Kulinarne insynuacje
Dodane przez Aquarius dnia Luty 11 2012 15:21:47
- … Ale dlaczego?! Odpowiedz Tom, dlaczego!
- Po prostu nie chcę. Nie muszę robić wszystko co Ty!
- Proszę! Do cholery, czy to już nic nie znaczy?! Chcę, żebyś to zrobił! - głos należący niewątpliwie do czarnowłosego mężczyzny nabierał niebezpiecznie rozpaczliwych tonów. Prawdopodobnie nikt, kto przebywał w towarzystwie tego osobnika nawet tego nie zauważał – w końcu to takie naturalne, że gdy Bill nie dostaje tego, co chce, zaczyna kaprysić. Przynajmniej w pewnym sensie i według wielu osób. Ale to wcale nie było kapryszenie. On... On po prostu taki był.
Podstępna kobieta, jaką stanowczo nie była próbowałaby dowiedzieć się o co jest ten spór. Przez lata nauczyła się, że jeśli jej synowie pochłaniają się w sprzeczce lepiej, żeby im nie przeszkadzała – dla własnego zdrowia psychicznego. Po co się denerwować, skoro minie jakiś czas i sami się pogodzą? Na to samo jednak wychodziło, że nie powinna podsłuchiwać. Rozsądna kobieta poczekałaby na koniec i wydobyła z jednego z nich informacje. Wymiana zdań skończyła się jednak szybciej, niż przypuszczała i gdy zastanawiała się nad swoją decyzją z kuchni wyszedł jakby nigdy nic Tom, nieco zażenowany i zdezorientowany przebiegiem rozmowy z bratem. Gdy tylko spostrzegł Simone, usiłował zmusić się do pogodnego uśmiechu, który wyglądał zupełnie tak, jakby był clownem i wyszedł z domu. Głupi Bill. Czy zawsze musiało iść po jego myśli? Nie miał ochoty próbować czegoś takiego. To było zbyt nowe, zbyt dziwne. Prawda, uwielbiał obserwować przy tym czarnowłosego, ale to było zupełnie co innego. Prawda...?
Niepewna blondynka weszła do kuchni, od razu dostrzegając dwudziestolatka. Uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco, siadając naprzeciw niego i splatając ze sobą swoje palce. Co powinna teraz powiedzieć? W jaki delikatny sposób spytać o co chodziło...?
- Co u was? - mało pomocne, ale od czegoś zacząć powinna, prawda? A to dobre jak wszystko inne.
- Rozmawialiśmy. Tom nie lubi ogórków.
Nonszalancki ton mężczyzny zupełnie zbił z pantałyku Simone. Co...?
- Ogórków?
- Ogórków. - potwierdził Bill, na co jego matka zaczęła się zastanawiać czy ona, albo jej dzieci są zdrowe psychicznie. Kłócić się o ogórki...? - Próbuje go przekonać, że ogórki są dobre, smaczne i zdrowe. Ale on mnie nie słucha. Woli dwa pomidory.
- Pomidory?
Szok kobiety był porównywalny do tego, gdy ktoś dowiaduje się, że wygrał w totolotka. „Czy to jest jakiś żart?” - jej myśli usilnie krzyczały to w myślach. Boże, widzisz i nie grzmisz...
- Pomidory. Czemu pomidory są takie fascynujące? Wolę ogórki! I rzodkiewka nie jest zła...
- Rzodkiewka?
Do diabła, od kiedy jej dzieci rozmawiały na temat warzyw? Od kiedy prowadzili takie spory? Co ta sława z nimi robi... Przysięgłaby, że jeszcze pięć lat temu byli zupełnie inni, a teraz? Z pewnością nie sprzeczali się o warzywa!
- No tak. Rzodkiewka. Jest nawet niezła... Choć ogórki są lepsze. - na potwierdzenie swych słów, właściciel brązowych oczu zaczął gorliwie potakiwać, ale wyglądało to zupełnie tak, jakby gest ten wykonywał do swoich myśli.
- Bill, nigdy nie lubiłeś rzodkiewki i ogórków. Uwielbiałeś pomidory.
- Naprawdę? - nastała chwila wymownej ciszy. - Byłem dziwnym dzieckiem. Ogórki są pyszne! - młody mężczyzna zachichotał, nieco się zarumieniwszy, co z perspektywy jego matki wyglądało niezwykle dziwnie.
W końcu, czy rozmawiając o warzywach jest powód do rumieńca? Zanim jednak Simone zdążyła zadać jakieś pytania, ciemnowłosy wyszedł z kuchni, zostawiając nieco oszołomioną rodzicielkę samą w pomieszczeniu, z myślami pełnymi ogórków, rzodkiewek i pomidorów i skojarzeń z nimi związanymi. Bardzo sugestywnymi i dwuznacznymi... Aż miała ochotę na dwuznaczną kanapkę.
- Jörg! Jörg, do diabła! - zawołała przez połowę domu, szukając swego męża. Gdy go znalazła w gabinecie, uśmiechnęła się zalotnie, ściągając z siebie koszulkę i odrzuciła ją na bok. - Chcę sałatkę.
Drzwi zamknęły się za nią pod wpływem jej nogi. A później... Później było im smacznie. I... Nie tylko im.