Kwestia honoru 2
Dodane przez Aquarius dnia Wrzesie˝ 08 2012 12:24:10

Bergen zeskoczy┼é ci─Ö┼╝ko z wozu i podci─ůgn─ů┼é spodnie. U┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö szeroko na widok przysadzistego m─Ö┼╝czyzny o g─Östej, rudej brodzie i ruchliwych, czarnych oczach.
- Radeg, kop─Ö lat – trzasn─ů┼é ni┼╝szego m─Ö┼╝czyzn─Ö w plecy, a┼╝ hukn─Ö┼éo.
- Bergen – odpar┼é tamten spokojnie, zerkaj─ůc ciekawie na szczup┼éego, czarnow┼éosego ch┼éopaka, kt├│ry zeskoczy┼é z konia. - To ten tw├│j nowy pomocnik, jak mniemam?
- S┼éysza┼ée┼Ť o nim? Ano, skarb nie ch┼éopak! Szcz─Ö┼Ťcie mi z nim nie lada dopisa┼éo. Esz, Varro, po┼Ťci─ůgaj no tu skrzynie z kminkiem i szafranem, my si─Ö tutaj dogadamy.
- Szcz─Ö┼Ťcie, m├│wisz? - mrukn─ů┼é rudobrody, w zamy┼Ťleniu nakr─Öcaj─ůc na palca imponuj─ůcy w─ůs. - Ano, to je kwestia sporna. Chod┼║ no, Bergen, napijemy si─Ö, pogadamy. Nowiny mam dla ciebie.
Kupiec chętnie na to przystał i po chwili siedzieli we dwójkę w niewielkiej, ciemnej izdebce i opróżniali systematycznie kufle z piwem.
- A wi─Öc ten ch┼éopak... Varro... sk─ůd jest? - zacz─ů┼é wypytywa─ç Radeg po d┼éugiej chwili milczenia.
- Nie pyta┼éem. Dobrze si─Ö sprawuje, to niech se b─Ödzie sk─ůd chce – wzruszy┼é ramionami blondyn. - Co ci─Ö on tak ciekawi?
- Widzisz... - Radeg napi┼é si─Ö solidnego ┼éyka i star┼é ┼éokciem pian─Ö z w─ůsa. - niedawno zjawi┼é si─Ö u mnie pewien m─Ö┼╝czyzna. Wypytywa┼é o ciebie, bo s┼éysza┼é ┼╝e podr├│┼╝uje z tob─ů ten ch┼éopak. Z tego co zrozumia┼éem, bardzo mu na nim zale┼╝y. A brzydko mu z oczy patrza┼éo, to na pewno. Powiedzia┼éem, ┼╝e nie wiem gdzie ci─Ö szuka─ç, ale on wie z kim wsp├│┼épracujesz. Wie z kim lubisz robi─ç interesy, gdzie lubisz sypia─ç. Je┼Ťli zosta┼é wys┼éany za tym dzieciakiem, to go znajdzie. I na twoim miejscu, by┼ébym wtedy jak najdalej od niego.
- Faktycznie Varro jest do┼Ť─ç... nietypowy – przyzna┼é Bergen po chwili zastanowienia. - Niby m─ůdry ch┼éopak, a czasem ca┼ékiem prostych rzeczy nie potrafi┼é, ognia rozpali─ç, rondla zawiesi─ç. Od pocz─ůtku mie si─Ö co┼Ť widzia┼éo, ┼╝e to szlachcic jaki, ale se my┼Ťla┼éem, co by szlachcic na kupieckim wozie chcia┼é robi─ç?
- Wiesz jak to bywa z tymi m┼éokosami – Radeg machn─ů┼é r─Ök─ů, na znak ┼╝e przyjaciel nie powinien si─Ö przejmowa─ç. - Trzyma si─Ö ich w z┼éotych klatkach, na uwi─Özi, to uciekaj─ů. Chc─ů skosztowa─ç weso┼éego ┼╝ycia najemnik├│w, zabawi─ç si─Ö, ot co. Pewnie najgorsze co mu grozi to powr├│t na marmurowe salony – doda┼é pocieszaj─ůco, chocia┼╝ sam nie do ko┼äca w to wierzy┼é. Bergen jednak wygl─ůda┼é na szczerze zaniepokojonego.
- Nie wygl─ůda┼é na takiego – pokr─Öci┼é g┼éow─ů. - Widywa┼éem ju┼╝ takich buntownik├│w, g┼éo┼Ťni s─ů, aroganccy, g┼éupi. On jest inny ca┼ékiem. Taki spokojny. Smutny jaki┼Ť. I te koszmary, ci─ůgle budzi si─Ö zlany potem, rozdygotany, przera┼╝ony. My┼Ťl─Ö, ┼╝e przed czym┼Ť ucieka.
- Wygl─ůda na to, ┼╝e to co┼Ť go z┼éapie – mrukn─ů┼é rudy kupiec, nie widz─ůc ju┼╝ sensu w udawaniu ┼╝e ch┼éopakowi nic si─Ö nie stanie. - Wiem, ┼╝e si─Ö ┼éatwo przywi─ůzujesz... taka ju┼╝ z ciebie stara pierdo┼éa – doda┼é, lecz nie bez sympatii w g┼éosie. - Ale musisz pu┼Ťci─ç tego ch┼éopaka. Tak bardziej mu pomo┼╝esz, zyska kilka dni nim tamten asasyn zorientuje si─Ö, ┼╝e nie ma go z tob─ů.
- My┼Ťlisz, ┼╝e da rad─Ö umkn─ů─ç?
Radeg westchn─ů┼é. Nie m├│g┼é ok┼éama─ç przyjaciela.
- Marne – przyzna┼é. - Ten kt├│ry go ┼Ťciga... jest jak sama ┼Ťmier─ç. Blady, czerwonow┼éosy, na wielkim karym wierzchowcu, taki zimny i beznami─Ötny, ┼╝e a┼╝ dreszcze przechodz─ů. Dla takich liczy si─Ö tylko zadanie do wykonania, jakby rodzili si─Ö bez duszy.
- Szkoda dzieciaka – szepn─ů┼é Bergen g┼éucho, czuj─ůc jak z ┼╝alu ┼Ťciska mu si─Ö serce. - Taki dobry ch┼éopak...
- W paskudnych ┼╝yjemy czasach – stwierdzi┼é rudzielec sentencjonalnie i wzni├│s┼é oczy ku brudnemu sufitowi.
*
Varrander g┼é─Öbiej nasun─ů┼é kaptur na twarz i mocniej owin─ů┼é si─Ö p┼éaszczem. Silny wiatr przejmowa┼é ch┼éodem do szpiku ko┼Ťci, a zimny deszcz przemacza┼é ubranie i osiada┼é na twarzy nieprzyjemn─ů warstw─ů wilgoci.
Nie mia┼é poj─Öcia jaka by┼éa pora dnia, bo s┼éo┼äce przys┼éania┼éy ci─Ö┼╝kie, szare chmury, a na tutejszych mokrad┼éach nawet ptaki milcza┼éy. By┼é jednak bardzo zm─Öczony, buty zapada┼éy mu si─Ö w grz─ůskiej ziemi i przemaka┼éy. Zdawa┼éo si─Ö, ┼╝e ka┼╝dy krok trwa wieczno┼Ť─ç. Nie m├│g┼é jednak pozwoli─ç sobie na podr├│┼╝owanie wygodnym traktem, gdzie m├│g┼éby zosta─ç zauwa┼╝ony.
Nie spodziewa┼é si─Ö, ┼╝e kto┼Ť b─Ödzie go ┼Ťciga┼é. W zasadzie zd─ů┼╝y┼é si─Ö ju┼╝ poczu─ç bezpiecznie, bo kto m├│g┼éby go szuka─ç na drugim ko┼äcu ┼Ťwiata. Kto, a przede wszystkim – po co. Nie mia┼é w─ůtpliwo┼Ťci, ┼╝e podczas zamachu na kr├│la mia┼é zgina─ç tak┼╝e on, jako prawowity nast─Öpca, ale w momencie gdy dzi─Öki pomocy Edwina wyl─ůdowa┼é tutaj, w niewielkim, wschodnim pa┼ästewku Lork, zdawa┼éo si─Ö, ┼╝e niebezpiecze┼ästwo min─Ö┼éo. Kto┼Ť wyra┼║nie s─ůdzi┼é, ┼╝e mia┼é zamiar odzyska─ç tron. By┼é w g┼é─Öbokim b┼é─Ödzie, ale ch┼éopak w─ůtpi┼é, aby uwierzono mu na s┼éowo.
Zastanawia┼é si─Ö, czy ucieczka ma jaki┼Ť sens. Uda┼éo mu si─Ö dowiedzie─ç co nieco o tym asasynie i wygl─ůda┼éo na to, ┼╝e nie nale┼╝a┼é do takich, co ┼éatwo rezygnuj─ů. Zastanawia┼é si─Ö, czy da┼éby mu rad─Ö w walce. Tamten by┼é podobno nieludzko szybki i silny, ale ludzie mieli w ko┼äcu tendencj─Ö do wyolbrzymiania, szczeg├│lnie je┼Ťli byli o w┼éos od ┼Ťmierci, a inni bezmy┼Ťlnie powtarzali takie plotki. C├│┼╝, zreszt─ů je┼Ťli tak dalej p├│jdzie, sam b─Ödzie mia┼é mo┼╝liwo┼Ť─ç sprawdzenia ile w nich prawdy. Nie mo┼╝e wiecznie b┼é─ůka─ç si─Ö po bagnach, nawet je┼Ťli uda mu si─Ö na jaki┼Ť czas zmyli─ç trop, to asasyn zn├│w go wyw─Öszy. Zdecydowa┼é, ┼╝e kiedy to nast─ůpi, b─Ödzie na niego czeka┼é.

*
By┼é mglisty poranek, szary i g┼éuchy. W przepe┼énionym wilgoci─ů powietrzu rozlega┼é si─Ö tylko mlaszcz─ůcy odg┼éos ko┼äskich kopyt zapadaj─ůcych si─Ö w rozmok┼éej ziemi i senne nawo┼éywania m┼éodej dziewczyny karmi─ůcej kury w zaje┼║dzie. Vargo wolno wjecha┼é mi─Ödzy ptaki, ko┼éysz─ůc si─Ö miarowo w siodle. Ostatnie dni da┼éy mu w ko┼Ť─ç. Varrander od┼é─ůczy┼é si─Ö od kupca i przepad┼é, jak kamie┼ä w wod─Ö. To oczywiste, ┼╝e trzyma┼é si─Ö ma┼éo ucz─Öszczanych trakt├│w, ale nie m├│g┼é ukrywa─ç si─Ö w niesko┼äczono┼Ť─ç. Przecie┼╝ w ko┼äcu b─Ödzie musia┼é ruszy─ç do kr├│lestwa, a p├│ki co wygl─ůda, jakby planowa┼é zapu┼Ťci─ç korzenie gdzie┼Ť w g┼é─Öbokim lesie.
M─Ö┼╝czyzna zgrabnie zsun─ů┼é si─Ö z siod┼éa, a jego kary ogier zar┼╝a┼é na to cicho z aprobat─ů, po czym da┼é si─Ö poprowadzi─ç w stron─Ö stajni. Drzwi pomieszczenia zaskrzypia┼éy niech─Ötnie, wpuszczaj─ůc ich do ┼Ťrodka, wprost w obj─Öcia ciep┼éego, pachn─ůcego sianem i zwierz─Ötami powietrza. Ju┼╝ po kilku krokach Vargo natkn─ů┼é si─Ö na le┼╝─ůcego na ziemi w rozche┼éstanej koszuli blondw┼éosego ch┼éopaka. Niewiele my┼Ťl─ůc szturchn─ů┼é go czubkiem obitego ┼╝elazem buta. Dzieciak podskoczy┼é jak oparzony i zmierzy┼é przybysza niech─Ötnym spojrzeniem spod s┼éomianej czupryny.
- Powiniene┼Ť zaj─ů─ç si─Ö moim wierzchowcem – oznajmi┼é m─Ö┼╝czyzna ch┼éodno, rzucaj─ůc stajennemu lejce. Ch┼éopak powstrzyma┼é zwyk┼é─ů ch─Ö─ç odpyskowania nieznajomemu i pos┼éusznie skin─ů┼é g┼éow─ů. Znany by┼é z buntowniczej postawy ale w sylwetce przybysza by┼éa jaka┼Ť milcz─ůca gro┼║ba. Przetar┼é wi─Öc tylko zaspane oczy i niezgrabnie podni├│s┼é si─Ö na nogi.
Vargo ┼Ťci─ůgn─ů┼é z d┼éoni czarne r─Ökawiczki bez palc├│w i wsun─ů┼é je z szeroki pas, po czym odrzuci┼é w ty┼é obszerny, czarny kaptur. K─ůtem oka wy┼éapa┼é zainteresowane spojrzenie blondyna.
- Na co si─Ö gapisz? - warkn─ů┼é nieprzyjemnie.
- Czy ty jeste┼Ť... Ty te┼╝ szukasz tego ch┼éopaka? - wyb─ůka┼é niepewny, czy dobrze robi zwracaj─ůc na siebie uwag─Ö. M─Ö┼╝czyzna podszed┼é do niego hipnotyzuj─ůcym, kocim krokiem.
- O jakim chłopaku mówisz?
- M┼éody, czarnow┼éosy. Szlachetna uroda i postawa. P├│┼énocny akcent – wyrecytowa┼é dr┼╝─ůcym g┼éosem. Vargo zakl─ů┼é pod nosem, ale po chwili wsun─ů┼é stajennemu w d┼éo┼ä srebrn─ů monet─Ö.
- M├│w co wiesz. Na twoim miejscu dobrze bym si─Ö skupi┼é. Sk─ůd o nim wiesz? Kto jeszcze go szuka?
- Trzy dni temu przyby┼éa tu grupa najemnik├│w. Nie karczemnych zb├│j├│w, prawdziwych. Uzbrojonych, konnych. Dowodzi┼é nimi dziwny m─Ö┼╝czyzna, m├│wili na niego Shirkhem. Przyjrza┼éem mu si─Ö troch─Ö kiedy k┼é├│ci┼é si─Ö z w┼éa┼Ťcicielem na zewn─ůtrz. Jest niezbyt wysoki i chudy, ogolon─ů g┼éow─Ö ukrywa pod czerwonym kapturem i szpeci go paskudne poparzenie na twarzy. Nie nosi broni, ale pozostali chyba si─Ö go boj─ů. Te┼╝ m├│wi z akcentem, ale innym, chyba z po┼éudnia. M├│wi┼é o tym ch┼éopaku, ┼╝e to bardzo wa┼╝ne. I m├│wi┼é, ┼╝e mo┼╝e o niego wypytywa─ç pot─Ö┼╝ny, czerwonow┼éosy... m─Ö┼╝czyzna – w ostatnim momencie powstrzyma┼é si─Ö przed zacytowaniem s┼éowa „kundel”. - Zabroni┼é z tob─ů rozmawia─ç, a najlepiej ci─Ö zabi─ç. Obieca┼é karczmarzowi tu wr├│ci─ç i zap┼éaci─ç za twoj─ů g┼éow─Ö, lub uci─ů─ç jego w┼éasn─ů gdyby pisn─ů┼é ci chocia┼╝ s┼éowo.
- Czy karczmarz miał informacje o chłopaku?
- Raczej nie. Nikogo takiego tu nie widzieli┼Ťmy, ale plotki kr─ů┼╝─ů. Szczeg├│lnie du┼╝o mo┼╝na us┼éysze─ç gdy wszyscy uwa┼╝aj─ů, ┼╝e od siedzenia z ko┼ämi postrada┼ée┼Ť rozum. Ci co krzycz─ů najg┼éo┼Ťniej, najcz─Ö┼Ťciej k┼éami─ů, a widziano go podobno w po┼éowie okolicznych miasteczek. Gdyby┼Ť chcia┼é panie jednak zna─ç moje zdanie, to je┼Ťli wie ┼╝e jest ┼Ťcigany i kto┼Ť da┼é mu map─Ö, to zmierza na po┼éudniowy-zach├│d. Na bagnach po┼Ťcig traci przewag─Ö dzi─Öki koniom, liczebno┼Ť─ç z zalety staje si─Ö wad─ů, a wytropi─ç na podmok┼éych terenach graniczy z niemo┼╝liwo┼Ťci─ů. Je┼Ťli jest m─ůdry, szukaj go tam.
*
Ksi─ů┼╝─Ö cz─Östo uczestniczy┼é w polowaniach. Na p├│┼énocy nie by┼éy mo┼╝e tak popularne jak w innych krajach, ale tak jak wsz─Ödzie by┼éa to typowa dla szlachcic├│w rozrywka. Nigdy jednak nie wyst─Öpowa┼é jako ofiara, a teraz dok┼éadnie tak si─Ö czu┼é. Jak ┼éowna zwierzyna, ┼╝a┼éo┼Ťnie umykaj─ůca my┼Ťliwemu. Zdawa┼éo mu si─Ö, ┼╝e niemal czuje jego oddech na karku. W ci─ůgu kr├│tkich chwil gdy pozwala┼é sobie na odpoczynek, ze snu wyrywa┼éo go poczucie, ┼╝e ziemia trz─Ösie si─Ö od zbli┼╝aj─ůcego si─Ö t─Ötentu kopyt.
Mimo ┼╝e porusza┼é si─Ö najszybciej jak potrafi┼é, bez wierzchowca nie mia┼é zbyt du┼╝ych szans, chocia┼╝ na bagnach uda┼éo mu si─Ö zyska─ç troch─Ö czasu i zmyli─ç trop, asasyn zn├│w pochwyci┼é jego ┼Ťlad i pod─ů┼╝a┼é za nim ┼Ťlepo jak jeden z ogar├│w nale┼╝─ůcych do ojca. Bez wytchnienia, z dzikim uporem bestii z┼éaknionej krwi.
Varrander wiedzia┼é, ┼╝e dalsza ucieczka nie mia┼éa sensu, pr─Ödzej padnie z wyczerpania ni┼╝ zdo┼éa zgubi─ç swojego prze┼Ťladowc─Ö, dlatego jedyn─ů szans─ů by┼éy doprowadzenie do konfrontacji i wygranie jej. Zalet─ů by┼éo to, ┼╝e m├│g┼é jeszcze wybra─ç gdzie do niej dojdzie i mia┼é zamiar to wykorzysta─ç.
*
Bagna faktycznie okaza┼éy si─Ö dobrym posuni─Öciem ze strony ksi─Öcia. Vargo zgubi┼é trop i straci┼é wiele czasu wyci─ůgaj─ůc konia z mokrade┼é, a do tego nale┼╝a┼éo przyzna─ç, ┼╝e pogoda powa┼╝nie wda┼éa mu si─Ö we znaki. Wszechobecna wilgo─ç, st─Öch┼ée powietrze i przeszywaj─ůcy ch┼é├│d, kt├│ry mia┼é jednak swoje dobre strony. Mniej komar├│w. Chocia┼╝ i tak nawet gdy zostawi┼é to paskudne miejsce daleko w tyle nie m├│g┼é pozby─ç si─Ö uporczywego brz─Öczenia, wci─ů┼╝ rozlegaj─ůcego si─Ö w g┼éowie, a kilka pami─ůtkowych uk─ůsze┼ä jeszcze przez d┼éugi czas sw─Ödzia┼éo uci─ů┼╝liwie.
Ale to nie mia┼éo znaczenia, bo teraz ponownie podchwyci┼é ┼Ťlad. A tu, na otwartej przestrzeni ch┼éopak nie mia┼é szans podr├│┼╝uj─ůc na piechot─Ö. Zreszt─ů zdawa┼éo si─Ö, ┼╝e nawet ju┼╝ nie pr├│bowa┼é, prawdopodobnie stara┼é si─Ö tylko doprowadzi─ç wojownika w miejsce dogodne do zmierzenia si─Ö z nim.
Bardzo dobrze. Gra zaczęła się na poważnie.
*
Po kilku dniach uci─ů┼╝liwego marszu znalaz┼é odpowiedni punkt. Wzniesienie, niezbyt wysokie lecz na tyle strome, ┼╝e aby si─Ö na nie dosta─ç asasyn b─Ödzie musia┼é zej┼Ť─ç z siod┼éa. Ponadto z jego szczytu ksi─ů┼╝─Ö nie┼║le widzia┼é okolic─Ö, wi─Öc o tym, ┼╝e przeciwnik jest blisko dowie si─Ö z wyprzedzeniem. Nier├│wno┼Ť─ç terenu tak┼╝e m├│g┼é obr├│ci─ç na swoj─ů korzy┼Ť─ç, je┼Ťli dobrze to rozegra. Teraz pozosta┼éo mu tylko czeka─ç, a by┼é pewien, ┼╝e nie b─Ödzie musia┼é czeka─ç d┼éugo. Mia┼é przeczucie, ┼╝e czerwonow┼éosy jest nie dalej ni┼╝ p├│┼é dnia drogi w tyle i niewiele si─Ö pomyli┼é. Tu┼╝ przed zmrokiem dostrzeg┼é w oddali pot─Ö┼╝n─ů sylwetk─Ö je┼║d┼║ca na galopuj─ůcym rumaku. Sprawdzi┼é, czy miecz g┼éadko wysuwa si─Ö z pochwy i wyprostowa┼é si─Ö dumnie.
*
Vargo ┼Ťci─ůgn─ů┼é wodze na widok smuk┼éego cienia wyodr─Öbniaj─ůcego si─Ö na tle szybko szarzej─ůcego nieba.
„Wzg├│rze. M─ůdrze”, pomy┼Ťla┼é i zszed┼é z siod┼éa. Wola┼é pozostawi─ç wierzchowca troch─Ö dalej, ┼╝eby mie─ç czas dobrze go uwi─ůza─ç. Nierozwa┼╝nie by┼éoby zajmowa─ç si─Ö takimi rzeczami, maj─ůc nad g┼éow─ů zap─Ödzonego w kozi r├│g m┼éodzika. Dlatego te┼╝ bez zb─Ödnego po┼Ťpiechu wojownik upewni┼é si─Ö ┼╝e ko┼ä wraz z baga┼╝ami nie wybior─ů si─Ö nigdzie podczas jego nieobecno┼Ťci i poprawi┼é ekwipunek.
Potem podszed┼é spokojnym krokiem do ksi─Öcia, ostro┼╝nie wspinaj─ůc si─Ö po do┼Ť─ç stromym zboczu. Stara┼é si─Ö trzyma─ç r─Öce na widoku, a gdy znalaz┼é si─Ö ju┼╝ do┼Ť─ç blisko, wolno zsun─ů┼é kaptur.
- Znam ci─Ö – oznajmi┼é ch┼éopak marszcz─ůc brwi, a jego d┼éo┼ä drgn─Ö┼éa lekko na g┼éowicy miecza. - Widzia┼éem ci─Ö na dworze.
- Nazywam si─Ö Vargo Dreikhennen i nie mam zamiaru ci─Ö skrzywdzi─ç – czerwonow┼éosy zajrza┼é g┼é─Öboko w oczy rozm├│wcy, staraj─ůc si─Ö wzbudzi─ç zaufanie. - Edwin wys┼éa┼é mnie za tob─ů, panie, w roli eskorty.
- Jakiej eskorty? - odwarkn─ů┼é. - Niby gdzie?
- Moim zadaniem jest bezpiecznie odtransportować cię do stolicy i osadzić na tronie, jako prawowitego władcę.
Oczy Varrandera zrobi┼éy si─Ö nagle wielkie ze zdziwienia. Zaskoczony cofn─ů┼é si─Ö kilka krok├│w, zaraz jednak opanowa┼é emocje. Wolno wydoby┼é miecz z pochwy, co na m─Ö┼╝czy┼║nie nie zrobi┼éo najmniejszego wra┼╝enie. Nie oderwa┼é nawet pustych, lodowato zimnych oczu od twarzy ch┼éopaka, jakby klinga w jego d┼éoni by┼éa zupe┼énie niewarta uwagi.
- A co je┼Ťli nie zechc─Ö? - zapyta┼é ksi─ů┼╝─Ö hardo.
- To tw├│j obowi─ůzek, panie.
- Szczam na m├│j obowi─ůzek! - krzykn─ů┼é. - Zmusisz mnie si┼é─ů?
- Przyznaj─Ö, ┼╝e nie bra┼éem tego pod uwag─Ö, ale je┼Ťli zostan─Ö do tego zmuszony... My┼Ťl─Ö, ┼╝e jednak mnie to tego nie zmusisz- odpar┼é po prostu.
- No to si─Ö mylisz – sykn─ů┼é Varrander i wyszarpn─ů┼é zza pasa n├│┼╝. Vargo spodziewa┼é si─Ö tego, ale i tak zareagowa┼é z szybko┼Ťci─ů niemal nieosi─ůgaln─ů dla cz┼éowieka. Zawirowa┼é w uniku i b─Öd─ůc wci─ů┼╝ w ruchu wydoby┼é z pochwy p├│┼étorar─Öczny miecz, jakby by┼é wyka┼éaczk─ů. Ksi─ů┼╝─Ö, nie trac─ůc czasu, zaszar┼╝owa┼é na niego z furi─ů, ale ostrze z brz─Ökiem odbi┼éo si─Ö od uko┼Ťnej parady. Wojownik niezwykle zwinnie wywin─ů┼é si─Ö unikaj─ůc drugiego ciosu, pewnie stawiaj─ůc stopy na nier├│wnym gruncie. Gdy ich miecze skrzy┼╝owa┼éy si─Ö po raz kolejny, mocno napar┼é na przeciwnika barkiem, wytr─ůcaj─ůc go z r├│wnowagi, nast─Öpnie wykorzystuj─ůc to, zdo┼éa┼é chwyci─ç jego prawy nadgarstek, niemal mia┼╝d┼╝─ůc go w stalowym u┼Ťcisku i zmuszaj─ůc zaskoczonego bruneta do upuszczenia broni.
Tamten jednak ryzykuj─ůc przekonanie, ┼╝e najemnik nie mo┼╝e zrobi─ç mu krzywdy, w ma┼éo honorowy spos├│b kopn─ů┼é go kolanem w krocze i run─ů┼é na┼ä ca┼éym ci─Ö┼╝arem. Vargo mimo masywnej postury zaskoczony nieoczekiwanym atakiem run─ů┼é na ziemi─Ö i razem z ch┼éopakiem potoczyli si─Ö w d├│┼é zbocza. Varrander wyl─ůdowa┼é na szerokiej piersi czerwonow┼éosego najemnika i chocia┼╝ kr─Öci┼éo mu si─Ö w g┼éowie, a cia┼éo mia┼é obola┼ée po upadku od razu zamachn─ů┼é si─Ö na┼ä pi─Ö┼Ťci─ů. Tamten jednak tak┼╝e szybko doszed┼é do siebie, wi─Öc zd─ů┼╝y┼é j─ů chwyci─ç, nim go dosi─Ögn─Ö┼éa. Varrander zdawa┼é si─Ö tym niezra┼╝ony i uderzy┼é go w twarz czo┼éem. Krew natychmiast ciep┼éym strumieniem zala┼éa usta i brod─Ö Vargo, ale chwyci┼é woln─ů d┼éoni─ů przyd┼éugie w┼éosy na karku ch┼éopaka i odwdzi─Öczy┼é si─Ö tym samym, tak┼╝e rozwalaj─ůc przeciwnikowi nos. Jego chwilowe zamroczenie wykorzysta┼é do zepchni─Öcia go z siebie i ju┼╝ po chwili przygniata┼é drobniejszego ch┼éopaka ca┼éym ci─Ö┼╝arem cia┼éa. Tamten jednak mimo ┼╝e znalaz┼é si─Ö na wyra┼║nie przegranej pozycji nie dawa┼é za wygran─ů i przez d┼éu┼╝szy czas szamotali si─Ö jeszcze po ziemi, kln─ůc i parskaj─ůc krwi─ů na wszystkie strony, dop├│ki zirytowany ju┼╝ Dreikhennen pot─Ö┼╝nym ciosem nie pozbawi┼é Varrandera przytomno┼Ťci.
*
Ockn─ů┼é si─Ö w nienaturalnej i wybitnie niewygodnej pozycji, z r─Ökami mocno sp─Ötanymi na plecach i policzkiem przyci┼Ťni─Ötym do wilgotnej trawy. W powietrzu czu─ç by┼éo wieczorne och┼éodzenie.
Ch┼éopak j─Ökn─ů┼é cicho i spr├│bowa┼é zmieni─ç u┼éo┼╝enie, ┼╝eby ul┼╝y─ç zdr─Ötwia┼éym mi─Ö┼Ťniom. Sporo wysi┼éku kosztowa┼éo go podniesienie si─Ö do siadu, a gdy w ko┼äcu mu si─Ö to uda┼éo spotka┼é przenikliwe spojrzenie swojego oprawcy, kt├│ry kilka krok├│w dalej ostrzy┼é miecz.
- Dobrze, ┼╝e si─Ö obudzi┼ée┼Ť. Powinni┼Ťmy rusza─ç – oznajmi┼é ┼éagodnym, lecz nieznosz─ůcym sprzeciwu g┼éosem.
- Dlaczego uwa┼╝asz, ┼╝e po tym jak mnie spra┼ée┼Ť po mordzie zmieni┼éem zdanie i zechc─Ö z tob─ů i┼Ť─ç? - warkn─ů┼é Varrander.
- Nie interesuje mnie czy zechcesz. Moim obowi─ůzkiem jest bezpiecznie odstawi─ç ci─Ö do kraju. Je┼Ťli nie dasz mi powod├│w, ┼╝ebym rozwi─ůza┼é ci r─Öce i odda┼é bro┼ä to po prostu przerzuc─Ö ci─Ö przez siod┼éo jak worek kartofli. Tak czy inaczej dotrzemy na miejsce, tw├│j komfort nie jest priorytetem.
Ch┼éopak nie potrafi─ůc znale┼║─ç ┼╝adnych argument├│w rzuci┼é tylko kilka przekle┼ästw, po czym na powr├│t zapad┼éa cisza, przerywana tylko nu┼╝─ůcym brz─Öczeniem owad├│w i zgrzytem ose┼éki o kling─Ö miecza. Vargo cierpliwie kontynuowa┼é prac─Ö, a Varrander mimo wcze┼Ťniejszego postanowienia aby go ca┼ékowicie ignorowa─ç zacz─ů┼é z nud├│w obserwowa─ç jego ruchy i wci─ů┼╝ nieporuszon─ů twarz. By┼é pewien, ┼╝e widywa┼é go kiedy┼Ť na dworze, nie zwraca┼é na niego zbyt du┼╝ej uwagi ale Dreikhennen mia┼é na tyle charakterystyczn─ů urod─Ö, ┼╝e nie spos├│b ca┼ékiem wyrzuci─ç go z pami─Öci. Ju┼╝ same w┼éosy, kr├│tko przystrzy┼╝one po bokach i d┼éu┼╝sze na ┼Ťrodku o intensywnie czerwonym kolorze nie zdarza┼éy si─Ö cz─Östo, do tego imponuj─ůcy wzrost i postawa czyni┼éy go trudnym do przeoczenia. Ch┼éopak jednak szczeg├│lnie zapami─Öta┼é te oczy, gdy┼╝ by┼é pewien ┼╝e przynajmniej kilka razy zosta┼é obrzucony ich ch┼éodnym spojrzeniem. Czerwonow┼éosy patrzy┼é na niego wtedy dok┼éadnie tak jak teraz na kling─Ö miecza, oboj─Ötnie lecz z pe┼én─ů koncentracj─ů, szukaj─ůc najmniejszej skazy. Wcze┼Ťniej kojarzy┼é tylko uczucie towarzysz─ůce byciu przyszpilonym tym wzrokiem, teraz wreszcie mia┼é okazj─Ö dostrzec szczeg├│┼éy – te bezwzgl─Ödne oczy mia┼éy pod┼éu┼╝ny kszta┼ét i zdawa┼éy si─Ö wiecznie przymru┼╝one, nadaj─ůc mu wygl─ůd gro┼║nego skupienia. Spod lekko opuszczonych powiek l┼Ťni┼éy w cieniu absurdalnie d┼éugich rz─Ös bystre jak u drapie┼╝nika t─Öcz├│wki, o barwie niezwykle ciemnego granatu, niczym najg┼é─Öbsze otch┼éanie Morza P├│┼énocnego. Kiedy to spojrzenie podnios┼éo si─Ö znowu na ch┼éopaka przez chwil─Ö poczu┼é si─Ö jakby zn├│w walczy┼é noc─ů ze sztormem. Po chwili jednak zda┼é sobie spraw─Ö, ┼╝e mimo wcze┼Ťniejszych postanowie┼ä od d┼éu┼╝szego czasu gapi si─Ö na najemnika i co gorsza zosta┼é na tym przy┼éapany. Ze z┼éo┼Ťci─ů odwr├│ci┼é g┼éow─Ö przywo┼éuj─ůc na usta kpi─ůc─ů min─Ö.
- Teraz naprawd─Ö musimy ju┼╝ rusza─ç, panie – oznajmi┼é Vargo wstaj─ůc z miejsca i mocuj─ůc miecz z powrotem na plecach.
- Teraz? Przecie┼╝ zapada noc – warkn─ů┼é jadowicie ksi─ů┼╝─Ö.
- Musimy znale┼║─ç bardziej os┼éoni─Öte miejsce na nocleg. Powinni┼Ťmy zd─ů┼╝y─ç zanim ca┼ékiem si─Ö ┼Ťciemni.
- Przecie┼╝ ju┼╝ sko┼äczyli┼Ťmy si─Ö goni─ç, wi─Öc po co dalej chcesz si─Ö ukrywa─ç?
- Wydawa┼ée┼Ť mi si─Ö troch─Ö bystrzejszy – odpar┼é najemnik podchodz─ůc do wi─Ö┼║nia i szybkim ruchem rozcinaj─ůc mu wi─Özy. Ch┼éopak zosta┼é tym stwierdzeniem na tyle wybity z r├│wnowagi, ┼╝e na razie nawet nie przysz┼éo mu do g┼éowy aby wykorzysta─ç niespodziewan─ů wolno┼Ť─ç, roztar┼é tylko odruchowo nadgarstki i zmarszczy┼é gniewne brwi.
- Co masz na my┼Ťli? - zapyta┼é obserwuj─ůc nieufnie jak Vargo sprawdza co┼Ť przy uprz─Ö┼╝y swego pot─Ö┼╝nego karosza.
- To co powiedzia┼éem. ┼╗e wydawa┼ée┼Ť mi si─Ö bardziej rozgarni─Öty – powt├│rzy┼é wci─ů┼╝ oboj─Ötnie. - A z twoich s┼é├│w wnioskuj─Ö, ┼╝e nie zorientowa┼ée┼Ť si─Ö, ┼╝e kto┼Ť poza mn─ů ci─Ö ┼Ťciga. I oni, w przeciwie┼ästwie do mnie, nie maj─ů pokojowych zamiar├│w – to m├│wi─ůc odwr├│ci┼é si─Ö zn├│w w stron─Ö ch┼éopaka i rzuci┼é mu jak─ů┼Ť wilgotn─ů szmat─Ö. Brunet z┼éapa┼é j─ů i spojrza┼é na niego t─Öpo. Nowe informacje sprawi┼éy, ┼╝e nagle zapomnia┼é o g┼é─Öbokim postanowieniu bycia wynios┼éym i ironicznym akceptuj─ůc wyraz zbaranienia na swojej twarzy. Na dodatek w ┼╝aden spos├│b nie potrafi┼é sobie wyt┼éumaczy─ç owej szmaty, dopiero gdy Vargo wskaza┼é na sw├│j nos, ch┼éopak zrozumia┼é i ostro┼╝nie przejecha┼é ni─ů nad g├│rn─ů warg─ů. Znalaz┼é ┼Ťlady zakrzep┼éej krwi, pami─ůtki po ostatniej szarpaninie, wi─Öc przez jaki┼Ť czas w milczeniu czy┼Ťci┼é sk├│r─Ö. Nast─Öpnie najemnik odebra┼é od niego skrawek materia┼éu i pom├│g┼é mu dosi─ů┼Ť─ç swojego wierzchowca, co Varrander chwilowo uczyni┼é bez sprzeciwu. Nast─Öpnie czerwonow┼éosy usadowi┼é si─Ö za nim i ruszyli wolnym st─Öpem.
- Kto mnie ┼Ťciga? - zapyta┼é w ko┼äcu ksi─ů┼╝─Ö zerkaj─ůc k─ůtem oka na jad─ůcego za nim m─Ö┼╝czyzn─Ö.
- Nie wiem dok┼éadnie. M├│wi ci co┼Ť imi─Ö Shirkhem?
Brunet pokr─Öci┼é g┼éow─ů i wlepi┼é wzrok w ┼é─Ök siod┼éa na kt├│rym kurczowo zaciska┼é palce. Nagle poczu┼é si─Ö strasznie g┼éupio, jak dziecko. Uczucie to pot─Ögowa┼éy silne ramiona, kt├│re aby si─Ögn─ů─ç uzdy oplata┼éy go w talii, kt├│re nagle, w ca┼ékowicie idiotyczny spos├│b da┼éy mu poczucie bezpiecze┼ästwa. Po tak d┼éugiej ucieczce czu┼é si─Ö wyczerpany, zar├│wno fizycznie jak i emocjonalnie. Wi─Öc p├│ki co postanowi┼é przyj─ů─ç za dobr─ů kart─Ö to, ┼╝e teraz kto┼Ť inny mia┼é zamartwia─ç si─Ö tym, czy prze┼╝yje.
- Na razie wiem tylko, ┼╝e kogo┼Ť wynaj─ů┼é. Je┼Ťli si─Ö uda, po prostu ich zgubimy, nie ma sensu ryzykowa─ç konfrontacji gdyby mieli okaza─ç si─Ö gro┼║nymi przeciwnikami – g┼éos Vargo wci─ů┼╝ by┼é g┼é─Öboki i lekko zachrypni─Öty, lecz ju┼╝ nie tak ostry jak poprzednio. Varrander nie odpowiedzia┼é i zn├│w pogr─ů┼╝yli si─Ö w milczeniu. Ch┼éopak d┼éugo rozmy┼Ťla┼é o tym dziwnym uczuciu ulgi – w ko┼äcu jeszcze niedawno chcia┼é zamordowa─ç swojego rzekomego „wybawc─Ö”. Mo┼╝e po prostu chwilowo by┼é zbyt zm─Öczony na mordercze my┼Ťli? Ca┼ékiem prawdopodobne. Ciche odg┼éosy nocy i ┼éagodne ko┼éysanie w siodle coraz bardziej go usypia┼éy. Ostatnimi dniami zawsze w po┼éowie czuwa┼é, nas┼éuchuj─ůc zbli┼╝aj─ůcego si─Ö prze┼Ťladowcy. Teraz gdy silne ramiona najemnika przytrzymywa┼éy go w siodle nie mia┼é si─Ö czego ba─ç i po jakim┼Ť czasie przymkn─ů┼é powieki, po czym nie┼Ťwiadomie opar┼é g┼éow─Ö o tors m─Ö┼╝czyzny za nim, aby zapa┼Ť─ç w g┼é─Öboki i nad wyraz spokojny sen.
Vargo zanotowa┼é to z lekkim zdziwieniem – ch┼éopak kt├│ry za wszelk─ů cen─Ö chcia┼é mu roztrzaska─ç czaszk─Ö- i to po tym, jak dowiedzia┼é si─Ö, ┼╝e jest on tu w roli eskorty – teraz ca┼ékiem rozlu┼║ni┼é si─Ö w jego ramionach. Najemnik przelotnie zerkn─ů┼é na twarz Varrandera – na regularne, godne szlachcica rysy, w ko┼äcu wyg┼éadzone. Bez zaci─Öto┼Ťci wyrysowanej na kszta┼étnych wargach i z┼éego b┼éysku w teraz przymkni─Ötych oczach wreszcie zacz─ů┼é wygl─ůda─ç na sw├│j wiek i status. Dopiero gdy zasn─ů┼é nabra┼é cech dwudziestoparoletniego, urodziwego panicza a nie dzikiego m─Ö┼╝czyzny kt├│rego postawa sprawia┼éa, ┼╝e wygl─ůda┼é jakby wieki sp─Ödzi┼é b┼é─ůkaj─ůc si─Ö po bezdro┼╝ach. Po ustach najemnika przebieg┼é ironiczny u┼Ťmiech, zaraz jednak zn├│w przybra┼é oboj─Ötn─ů min─Ö i wpatrzy┼é si─Ö w g─Östniej─ůcy przed nim mrok. Do wieczornych odg┼éos├│w do┼é─ůczy┼é teraz r├│wnomierny oddech ch┼éopaka tu┼╝ przy jego uchu.