Empty walls
Dodane przez Aquarius dnia Listopada 24 2012 15:20:19



Kipp obudził się z potężnym bólem głowy. Czuł, że jeśli się poruszy, ból rozerwie mu czaszkę na kawałki. Po dłuższej chwili, w której usiłując się nie ruszać, a jednocześnie rozejrzeć wokół, uzmysłowił sobie, że otwieranie oczu nie było dobrym pomysłem. Wystarczyło, że poruszył gałką oczną, a na chwilę przytępiony ból powracał ze zdwojoną siłą. Jednooki kot wiszący na ścianie wskazywał drugą, ale Kipp nie wiedział, czy była to druga w nocy, czy po południu, ani gdzie właściwie był. Niby zapleśniałe kąty i odłażąca ze ścian i sufitu farba wyglądały znajomo, ale w tej okolicy wszystkie pomieszczenia, budynki i dziury wyglądały tak samo, a jemu nie raz zdarzyło się obudzić w cudzej norze. Ale kot-zegar z jednym tylko, poruszającym się na boki okiem, był ważną wskazówką. Nie każdy miał takiego. Tak jak nie każdy na haju wydłubuje zegarom oczy i próbuje je jeść, albo rzucać nimi w ludzi. Nie znał przynajmniej nikogo, kto po pijaku odgryzł kawałek plastikowej obudowy zegara, prócz siebie. Tak, wiele wskazywało na to, że był w domu. Po dłuższej chwili, kiedy głowa przestała już pulsować, a przeszła w jednostajny tępy ból, postanowił sprawdzić, czy ma rację i podniósł się do siadu. Kolejna fala boleści przeszła przez jego ciało, tym razem promieniując z dolnych rejonów. Aż zapomniał o migrenie.
Widać świetnie się bawił w nocy...
Wstał powoli, sycząc przy każdym ruchu, wrzucił na siebie to, co leżało na podłodze przy łóżku i wyszedł na korytarzyk pogrążony w półmroku. Tak, teraz był pewien, że jest w domu. Zatęchłe powietrze, smród ulicy dostający się przez wentylację, nie wspominając już o typowych odgłosach blokowisk zamieszkiwanych przez pijaków, wandali, awanturników i narkomanów, czyli po prostu wyrzutków społecznych. W tej właśnie chwili, kiedy Kipp człapał korytarzem do kuchni, sąsiad z góry bił swoją kochankę za to, że nie przyniosła mu alkoholu. Mężczyzna robił to przynajmniej kilka razy dziennie. Straszny był z niego kutas, o czym Kipp zdążył się już nie raz przekonać. Tym razem nie zamierzał się jednak wtrącać, pamiętając o tym, że za kapowanie sąsiadów można stracić kilka zębów. Wzruszył więc ramionami i powoli ruszył dalej.
Nagle, tuż przed sobą zobaczył dwie bose stopy wystające z jednego z pomieszczeń. Zaciekawiony, podszedł bliżej i zajrzał do środka. Odetchnął z ulgą widząc, że stopy wciąż połączone były z resztą ciała, w dodatku w żaden sposób nienaruszonego. Miał powód, by się o to martwić, gdyż nie raz i nie dwa z jego mieszkania wynoszono zwłoki w różnym stanie. Na szczęście zwykle był wtedy zbyt pijany, by zwrócić na to uwagę. Jednak bosy mężczyzna wydawał się być w jednym kawałku, istniało więc duże prawdopodobieństwo, że jeszcze żył. Za to pomieszczenie wyglądało jakby przeszło przez nie tornado. Butelki, puszki i zużyte kondomy walały się po podłodze i meblach, na kanapie widniała podejrzana biaława ciecz a stolik zamienił się w wielką popielniczkę z krwawą plamą na kancie. Kipp obejrzał swoje ręce, ale nie zauważył żadnych ciętych, szarpanych ani kłutych ran. Wzruszył ramionami i ruszył do kuchni, gdzie nad kubkiem czarnej cieczy, mającej przypominać kawę i paczką fajek siedział jego współlokator.
– Kim jest gość bez butów? - spytał schrypniętym głosem. Mężczyzna odwrócił głowę w jego stronę. Na lewym policzku rumienił się świeży siniec.
– Administrator budynku – odparł.
– Gdzie reszta? - chciał wiedzieć Kipp, gdyż przypomniał sobie właśnie, że ubiegłej nocy po małym mieszkaniu kręciło się stado ludzi.
– Zwiali. - Mężczyzna zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko.
– Dlaczego, do cholery?! - zdziwił się współlokator, nie do końca jeszcze rozbudzony. Towarzysz spojrzał na niego marszcząc brwi.
– Oślepłeś od prochów, czy co? On nie żyje – oznajmił beznamiętnie, mając na myśli bosego w pokoju obok. Kipp'owi zakręciło się w głowie, na szczęście przytrzymał się framugi, co uchroniło go od bolesnego upadku. Zerknął na białe stopy wystające na korytarz i ledwo powstrzymał się od wymiotów. Powoli, kołyszącym krokiem podszedł do towarzysza i osunął się na sąsiednie krzesło. Syknął z bólu, który przeszył jego ciało. No tak, zapomniał o tym.
– Hej, One, nie wiesz może kto mnie wczoraj obracał? Albo ilu naraz? - spytał profilaktycznie. Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie, wyciągnął papierosa, przypalił, po czym wsunął go w usta Kipp'a.
– To akurat ja, wybacz. Kiedy twój gach zwiał zostawiając cię w stanie gotowości, po prostu skorzystałem z okazji.
– Kawał kutasa z ciebie. – Oburzył się Kipp. - W dodatku dużego. – Dodał poprawiając się na krześle.
– W nocy nie narzekałeś – mruknął One.
– To co się właściwie stało? - zapytał Kipp, ignorując słowa towarzysza.
– Administrator przyszedł kupić działkę, ale został, żeby podupczyć. Za dużo wypił, za dużo wziął i poległ. A upadając wyrżnął łbem o stół. Reszta uciekła. Koniec historii – wyjaśnił i zaciągnął się głęboko.
– Chcesz powiedzieć, że pieprzyliśmy się z trupem w mieszkaniu?! - zdjęty grozą Kipp nie mógł uwierzyć własnym uszom. Jeszcze nigdy nie przydarzyło mu się coś podobnego i tak naprawdę, chyba nie chciał wiedzieć, co się właściwie działo.
– Nie, skąd! Trup leżał obok – zażartował One. Współlokator skrzywił się.
– Sukinsyn – prychnął.
– Nie kłopocz tym swojej ślicznej płowej główki. Wezwałem już Grabarzy – uspokoił mężczyzna.
– Sam jesteś płowy, gnoju – oburzył się Kipp.
– Miałem na myśli kolor twoich włosów – wyjaśnił One, okręcając sobie jasne pasemko wokół palca.
– Chyba czas wybrać się do fryzjera – stwierdził Kipp.
– Po co? Jak dla mnie wyglądasz dobrze.
– Przynajmniej nie będziesz miał za co mnie ciągnąć.
– Myślałem, że to lubisz, perwersie.
– To źle myślałeś – burknął mężczyzna odtrącając dłoń towarzysza i założył złociste pasemko za ucho. - To wkurwiające.
– Jęczysz głośniej, kiedy ci tak robię – oznajmił One uśmiechając się drapieżnie.
– Bo mnie boli, ćwoku!
Palili chwilę w milczeniu, które przerwało głośne pukanie do drzwi.
– Zajmę się tym. - One wstał i wyszedł na korytarz. Kipp usłyszał dźwięk otwieranych drzwi, a potem śmiech i głosy kilku osób. Nagle po plecach przeszły mu ciarki. Grabarze właśnie wkroczyli do mieszkania, a za nimi zawsze ciągnął się chłód. One również był jednym z nich, Kipp wiedział o tym od chwili, w której go poznał. Mężczyzna miał w sobie jakiś mrok, a jego ciało zawsze, ale to zawsze było chłodne w dotyku, zupełnie jakby już był martwy. Tak, jak trupy, które zbierał z ulicy - narkomanów, ofiary gangsterskich porachunków lub przemocy domowej. Tak to właśnie wyglądało w Sossannah, śmierć machała kosą na prawo i lewo, i koniec końców, człowiek kończył w czarnym worku na tyłach furgonetki jadącej do Krematorium, a stamtąd do pieca. Niekoniecznie w jednym kawałku. Nie zawsze „świeży”.
– Drzwi zamknęły się za Grabarzami i wtedy dopiero, Kipp zdecydował się ruszyć z miejsca. Wszedł do pokoju, w którym w nocy odbywała się popijawa. One zaczął już sprzątać, więc jasnowłosy przyłączył się niechętnie. Godzinę zajęło im doprowadzenie całego mieszkania do względnego porządku. Po petach i butelkach nie było śladu, koc z kanapy zniknął również, gdyż okazało się, że na nic już się nie nadaje – wypalone dziury były większe od tych wygryzionych przez mole. Na stole zostały jedynie kolorowe tabletki i do połowy opróżniona butelka mętnego bursztynowego trunku.
Kipp opadł na kanapę tuż obok One.
– Coś jeszcze? - upewnił się.
– Nie.
– Nie uważasz, że przesadzamy? Co noc impreza, alkohol?
– Pewnie tak – odparł beznamiętnie, zapytany.
– Nie pamiętam nawet, co się wczoraj działo – mówił dalej jasnowłosy.
– To co zwykle, pijaństwo, dragi i seks – wzruszył ramionami One. Kipp obrócił ku niemu głowę i przyjrzał się profilowi mężczyzny. Ten kamienny, nonszalancki wyraz przerażał go i fascynował zarazem. W całym swoim życiu spotkał wielu podobnych mu ludzi, bez serca i emocji, ale One był z nich najgorszy. Jego praca w znacznym stopniu przyczyniła się do ukształtowania jego charakteru i Kipp doskonale wiedział, że to ona zrobiła z niego potwora. Grabarze mieli ciężką pracę, stale musieli pilnować, by pakując trupy do worków, samym nie wylądować w piecu krematorium. Ulice były wyjątkowo niebezpieczne, tutaj każdy nosił broń, a policja zaglądała „od wielkiego święta”. Poza tym Sossannah była placem zabaw gangów narkotykowych, płatnych morderców i łowców organów. One nie raz opowiadał o znajdywanych w zaułkach ciałach, którym brakowało „części”, poćwiartowanych gangsterów, zakrwawione zwłoki prostytutek a nawet dzieci. Kipp mógł się tylko domyślać, jaki był to widok. Sam jeszcze nigdy nie widział rozczłonkowanego ciała, ani nie zetknął się z aż tak tragiczną śmiercią, przynajmniej nie na trzeźwo. One robił to codziennie. Był najgorszym z możliwych rodzajów potworem. Beznamiętnie mówił o śmierci, kpił z bogów, nie raz sam musiał zabić, by przeżyć.
Kipp jeszcze nigdy nikomu nie zrobił krzywdy, choć mieszkał w mieście, gdzie nie było niewinnych ludzi. A jednak, jak do tej pory, zabijał tylko siebie, powoli zbliżając się do chwili, kiedy i jego będą musieli wywieźć w worku.
– Gapisz się – odezwał się One przywracając współlokatora do rzeczywistości.
– Głodny jestem – odparł Kipp.
– I dlatego się na mnie patrzysz? - Mężczyzna obrócił ku niemu zdziwione spojrzenie. - Chcesz mnie zjeść, do cholery?
– Wyglądasz smacznie – stwierdził Kipp uśmiechając się nieznacznie.
– Przeleciałbym cię – oznajmił nagle One.
– Dupa mnie boli. – Poskarżył się jasnowłosy. - Z twojej winy, zresztą.
– Średnio mnie to obchodzi.
– Mnie twój wzwód też, palancie.
– Co mamy w lodówce? Prócz sera, który powoli rozwija samoświadomość?
– Kawałek futra.
– Skąd futro w lodówce? - zmarszczył brwi One.
– Kiedyś było chlebem, zapewne.
– Kurwa – skwitował Grabarz.
– No... - zgodził się jasnowłosy.
– Zawsze mamy jeszcze to. - Współlokator sięgnął do stolika po jedną z pigułek.
– Substytut życia. - Kipp parsknął śmiechem i również wziął tabletkę.
– Smacznego – uśmiechnął się One i połknął narkotyk. Towarzysz poszedł w jego ślady, złapał butelkę alkoholu i obficie popił tabletkę. Oddał trunek przyjacielowi i ułożył się wygodnie na połowie rozłożonej kanapy. Po chwili obok niego wylądował One.
– Kiedy zacznie działać? - spytał Kipp.
– Niedługo – zapewnił współlokator.
Kipp zamknął oczy, zrelaksował się... i po chwili odpłynął.

Śniło mu się, że był ptakiem uwięzionym w klatce, wystawionym na pokaz ludzi w maskach. Kobiety miały na sobie suknie balowe, a mężczyźni smokingi. Kipp próbował krzyczeć do nich, błagać o ratunek i wolność, ale z jego dzioba wydobywały się tylko piski. Ktoś podszedł do klatki, otworzył ją i złapał go za skrzydło. Nie wiedział jednak, że ciało Kippa jest bardzo delikatne i urwał je. Ptak wrzasnął przeraźliwie z bólu, jakiego nigdy wcześniej nie czuł. Opadł na podłogę bez sił, patrząc jak cuchnąca posoka kapie na ziemię. Nagle ktoś szarpnął go w górę i coś zatrzasnęło się na jego szyi. Obejrzał się, by zobaczyć co się dzieje i zauważył One stojącego tuż za nim z diabolicznym uśmiechem na ustach, powoli wyrywającego pióra z lśniącego złotego ogona. Krew wciąż kapała tworząc wielką kałużę pod jego stopami i w chwilę później, Kipp zrozumiał, że nie jest już ptakiem, a One trzyma jego ramię w mocnym uścisku i odziera je ze skóry. Wrzasnął na całe gardło, błagając by przestał, ale One tylko się śmiał, raz po raz wbijając paznokcie w rany, wydzierając z nich mięśnie i żyły. Kipp cierpiał, szarpał się, próbując oswobodzić ramię, zaklinał, próbował go bić. W końcu zemdlał zmaltretowany i odpłynął w niebyt.
Ktoś coś do niego mówił. Dotykał jego rozpalonej skóry zimną dłonią. Ciepłym oddechem koił ból, leczył rany słowami. Wokół było bardzo jasno. Kipp otworzył oczy i spojrzał w dół. Pod stopami zachrzęścił śnieg. Nie był zimny, ale kaleczył mu stopy. Mężczyzna rozejrzał się, ale nie zobaczył nikogo. Był sam. A jednak ktoś szeptał mu do ucha, dotykał jego ciała, ogrzewał swoim oddechem. Blondyn poczuł coś ciepłego spływającego po udzie. Zerknął od niechcenia.
Krew.
Spojrzał wyżej i wstrzymał powietrze na sekundę. W jego brzuchu ziała wielka dziura, pulsująca i jakby żywa. Coś się w niej poruszało, starając się wgryźć głębiej. Kipp'em wstrząsnęły dreszcze, zaczął trząść się jak w delirium. Oddychał szybko i płytko. Nie miał pojęcia co zrobić, rozejrzał się w poszukiwaniu jakiejś pomocy, ale wokół był tylko śnieg. Bał się dotknąć brzucha, bał się, że to, co siedzi w środku rzuci się na niego i go pożre. Łzy lały mu się po policzkach obficie. Był przerażony. Zrobił krok do przodu i zawył z bólu, kiedy w stopę wbiło mu się milion ostrych jak szpilki śnieżynek. Zatoczył się i upadł na kolana. Przeszył go ból nieporównywalny z niczym, czego dotąd doświadczył. Padł jak długi na ziemię, wyjąc i płacząc z bólu i bezsilności. Żywy pasożyt w jego brzuchu kąsał coraz boleśniej, rozrywając mięśnie, wyrzucając jelita na biały śnieg. Niewiele myśląc mężczyzna chwycił „robaka” i pociągnął, usiłując wyrwać pasożyta ze swojego brzucha. Ten jednak nie zamierzał się tak łatwo poddać i zamiast poddać się woli żywiciela, wgryzł się mocno w mięśnie. Jego ciało było śliskie i wciąż uciekało z rąk mężczyzny, który ostatkiem sił próbował zadać mu jak najwięcej raz, wbijając paznokcie w miękkie, galaretowane ciało. Kipp krztusił się własną krwią, modląc się o szybką śmierć. Ale ta uparcie nie nadchodziła, zostawiając go sam na sam z chorobą trawiącą każdy żywy organ w jego ciele. O tak, Kipp wiedział dokładnie co to takiego. Wiedział też, że cokolwiek zrobi, nigdy się tego nie pozbędzie. Umrze, zabity przez pasożyta, którego sam wyhodował. Zaczął kasłać, jego własna krew zalewała mu twarz. Nie miał już sił, by walczyć. Wiedział, że to już koniec. Insekt wygrywał.

One ocknął się w chwili, kiedy wkładali jego ciało do worka. Nad nim stali trzej Grabarze. Mężczyzna zawołał do nich, ale nie usłyszeli zajęci rozmową. Nie mógł się poruszyć. Całe jego ciało zdrętwiało. Tylko oczy wciąż były żywe. Do Grabarzy podszedł kolejny, niosąc w rękach oderwane ramię.
– Jest coś jeszcze? - spytał jeden z nich.
– Nie mogłem znaleźć nóg – odparł nowo przybyły. One zadrżał. Zerknął na swoje ciało, ale nie zobaczył nic poza krwawą miazgą. Nie, nie, to nie jest jego ciało! To nie jest on! Gdzie są jego nogi? Ręce? Dlaczego nie chcą się poruszyć?! Przecież... przecież muszą tam być!
– Pewnie leżą gdzieś zmiażdżone – stwierdził inny.
– Dajmy sobie spokój – powiedział ktoś z boku. Nie widział kto to był, ale głos zabrzmiał znajomo. - Pakujemy go i jedziemy.
Chwila! Moment! Przecież on jeszcze żyje! Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. Ktoś pochylił się nad nim.
– Nie martw się stary, tam gdzie jedziesz będzie ci ciepło – zapewnił Grabarz, uśmiechając się drapieżnie. Oczy One rozszerzyły się w przerażeniu. Mężczyzną, który się nad nim pochylał... był on sam. Po chwili zapadła ciemność, gdy worek został zamknięty.

One otworzył oczy. Wokół niego panował półmrok. Mężczyzna poderwał się do pozycji siedzącej, łapczywie chwytając powietrze, nagle przypominając sobie, że powinien oddychać. Rozejrzał się nerwowo wokół. Odrapane ściany, cuchnące popleśniałe zasłony w brudnych oknach, twarda kanapa. Był w domu. Podkulił nogi i objął je ramionami, usiłując uspokoić oddech. Nie słyszał nic, prócz szumu własnej krwi w uszach. Trząsł się z zimna i przerażenia.
Spokojnie, jesteś w domu, jesteś bezpieczny, powtarzał w myślach jak mantrę. Na wszelki wypadek sprawdził czy posiada wszystkie części ciała. Odetchnął z ulgą znajdując je na swoich miejscach.
Coś lodowato zimnego dotknęło jego nogi. One zerknął w dół. Niebieskawa dłoń leżała bezwładnie tuż obok niego. Mężczyzna podążył wzrokiem za tą ręką, która przeszła w ramię i dalej łączyła się z tułowiem. Całe ciało spoczywające obok niego było sine i nabrzmiałe. One zadrżał i spojrzał w twarz trupa. Ich oczy spotkały się na chwilę. Jego – żywe i dwa bielma zmarłego. Mężczyzna z trudem powstrzymał się przed ucieczką. Przecież widział to nieraz. Martwych ludzi, opuchnięte zwłoki, rozerwane na strzępy krwawe ochłapy. Nie powinien się ich bać.
Trup poruszył się nieznacznie. Białka obróciły się ukazując bladoniebieskie tęczówki. Fioletowe wargi wygięły się w uśmiechu. Kobieta leżąca obok wyszczerzyła ostre jak szpilki kły.
– Witaj w domu, kochanie – powiedziała schrypniętym głosem i zaczęła kasłać, plując krwią. Mężczyzna wrzasnął na całe gardło.

One otworzył oczy. Przez chwilę leżał spokojnie, nie mogąc się poruszyć. Nagle przypomniał sobie o zwłokach matki leżących obok niego i poderwał się z łóżka, z impetem wpadając na ścianę. Skulił się pod nią na drugim końcu kanapy. Rozejrzał się wokół, drżąc na całym ciele. Wciąż słyszał ten straszny dźwięk, jakby ktoś się dusił. Spojrzał w miejsce, gdzie przed chwilą umierała jego matka i zobaczył postać targaną dreszczami, krztuszącą się krwią. Czerwona jucha wydzielała paskudny odór i One wzdrygnął się. Ale to nie była jego matka. Postać na łóżku ewidentnie była mężczyzną. Młodym, jasnowłosym mężczyzną, dławiącym się własną krwią. One skupił na nim wzrok i po chwili uświadomił sobie, że ten mężczyzna to jego współlokator. Niewiele myśląc przypadł do niego, dźwignął w górę i podtrzymując w pasie, klepnął kilka razy w plecy. Przewieszony przez jego ramię Kipp wykrztusił z siebie kolejną porcję czerwonych wymiocin i w końcu złapał oddech. Rzucało nim, jakby dostał ataku epilepsji, charczał i wył z wyimaginowanego bólu, nie do końca jeszcze otrzeźwiały. One trzymał go mocno w ramionach, choć sam się jeszcze nie uspokoił. Tulił go do siebie póki przyjaciel nie przestał drżeć, po czym wciągnął go na łóżko układając obok siebie. Głaskał go po głowie, szepcząc do ucha, wsłuchując się w jego szloch. Robił to dopóki zmęczony Kipp w końcu nie zasnął, wtulony w niego jak łyżeczka od kompletu.
One nie miał pojęcia co wzięli, ale był pewien, że już nigdy, przenigdy tego nie tknie. Wyrzuci wszystkie prochy i załatwi im obu porządny, czysty towar. Z tą myślą zasnął, obejmując szczupłe ciało Kipp'a, uświadamiając sobie, że właśnie przeżył najgorszy odlot w całym swoim życiu.


od autora: Szanowny czytelniku, jeśli tu dotarłeś, to znaczy, że masz tak samo pokręcony gust jak ja ;)
Będę wdzięczna za wszelkie uwagi. Jest to eksperymentalne opowiadanie i nie wiem czy iść dalej w tym kierunku. Wasze opinie pozwolą mi podjąć decyzję, czy mam dalej iść w tym kierunku, czy zaniechać tego.