Złodziej 2
Dodane przez Aquarius dnia Czerwca 16 2012 14:41:32
***

Kolejne dwa miesiące upłynęły na, podobnych do pierwszego, lekko ironicznych, zawstydzających spotkaniach w zatłoczonych pubach lub w sąsiadującym z pracą Lucjana i Kornela parkiem. Zwykle udawało zobaczyć im się wzajemnie dwa, trzy razy w tygodniu. Każdy poniedziałek przynosił jednakże obietnicę dodatkowego spotkania, gdy przyjaźń mężczyzn się zacieśniała. Lucjana intrygował nieco fakt, że może mieć tak wiele do omówienia z jakimkolwiek facetem, nie tylko za pomocą wielogodzinnych rozmów, lecz także w sms-ach czy też przesyłanych późnymi wieczorami e-mailach.
I choć pisanie dla Lucjana czegokolwiek przypominało tortury, to listy kierowane do Kornela wychodziły spod jego ręki jakoś prosto i szczerze. Być może pomagała mu świadomość, że gdy nareszcie, po kilku godzinach męki, uda mu się coś stworzyć, dostanie satysfakcjonującą go odpowiedź. Zresztą sam fakt poznawania kogoś tak specyficznego jak Kornel było niezłą zabawą. Dzieciaki potrafią w dzisiejszych czasach jeszcze zaskakiwać.
Okazało się, że chłopak jest całkiem ogarnięty życiowo. Wie, czym chce się zajmować i, choć Lucjan uważał to po części za głupotę, nie mógł odmówić chłopakowi zapału oraz zawziętości. Ten niepozorny dwudziestoparolatek, student trzeciego roku polonistyki, wziął sobie za egzystencjalny cel napisanie książki. Od paru lat korespondował z wieloma wydawnictwami, raz udało mu się wydać parę wierszy w niszowych antologiach. Gdy wyrwał się ze swojej małej miejscowości spod Szczecina i poszedł na studia, zaczął pisać książkę. Lucjan nie wiedział, o czym ona jest, dlaczego w ogóle zaczęła powstawać, lecz czuł nieodpartą ochotę, by ją dotknąć i obejrzeć. A raczej dostać na swoją skrzynkę mailową stustronicowy załącznik doc., pełen nieuporządkowanych myśli Kornela.
- Jeśli będziesz mieć ochotę, mogę dać ci ją przeczytać, ale dopiero wtedy, gdy ją skończę. Nie jest to nic wielkiego, ale pozwala mi lepiej żyć. Widzieć więcej. Czuć więcej. Być tutaj nie tylko ciałem, lecz całym sercem. – Lucjan nie rozumiał, o co chodziło Kornelowi, gdy ten mówił, że napisanie czegoś sprawia, że jest lepszym człowiekiem. Czyżby artysta przenosił samego siebie na wyższy stopień człowieczeństwa? Wątpliwe, ale każdy posiada jakieś dziwactwa.
- Dlaczego nie mogę przeczytać jej wcześniej? – dopytywał się Lucjan podczas jednych z ich wspólnych wieczorów w knajpie, tym razem wybranej przez Kornela. Miejsce to różniło się diametralnie od tych, które dotychczas preferował Lucjan. Było takie spokojne. Z głośników sączyła się muzyka przypominająca tę, którą puszczano w kawiarni chłopaka. Smooth jazz, elementy klasyki, ewentualnie poezja śpiewana. Stoliki były z ciemnego drewna, odgrodzone od siebie szkarłatnymi zasłonami, nadającymi każdemu z nich dużą dozę prywatności. Na ścianach były zdjęcia, lecz nie przedstawiały one ani półnagich kobiet, ani pełnych po brzegi butelek wina. Lucjana otaczały zdjęcia przedwojennej Warszawy, tak pięknej, że niemożliwe, iż kiedykolwiek istniejącej.
Kornel westchnął i zamieszał w swojej kawie łyżeczką. Po chwili dosypał do niej trochę więcej cukru. Jak można pić tak obleśnie słodką kawę.
- Nie czułbym się dobrze, gdyby ktoś zaczął nagle ją czytać. Możliwe, że straciłbym inspirację do dalszego pisania. Wiesz, pokazywanie komuś efektu swojego… Aktu twórczego, że tak się wyrażę, jest dość intymne. A nawet jeśli zaufamy już komuś na tyle, to każdemu szanującemu się pisarzowi – tu zrobił dłuższą przerwę. Dzieciaku, nie jesteś jeszcze żadnym pisarzem! – może się poprzestawiać w głowie od tak inwazyjnego grzebania w jego życiu wewnętrznym. Nie, żebym nie miał już czegoś nie po kolei z głową – roześmiał się głośno Kornel – Ale opinie większości ludzi po prostu mnie rozpraszają. Jedyną osobą, która do tej pory zajmowała się bieżącą krytyką moich utworów była pani Danuta. Wiesz, właścicielka tamtej kawiarni. Jest koleżanką mojej ciotki, znam ją od czasów gimnazjum. Gdy poszedłem na studia pozwoliła mi u siebie pracować. A że jest jedną z tych nawiedzonych literatek, to od razu zainteresowała się moimi małymi projektami. – Poprawił opadające na oczy włosy.
- W takim razie dlaczego tak bardzo starasz się o wydanie tego dzieła? Nie boisz się, że gdy oczy obcych ci ludzi ją zobaczą, stracisz coś ważnego? – Lucjan nadal nie rozumiał. Nigdy nie czuł się głupi, ale anty-logika Kornela porażała go w niewyobrażalny sposób. Nie wiedział, że ktokolwiek może mieć tak chaotyczny sposób rozumowania i pojmowania rzeczywistości. Według Lucjana Kornel niepotrzebnie komplikował sobie większość spraw.
Kolejna łyżka cukru.

Jak możesz być taki chudy.

- To, co jest wydane lub skończone, nie wróci już pod moje pióro. Słowa są jak dzieci, przez dziewięć miesięcy nosi się je pod sercem, wychowuje za młodu, lecz w którejś chwili wypuszcza na wolność, by żyły własnym życiem. – Na twarzy Kornela rozlała się błogość, gdy w końcu trafił
z odpowiednią ilością cukru w kawie i upił jej spory łyk. Przymknął na moment oczy, wyraźnie rozkoszując się tą drobną chwilą. Lucjan wzdrygnął się. Przez jego ciało przeszedł niewyraźny dreszcz.
Minęły już prawie trzy miesiące, odkąd zaczął spotykać się z Kornelem. Chłopak nigdy nie poznał jego kolegów z pracy lub ze studiów, lecz nieraz zdarzało się tak, że Lucjan przychodził na imprezy organizowane przez znajomych Kornela. Jeszcze dziwniejszych od niego, nie tylko pod względem ubioru czy też stylu, ale także zachowania. Początkowo ciężko było mu się przyzwyczaić do barwnej ludzkiej masy o nieoznaczonej płci, lecz prędko oswoił się z nią i zastosował metodę, która pozwalała mu nie dziwić się tak bardzo: nie pytał, dlaczego. Jeśli ktoś miał ochotę posiadać włosy we wszystkich kolorach tęczy (naprawdę nie wierzył, że możliwe jest posiadanie tylu kolorów na głowie), mieć w ciągu jednej nocy czterech partnerów seksualnych, to nie była jego sprawa. Istnie dekadenckie towarzystwo. A myślał, że nie spotka kogoś bardziej wyróżniającego się od jego małego przyjaciela.
Nawet nie spostrzegł, kiedy zaczął Kornela nazywać w ten sposób. Było to na swój sposób połączenie rozczulenia z ironią, które zaowocowało w silne zaangażowanie. Dzieciak wpisał się
w krajobraz jego codzienności. Razem wychodzili na nowe filmy do kina (nawet na te naprawdę straszne kiczowate komedie), coraz rzadziej spędzali czas „po męsku” nad kieliszkiem wódki. Ich rozmowy były coraz mniej lakoniczne, pełniejsze.
I właśnie wtedy, gdy Lucjan po raz pierwszy poczuł biegnący wzdłuż kręgosłupa w górę dreszcz, zaczął się bać.
Tracił kontrolę nad swoim życiem.

***

Migotające na choinkach pod Pałacem Kultury i Nauki światełka wyróżniały się na tle wszechobecnej szarości miasta. Tegoroczna zima nie należała do najpiękniejszych – wypełniał ją jedynie smętny deszcz oraz ciągła mgła. Zbliżające się wielkimi krokami święta Bożego Narodzenia zdawały się być dość ponure. Jedynym plusem obecnej pogody był brak trzydziestostopniowego mrozu.
- Cześć, długo na mnie czekałeś? - Lucjan usiadł na ławce obok Kornela w chwili, gdy zegar na wieży wybił godzinę siedemnastą – Przepraszam, znowu były korki na mieście... - pochuchał w obleczone wełnianymi rękawiczkami dłonie.
Chłopak spojrzał na niego smętnie. Lucjana uderzyła niepewność. Czy coś wydarzyło się w domu Kornela? Podczas jednej z ich intymnych rozmów wyszła na wierzch niezbyt przyjemna przeszłość dwudziestodwulatka – okazało się, że jedynymi żyjącymi krewnymi Kornela jest chorująca na chroniczną depresję matka, jeszcze bardziej znerwicowana babcia i ignorująca go ciotka, mieszkająca w Warszawie. Lucjan wiedział, że napady złego nastroju u jego przyjaciela były często spowodowane złym stanem jego najbliższych. Cieszył się wtedy, że on sam nie musi żyć niczym bohater greckiej tragedii – Kornela zżerały bowiem wieczne wyrzuty sumienia, że jest tak daleko od domu i nie opiekuje się najbliższymi. Jego wybór padł jednak na lukratywną przyszłość – chciał w życiu coś osiągnąć. Pokazać, że może zdobyć wyższe wykształcenie pomimo tego, że od dziecka wmawiano mu, iż do niczego się nie nadaje i skończy jak jego ojciec alkoholik.
- Znowu masz problemy z matką? - Zdjął z ręki jedną rękawiczkę i położył otwartą dłoń na zesztywniałe z zimna palce Kornela. Ich skóra była szorstka od mrozu – pomimo tego, że nie był siarczysty, to zbyt długie przebywanie na dworze bez odpowiedniego zabezpieczenia mogło być dla rąk zgubne. Szczególnie dla tak delikatnej osoby, jaką był Kornel. Lucjan był zdziwiony, że będąc tak dziewczęcym, można zachować jednocześnie wiele z męskości. Dzieciak nie był zniewieściały, był po prostu... No, po prostu inny.
Od wszystkich ludzi, jakich znał.
Może właśnie dlatego czuł się w pewien sposób odpowiedzialny za tę niewielką, acz zadziorną osóbkę, która potrafiła oderwać go na dobre od większości spraw, które do tej pory wydawały się być istotne. Nie spędzał już większości życia w gabinecie, nie wyżywał się tak bardzo na studentach. Opuszczał swoje stanowisko jak najszybciej, powracając do pracy dopiero
w zaciszu własnego mieszkania, późną nocą. Niewiele spał, lecz nie czuł potrzeby odpoczynku.
Kornel pokręcił przecząco głową. Widać było, że jest zdenerwowany. Drugą ręką, zsiniałą z zimna, szukał czegoś w płaszczu. W końcu udało mu się znaleźć paczkę papierosów.
- Chyba żartujesz, jesteś zbyt młody na… - zaczął Lucjan, zszokowany. Musiało być naprawdę źle, jeśli Kornel sięgał po używki. Zazwyczaj był opanowany i wyważony w każdym, nawet najmniejszym swoim działaniu – Po prostu nie pal, nie chcesz chyba stać się tak wielkim nałogowcem jak ja.
Nie zważając na wypowiedziane przez Lucjana słowa, Kornel wyjął z kieszeni zapalniczkę i odpalił jednego papierosa, zaciągając się nim natychmiast, głęboko.
- Muszę z tobą poważnie porozmawiać – zaczął, starając się nie patrzeć Lucjanowi w oczy. Wypuścił z ust strużkę siwego dymu, po czym w końcu odważył się unieść nieco głowę i spojrzeć na Lucjana.
Obok ich ławki przeszedł obszarpany bezdomny, prosząc o jakieś drobne. Lucjan jednym gestem wyjął z portfela parę złotych i dał je bezzębnemu mężczyźnie, który oddalił się, mrucząc pod nosem niewyraźne zdania.
- Tak? – Wziął od Kornela opakowanie fajek, częstując się bez pytania jedną z nich.
Miał złe przeczucia. Bardzo, bardzo złe. Pech chciał, by jego przeczucia notorycznie się sprawdzały, więc teraz nie mogło być inaczej.
- Nie wiem, od czego mam zacząć – szepnął brunet, zabierając swoją dłoń spod dłoni Lucjana – Och, wytrzyj sobie okulary, masz je całe czymś umorusane. – Uśmiechnął się blado, znowu spoglądając gdzieś w bok, tym razem na wracające z przedświątecznych zakupów rodziny.
- Kornel, przestań ze mną pogrywać i powiedz wprost, o co ci chodzi. Marznę. Ty pewnie też. Dlaczego nie pójdziemy do mnie? Mieszkam niedaleko, byłeś u mnie wiele razy, a wybrałeś w taki dzień akurat to miejsce…
Chłopak dopalił do końca swojego papierosa, gasząc go o podeszwę ciężkiego, wojskowego buta.
- Lucjan – wziął głęboki oddech, przysuwając się nieco bliżej – Dlaczego nie mógłbyś być gejem? – roześmiał się nerwowo, a jego głos załamywał się coraz bardziej. Widać było, że silił się na bycie pewnym siebie – Całowałeś się kiedyś z drugim facetem?
Oczy Lucjana rozszerzyły się w szoku.
Nim zdążył zareagować, jego usta przykryły inne, cieplejsze, wąskie. Rozchylił bezwiednie wargi, poddając się fali ogarniającego go ciepła. Sekundę później jednak zreflektował się i spróbował odsunąć bezsilnie twarz Kornela od swojej. Czuł zapach włosów chłopaka, wypalonego przed chwilą tytoniu oraz szamponu.

To na pewno jakiś pierdolony żart.

Na ich głowy zaczął prószyć pierwszy tej zimy śnieg. Kornel wpatrywał się w niego błagalnym wzrokiem, próbując pocałować go po raz wtóry, bezskutecznie.
W tym samym momencie, wciąż mając w sobie wspomnienie ust chłopaka, Lucjan wstał i pobiegł niczym oparzony w kierunku domu.

***

Nie było słychać kroków, gdy Kornel stawał w progu jego drzwi. Nie wiedział, skąd miał klucz, prawdopodobnie wziął go od zaufanej sąsiadki lub wyjął mu zapasowy z torby, gdy ten nie widział, zbyt zaabsorbowany niespodziewanym pocałunkiem..
Gdy zobaczył chłopaka, upuścił na podłogę stos papierów, którymi miał zamiar się zająć. Pierwszym, co zrobił po przyjściu do domu, było wzięcie długiego zimnego prysznica. Następnie postanowił oddać się całkowicie jakiejś zaległej pracy, byleby zanadto nie myśleć i nie pamiętać
o wieczornych wydarzeniach.
Poczuł, że ręce mu drżą jak nigdy dotąd, a plecy oblewa zimny pot. Dlaczego? Przecież dał mu wystarczający powód do zniknięcia. Nie miał pojęcia, dlaczego stoi tu, przed nim, cały mokry od deszczu ze śniegiem. Zelży go? Powie, że jest kompletnym idiotą, niezdolnym do okazywania emocji?
Przez kilka minut wsłuchiwał się w skapujące na podłogę krople wody z płaszcza Kornela. Nie miał nawet parasola. Starannie ułożone włosy teraz były potargane w nieładzie od szalejącego na dworze wiatru. Policzki miał zaczerwienione tak, jakby biegł lub był wściekły.
A może jedno i drugie naraz.
- Przeziębisz się – wydusił z siebie Lucjan, starając się oderwać wzrok od drobnej sylwetki chłopca. Nie chciał okazać, że coś dziwnego, głęboko w nim, sprawia mu ból. Czy przyszedł do niego, by powiedzieć, jak bardzo go nienawidzi? Że uważa go za nieczułego frajera, który stracił życie zamknięty w czterech ścianach?
Czarnowłosy nie odpowiedział, robiąc niepewny krok do przodu.
- Chciałem ciebie przeprosić. Byłem zbyt nachalny. Ale, proszę, daj mi jeszcze jedną szansę. Na bycie twoim przyjacielem. - Kornel wbił wzrok w podłogę. Czy dzielił ich mur nie do pokonania? - Nie chciałbym stracić tej znajomości z powodu... Głupiego zafascynowania. Jestem pewien, że to było chwilowe. Dziecinne. Przecież obydwoje jesteśmy mężczyznami – Kłamca! Jego ton był sztuczny, słowa wymuszone. Ledwo przechodziły mu przez gardło. Widać, że mówił to wszystko po to, by Lucjan nie odszedł. A może rzeczywiście tak myślał?
 Więc chciałeś się mną zabawić?
Cisza. Oczy Lucjana zaszkliły się. Nie zależało mu na tym irytującym gówniarzu, więc skąd to uczucie wewnętrznego rozdarcia? Pochylił się, by zebrać rozrzucone na podłodze dokumenty, gdy nagle jego dłoń przykryła druga, bledsza.
- A chciałbyś, aby było? - Poczuł, jak szare oczy przeszywają go na wskroś.
- Nie nadaję się do związków. Nie mam na nic czasu, ledwo odnajduję chwilę na spotkania
z rodziną i z bratem. Zresztą nigdy nie dotykałem faceta. Nie chodzi o to, że mam coś przeciwko homoseksualistom, ale nie pomyślałem w ciągu całego życia, że mógłbym się
w jakimkolwiek zako... - urwał, przerażony swoimi myślami. Lub tym, że zdołał wypowiedzieć je na głos – Nie pasujemy do siebie. Pochodzimy z dwóch różnych światów. Teraz może ci się podobać to, co lubię, ale daję głowę, że po miesiącu nudziłbyś się przy mnie jak mops. Nie umiem. Nie umiem po prostu być z kimkolwiek, angażować się...
Nie dokończył. Potok wypowiadanych słów przerwał nagły pocałunek Kornela, uwieszonego szyi Lucjana. Nawet nie jęknął, gdy opadł boleśnie o zimną posadzkę w salonie, prawdopodobnie nabijając sobie kilka siniaków na plecach i poniżej nich.
- Przestań w końcu tyle myśleć. Nie wszystko można zracjonalizować. - chłopak przewrócił oczyma, robiąc tym samym minę zniecierpliwionego dziecka – Jeżeli będziesz w ten sposób iść przez życie, nigdy nie poznasz jego prawdziwego smaku – oparł swoje czoło o czoło Lucjana, chuchając mu na policzek – Nie mów nic. Po prostu zobacz, co się stanie, gdy poluźnisz te wszystkie sztywne zasady i zostawisz reżim, który utrzymuje się w codziennym pionie.
Lucjan otworzył usta, by odpowiedzieć, gdy znowu przerwał mu pocałunek, tym razem czulszy.
I, prawdopodobnie, przez swoją niespodziewaną delikatność, w końcu uciszył mężczyznę. Nie miał pojęcia jednak, czy Kornel nie robi sobie z niego żartów. Może to wszystko jest jedynie farsą, zakładem kolesi w pracy Kornela Kosickiego...
Nie. Chciał działać. Dotykać Kornela, bez względu na to, jakiej jest on płci, czy zrani go jeszcze bardziej niż on samego siebie. Wiedział, że być może nie będzie miał już nigdy takiej szansy. Na to, by poczuć coś więcej oprócz przeciętnego pożądania. Marzył o tym, by zbadać bladą skórę pod ciemną koszulą, by sprawdzić, czy reszta ciała Kornela jest równie miękka jak jego usta. Nigdy do tej pory nie pomyślał, że druga osoba może doprowadzić go takich przeżyć, do takiej niecierpliwości, do takiego braku pewności czegokolwiek.
Drobne dłonie bruneta rozbierały go spokojnie. Z każdą mijającą minutą miał wrażenie, że Kornel obdziera go nie tylko z garstki ubrań, lecz z sekretów, które trzymał głęboko schowane w swoim umyśle. Jęknął, gdy szczupłe palce przesunęły się wzdłuż mięśni jego brzucha, podążając wyżej, ku linii sutków. Biorąc głęboki oddech, chwycił palcami podbródek Kornela i przyciągnął jego twarz bliżej swojej, całując go namiętnie.
Gnębiące go od kilku godzin przerażenie zniknęło w przyjemności, która zalała jego ciało. Choć miał na swoim koncie wiele nocy spędzonych z różnymi kobietami, dopiero teraz czuł się tak, jakby w jego życiu działo się coś ważnego jeśli chodzi o fizyczny kontakt z drugim człowiekiem.
- Ciii… Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy, piękny. – Kornel położył na ustach Lucjana palec wskazujący, przestrzegający przed zadawaniem zbędnych pytań – Uspokój się. Jestem przy tobie. Nie mam zamiaru ciebie zranić…
Budząc się nad ranem w stercie brudnych, wilgotnych ubrań, zdał sobie sprawę z tego, że od tej chwili nic już nie będzie takie samo. Pozwalając Kornelowi zbliżyć się do niego poprzedniej nocy, wiedział, że ukazał mu swoje nadzieje oraz obawy. Nie było odwrotu, nawet, jeśli próbowałby obrócić to wszystko w żart, byłby skazany na porażkę. Kornel z całą pewnością nie poszedłby na coś tak naiwnego. Wszystkie miesiące, które spędzili razem, zbliżając się do siebie, musiałyby okazać się fałszem. Lucjan był wyrachowanym draniem, lecz nie aż tak bardzo, by z niego zakpić. Choć nie wiedział, kto był z ich dwójki teraz bardziej podatny na złamanie serca.
Przeciągnął ręką po nagim, pozbawionym jakichkolwiek włosków, boku chłopca. Smacznie spał, wyglądając przy tym jak wyczekujące kolejnego dnia pełnego przygód dziecko.
Dziecko, które wykradło Lucjana z jego zbudowanego misternie świata. Zabezpieczonego tak, by nikt nie mógł do niego wejść, nawet najbliższa rodzina. Zawsze istniała jakaś przestrzeń prywatna, której granicy nie mógł przekroczyć nikt. Ostatnią osobą, która próbował podjąć się tego heroicznego czynu, była Marzena. Za swoją brawurę została jednak zdegradowana do najmniej pożądanego człowieka w życiu Lucjana.
A Kornel? Ten mały, nieodpowiedzialny gówniarz?
Buntował się mu. Udawał pokornego, lecz gdy przychodziło co do czego, okazywał się być gorszy od największego choleryka. Tylko on potrafił być wobec Lucjana tak boleśnie szczery – tak samo, jak podczas ich pierwszej randki, gdy wyśmiał jego zainteresowania, nazywając je nudnymi. Owszem, nie było to miłe ani przyjemne, lecz prawdziwe. Nie poprzez swoją zgodność
z rzeczywistością, ale przez to, że dzieciak mówił to, co akurat miał na języku. Kornel nie potrzebował wokół siebie ludzi, do życia wystarczyłyby mu książki, cztery ściany i mała nocna lampka. Nie miał potrzeby, by komukolwiek się przypodobać.
Tak bardzo różniło się to od konformistycznego podejścia Lucjana. Ten, dla awansu, zrobiłby wiele.
Prawie wszystko.
Odskoczył jak poparzony, gdy Kornel zachrapał cicho przez sen. Podniósł leżący na kanapie koc
i przykrył ciepłym pledem ciało chłopaka. Oparł głowę o jego kościste ramię, zastanawiając się, co będzie dalej.
Nie mógł zaprzeczyć jednemu. Kurewsko chciał, by ten dzieciak zaczął go potrzebować. By wkomponował się na stałe w jego życie. Mózg Lucjana miał szeroki zakres możliwości, jednak nie potrafił wyobrazić sobie świata bez Kornela obok. Miał tylko nadzieję, że dla Kosickiego okaże się być choć w jednej dziesiątej tym samym, co on dla niego.

Nie może się jednak o tym dowiedzieć.
To tylko głupi kawał. Na pewno.

- Lucjan...? - usłyszał zachrypnięty głos Kornela, moszczącego się na puchowym dywanie, tuż obok – Która godzina? Nie powinieneś być dzisiaj w pracy? - Chłopiec przetarł bladymi knykciami oczy, nie zwracając uwagi na to, że pod lewym kącikiem ust zastygła mu biaława plamka. Lucjan zarumienił się po uszy, postanowił jednak nie dać za wygraną i nie pokazać, co naprawdę myśli i czuje.
- Dziś jest niedziela, Kornel - odpowiedział krótko, narzucając na swoje plecy koszulę, którą miał na sobie zeszłego wieczora. Zganił siebie w duchu, gdy palce zaczęły mu znowu drżeć tak bardzo, że nie potrafił szybko zapiąć wszystkich guzików. Poddał się w połowie i sięgnął po leżącą na stole paczkę czerwonych Marlboro, odpalając niemal natychmiast jednego z nich.
- Ach tak...? Zapomniałem... Wiesz, miałem świetny sen, śniło mi się, że całą noc uprawialiśmy seks... - A nie, jednak to nie był sen – wyszczerzył się zadziornie do Lucjana, oplatając go zaborczo nogą w biodrze – A jeśli nawet, to kto powiedział, że musi się skończyć? - widząc brak reakcji Lucjana na jego zaloty, wyjął mu tlącego się papierosa z ust - Palisz za dużo, jeszcze umrzesz na raka – pocałował go w policzek. Lucjan zdziwił się, że nad ranem nawet zarost na twarzy Kornela jest niczym delikatny meszek. Niczym u kobiety.
- To molestowanie! Nie życzę sobie gwałcenia mnie we własnym salonie... - wyrwał Kornelowi
z powrotem swojego papierosa i wstał, starając się odnaleźć bokserki - Zresztą boli mnie tyłek od tej podłogi.- I nie tylko od tego. Z zakłopotaniem odwrócił wzrok od odsłoniętej piersi Kornela i tego, co wskazywało na poruszenie młodego chłopaka. O mój dobry Boże, spałem
z facetem. Jestem niczym pedofil z wyobraźni nawiedzonej nastolatki
.
- Dobra, dobra, wyluzuj nieco – ziewnął Kornel, przeciągając się niczym kot – Masz coś do jedzenia w lodówce? Umieram z głodu. - Wyciągnął rękę do Lucjana, by ten pomógł mu wstać. Nie mając zbyt wielkiego wyboru,
- Jezu, Kornel, poczekaj, dam ci chociaż jakąś bluzę - Nie wolałbyś wziąć prysznica? - Sugestywnie przejechał dłonią po swoim podbródku - Zrobię w tym czasie śniadanie.
Chłopak przeciągnął się ponownie, bez większych emocji próbując wytrzeć plamkę na swojej twarzy.
- Świetny pomysł, ale lekko bym go zmodyfikował. Co powiesz na wspólny prysznic i wspólne robienie śniadania? – Wstał i bezpardonowo objął Lucjana od tyłu w pasie. Młody mężczyzna zarumienił się, upuszczając podniesiony dopiero co koc. Dlaczego ostatnio ciągle wszystko wypuszczał z rąk?
Odwrócił się w stronę Kornela i dotknął policzkiem jego odsłoniętego ramienia.
- Tylko nigdy nie przestawaj być sobą.

***

Święta upłynęły im na wspólnym cieszeniu się sobą nawzajem. Po raz pierwszy w życiu Lucjan nie spędzał Wigilii z rodziną. Nie miał pojęcia, jak mógł podjąć tak spontaniczną, nagłą decyzję,
w dodatku bez konsultacji z kimkolwiek. Znajomość mężczyzn od samego początku rozwijała się
w ekspresowym tempie, lecz z powodu ostatnich wydarzeń szybkość ta nabrała na sile. Jeden drugiego próbował zarazić swoimi pasjami pomimo tego, że nie zawsze siebie w pełni rozumieli. Razem poznawali świat na tysiące nieznanych sobie dotąd sposobów.
Kornel istniał w nim dopiero od trzech miesięcy, a Lucjan już rzucał wszystko, co znał – zaniedbywał pracę, rodzinę. Chwilami obawiał się, że ktoś z jego otoczenia go zgani. Co dziwne jednak, wszyscy jakby odetchnęli z ulgą, dając mu taryfę ulgową. Czyżby nawet obcy ludzie widzieli, że jest inny? Dlaczego pozwalają mu na tak wiele? Gdy nie pojawił się w święta, matka uśmiechnęła się tajemniczo, szepcząc tylko „no w końcu ci się udało, ale jak chcesz, to wpadnijcie do nas w sobotę na obiad”. Nie miał sił, by udzielać im wyjaśnień, wydawało mu się, że byłby to zbyt spory szok dla jego wszystkich krewnych.
Gdy jednak przyszedł maj, a wraz z nim jednocześnie dwudzieste czwarte urodziny Kornela, nie mógł już tak bardzo wykręcać się czasem. Ten mijał nieubłaganie, odznaczając kolejne miesiące
w kalendarzu ich wspólnych dni. Nie były one proste – prócz lukrowanego tortu nie jeden raz spotkał się z goryczą, szczególnie wtedy, gdy Kornel popadał w swoje małe melancholie.
Dzieciak dość często powtarzał Lucjanowi, że go kocha, ba, Lucjan może z dwa razy użył wobec chłopaka wyrażenia bardzo cię lubię lub uwielbiam cię (sam nie pamiętał, było to związane ściśle
z chwilami, gdy w jego mózgu pozostawała jedynie śladowa ilość krwi, gdyż jej reszta uciekała gdzie indziej). Lucjan był zawsze wtedy, gdy Kornel tego potrzebował, nigdy nie pozostawił go chorego lub pogrążonego w smutku w domu. Dopełniali się na wiele sposobów, jak wyjątkowo pokręcona układanka.
Istniało tylko jedno drobne zmartwienie, które trapiło Lucjana.
Kłócili się tak samo intensywnie, jak się kochali.
Cóż, w parze z miłością idzie nienawiść, która także jest jej komponentem. Nie jako chęć skrzywdzenia kogoś, ale jako złość i ból związany z własnym cierpieniem. Początkowo Lucjan nie mógł zaakceptować takiego stanu rzeczy, ale nie mógł uwierzyć, że potrafiłby stworzyć z Kornelem spokojny związek.
Odchodzili od siebie i zawsze do siebie wracali.
Lucjan wiedział doskonale, w czym tkwi pierwotna przyczyna tego całego mirażu złości i żalu.
Zbyt długo żył pozbawiony głębszych uczuć do kogokolwiek, nikt nie był w stanie nauczyć go wyrozumiałości i umiaru w związku. I, gdy teraz miał możliwość zasmakować wszystkiego, stracił zdrowy rozsądek, łapczywie sięgając po każde kornelolwskie uczucie. Jeśli go nie dostawał, wpadał w szał. I ranił, ranił mocno, w bezsensownej obronie i z usprawiedliwieniem, że należy mu się każda komórka z ciała Kornela.
Może miałby do tego większe prawo, gdyby sam potrafiłby być bardziej czuły i opiekuńczy. Ale wciąż uczył się, co to znaczy kochać.
Zachowywał się jak rozkapryszony bachor. A podobno to on miał tutaj ponad trzydzieści lat.

***

Któregoś dnia, gdy wrócił do mieszkania, zastał Kornela rozłożonego na dywanie z otwartą książką. Chłopak na jego widok przeciągnął się jak kot i przerwał naukę, uśmiechając się zalotnie. Na nogach miał wielkie, puchate kapcie, które spadały z niego, gdy chodził po domu. Lucjan nie rozumiał, po co komuś coś tak niepraktycznego, ale starał się wstrzymywać ze złośliwymi komentarzami.

Pierwsze spostrzeżenie.

Kornel coraz więcej nocy spędzał u niego w mieszkaniu niż u siebie w akademiku.
- Jak było w pracy? – Podszedł do Lucjana i stanął na palcach, by móc pocałować go w policzek – Wyglądasz na nieco zmartwionego.
Musiał z nim porozmawiać. To była poważna sprawa. Czekał na tę jedną chwilę od lat! Jednak gdy w końcu został zauważony, czuł, że powinien odczuwać większą radość.

Drugie spostrzeżenie.

Za rok i tak nie będą razem, więc czy jest sens to ciągnąć?
- Dostałem awans – wyrzucił z siebie Lucjan, otrzepując nogawki z trawy. Specjalnie poszedł na skróty przez park, by powiedzieć Kornelowi jak najprędzej o nowinie, jaką usłyszał rano od dziekana wydziału.

Aczkolwiek gdyby byli, to przecież kiedyś tu wróci.

A jeśli nie, to dlaczego miałby się tym tak przejmować? W końcu będą mu płacić na nowej uczelni tyle, na ile zasłużył, nie będzie musiał pracować z rozwalającym się w dłoniach sprzętem, który pamięta Gierka. Będzie mógł wziąć udział w przełomowych dla całego świata badaniach. Przysłużyć się społeczeństwu, a najbardziej sobie samemu.
Może wróci. Za wiele lat.
Czy przelotny romans jest warty utracenia szansy na lepsze życie?
Dawniej nie zastanawiałby się nad taką ofertą, przyjmując ją od razu.
Gdy Kornel uczepił się jego szyi, odsunął lekko jego dłonie od ciała. Nie chciał narażać siebie jak
i chłopaka na niepotrzebne cierpienie, a każda chwila dodatkowego dotyku przysporzy go
z powodu tego, co ma wkrótce nadejść.
- To cudownie, Lucjanku! – wyszczerzył do niego zęby Kornel, złośliwie wystawiając mu język. Nielubiane przez posiadacza tegoż imienia, zdrobnienie „Lucjanek” zawsze było dla niego metodą na pieszczotliwe, acz ciut wredne, sprowadzenie Lucjana na ziemię. Tym razem miało to jednak odwrotny skutek – mężczyzna zasępił się bardziej. Zdjął z nosa okulary i przetarł je brzegiem białej koszuli wystającej spod marynarki.
- Co się dzieje? – Kornel spojrzał na swojego kochanka podejrzliwie, przeczuwając już, że coś jest nie tak.
Zniżył swój głos, prawie do szeptu, gdy zdobył się nareszcie na wypowiedzenie pamiętnych dla Kornela zdań:
- Dostałem możliwość wyjazdu na stypendium do Stanów. Wyjeżdżam w przyszłym miesiącu, tuż przed zakończeniem roku akademickiego.

***

Szczęście jest jednak ulotne. Mija zawsze wtedy, gdy przyzwyczaimy się do jego krzepiącej
obecności, do poczucia bezpieczeństwa, gdy zasypiamy w jego ramionach. Bez zaznania go
w życiu ciężko iść dalej, lecz gdy poznało się je do końca, a potem straciło – człowiek stawał się kaleką bez nóg. Pozostawało jedynie czołganie się ku dalszej części dnia, aż do zapadnięcia
w pełen koszmarów sen.

***

Nigdy nie chciał, by tak to się skończyło.
By skończyło się... W ogóle.
Podobno najpiękniejsze rzeczy powstają ze smutku. Z żalu Lucjana wyłaniała się jedynie przebijająca trzewia pustka, wyciągająca na wierzch najintymniejsze skrawki myśli. Ani ukrywany przed odbiciem luster płacz, ani też niewysyłane listy nie były w stanie przywrócić Kornela na jego miejsce, tuż przy nim. Zniknął z jego życie tak samo nagle, jak się pojawił.
A jednak ostatnie miesiące były najwspanialszymi w życiu Lucjana. Tylko na co mu były, jeśli tak szybko nadszedł ich koniec? Po uczuciu wypełnienia najwyższą radością pozostała pustka, ciemny ślad, jak po wypalonym papierosie. Żar dawno zgasł, popiół rozwiał wiatr, brudząc po drodze palce.
Równie dobrze mógł poddać się na samym początku i nie przychodzić na ten świat. Każdego wieczora, gdy kładł się spać, zadawał sobie jednak pytanie, czy byłoby to prostsze rozwiązanie.
Od dziecka uczą nas, nie tylko literatura i reklamy w telewizji, że prawdziwa miłość ma trwać wiecznie. Że nie zniszczą jej rzucone na oślep słowa, że brutalna i okrutna szczerość nie jest
w stanie przeważyć na szali rozsądku i uczuć. W końcu – co znaczą zranienia, jeśli kochamy kogoś ponad życie i pragniemy zestarzeć się przy danej osobie?
Mówimy tak o każdej większej miłości. A te z jakiegoś powodu się kończą, pozostawiając nas bardziej sponiewieranymi od bezdomnego psa.
Lucjan minął ciężkie, wojskowe rzeźby stojące na obrzeżach parku. Do jego wylotu do Nowego Jorku pozostały dwa dni. Choć powietrze nie było tak ciepłe jak w zeszłym tygodniu, parzyło powieki Lucjana swoją suchością. Wokół spacerowały matki z małymi dziećmi, panował istny chaos. Na drogę wbiegł czarny labrador, nie zwróciwszy najmniejszej uwagi na prawie dwumetrowego faceta, który omal potknął się o zwierzę.
Już otwierał usta, by gorzko zakląć, gdy nagle coś uderzyło go mocno w tył głowy tak, że upadł na plecy. Poczuł, jak potrząsają nim silne ramiona, a ktoś powtarza w kółko jakieś uspokajające słowa.
- Przepraszam, nie chciałem, nie zauważyłem pana...

Burza czarnych, kręconych włosów i duże, jasne oczy.

- Kornel...? - Lucjan przewrócił się półprzytomnie na lewy bok, próbując się podnieść. Nie docierało do niego żadne ze słów wymawianych przez nieznajomego.
- Musiał mnie pan z kimś pomylić, proszę się uspokoić, zaraz obejrzy pana moja żona, jest pielęgniarką...
A jednak w życiu nie wszystko musi układać się jak w bajce. Słowo Wieczność jest trwałe tak długo, jak długo utrzymuje je tusz na kartce papieru.

***

EPILOG

Znowu zbliżało się Boże Narodzenie. Cały Nowy Jork został oświetlony tysiącem kolorowych lampek, na ulicach pojawiły się migotające, zielone choinki wielkości małych słoni, które od razu obsypała cienka warstwa śniegu. Ludzie wpadali w jeszcze większy stres niż zazwyczaj, oblegając wszelkie dostępne centra handlowe i wykłócając się na ulicach o ceny wielu sprawunków. Cóż, chociaż to nie różniło się zbyt mocno od Polski. Społeczeństwo lubi wszędzie narzekać na swoje jakże ciężkie życie.
Gdy wrócił do swojego mieszkania na Manhattanie, pierwsze, co zauważył po zapaleniu światła, to niewielka paczka leżąca na stole. Prawdopodobnie jego gosposia musiała mu ją zostawić – on sam nigdy nie ma czasu, żeby załatwiać podobne ku temu sprawy. Zerknął na adres nadawcy: Polska. Imię i nazwisko było mu nieznane, choć miał niejasne wrażenie, że gdzieś je już słyszał.
Pod kartonem znalazł cienką kopertę. Wziął ją do ręki i, idąc do kuchni, rozerwał papier. Wyjął
z lodówki butelkę czerwonego wina, nalał sobie cały kieliszek i położył się na kanapie. Gdy zaczął czytać list, o mały włos nie oblał siebie słodkim trunkiem.

Kochany Lucjanku,

Wiem, że ostatnio nie miałeś zbyt wielu okazji do rozmów z Kornelem, ale wiedz, że on strasznie za Tobą tęskni. Odkąd wyjechałeś, nie ma czasu na nic poza pracą, czy to w kawiarni lub też nad własnymi projektami. Czuję, że odsunął się zarówno ode mnie, jego Prawdziwej Rodziny, jak i od własnych znajomych. Patrzenie na to wszystko sprawia mi ból, gdyż obojętnie, jak bardzo chciałabym mu pomóc, to czuję, że mam związane ręce. Nie jestem osobą, której najbardziej
w chwili obecnej potrzebuje.
Jesteś jego najlepszym przyjacielem – znam go odkąd chodził do gimnazjum i wiem dobrze, że ten nieśmiały, cichy chłopiec nigdy nie otworzył się na świat tak bardzo, jak podczas trwania znajomości z Tobą. Nie wiem, co dokładnie wydarzyło się między Wami, ale proszę Cię, byś się do niego odezwał, zadzwonił.
Głupie animozje nie powinny przekreślać prawdziwej przyjaźni.
Wysyłam Ci pierwszą książkę Kornela, która, jak pewnie wiesz, została niedawno wydana
w Polsce, osiągając sukces (jak na początkowego autora). Wątpię jednak, byś odnalazł choć chwilę czasu na zamówienie jej, więc postanowiłam Ci ją wysłać.

Pozdrawiam Cię gorąco i żywię nadzieję, że dobrze Ci tam, w Ameryce,
Danuta Przechrzta


Lucjan zerwał się, nerwowo biorąc paczkę do rąk - zbyt nagle, gdyż upadła mu na podłogę. Opadł na kolana i szybko rozerwał trzymającą ja taśmę paznokciami, nie zwracając uwagi na rozlane na podłodze wino. Gdy dostał się do wnętrza przesyłki, wyjął średniej grubości książkę w estetycznej, twardej oprawce, z dumą odczytując z okładki imię i nazwisko autora: Kornel Kosicki.
Przeklął głośno samego siebie.
Takie były reperkusje własnej głupoty.
Miał szansę, aby nareszcie być realnie szczęśliwym, jednak wszystko spieprzył. Czy istniał choć najmniejszy cień nadziei, by wszystko naprawić?
Nie spał całą noc, zastanawiając się nad tym, co teraz zrobić i przeglądając w Internecie recenzje książki Kornela, a następnego dnia nie poszedł do pracy. Ani także kolejnego. Spędził je na czytaniu tych niespełna trzystu stron, które, jak wiedział, byłyprawie całym życiem chłopaka. Gdy skończył lekturę, wstał tak, jak siedział i pojechał taksówką na lotnisko, wykupując najbliższy lot do Warszawy. Nie miał ze sobą ani bagażu, ani ubrań na zmianę. W torbie kołysały się jedynie tabletki uspokajające, dokumenty i portfel wypełniony dolarami.
Dolatując do Polski, wymienił połowę jego zawartości na złotówki i skierował się do najbliższej kwiaciarni, kupując wielki bukiet kwiatów. Zwariowałem, naprawdę zwariowałem. Kupuję facetowi kwiaty. Rzucam w cholerę pracę, na którą czekałem od dziesięciu lat. A on może mnie wyrzucić, ot tak, po prostu za drzwi, zostawiając mnie z jeszcze większym kacem moralnym niż teraz.
Taksówką dojechał pod blok Kornela. Zapłacił taksówkarzowi za jazdę, nie zabierając nawet reszty.
 Panie, co pan taki zmachany, weź pan się umyj chociaż, jak do dziewczyny jedziesz i się przebierz – rzucił mu na odchodne facet, ale widząc brak odzewu na jego rady, odjechał po prostu dalej.
Cóż, nie golił się od dwóch dni. Wciąż miał na sobie wygnieciony garnitur, a jego okulary były brudne od lotniskowego kurzu. Ale to się nie liczyło. Musiał... Nie, on chciał to naprawić.
Wbiegł po schodach na górę, zatrzymując się pod drzwiami z pozłacaną trzynastką na środku. Zadzwonił dzwonkiem, nie spodziewając się nawet tego, że Kornel będzie w domu.
Gdy nikt nie odpowiedział, zadzwonił znowu. I jeszcze raz. Co teraz zrobi? Wróci do Stanów? Będzie tu czekać aż do rana? Bardziej prawdopodobna była w chwili obecnej druga opcja.
Usiadł pod drzwiami, kładąc na kolanach bukiet banalnych czerwonych róż. Niektóre płatki sugerowały, że kwiaty nie były pierwszej świeżości, ale razem prezentowały się dość ładnie. Kornel zawsze narzekał na to, że Lucjan nie okazywał mu zbyt wiele atencji i nie traktował jak swojego mężczyzny. Nie wiedział, czy kupienie kwiatów składało się na romantyczny aspekt homoerotycznej relacji, ale nie pozostało mu nic innego, jak tylko spróbować.
W końcu, po godzinie, usłyszał spokojne kroki dochodzące z dołu klatki schodowej. Miał nadzieję, że to żaden z sąsiadów – co jak co, ale zostało mu pewne minimum godności, która nie pozwoli, by wyglądał w oczach obcych ludzi jak totalny frajer. Wstał prędko, otrzepał spodnie od kurzu znajdującego się na gumowej wycieraczce i schował kwiaty za plecami.
Udawał, że przygląda się wielkiej tablicy z wypisanymi nazwiskami lokatorów klatki. Niech ten koleś sobie przejdzie, może nie będzie się czepiał. Prawdopodobnie nawet nie widział Kornela nigdy na oczy.
 Lucjan...? Co ty tu robisz? - zamiast głosu osiedlowego dresa usłyszał wysoki, aczkolwiek zmęczony głos Kornela – Przecież... Nie było cię w kraju... Co ty tam masz? Nie oddałem ci wszystkich rzeczy? - Lucjan uniósł głowę i spojrzał na swojego byłego chłopaka. Wyraźnie zmężniał podczas jego nieobecności, ale jednocześnie jakby stracił na wewnętrznej sile.
Gdy pojawił się przed nim, wszystkie słowa, jakie miał mu powiedzieć, zniknęły w zdenerwowaniu.
 Ja... Kornel... - Nieśmiało wyciągnął przed siebie kwiaty, starając się ciągle patrzeć w oczy Kornela. - Wiem, że nie byłem najlepszym partnerem. Że nieraz robiłem ci krzywdę przez moją nieobecność, przez to, że zbyt wiele myślałem, co pomyślą o nas ludzie. Zbyt bardzo byłem skupiony na prywatnych sukcesach nie widząc... Nie widząc, że w życiu... Liczą się także inne rzeczy... Bo co to za szczęście... Świat zyskać, ale siebie samego w nim stracić... - jego głos załamał się. Przestąpił z nogi na nogę, drżąc. Śnieg, który obsypał jego ramiona i włosy dawno się roztopił, pozostawiając niemiłą, chłodną wilgoć.
Chłopak patrzył na niego w milczeniu. Jego wzrok był obojętny, ale – czy Lucjanowi się wydawało, czy też w oczach bruneta zaszkliły się łzy? Wziął do ręki bukiet kwiatów, wpatrując się w nie uważnie.
- Kwiaty zimą tak szybko marzną... - powąchał nieco nabrzmiałe płatki róż, przymykając oczy - Zraniłeś mnie – Kornel wypowiedział te dwa słowa, których Lucjan obawiał się najmocniej. Czuł, że może się już zbierać. Przynajmniej miał świadomość, że zrobił wszystko, ale to absolutnie wszystko, by to naprawić.
- Wiem o tym. I dlatego chciałem cię przeprosić. Nie liczę na to, że dasz mi... Że dasz nam jeszcze jedną szansę. Już na samym początku powiedziałem ci, że do siebie nie pasujemy, że żyjemy w dwóch innych wszechświatach, że mamy zupełnie różne systemy wartości, inne priorytety... - Skrzywił się lekko, gdy poczuł, jak bardzo spierzchnięte od mrozu miał usta. - Ale chcę, byś wiedział, że jestem gotowy rzucić dla ciebie wszystko, znaleźć sobie marną posadę nauczyciela w jakimś liceum, byleby tylko... Być z tobą. Albo zabrać cię do siebie, do Stanów. Lub wyjechać w nieznane. Mieć dla ciebie najzwyczajniej więcej czasu. Bylebyś mógł się spełnić i być szczęśliwym. Jeżeli nie umiesz mi wybaczyć... - wziął głęboki oddech, opierając się jedną ręką o poręcz schodów - Zniknę. Ale wiedz, że nigdy cię nie zapomnę. Wykradłeś mnie z mojego małego, hermetycznego świata, pełnego ksenofobii i lęku przed tym, co nieznane. Teraz chciałbym wykraść ciebie. Choć wiem, że prawdopodobnie to niemożliwe.
Czy to możliwe, by wybaczyć komuś w jednym momencie miesiące celowego ranienia siebie nawzajem, niekończące się awantury, zazdrość, życie w strachu, że zostanie się sponiewieranym? Czy po tym wszystkim możliwe jest uwierzenie, że wszystko się ułoży i na końcu zobaczymy upragniony napis Happy End? Lucjan nie był tego do końca pewien, ale wiedział, że życie nie może się różnić tak bardzo od świata elementarnych cząsteczek. Tak samo jak uniwersum kwantów, fotonów i kwarków, uczucia musiały rządzić się własnymi prawami, niezależnymi od czyjegoś widzimisię. To nie była gra na giełdzie ani loteria, lecz coś, czego logika różniła się całkowicie od tej, jaką posługujemy się w codziennym życiu.
Kornel, nie odpowiadając, wyjął z torby klucz i otworzył drzwi od mieszkania. Ani razu nie spojrzał na Lucjana, jakby zastanawiając się nad szczerością jego słów. Przez chwilę stał w progu, dopiero po minucie zapalił światło w przedpokoju i zdjął uwalane po kostki śniegiem buty. Lucjan już myślał, że wróci w ciągu godziny na lotnisko, gdy usłyszał za sobą słowa:
- Na pewno przemarzłeś. Chodź, napij się ze mną herbaty. - Dotknął ramienia Lucjana, wciągając go do środka mieszkania. Od razu uderzył go znajomy zapach kadzideł, zupełnie, jak w kawiarni, w której pracował Kornel. Oprócz tego czuć było książki. Dużo, dużo książek.
Gdy przekręcił od wewnątrz zamek w drzwiach, poczuł na szyi ciepły oddech, po czym drobne ciało docisnęło jego własne do najbliższej ściany. Kornel odcisnął na jego szyi wygłodniały, lecz ciągle delikatny pocałunek, a jego ręce oplotły się ściśle dokoła talii Lucjana.
- I nigdy już mnie nie opuszczaj.
Jeżeli istnieje na świecie miejsce, które mógłby nazwać Domem, to nie byłby to dom na obrzeżach Warszawy, gdzie się wychował, ani też biuro, w którym spędzał do tej pory większość swojego czasu, trzy czwarte doby. Przez ostatnich kilkadziesiąt lat nie zdawał sobie sprawy z tego, jak puste było jego życie, nieukorzenione, prędkie, bez jakiejkolwiek głębszej refleksji.

Nazywam się Lucjan Zaprutko. Mam trzydzieści trzy lata, mieszkanie na Manhattanie, rudego kota, który mieszka u matki i najcudowniejszego faceta na świecie. I gdziekolwiek on jest, tam jest też Dom, do którego pragnę zawsze powracać.