Kwestia honoru 3
Dodane przez Aquarius dnia Listopada 10 2012 13:06:31



Żelazne kajdany boleśnie wbijały się w nadgarstki, wyginając mu ramiona w górę. Jego stopy ledwo sięgały do kamiennej posadzki, co jeszcze bardziej utrudniało oddychanie. Każdy zaczerpnięty z trudem, świszczący oddech na nowo rozpalał piekący ból w piersi, a do ust wciąż napływała krew, jej metaliczny posmak odrętwiał język.
Drzwi lochu otworzyły się ze złowrogim zgrzytem, więc więzień uniósł głowę z wysiłkiem. Na widok otulonego w czerwony płaszcz mężczyzny o twarzy zniekształconej paskudnym poparzeniem, splunął pod swoje stopy zabarwioną na rubinowo śliną.
- Witaj Edwin. Jak miło spotkać po latach kolegę po fachu – skrzekliwy, naznaczony południowym akcentem głos odbił się od zimnych ścian pomieszczenia.
Mag nie odpowiedział, chociaż miał wielką ochotę zaśmiać mu się w twarz. Ten robal miał w sobie tyle talentu co kupa gówna, nie bez powodu wyleciał ze szkoły po kilku tygodniach.
- Tracisz tylko czas, Shirkhem – wycharczał jednak z trudem. - Nic ci nie powiem.
- Powiedzieć? - szramowaty uniósł brwi w parodii zdziwienia. - Nie chcę usłyszeć od ciebie nic, za wyjątkiem może błagania o życie. Nauczyłem się kilku sztuczek ostatnimi czasy. Żaden z pieprzonych Wielkich Mistrzów we mnie nie wierzył, a jednak okazało się, że nie jestem tak bezużyteczny. Chociaż twój portal zniknął już jakiś czas temu, będę potrafił go jeszcze otworzyć.
Edwin skrzywił się lekko i ponownie splunął krwią. Gdyby magia nie kumulowała się wciąż w tamtym miejscu ta parodia czarodzieja niczego by nie wskórała. Nie potrafiłby otworzyć nawet cholernego słoika, nie wspominając o portalu na tak dużą odległość. Mężczyzna miał szczerą nadzieję, że Shirkhem zgubi po drodze własny tyłek, co nie było wykluczone zważając na jego wątpliwą inteligencję.
- Słyszałem, że wysłaliście za księciem tego... Dreikhennena – południowiec spacerowym krokiem podszedł do podwieszonego za nadgarstki więźnia, aby z bliska przyjrzeć się jego zmęczonej i wykrzywionej cierpieniem twarzy. - Niezmiernie mnie to cieszy. Nie miałem okazji obserwować jak zdycha Iriem, dlatego odbiję sobie zabijając jego ucznia. Spalę go żywcem – syknął odchylając głowę swego na wpół przytomnego rozmówcy za włosy. Ten wyszczerzył się w odpowiedzi ukazując umazane posoką zęby.
- Muszę przyznać... - szepnął czując dławiącą go krew – że mnie pocieszyłeś. Ulżyło mi... na myśl... że za księciem wyślą idiotę...
Ból eksplodował nagle, promieniując z piersi i zalewając wszystkie członki jak ognista lawa. Resztki powietrza uleciały z płuc, gdy pięść mocno uderzyła połamane żebra. Spowiła go pulsująca szkarłatem ciemność utkana z czystego, szaleńczego cierpienia. Przez chwilę miał już nadzieję, że to koniec, że udusi się i zadławi własną krwią, ciało jednak rozpaczliwie walczyło i po chwili znów odetchnął ze świstem. Nie stracił nawet przytomności, chociaż przywitałby to z ulgą, kształty znów zaczęły się wyłaniać zza czarno-czerwonej zasłony. Miał wrażenie, że całe jego ciało jest teraz drżącym, żałosnym kłębkiem samego bólu. Znów chciał splunąć, ale rubinowa nitka śliny tylko zwiesiła się z jego spękanych warg, spływając po brodzie. Usłyszał ciche kroki, gdy Shirkhem zaczął przechadzać się po celi, jakby zwiedzał galerię sztuki. Długą ciszę, zakłóconą tylko stukotem butów o kamienną posadzkę, przerwał wreszcie Edwin.
- Więc po co... tu jesteś? - zapytał z wielkim trudem zmuszając słowa do wypłynięcia z jego spękanych ust. - Skoro... nie chcesz nic ode mnie... usłyszeć...
- Żeby popatrzyć – zapytany wykrzywił w pogardzie swoją potwornie zniekształconą twarz. - Żeby popatrzyć jak umierasz.
- Popatrzyć? - mag znów wyszczerzył się w upiornym grymasie imitującym uśmiech. - No to patrz – syknął.
Skupiając całą siłę woli, zmusił resztkę pozostałej energii do zebrania się w jednym miejscu. Znajome mrowienie rozeszło się po jego wykręconym, niemal obumarłym ramieniu na powrót je pobudzając, kajdany pękły z brzękiem upadając na podłogę. Ból ustąpił, gdy zamiast niego przez maga przeszła pulsująca fala mocy, wyciągnął ramię w kierunku ogłupiałego Shirkhema i pozwolił, aby ta wypłynęła z jego rozczapierzonych palców do ostatniej kropli, opuszczając jego ciało jak woda z przebitej manierki.
Południowiec w szoku patrzył jak jaskrawe języki ognia wystrzeliły w jego kierunku, zaklęcie jednak było zbyt słabe. Płomienie zgasły nim zdołały go dosięgnąć, lecz pęd powietrza cisnął nim o kamienną ścianę niczym kukłą.
Do celi natychmiast wdarli się zaaferowani hałasem strażnicy. Zastali jednego maga leżącego na ziemi bez życia, drugiego natomiast z trudem gramolącego się z posadzki, a jego paskudną twarz wykrzywiał grymas gniewu.
- Zabierzcie jego ścierwo – warknął gniewnie, gdy udało mu się stanąć wreszcie na nogach. - Rozwieście je ku przestrodze zdrajcom, niech go zeżrą ptaki.



***


Przebudzenie na mokrej od rosy trawie, owiniętym cuchnącą koniem derką nie należało do najprzyjemniejszych, za to nie był już związany ani, chwilowo, nie znajdował się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. Dlatego postanowił odwzajemnić burkliwe przywitanie najemnika i chętnie przyjął ofiarowane kilka łyków chłodnej wody i suchara, wraz z kawałkiem wędzonego sera. Trzeba przyznać, że jak na księcia nad wyraz szybko przyzwyczaił się nie tylko do niewygód podróży, jak również do gównianego jedzenia. Przez ostatnie dni musiał się też oswoić z samotnością, ale skoro zyskał teraz niespodziewanego towarzysza, postanowił to wykorzystać i po skończeniu posiłku przysiadł się do mężczyzny.
- Kojarzę cię z zamku – zagaił wreszcie. - Chyba się nie poznaliśmy, ale mam pamięć do twarzy.
- Od kilku lat dbam o twoje bezpieczeństwo. Po prostu nie było potrzeby, żebym się ujawniał. Miałeś do dyspozycji strażników, więc trzymałem się na uboczu.
Książę uniósł brwi zaskoczony. Czy to możliwe, żeby nigdy wcześniej nie zauważył, że ktoś taki jest jego cieniem?
- Jak długo dokładnie?
- Ambasador Harlandu przybył na rozmowy dyplomatyczne, niedługo po twoich trzynastych urodzinach. Zostałem ci wtedy ofiarowany jako znak dobrej woli – wytłumaczył obojętnie.
- Podarowany? Przecież nie jesteś niewolnikiem – zdziwił się chłopak zerkając na rozmówcę nagle dziwnie speszony.
- Nie – tamten tylko uśmiechnął się krzywo. - Nie muszę słuchać twoich rozkazów, bo wciąż jestem poddanym Harlandu, nie twoim. Moim zadaniem jest chronić twoje życie nawet za cenę własnego i dopilnować, abyś przejął należny ci tron. Kiedy tak się stanie, zostanę zwolniony z przysięgi.
- Chwilowo nie wybieram się z powrotem na tron – przypomniał Varrander. - Nie mógłbym... no wiesz, sam cię zwolnić?
- Nie.
I tyle. Żadnych dalszych wyjaśnień, nic co wskazywałoby, że mężczyzna jest w ogóle zainteresowany kontynuowaniem rozmowy.
- Ale co cię to tak naprawdę obchodzi! - oburzył się książę. - Przecież cię oddali, jakbyś był ozdobnym mieczem, czy szkatułką na biżuterię! Nie uważasz, że to trochę uwłaczające, zostać tak po prostu danym komuś w prezencie?
Vargo popatrzył na rozmówcę i pierwszy raz w jego granatowych oczach widać było coś na kształt zdziwienia.
- Nie rozumiesz – powiedział w końcu kręcąc głową. - Wyraziłem zgodę, miałem już piętnaście lat i odebrałem szkolenie, co oznacza, że musiałem podjąć zawód, lub znaleźć mentora. Przyjęcie funkcji twojego ochroniarza to odpowiednie zajęcie, przyniosłem korzyść ojczyźnie. Nie mogę złamać przysięgi wobec ciebie, bo to tak, jakbym zdradził także własnego króla.
Varrander zaniemówił. Sam pochodził z rodziny królewskiej, więc coś takiego jak obowiązek wobec ojczyzny powinno być dla niego najważniejsze. Tymczasem dla własnej wygody i bezpieczeństwa wolałby wyrzec się tronu i najlepiej zaszyć się gdzieś na wchodzie, podczas gdy jakiś zwykły... najemnik praktycznie sprzedał swoje życie dla korzyści kraju traktując to całkowicie naturalnie. Nagle poczuł się bardzo dziwnie i chwytając do rąk jakiś patyk przez chwilę rozgrzebywał żarzący się popiół w dogasającym ognisku. Gdy ponownie uniósł głowę, jego towarzysz stał już daleko, poprawiając juki i zbierając wszystko do drogi, więc książę odetchnął z ulgą, że niezręczny temat się urwał.
*
- Nie jesteś zbyt gadatliwy, co? - westchnął w końcu szlachcic ze zrezygnowaniem, gdy kolejna próba nawiązania konwersacji z towarzyszem się nie powiodła. Wprawdzie nie ignorował go, lecz odpowiadał zawsze zwięźle i bez zaangażowania. Gdy chłopak na zachętę spróbował opowiedzieć coś o sobie, wojownik także nie zareagował w żaden sposób wskazujący zainteresowanie.
Nie żeby Varrander miał jakąś głęboką potrzebę zaprzyjaźnienia się z tym osobnikiem – w końcu cały czas snuł plany tego, jak skutecznie się go pozbyć, gdyż wciąż nie miał zamiaru wracać do kraju, w każdym razie jeszcze nie. Ale mimo wszystko skoro, na jakiś czas, zyskał kompana to dobrze byłoby to wykorzystać umilając sobie chociaż trochę monotonną wędrówkę przez dzikie bezdroża niezobowiązującą rozmową.
Vargo spojrzał na niego przelotnie i wzruszył ramionami.
- Chyba po prostu odzwyczaiłem się. Dłuższy czas spędziłem podróżując samotnie, a w zasadzie nigdy nie byłem... duszą towarzystwa.
- Co ty nie powiesz – mruknął chłopak pod nosem. Po dłuższej chwili milczeniu podjął kolejną, rozpaczliwą próbę pytając: - Ale chyba miałeś jakiś przyjaciół na zamku? Kogoś bliskiego?
- Nieszczególnie. To znaczy był oczywiście Iriem.
No tak, Iriem. Nikt do końca nie wiedział jaka jest jego funkcja, nazywano go czasem cieniem króla, bo faktycznie zwykle znajdował się w pobliżu, a jego milcząca obecność niepokoiła nawet samego Varrandera. Jednak ojciec zdawał się mu ufać, chociaż aparycja mężczyzny nie wzbudzała najcieplejszych uczuć. Szczupła sylwetka, ale sprawiająca wrażenie, że jest zbudowana z samych mięśni i ścięgien, ciemne włosy, ostre rysy na dodatek zniekształcone kilkoma bliznami, z których największa przecinała czoło, lewą brew i policzek, omijając jednak oko – srebrno-szare i równie zimne i przeszywające jak drugie, znajdujące się na zdrowej części twarzy.
- Nikt więcej? - zdziwił się.
Dreikhennen zmarszczył brwi.
- Utrzymywałem kontakty z niektórymi ludźmi... Edwin zawsze... był gdzieś w pobliżu. Nie mogę powiedzieć, żebym go lubił, ale byłem przyzwyczajony do jego obecności. Niektórzy ludzie kręcili się wokół mnie przez jakiś czas, a potem zwykle tracili zainteresowanie. Nawiązywanie przyjaźni nigdy nie było wysoko na liście moich priorytetów.
- Więc ty i Iriem jesteście blisko? Cóż on też nie wydaje się być... bawidamkiem.
Vargo parsknął cicho, a na jego ustach pojawiło się coś na kształt uśmiechu.
- Nie można go nazwać przystępnym, a na pewno nie wylewnym, ale zostałem oddany pod jego opiekę. Został moim mentorem. Surowym, ale sprawiedliwym. Mogłem mu zaufać i wiedziałem, że zawsze udzieli mi pomocy.
Ten temat zdawał się być wojownikowi bliski, bo chyba po raz pierwszy powiedział więcej, niż od niego wymagano.
- Więc... musi być dla ciebie trochę jak ojciec? - zapytał Varrander starając się wyciągnąć więcej informacji. Zauważył, że na twarzy rozmówcy zaszła jakaś dziwna zmiana. Jakby żalu i... zażenowania?
- Nie do końca tak bym to ujął, ale owszem, był mi bardzo bliski.
- Był?
- Zmarł podczas zamachu – wyjaśnił, tym razem już bez cienia emocji.
- Och, przykro mi.
Tym razem mężczyzna nie odpowiedział i młody szlachcic z rezygnacją zaakceptował fakt, że więcej się już dzisiaj nie odezwie. Odetchnął i otulił się szczelniej płaszczem, zostając odrobinę w tyle za prowadzącym wierzchowca kompanem. Robiło się coraz zimniej.

*
Podróżując starali się trzymać bezdroży, aby nie przyciągać niepotrzebnej uwagi. Varranderowi całkiem to odpowiadało, mimo niewygody i tego, że w efekcie skazany był wyłącznie na towarzystwo swego uporczywie milczącego strażnika, bezkresne równiny gdzie chłodny wiatr hulał w wysokiej trawie niosły jakieś zniewalające uczucie wolności. Wcześniej napawały go wyłącznie niepokojem, czuł się na otwartym terenie niczym pierwsze danie na ogromnym talerzu. Teraz jednak, mimo że wciąż ścigany, a na dodatek ciągnięty na północ nie do końca zgodnie ze swoją wolą czuł się dziwnie... spokojny.
Ucichły wyrzuty sumienia, zamiast koszmarów budził go teraz potężny wojownik, z którym dzielił namiot, a żal i tęsknotę zastąpiła fascynacja krainą wschodu, tak odmienną od jego własnego kraju. Lork o tej porze z pewnością nie można by nazwać ładnym. Płaskie, w dużej mierze pokryte polami uprawnymi – teraz stanowiące jedynie ponure połacie martwej, szarej ziemi. Z rzadka pojawiały się jakieś wzgórza, lecz te łagodne wzniesienia nie mogły się równać z morderczymi górami w Venergu, ich ostrymi krawędziami i wiecznie ośnieżonymi szczytami ginącymi za miękką zasłoną chmur. Zamiast gęstych, wiecznie zielonych lasów pełnych strzelistych sosen dumnie sięgających szarego nieboskłonu tutaj można się było natknąć zaledwie na niewielkie zagajniki żałośnie poskręcanych, pozbawionych liści drzew, a zamiast na przejmujące głębokim granatem jeziora i rwące, górskie strumienie - czyste jak kryształ i zimne jak lód - na muliste stawy i leniwie płynące rzeki.
A jednak na tle tego burego krajobrazu, siedząc w siodle przed swoim nieprzystępnym towarzyszem, czuł się tak dobrze, jak od dawna mu się to nie zdarzyło.
Czasami, dla zabicia czasu, prowadził monologi na różne tematy, bo oszczędne reakcje towarzysza nie wystarczały, aby nazwać to rozmową. A czasem wpatrywał się tylko w zasnute ołowianymi chmurami niebo, obserwując ptaki lub czekając na pierwsze płatki śniegu, pozwalając swemu ciału poddać się płynnym ruchom kroków konia, dla wygody opierając głowę na ramieniu wojownika. Za pierwszym razem, gdy zdarzyło mu się ocknąć w takiej pozycji zareagował na to z lekkim zażenowaniem, ale widząc, że w mężczyźnie nie wzbudza to najmniejszych emocji zaczął to robić częściej. Mimo wszystko, jazda była znacznie wygodniejsza, gdy mógł oprzeć się o szeroką klatkę piersiową swego strażnika, a skoro tamtemu i tak nie robiło to różnicy, nie widział sensu w pozbawianiu się tej odrobiny komfortu jaką miał teraz do dyspozycji.
Po kilku dniach uciążliwej wędrówki dotarli w końcu do niewielkiego miasteczka, gdzie zdecydowali się spędzić noc i uzupełnić zapasy. Perspektywa kąpieli i zaznania snu w ciepłej pościeli błyskawicznie poprawiła Varranderowi nastrój, wobec czego gadał jak najęty nie przejmując się kompletnie zwykłym brakiem reakcji ze strony towarzysza.
- Załóż kaptur – polecił Vargo przed wjazdem za bramę. - Im mniej ludzi nas widzi, tym lepiej.
Wprawdzie ostatnie dni były spokojne, mężczyzna jednak wyraźnie czuł widmo pościgu, bo sam także skrzętnie ukrył charakterystyczną fryzurę, a potężny miecz ukrył pod jukami aby nie wzbudzać zainteresowania.
Karczma w której się zatrzymali okazała się bardzo przeciętna, odrobinę zapuszczona, ale dosyć schludna, a właściciel o przyjaznej, okrągłej twarzy serwował nie najgorsze piwo i bardzo dobrą pieczeń. Kiedy już napełnili żołądki, ruszyli do kontuaru aby zapytać o nocleg.
- Dwa pokoje, tak? - upewnił się karczmarz sięgając po klucze.
- Nie – zaoponował Vargo twardo. - Weźmiemy wspólny.
- Co takiego? - syknął książę. - Wystarczy że co noc muszę cisnąć się z tobą w namiocie, chociaż raz chciałbym zasnąć nie słysząc twojego oddechu nad uchem! Potrzebuje chociaż minimalnej prywatności!
- Nie – powtórzył tylko obojętnie. - Muszę mieć cię na oku, nie tylko w trosce o twoje bezpieczeństwo, ale przede wszystkim dlatego, że możesz próbować uciec.
Chłopak prychnął.
- To co, do kąpieli też ze mną wleziesz? - sarknął zirytowany.
- Nie. Nie zachowuj się jak dziecko.
- Pokój dwuosobowy, na piętrze, drugie drzwi po lewej – wtrącił się oberżysta wręczając im klucz. Vargo odebrał go i ruszył w stronę schodów. Gdy zauważył, że Varrander za nim nie podążył odwrócił się i spojrzał na niego ponaglająco.
- Zostanę jeszcze chwilę – wyjaśnił. - Spokojnie, nie mam zamiaru uciekać – przewrócił oczami widząc niepewną minę towarzysza. - I tak masz nasze rzeczy i pieniądze, nie jestem idiotą, nie ruszę w długą z pustymi rękami. Chcę się napić i może porozmawiać z kimś, czyje reakcje nie będą się ograniczać do „tak” i „nie”.
Dreikhennen nie wyglądał na zachwyconego tym pomysłem, ale po dłuższej chwili skinął głową.
- Tylko pod żadnym pozorem nie wychodź z karczmy. Tutaj usłyszę, jeśli coś złego by się działo. I przyjdź niedługo, musimy wypocząć.
Chłopak machnął ręką potakująco i zamówił kolejne piwo, siadając przy stoliku pod ścianą. Nie kłamał, oczywiście nie porzucił myśli o ucieczce, ale to wymagało jakiegoś konkretnego planu. Teraz najemnik bez trudu odnalazłby go i ponownie schwytał, a jego i tak wątpliwe zaufanie zmalałoby do zera. Nie zdziwiłby się, gdyby po takim wyczynie zgodnie z wcześniejszymi słowami po prostu go związał i przerzucił przez siodło dostarczając do ojczyzny w postaci gustownego pakunku.
Westchnął i pociągnął solidny łyk z kufla. Z pewnością nie darzył swojego „obrońcy” sympatią. Nie chodziło już nawet o to, że wlekł go na północ wbrew jego woli, po prostu... Cóż, nie dawał się lubić. Nieprzystępny i milczący, rzadko wykazywał jakiekolwiek emocje. Był profesjonalistą, to z pewnością, ale przecież mógłby być też przy tym człowiekiem. Musiał mieć jakieś inne cele poza narzuconym przez państwo obowiązkiem, jakieś potrzeby, uczucia. Ukrywał je jednak na tyle skrzętnie, że Varrander z czasem zaczął myśleć, że jest on jakąś maszyną, zaprogramowaną do wypełnienia powinności i pozbawianą uczuć. Pomysł ten wydawał się niepokojący.
- Mogłabym się przysiąść?
Wyrwany z zamyślenia podniósł głowę i dopiero teraz dostrzegł stojącą przed nim kobietę. Bardzo atrakcyjną zresztą, gęste, czarne włosy opadały luźno na ramiona, ciemne oczy błyszczały żywą inteligencją a pełne usta wyginały się w zachęcającym uśmiechu. Wyglądała na mieszczankę, schludna sukienka w przyjemny sposób uwydatniała piękne kształty. Mężczyzna szybko przybrał czarujący uśmiech i zaprosił ją do stolika.
- Jestem Nola.
- Va... Varro – chyba wypił już odrobinę zbyt wiele, bo niemal podał swoje prawdziwe imię. Daleko mu było do paranoi Dreikhennena, ale wolał zachować ostrożność.
Nola okazała się ciekawą rozmówczynią, chociaż po czasie spędzonym z Dreikhennenem każdy wydawał się interesujący. W miarę jak przybywało na ich stoliku pustych kufli, konwersacja stawała się coraz bardziej bezładna, a oni przysuwali się coraz bliżej, aż intencje kobiety stały się całkiem jasne. Wkrótce, nie przejmując się wcale widownią w postaci pozostałej klienteli, całowali się namiętnie, a Nola dotykała go w sposób, który świadczył, że nie ma ochoty na całowaniu poprzestać.
- Masz tu pokój? - zapytała w końcu. Varrander po raz kolejny przeklął swojego towarzysza za wspólną sypialnie.
- Nie jestem w nim sam – przyznał niechętnie.
- To nic, mieszkam niedaleko. Sama – dodał znacząco. Mężczyzna zawahał się. Vargo z pewnością nie byłby zadowolony, gdyby się dowiedział, że wbrew zakazowi opuścił karczmę. Ale kim on do cholery jest, jego ojcem? „Nie wychodź i nie wracaj za późno”, też coś. Zresztą nic się nie stanie, zabawi się trochę i wróci przed świtem, najwyżej powie, że za dużo wypił i zagadał się z właścicielem. Ośmielony tym pomysłem oraz znaczną ilością alkoholu krążącą we krwi, zgodził się i po chwili wyszli w chłodną noc, trzymając się w objęciach.
Niedaleko było oczywiście pojęciem względnym, ale zdecydowanie zbyt długo szli po mieście wchodząc w coraz ciemniejsze alejki. Początkowo zignorował to otumaniony piwem i ciepłym, kobiecym ciałem przy boku w końcu jednak zaczął się niepokoić. Jak się okazało – słusznie. Uzbrojeni mężczyźni wyszli im naprzeciw z jednego końca ulicy, po chwili inna grupa odcięła im drogę powrotną. Varrander zaklął i odepchnął od siebie towarzyszkę, która natychmiast umknęła w ciemność. Sięgnął do rękojeści miecza, lecz nie zdążył go dobyć gdyż zewsząd otoczyły go silne ramiona, które mimo szamotań, skutecznie go unieruchomiły. Po chwili stanął przed nim mężczyzna drobnej postury, o twarzy całkiem zasłoniętej szkarłatnym kapturem i podsunął pod jego nos jakąś fiolkę. Szarpnął się z całych sił, starając się nie wdychać dziwnych oparów, jakie się z niej wydostawały, po chwili jednak zaczął opadać z sił, obraz przed oczami zaczął się zamazywać i poczuł, że zaczyna tracić świadomość, aż w końcu opadł bezwładnie w ramionach przytrzymujących go najemników.
- Zabierzcie go do obozu – usłyszał jeszcze na granicy jawy. Głos był skrzekliwy i nieprzyjemny, naznaczony południowym akcentem. - Wasza trójka pójdzie ze mną, musimy się pozbyć Dreikhennena, ta bestia nie ustąpi jeśli nie odrąbiemy mu tego czerwonego łba.
Vargo mnie zabije, pomyślał jeszcze książę absurdalnie, aż wreszcie zemdlał.
*
Spał płytko, nerwowo oczekując powrotu Varrandera, dlatego też ciche skrzypnięcie drzwi obudziło go natychmiast. Usłyszał kroki, nie należały jednak do chłopaka. Cztery osoby weszły do pokoju. Mężczyzna zaklął w myślach i wymacał dłonią rękojeść miecza, ukrytego pod łóżkiem. Czekał cierpliwie udając, że śpi dopóki napastnicy nie zbliżyli się wystarczająco. Z szybkością jadowitego węża wydobył ostrze.
Mężczyzna stał nad nim, z wzniesionym do góry toporem. Na jego twarzy odmalował się wyraz tępego zdziwienia i z niezrozumieniem popatrzył, na przebijającą go klingę. Vargo wywinął się zwinnie i kopniakiem odepchnął ciało w kierunku drugiego najemnika, który, także zaskoczony, przewrócił się pod jego ciężarem. Następnie Dreikhennen przetoczył się po posłaniu, dzięki czemu topór ostatniego z agresorów zatopił się w materac, zamiast w jego ciało. Miękko niczym kot opadł na nogi po drugiej stronie łóżka, ze stolika nocnego porywając jakąś miskę i rzucając nią w mężczyznę wyszarpującego broń z drewnianej ramy mebla. To dało mu wystarczająco czasu, aby do niego przyskoczyć, potężnym ciosem niemalże pozbawiając go głowy. Krew z rozciętej arterii gorącym strumieniem buchnęła mu na twarz, lecz nie zwrócił na to uwagi.
Najemnik, który ochłonął już po bliskim spotkaniu z ciałem towarzysza, zamachnął się na niego mieczem. Vargo był na to przygotowany, bez trudu parując ostrze i wyprowadzając błyskawiczną ripostę, raniąc mężczyznę w lewe ramię. Kolejny cios zadany przez rannego bez zawahania, niemal go zaskoczył. Jednak refleks znów go nie zawiódł i schylił się pod klingą, praktycznie czując na skórze pęd powietrza jaki wywołała. Nie tracąc zimnej krwi, wykręcił się w zwinnym piruecie i tym razem przeciwnik okazał się zbyt wolny. Bez żadnego dźwięku osunął się ciężko na podłogę, a krew ponownie zbryzgała twarz i tors wojownika. Przetarł ręką oczy starając się odzyskać w pełni widoczność.
Zaraz...
Cztery osoby?
Pochłonięty walką nie zauważył drobnego, lekko przygarbionego mężczyzny w czerwonym płaszczu. Stał w drzwiach nieporuszony, a gdy Dreikhennen wreszcie zwrócił na niego uwagę, ściągnął kaptur ukazując gładko ogoloną głowę i paskudnie zeszpeconą twarz. Uśmiechnął się kpiąco i wskazał na ziemię.
Vargo zaklął, tym razem głośno. Deski pokrywał żółty proszek, który łysy chudzielec zapewne rozrzucił, gdy on był zajęty rozprawianiem się z jego zbirami.
- Niech żyje król – rzucił szramowaty z wyraźną drwiną, po czym otworzył portal, jednocześnie ruchem dłoni wywołują niewielką iskrę. Zniknął wśród wybuchających płomieni, co zapewne wyglądało dość dramatycznie, lecz mężczyzna nie miał czasu tego podziwiać. Rzucił się w stronę okna. Szyba na szczęście ustąpiła pod jego ciężarem, więc runął na ziemię wśród odłamków szkła. Udało mu się zamortyzować upadek przewrotem przez bark, lecz i tak z bólu aż zadzwoniły mu zęby. Nie miał jednak czasu na martwienie się tym, ani też faktem, że stracili wszystkie rzeczy, a on nie miał na sobie nawet koszuli. Jego półnagie ciało znaczyły drobne ranki, jednak na panującym chłodzie nie czuł nawet lekkiego pieczenia. Porwał z ziemi uratowany z pożaru miecz i ruszył biegiem do stajni, po chwili pędził już na karym wierzchowcu na oklep, modląc się, żeby Varrander wciąż jeszcze żył.
*
Varrander żył. Ocknął się w sporym namiocie, przywiązany mocno do solidnego słupa podtrzymującego konstrukcję. Głowa pulsowała mu tępym bólem, czuł też suchość w ustach, a mięśnie miał zupełnie zdrętwiałe, ale żył. Zatoczył po namiocie tępym wzrokiem, aż dostrzegł postać wciąż otuloną czerwonym płaszczem. Tym razem jednak kaptur nie zasłaniał zeszpeconej twarzy.
- Shirkhem – wycharczał książę z trudem, przypominając sobie imię, które podał mu Vargo.
- W rzeczy samej, do usług – odparł tamten kpiąco, uśmiechając się nieprzyjemnie. - Schwytanie cię okazało się łatwiejsze niż myślałem. Kto by pomyślał, że wystarczyło podesłać spódniczkę, a sam grzecznie do nas przyszedłeś – zakpił.
Chłopak odwrócił głowę, zażenowany.
- Kto cię przysłał? - zapytał jednak hardo.
- Czyżbyś się nie domyślał?
- Heritt – wypluł z pogardą imię młodszego brata. Był zbyt ambitny i zawsze siebie uważał za lepszy materiał na króla. Varrander od dawna podejrzewał, że jest szaleńcem, ale mimo to, nawet jego nie posądzał o czyn aż tak straszny. Być może przez ostatni rok, spędzony za granicą, odbiło mu do reszty.
- Heritt? Naprawdę myślisz, że to ten porywczy pacan? Cóż, muszę cię zmartwić. Twój szanowny braciszek zmarł kilka tygodni wcześniej, wypadł z okna w swoim dormitorium. Bardzo nieszczęśliwy wypadek – dodał nie starając się nawet ukrywać, że łże jak pies. Oczy księcia rozszerzyły się ze zdziwienia. Kto w takim razie? Następny w kolejce do tronu był Tamis, ale miał zaledwie trzynaście lat i naturę łagodną jak baranek.
- Władzę przejął twój wuj, Wespan. Na razie niestety nieoficjalnie, masz coś ważnego co jest jedną z przyczyn, dla których mnie za tobą wysłał.
Książę aż otworzył usta ze zdziwienia. Wespan wprawdzie nie darzył brata szczególnie ciepłymi uczuciami, ale zawsze był mu lojalny i nic nie świadczyło o tym, żeby stanowisko dowódcy wojsk mu nie wystarczało. A poza tym...
- Co z Tamisem? Przecież to on powinien przejąć tron!
- Ojej, nie wiesz? - Shirkhen spojrzał na niego z udawaną troską. - Podczas zamachu wbiegł do sali, próbując ocalić ojca. Został przypadkowo pchnięty mieczem. Wielka tragedia.
- Kłamiesz! Nie było go tam, spał w swojej komnacie! - krzyknął szarpiąc się w więzach. Oczy zapiekły go od łez. Nie był nigdy blisko z rodzeństwem, ale Tamisa zawsze darzył sympatią. Bezkonfliktowy i cichy, zawsze miał w sobie jakąś wewnętrzną radość, trochę jeszcze dziecinną, która od razu rozjaśniała dzień.
- Kłamię – potwierdził mężczyzna bez cienia zażenowania. - Ale obawiam się, że nikt się o tym nie dowie. Tobie raczej nikt nie uwierzy zważając na fakt, że sam jesteś zdrajcą i zamordowałeś własnego ojca...
Zaniemówił ze zdziwienia. No tak, mógł się tego domyślać, poszukiwali kozła ofiarnego. Wprawdzie skoro Wespan miał lojalność wojska nikt nie mógł mu odmówić korony, ale z pewnością straciłby poparcie ludu, gdyby wyszło na jaw w jaki sposób ją uzyskał. Takie rozwiązanie, niosło same korzyści – nie tylko pozbędzie się prawowitego dziedzica, ale jeszcze umocni morale pokazując poddanym, że w przykładny sposób karze zdrajców.
- Dlatego żyję, prawda? Chcesz mnie dostarczyć na oficjalną egzekucję?
- Cóż, gdybyś przyznał się do winy i ukorzył, Wespan mógłby rozważyć wygnanie cię. Pomyśl o tym, i tak nigdy nie ciągnęło cię szczególnie do władzy, a tak mógłbyś sobie jeszcze ułożyć życie.
- Akurat – prychnął. Shirkhem nie próbował zwalczyć jego sceptycyzmu. Chłopak nie był głupi, wiedział że zdrajcom nie można okazać litości.
*
Szybko natrafił na ślad Varrandera i Shirkhema, który wyraźnie nie przewidział, że Vargo wyjdzie cało z pożaru i nie starał się szczególnie ukrywać. Może i był sprytny, ale z pewnością zbyt pewny siebie. Niedocenił przeciwnika.
Dobrze. Wojownik miał po swojej stronie element zaskoczenia, a to teraz jego główny atut.
Ruszył cwałem wzdłuż drogi, od wiatru robiło się jeszcze zimniej, ale nie miał czasu, aby rozdrabniać się nad tak nieistotnymi szczegółami jak brak okrycia. Jeśli się spóźni...
Zacisnął mocniej szczękę, na myśl o hańbie jaką by się okrył. Nie mógł pozwolić aby coś stało się chłopakowi.