Podróż sentymentalna
Dodane przez Aquarius dnia Czerwiec 23 2012 11:43:58
Pociąg jedzie niemal bezszelestnie. Cud japońskiej techniki, wygodny, ogrzewany, nie pachnący absolutnie niczym: sterylny jak laboratorium Technokraty.
Shinsuke siedzi przy Ravenie, wtulony w niego. Ravenowi na początku trudno było w to uwierzyć, ale nie protestował. Zaletą pierwszej klasy jest to, że poza nimi nie ma nikogo w przedziale i mogą spokojnie łamać społeczne tabu. Cholerni Japończycy i ich niechęć do publicznego okazywania czułości... ale tu nie ma nikogo i Shin może przytulić się do kochanka i mogą razem patrzeć na przesuwający się za oknem krajobraz.
Kilka godzin temu wychodzą z mieszkania dawnego kochanka Shinsuke. Ryuuichi, porzucony przed trzynastu laty, teraz ma własne życie i z Shinem nie łączy go nic. Ale Shin chciał się z nim spotkać, przeprosić, wyjaśnić... To nie jest przyjemne spotkanie, ani trochę i obaj czują ulgę, gdy wychodzą z mieszkania Ryuuichiego. Ravenowi trudno się przyznać, ale przez chwilę naprawdę bał się, że Shin chce go zostawić. To nie miało racjonalnych podstaw rzecz jasna, lecz i tak... Stoją więc na ulicy, wokół nich pada śnieg, a Shin pyta nagle:
– Mamy coś do zrobienia?
Raven zamyśla się.
– Zająć się szukaniem nowego domu.
– Coś pilniejszego. Stare sprawy do zamknięcia. Zwierzchnicy, przed którymi musimy się tłumaczyć...
– Nie, raczej nie.
– Czyli nam się nie spieszy?
– Nie.
– Doskonale. W takim razie, zostaw mnie samego na dwie godziny.
– Słucham?
– Zobaczysz. Przygotuję niespodziankę.
– Hmmm... Co zamierzamy zrobić?
– Zobaczymy się na stacji kolejowej za dwie godziny.
– Gdzie jedziemy?
– Zobaczysz. Powiedzmy, że to będzie nasza podróż poślubna.
Raven parska śmiechem.
– Czekaj, coś mnie chyba ominęło. Kiedy braliśmy ślub?
Shin chwyta jego dłoń, patrzy mu w oczy z absurdalną powagą.
– Estebanie Mendozo, ślubuję ci miłość aż do śmierci i spotkanie w następnym życiu.
Raven odchrząkuje, starając się zachować równą powagę.
– Shinsuke Onimuro, ślubuję ci miłość aż do śmierci i spotkanie w następnym życiu.
Obaj parskają śmiechem.
I teraz jadą, obserwując krajobraz za oknem, Japonię zimą, a Raven zastanawia się, co planuje Shin.
– Tam – odzywa się Shin – jest moja dawna sangha. Zaraz będzie dworzec, na którym się wysiada, żeby się tam dostać.
– Jedziemy tam?
– A chcesz?
– Chętnie.
– Nie boisz się stada wojowniczych mnichów, którzy rzucą się na ciebie?
– Zrobiliby to?
– Obronię cię – mruczy Sin do ucha kochankowi. – W sumie sam chcę tam wysiąść.
– Ciąg dalszy sentymentalnej podróży... Czy liczysz na to, że spotkasz swojego pierwszego?
Pierwsze doświadczenia seksualne Shinsuke przeżył z rok starszym chłopcem z klasztoru – obaj zostali za to surowo ukarani.
– Nie, daj spokój. Ale z mistrzynią Akiko chętnie się zobaczę, jeśli nadal żyje.
– Będzie chciała ogolić ci głowę i zatrzymać, zobaczysz – mamroce Raven, ubierając płaszcz i owijając szyję szalikiem.
Pada śnieg. Niewielka jego warstewka leży na peronie, mokra i śliska, Raven niemal potyka się i klnie pod nosem. Co za pomysł, zabrać eleganckie buty. Chciał wystraszyć byłego swojego kochanka? Najwyraźniej...
Ruszają obaj – przez miasteczko i dalej, w stronę buddyjskiego klasztoru. To jak terytorium wroga – przemyka Ravenowi przez głowę. – Naruszam świętość miejsca skupienia innej Tradycji.
Zatrzymuje się, patrząc na sanghę – bardziej średniowieczny japoński zamek zawieszony na skale, niż zwykły buddyjski klasztor. Warownia, obsadzona nie przez samurajów, a przez mnichów-wojowników-magów. Przed kim musieli się kiedyś bronić?
– Chodź – Shin chwyta go za rękę, ciągnie za sobą – Nic ci nie zrobią.
Dziwne miejsce. Obce terytorium. Raven czuje się jak intruz, ale Shin jest pewny siebie. Jeden z mnichów – och, jak podobni są do siebie, wszyscy ubrani na pomarańczowo, z ogolonymi głowami, różniący się jedynie wiekiem, Shin też tak kiedyś wyglądał – prowadzi ich do przełożonej klasztoru. To stara kobieta o twarzy pomarszczonej jak rodzynka. To nietypowe dla buddyzmu, nawet japońskiego – koedukacyjny klasztor, ale widać Bractwo Akashic to praktykuje.
Shin skłania się przed kobietą, głęboko, z największym szacunkiem. Ta przypatruje mu się z niedowierzaniem.
– Onimura Shinsuke.
– Tak, Akiko-sama.
– Słyszałam, co się z tobą działo, ale nie spodziewałam się twojej wizyty.
– Jestem wolny, jak widzisz, Akiko-sama.
– Widzę. Usiądź. Usiądźcie obaj – kobieta zerka na Ravena. Nie jest niepokojąca jak Won Mei Chen ani irytująca jak Fei Cheng. Tchnie spokojem. Jak stary Eutanatos – myśli Raven zaskoczony. Jak Agni Nagendra albo Senex. – Jestem Fujiwara Akiko – skłania się przed Ravenem.
– Esteban Mendoza, Eutanatos – mówi Raven, odwzajemniając ukłon.
– Eutanatos w naszych murach... – Fujiwara Akiko kręci głową – To wyklucza możliwość, że zamierzasz dołączyć do Kannangra, Shin-kun?
– Nie pozwolę zgolić mu włosów – wyrywa się Ravenowi.
Mniszka śmieje się.
– Och, Shin-kun, twoje skłonności zabłądziły podwójnie.
– Na to wygląda – przyznaje Shin z pokorą.
Jesteśmy w podróży poślubnej – myśli Raven – i właśnie odwiedzamy dalszą rodzinę, prosząc o błogosławieństwo.
I nieoczekiwanie błogosławieństwo nadchodzi.
– No cóż, cieszę się, że wszystko skończyło się tak dobrze, Shin-kun.
– Dziękuję, Akiko-sama – Shin gorliwie schyla głowę, sięgając czołem podłogi.
Raven zastanawia się jak wyglądał, kiedy był mnichem. Młodszy, pewnie nieco bardziej kościsty, z czarnymi włosami ledwo co odrastającymi na ogolonej czaszce. W pomarańczowej szacie i z różańcem. Nie ta osoba, nie Shinsuke, bez którego Raven nie umie wyobrazić sobie życia. Inny czas, inna epoka, inne życie.
Jak bardzo – myśli – ufa mi, skoro chce, żebym podążał za nim oglądać to, co z tego innego życia pozostało.
Śnieg pokrywa spadzisty dach twierdzy, śnieg pokrywa dziedziniec. Grupa nastoletnich chłopców ćwiczy, nie zważając na warunki atmosferyczne. Większość z nich Śpiąca, większość z nich nigdy się nie Przebudzi, ale to nie przeszkadza, by odebrali staranne wykształcenie. To możemy w Bractwie Akashic podziwiać – myśli Raven. – I w Zakonie Hermesa, i w Niebiańskim Chórze. Staranne szkolenie akolitów. Większość z tych dzieci zna sztuczki niedostępne dla zwykłego Śpiącego
Ale coś przeraża go jednak w tych szeregach chłopców, ćwiczących uderzenia i uniki. Są jak armia. A armia musi kiedyś pójść na wojnę? Z kim?
– Mistrz Kao był tu tydzień temu – mówi Fujiwara Akiko. Idzie obok Shina, malutka, zgarbiona, wsparta na długiej lasce. Ona już nie jest wojowniczką, ale zachowała wszystkie pozostałe moce, co czyni ją niebezpieczną... Tak, naprawdę przypomina Ravenowi Nagendrę. – Pytał o ciebie.
Shin prycha.
– Jeśli Kao chce ode mnie czegoś, niech sam przyjdzie. Wie, gdzie mnie znaleźć.
– Może boi się mnie – podsuwa Raven.
– Albo pana, albo Won Mei Chen, albo samego Shinsuke... Poparcie, które ma ten człowiek jest zbyt kruche, żeby ryzykował jakąś nieostrożność.
– Wiesz, Shin, politycznie to wy knujecie na poziomie Zakonu Hermesa, naprawdę...
– A wy nie będziecie, Esteban? Teraz, po śmierci Voormasa i Królowej Mieczy...
Raven kręci głową. Wzmianki o polityce doprowadzają go do białej gorączki. Nie chce mieć z tym nic wspólnego, choć wie, że prędzej czy później go to czeka, że będzie musiał coś zrobić, opowiedzieć się po czyjejś stronie, że obiecał Danielowi pomoc z jego Aditianami, a Aditianie albo staną się siłą wspierającą Radę, albo kartą przetargową dla walczących magów. Raven nie chce o tym myśleć. Nie teraz.
– To miała być przyjemna wycieczka – przypomina.
Fujiwara Akiko skłania się głęboko.
– Proszę nam zatem wybaczyć.
Raven odwzajemnia ukłon. Shin nauczył go tego razem z podstawami japońskiego, ale Raven i tak czuje się dość niezręcznie.
– Jest jednak pani – mówi – jedną z tych osób, które powinienem był spotkać wcześniej. Miałbym więcej wiary w Bractwo Akashic.
– Rozumiem – kobieta kiwa głową. – Chroniłam Shinsuke. Ja, Won Mei Chen i Kawamoto Katsuhiro.
A Shinsuke złamał wszystkie zasady, przyprowadzając sobie kochanka – Amerykanina z latynoskim nazwiskiem, mężczyznę, Eutanatosa.
Więc nie rozmawiają już o polityce, ograniczając się do zwiedzania klasztoru. Raven czuje, że spotkał go wielki zaszczyt. Widzi miejsca, które mało kto z jego tradycji miał okazję zobaczyć. Jest tu obcy – wszystkie oczy skupiają się na nim, słyszy szepty za plecami. Gdyby nie szacunek dla tego miejsca i jego mieszkańców, sprowokowałby więcej szeptów, obejmując Shina w pasie i przyciągając do siebie, czemu nie? Może gdzie indziej, kiedy indziej...
Fujiwara Akiko proponuje im nocleg w sandze. Shin wykręca się.
– Dziękujemy, Akiko-sama, ale mamy rezerwację gdzie indziej, nie tak daleko... poza tym, chyba ściany są tu za cienkie – śmieje się, swobodnie, nieskrępowany tą niezbyt dyskretną aluzją. Wygląda, jakby ubyło mu lat – może nie całych trzynastu, ale wystarczająco dużo, żeby jego uśmiech nabrał młodzieńczej niewinności.
– Co to za miejsce, nie tak daleko, z niecienkimi ścianami? – pyta Raven.
Schodzą ze wzgórza, niebo nad nimi ciemnieje coraz bardziej, śnieg nie przestaje padać. Shinsuke idzie lekkim, płynnym krokiem, z twarzą uniesioną ku niebu. Białe włosy falują na wietrze. Jest uduchowiony, jakby święta atmosfera klasztoru oczyściła go z kolejnej sporej części skazy. Obraca się niemal tanecznym ruchem.
– Zobaczysz. Zawsze chciałem tam pojechać. I teraz jadę z tobą.
– Oczywiście. Tak – Raven nie może więcej powiedzieć, oczarowany. Stojąc tak w śniegu i wietrze jego kochanek wydaje mu się nieziemską istotą.
Miejsce jest rzeczywiście niedaleko – jest tradycyjnym hotelem wybudowanym przy gorących źródłach, zadbanym i lśniącym niemalże nowością. Na eleganckim parkingu stoi kilka drogich samochodów.
– Było tu ładniej kiedyś – mówi Shin z żalem w głosie.
– Tak czy inaczej, jest ładnie nadal – odpowiada mu Raven.
W środku jest o wiele lepiej, niż na zewnątrz. Hotel zbudowany jest z kamienia i drewna, Łagodne oświetlenie nadaje wnętrzu ciepłego charakteru. Ściany ozdobione są kaligrafiami, w kącie, przy recepcji stoi ikebana.
Shin podchodzi do blatu, zaczyna rozmowę, odbiera klucze. Potem ciągnie Ravena za sobą, do pokoju, wyjaśniając przy okazji kilka rzeczy.
– Onsen jest zbiorowy, więc bez czułości.
– Czy do tego wchodzi się nago?
– Tak.
– A ty chcesz, żebym się nie podniecał?
– Esteban, ile masz lat?
– Trzydzieści osiem, ale...
– Więc umiesz nie zachowywać się jak napalony nastolatek.
– Jesteś okrutny!
– Jestem. Pamiętaj: Oni-no-Shin – śmieje się, otwierając drzwi.
Zostawiają bagaże – skromne, bo skromne. Zabierają tylko to, co znajduje się w wyposażeniu pokoju – ręczniki i drewniane tabi, w których Raven nigdy nie nauczył się poprawnie chodzić – co nie oznacza, że nie próbuje.
Przedsionek onsenu to miejsce, gdzie należy się umyć – bo trzeba być czystym wchodząc do basenu, kąpiel to relaks i przyjemność, tłumaczy Shin, zdejmując ubranie. Jego zdolność do spokojnego rozbierania się nigdy nie przestaje Ravena zadziwiać – to widok, który w założeniu ma być aseksualny, ale dla niego... nie, dla niego nigdy aseksualny nie będzie. Mimo to Raven stara się zachować neutralnie, spokojnie i nie zerkać w stronę smukłego ciała przyjaciela – doskonale znanego, co jednak nie przeszkadza, bo Shinsuke jest, w oczach Ravena przynajmniej, idealny.
Budzą zainteresowanie innych gości, zgromadzonych w basenie – kilku młodych biznesmenów, starszej pary, zapewne małżeńskiej. Dziwne byłoby, gdyby nie budzili – wyglądają w końcu niecodziennie: dobrze zbudowany gaijin z kolczykiem w lewej brwi i japończyk o ciele pokrytym paskudnymi bliznami i idealnie białych włosach. Obaj wyglądający na ewidentną parę – co do tego Raven nie ma wątpliwości, zresztą niechęć Shina do publicznych czułości nie wynika z ukrywania natury ich relacji, a z japońskiej etykiety.
Woda jest gorąca i chwilę czasu zajmuje przywyknięcie do niej – ale jakże miły i niecodzienny kontrast stanowi jej ciepło z chłodem powietrza. Onsen znajduje się poza budynkiem, kamienny basen, stylizowany na naturalny, otacza bambusowy płot. Ponad ogrodzeniem widać gałęzie drzew, nagie w tej chwili. To dziwne uczucie – kąpiel na świeżym powietrzu w środku zimy. Dziwna jest świadomość własnej nagości i japońskiego braku skrępowania. Nikt nie czuje się tu nieswojo, nawet kobieta w średnim wieku.
Ciepła, słonawa woda odpręża. Raven myśli, że najchętniej zapadłby w błogi sen. Jego mięśnie rozluźniają się samoczynnie. Wzdycha zadowolony.
– To genialny pomysł.
– Mimo wszystko? – pyta Shin. Mokre włosy gładko oblepiają jego czaszkę. Raven myśli, że jako mnich też musiał wyglądać pięknie...
– Och, jeśli tu nie zasnę, reszta wieczoru też będzie ekscytująca.
Rozmawiają przyciszonym głosem, ale widać, że grupka młodych biznesmenów przysłuchuje im się z niejakim zainteresowaniem. A podobno Japończycy są taktowni.
– Nie zaśniesz, Esteban. To nie jest miejsce do zasypiania.
– Wiele razy byłeś w gorących źródłach?
– Nie licząc wanny Hjordis? Jestem pierwszy raz. Wiesz, najpierw był klasztor, potem szkolenie, potem jakoś nie miałem czasu, a potem... Ale cieszę się, że jestem tu z tobą.
Palce Shina pod wodą szukają dłoni kochanka i – przypadkiem lub celowo – znajdują zamiast niej udo. Raven uśmiecha się.
– A mieliśmy być grzeczni...
– Wypadek. Nie myśl sobie zbyt wiele.
– Oczywiście, niemniej jednak czekam na następne punkty programu.
– Kolacja, Esteban. Jeśli zjemy ją w jadalni, będziemy mogli liczyć na jakiś program artystyczny. To porządny onsen i na pewno mają tu gejsze.
– A jeśli nie zjemy jej w jadalni?
– Możemy poprosić o przyniesienie nam jedzenia do pokoju.
– Jestem za. Nie mam ochoty patrzeć na gejsze.
– Gdzie się podział twój biseksualizm?
– Pomyślmy... ostatni raz widziałem go jakiś... miesiąc temu?
Rzeczywiście, dostają kolację do pokoju, co pozwala im szybko umknąć przed wzrokiem pozostałych gości. Raven jest zadowolony, odprężony po długiej kąpieli, czuje się niesamowicie czysty. Ma na sobie tylko miękki, biały szlafrok – Shin również i ta świadomość jest niezwykle podniecająca. Obaj ciągle mają wilgotne włosy i prawdopodobnie łamią właśnie kolejne zasady etykiety, siedząc, zupełnie nieprzepisowo, na futonie i podając sobie nawzajem kawałki jedzenia. Gdyby ktoś z zewnątrz ich widział, uznałby, że zachowują się niewiarygodnie głupio, ale im nie przeszkadza to w najmniejszym stopniu. Tego im zapewne potrzeba – momentu, w którym wszystko, co działo się z nimi przez ostatnie lata schodzi na plan dalszy i zaczyna liczyć się tylko długie, swobodne teraz.
Potem taca z resztkami jedzenia i pustym czajniczkiem po herbacie wędruje na bok, a oni zaczynają się całować, pierwszy raz tego dnia. Nie śpieszą się nigdzie. Ich pierwsze stosunki były szybkie, gwałtowne, jak pierwszy posiłek osoby długo cierpiącej głód. Dopiero potem przyszedł czas na powolne eksploracje, pocałunki długie i staranne, przeciąganie każdego zbliżenia.
Raven pomału rozchyla szlafrok partnera. Ciało Shina zawsze będzie dla niego olśniewające – mimo blizn, a może właśnie dzięki nim, bo, paradoksalnie, ta sama siła, która zniszczyła ich obu, połączyła ich. Całuje więc ślady po nożach, szczypcach, szpikulcach i wszystkich innych narzędziach tortur, z czułością, z szacunkiem, ze współczuciem. Przez moment, przesuwając wargi po krawędzi olbrzymiej blizny na piersi Shina, Raven myśli o dziewczynie, której dłoń tego dokonała. Biedna Theora, narzędzie w rękach Voormasa... Sama przeszła część tych samych tortur i, podobnie jak Shinsuke, zdecydowała się zachować blizny. Teraz i ona jest już całkowicie wolna... Raven z całego serca życzy jej, żeby i ona znalazła kogoś, kto pomoże jej pozbyć się resztek cienia, kogoś, kto będzie ją kochał...
Gdzieś poniżej śladu po ręce i nożu Theory, nad podbrzuszem partnera, Raven uświadamia sobie, że jest coś, czego nigdy Shinowi nie powiedział – wyjąwszy tę na poły żartobliwą przysięgę wypowiedzianą dziś rano.
– Kocham cię – mruczy, wtulając twarz w białe włosy łonowe.
I natychmiast przechodzi do potwierdzania swoich wyznań, zatapiając palce i usta między uda. Nie daje Shinsuke wiele czasu ani możliwości na odpowiedź, nie dziś, nie teraz. Gładzi jego pachwiny, pieści językiem całą długość coraz sztywniejszego członka, ale to tylko wstęp... Jest bowiem jedna rzecz, która sprawia, że Shin mięknie i roztapia się. Raven rzecz jasna uwielbia go też dominującym, gdy Shin przyciska go do ściany z siłą, jakiej wydaje się przeczyć jego delikatna uroda, lub gdy wiąże mu nadgarstki jedwabnym szalikiem, lubi też te chwile, kiedy dominującą pozycję trzeba ustalić chwilą szamotaniny, pozorowaną walką... Teraz jednak Raven wsłuchując się w coraz głośniejsze jęki kochanka, unosi jego biodra i przywiera ustami obszaru tuż za jądrami.
Shinsuke zaciska palce na futonie, ugina nogi w kolanach. Język Ravena przesuwa się wolno między jego pośladkami, drażniąc, niepokojąc, aż w końcu trafia na odbyt, i teraz Shin nie jest już zdolny do jakiejkolwiek aktywności, poza napięciem jednych mięśni i rozluźnieniem innych i wydawaniem z siebie serii nieartykułowanych dźwięków.
Raven mógłby go doprowadzić do orgazmu samym tylko rimmingiem – wie o tym, ale to zostawi na kiedy indziej. Jedną dłonią pieści więc penis kochanka, drugą zaś po omacku szuka torby, którą zostawili gdzieś w pobliżu i butelki z olejkiem, tego prezentu, który ofiarodawca kazał im odpakować dopiero w domu. Och, jak śmiali się, wyjmując go z opakowania!
Olejek ma świeży zapach, trochę zielonej herbaty i trochę sosny. Jest chłodny i przyjemnie śliski. Raven wylewa go sobie trochę na dłoń, chlapiąc zapewne na futon, bo trudno przeprowadzić taką operację jedną ręką, z twarzą między pośladkami partnera. Ale chce, żeby przerwa była jak najmniejsza, żadnych palców, tylko język szybko i sprawnie zastąpiony członkiem.
Uda Shinsuke zaciskają się Ravenowi wokół bioder, ciało, sprawne, silne i giętkie, unosi się do siadu, ramiona obejmują szyję. Shin ma usta tuż przy uchu swojego kochanka, ociera się torsem o jego tors, nabrzmiałym, pulsującym penisem – o brzuch. Pomiędzy kolejnymi jękami udaje mu się wyartykułować dwa słowa – jednym jest imię Ravena, drugie to japoński odpowiednik tego, co Raven powiedział wcześniej. Potem jego usta przywierają do szyi partnera, wysysając na niej malinkę.
Znajdują wspólny rytm – wolny, ale mocny. Kołysząc się tak, opleceni sobą nawzajem, przedłużają stosunek, znajdując przyjemność w samym ocieraniu się o siebie, w chrapliwych dźwiękach, duszonych skórą kochanka, wpijaniu sobie nawzajem palców w ramiona i biodra. Synchronizują się i w końcu dochodzą razem, razem popadając w omdlenie i osuwają się, zdyszani, spoceni i poplamieni spermą, na futon. A kiedy odzyskują przytomność umysłu, po prostu leżą, patrząc na siebie bez słów, bo to, co najważniejsze, zostało już powiedziane i wszystko inne zepsułoby tę chwilę.
Nad ranem Raven wymyka się z pokoju i długo, mieszanką angielskiego i kiepskiego japońskiego, negocjuje z obsługą zamknięcie onsenu na jakiś czas – co prawda małżeństwo śpi nadal, a rozrywkowi młodzi biznesmeni mają kaca, ale są rzeczy, których nie należy robić bez zapłacenia obsłudze za nadprogramową wymianę wody w basenie. A Raven za bardzo jest zdeterminowany, za bardzo chce kochać się z Shinsuke w tej gorącej, słonej wodzie, na świeżym powietrzu, w zimnej mgle poranka. To zbyt ekscytujące doświadczenie, by nie spróbować. Shin zgadza się z tym, kiedy przed wejściem do basenu myją sobie wzajemnie plecy – czynność higieniczna i długa, spokojna gra wstępna zarazem, dająca okazję do całowania karku kochanka i serii komplementów, od niewinnych, aż po te przekraczające już granicę perwersji, wywołujące mrowienie całego ciała i nieuchronnie prowadzące do erekcji.
W końcu gorąca woda obejmuje ich, a oni obejmują siebie nawzajem, roztapiając się znów w sobie, świadomi, że mogłoby to trwać wieczność, że trwa to wieczność – w ich umysłach, do których sięgają teraz, po raz pierwszy otwierając się na siebie inaczej, niż tylko cieleśnie.
W jakiś sposób to jest podróż poślubna, choć to nie jest doskonały termin, bo sugeruje zupełnie inny układ, nie oddając faktycznej sytuacji ani tego wszystkiego, czego ta sytuacja jest następstwem i konsekwencją. Raven myśli o przysiędze. Wypowiedzieli ją żartem, ale więcej w niej było prawdy, niż myśleli. Miłość aż do śmierci i spotkanie w następnym życiu? Czemu nie. Zasłużyli na to, tak samo, jak zasłużyli na ten seks w basenie.
Śniadanie jedzą w hotelowej restauracji. Para małżeńska kłóci się o coś, grupka młodych biznesmenów wciąż nie wygląda dobrze.
– Dzięki za wycieczkę – mówi Raven, wsypując drugą łyżeczkę cukru do kawy z mlekiem.
– To ja powinienem dziękować za to, że zechciałeś mi towarzyszyć.
– Jeszcze się nie przyzwyczaiłeś? Nie ma takiego miejsca, gdzie nie pójdę za tobą. Widziałeś to, a dziękujesz mi jakbym...
– Czasem – przerywa Shin – sprawy osobiste są trudniejsze, niż wojna.
Myśli o Ryuuichim. Myśli o klasztorze.
– Myślisz, że nie wiem?
– Jeśli jest coś, z czym ty pragniesz się rozliczyć...
– Grób Karen. I tak, chcę, żebyś pojechał ze mną.
– Z przyjemnością i szacunkiem oddam hołd twojej żonie.
Raven uśmiecha się.
– A potem – mówi – możemy już w spokoju zbudować dom.
I wcale nie wydaje mu się to banalne.

KONIEC

Opowiadanie stanowi „komplet” z „Obrazami” i miało być opublikowane wraz z nimi. Jak to się stało, że nie zostało dotąd – nie wiem.
Z tego cyklu są jeszcze dwa teksty, ale waham się, bo skupiają się na innych aspektach życia bohaterów, niż ich związek