych decyzjach. Jeszcze kilka dni temu, sytuacja byłaby zupełnie inna. Teraz jednak… Przecież niecałe dwie godziny temu obiecał sobie, że zacznie nowe życie. Bez oglądania się za siebie, bez przeszłości.
Czy znowu powinien zmienić swoją decyzję?


Łukasz posłał mu spłoszone spojrzenie, wciąż czekając na jakąkolwiek reakcję. Sebastian przyjrzał się jego kasztanowym włosom, niepewnym, choć zdeterminowanym oczom, popękanym od mrozu, bladym ustom oraz jabłku Adama, które poruszało się za każdym razem, gdy Łukasz nerwowo przełykał ślinę. To jedno spojrzenie wystarczyło, żeby tęsknota uderzyła w niego z wielokrotną siłą, dzięki czemu podjęcie decyzji wydało mu się dziecinnie proste.
W końcu planował zacząć wszystko od początku, nieprawdaż?


– Łukasz – powtórzył, ciesząc się brzmieniem tego imienia na ustach.
W ułamku sekundy postąpił krok naprzód, chwycił chłopaka za kark i pocałował zachłannie i namiętnie, tak tylko, jak można pocałować człowieka, którego miało się już nigdy nie zobaczyć; który miał zniknąć, a jednak powrócił. Sebastian włożył w to wszystkie swoje emocje: nieskończoną tęsknotę, niezmierzoną ulgę i radość tak wielką, że żaden matematyczny symbol nie byłby w stanie tego opisać. To był pocałunek, jaki może oddać tylko ktoś, kto trzyma w ramionach cały swój świat. A Sebastian w ramionach trzymał Łukasza.


Dwie godziny temu chciał zacząć nowe życie. Dzięki pojawieniu się Łukasza, mógł wreszcie tego dokonać.
Wymazać przeszłość? Nie odwracać się za siebie? Ależ tak! Jak najbardziej! Dzięki temu mógł bez przeszkód wypatrywać obiecującej przyszłości.
Razem z Łukaszem, rzecz jasna.



KONIEC TOMU TRZECIEGO

*Adonis - postać mitologii greckiej, w starożytności podmiot czci boskiej i kultu religijnego, piękny młodzieniec, ulubieniec Afrodyty