Słońce za chmurami 2
Dodane przez Aquarius dnia Grudzie 03 2011 10:10:43
- Mamusia zaprosiła nas jutro na obiad – powiedziała Martyna, będąc jeszcze w przedpokoju. Rafał westchnął ciężko, przykrywając się kołdrą. Już wiedział jak ten jutrzejszy obiad u „mamusi” będzie wyglądać.
Same niewygodne pytania, nakłanianie, próba przekonania go, że zbliża się czterdziestka, a następnie pięćdziesiątka i tak do grobu… No i oczywiście stały punkt programu – kto się nimi zaopiekuje na starość, jeżeli nie dzieci?
Obiad to tylko przykrywka.
Mama Martyny nie była taka zła, tylko ta obsesja na punkcie wnuków. Coś strasznego. Zupełnie niczym jej córka…
No i jeszcze to czepianie się o każdy najmniejszy szczegół, ale ostatecznie można było to jakoś przeżyć.
Szatynka weszła do pokoju w samej koronkowej koszulce odsłaniającej jej najbardziej strategiczne miejsca. Uśmiechnęła się do męża zalotnie, podchodząc do łóżka kocim krokiem.
Rafał niemal jęknął cierpiętniczo. Nie chciał, a już na pewno nie dziś!
- Jestem zmęczony – skłamał gładko. Po jedenastu latach małżeństwa kłamanie jej prosto w oczy nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Przecież robił to za każdym razem.
- Już ja odgonię to zmęczenie – zamruczała, wspinając się na łóżko i idąc na klęczkach w jego stronę.
- Martyna, wstaję jutro rano. Naprawdę, to nie najlepszy moment…
Odetchnęła ciężko, siadając, co było dobrym znakiem dla Rafała. Odpuściła. Tym razem się udało, ale przecież nie może odkładać tego w nieskończoność.
- Chcę mieć dziecko – powiedziała w końcu cicho, odwracając się do niego plecami i spuszczając stopy na chłodne panele.
Rafał skrzywił się nieco, unosząc na ramionach. No to teraz będzie burza, tak jak zawsze. Martyna, jak każdy, miała jakieś swoje wady. Zawsze musiała dostać to, czego chciała, bo była po prostu tak wychowana. „Mamusia” dopilnowała, aby córeczka miała to, co chce.
A Rafał nie chciał dziecka, wielkiego marzenia Martyny. – Dlaczego nie możemy zaadoptować?! – powiedziała piskliwie, podnosząc się nagle, aż ramiączko jej koszulki zsunęło się niżej.
- Martyna, nie zaczynaj. – Przetarł zbolałe skronie.
- Mam cię dosyć! – syknęła, wychodząc z ich sypialni. Usłyszał szamotaninę, a po chwili rozbłysło światło w przedpokoju.
- Martyna? – Chcąc, nie chcąc, wstał z łóżka i wyjrzał na korytarz. Kobieta szybko zapinała swoją kurtkę, przy okazji wsuwając na nogi swoje sportowe buty, które zostały przykryte przydługimi nogawkami spodni od dresu. – Nie wygłupiaj się, chodź spać.
- Ostatnio jest coś z tobą nie tak. Nawet się kochać nie chcesz! – wyrzuciła z siebie, sięgając po kluczyki do swojego Cinquecento.
- Kochanie… – Podszedł do niej, stawiając bose stopy na zimnych kafelkach. Chciał ją przytulić, lecz ona szybko się odsunęła. Miał ochotę wrócić do łóżka i ją najzwyczajniej w świecie zignorować. I już prawie tak zrobił, gdy przed oczami pojawiła mu się teściowa i jej półgodzinny wykład, jakim to on jest niewyrozumiałym mężem.
Nie, na pewno tego nie chciał. Nie chciał konfrontacji z tą choleryczką.
- Dziecka też nie chcesz! A może ty po prostu nie chcesz być ze mną? – zarzuciła mu, nerwowo obracając w palcach kluczyki do samochodu.
Brunet sapnął wściekle, mając na końcu języka wyjątkowo zgryźliwą uwagę, ale zgrabnie ją przełknął. Nigdy nie dawał jej powodów do takiego myślenia! Zresztą, starał się, aby jego żona była w tym związku szczęśliwa, w przeciwieństwie do niego. Nie chciał jedynie dziecka. I jak na razie wszystko szło po jego myśli. Martyna nie mogła zajść w ciążę, mimo że rozpaczliwie próbowała. Pozostawała jedynie sporna kwestia adopcji.
- Błagam cię, nie rób scen i chodź do łóżka. Muszę rano wstać – przetarł zmęczoną twarz, po czym złapał ją za nadgarstek, chcąc jakoś ją uspokoić. Martyna jednak wyrwała mu się z uścisku, przysuwając się bliżej drzwi wyjściowych.
- Zawsze urywasz rozmowę na temat dziecka! Zawsze! – syknęła, odwracając się na pięcie i wychodząc z mieszkania.
Sapnął ciężko, gdy poczuł ostry ból w okolicach skroni. Oparł się plecami o zimną ścianę, zamykając zmęczone oczy, a jego dłoń powędrowała do włącznika światła. W korytarzu zapanowała ciemność, która odrobinę łagodziła ból głowy Rafała.
Nie martwił się, dokąd pójdzie. Do mamy. Zawsze, przy każdej kłótni, szła do mamusi poskarżyć się, jaki to jej mąż jest nieczuły. Może i miała rację.

Odchylił się na oparciu fotela, wzdychając ciężko. Koniec pracy… Właściwie mógł już powoli zbierać się do domu, ale Martyna wróciła od matki, a mieszkanie nie było już puste.
Nie chciał się z nią widzieć, nawet, jeśli rano jadł razem z nią śniadanie. W ciszy, bo żadne z nich nie przeprosiło. Oczywiście wiedział, że to on będzie musiał wypowiedzieć te magiczne słowa i zakończyć konflikt, bo tak było zawsze. To on zawsze przepraszał, nawet, jeżeli kłótnia nie wynikała z jego winy.
Ale nie chciał wracać. Po prostu. Tutaj, w pracy, miał spokój, nie musiał się zastanawiać nad najgorszym w swoim życiu wyborze.
Wszedł na pocztę mailową, żeby sprawdzić czy nie dostał jakichś nowych wiadomości. Było ich kilka, dokładniej jedenaście, ale większość to reklamy i na dodatek zagraniczne. Sapnął z poirytowaniem, przerzucając maile do skrzynki spamu, która ostatnio niezbyt dobrze działała. W ogóle nie wyłapywała tych durnych wiadomości, masowo wysyłanych do użytkowników portalu.
Oprócz zapychaczy dostał jeszcze jakąś pocztę z banku no i jedną wiadomość wysłaną z gmaila od theresnosolution i zatytułowaną: „Hej”.
Odruchowo chciał przerzucić to do spamu i usunąć, ale coś go podkusiło, żeby otworzyć i sprawdzić. Raczej nie dostawał reklam z prywatnych kont… Ale wystarczyło tylko, że dostrzegł wzmiankę o Supermanie, a już wiedział, że nie jest to żaden spam. Uśmiechnął się do monitora, zwilżając językiem spierzchnięte wargi.
„Cześć, tu Superman. Pamiętasz mnie z czata? Gadaliśmy ostatnio i podałeś mi maila. Dzisiaj o czternastej będę znowu na czacie. Fajnie byłoby pogadać tak jak ostatnio.” – napisał.
Wzrok Rafała powędrował w prawy dolny róg monitora na zegar, który wskazywał dokładnie trzynastą pięćdziesiąt sześć.
Za cztery minuty.
Wejść, nie wejść? Może chłopak gada z nim dla żartów? Przecież w Internecie możesz być każdym.
Zresztą to, co on sam ostatnio wyprawiał, nie było najmądrzejsze. Nie wystarczają mu już gejowskie pornole? Koniecznie musi nawiązywać znajomości z innymi gejami? Przecież ma żonę! Żonę, do cholery! I, jakby nie patrzeć, już ułożone życie. Mieszkanie, samochód, denerwującą teściową i nudną małżonkę.
Jak to powiedział kilkanaście lat temu ojciec - Pedalstwa mu się zachciało. Najbezpieczniej będzie pozostać jedynie na filmikach erotycznych i do końca swojego życia ukrywać przed światem fakt, że mimo żony wcale nie interesują go kobiety.
Wyłączył komputer, zgarniając papiery porozwalane na blacie biurka do swojej skórzanej walizki.
Koniec pracy na dzisiaj, ale do domu mu się nie spieszyło. Co miał więc zrobić, jak nie odwiedzić brata?

Ostatni raz przetarł wacikiem świeżo zrobiony tatuaż, odsuwając się nieco na krześle i podziwiając swoją pracę. Nie podobała mu się… Nie dlatego, że się do niej nie przykładał, czy może dlatego, że nie miał talentu. Nie. Zawsze wkładał całe serce w to, co robi, ale tym razem nie podobał mu się po prostu wzór. No, ale klient - nasz pan, nie mógł tworzyć na ciele obcego człowieka własnych fanaberii.
Jeszcze raz spojrzał na tandetnego anioła malującego się na szczupłym ramieniu klientki.
- Już? – zapytała dziewczyna, spoglądając na niego mokrymi od łez oczami. Uśmiechnął się pocieszająco, potakując. Blondynka musiała mieć bardzo niski próg bólu, tak skomlała, że aż w pewnych momentach jemu samemu zachciało się śmiać.
Klientka wstała i podeszła do lustra odwracając się do tafli plecami i wychylając głowę, aby zobaczyć tatuaż. Na jej twarzy pojawił się radosny uśmiech. Szybko przetarła oczy, ścierając z nich ostatnie ślady łez.
Tatuażysta odetchnął ciężko z ulgą.
Zawsze marzyła mu się wolna ręka w tym, co robi, ale czasem musiał po prostu zagryźć zęby i tworzyć takie badziewia jak to, co miała na sobie dziewczyna.
Ściągnął gumowe rękawiczki, wrzucając je do kosza na śmieci.
- Wieczorem go przemyj wodą i załóż opatrunek z folii. Po trzech dniach zacznij go smarować jakimś kremem nawilżającym, może to być Bepanthen. Rób to do momentu, aż strupki poodpadają, ale, broń Boże, ich nie zrywaj. – Posłał jej uważne spojrzenie, po czym sięgnął po folię, aby zabezpieczyć tatuaż.
Lubił swoją pracę. Zresztą miał naprawdę dużo zainteresowań, a tatuowanie i piercing były dla niego przyjemnym urozmaiceniem.
Urozmaiceniem, dzięki któremu mógł żyć, bo niestety z innych zainteresowań ciężko byłoby mu przeżyć.
Był członkiem mało znanego zespołu grającego w rytmach punkrocka, więc dochody z koncertów duże nie były. Zazwyczaj grali za darmo, byleby tylko jak najwięcej osób się o nich dowiedziało.
No i do tego jeszcze interesował się modą. Dziwne połączenie, sam o tym wiedział i już niejedna osoba mu to wytykała, ale naprawdę głęboko w tym siedział.
Od zawsze marzyła mu się wielka kariera, gdzieś w USA, ale jak na razie były to tylko takie mrzonki. Chociaż… może kiedyś?
Spojrzał na zabezpieczony już tatuaż, wskazując na wyjście z małego, ciasnego pokoiku służącego mu za gabinet.
- Zapraszam do kasy – powiedział, wciąż utrzymując uśmiech. Tak naprawdę był cholernie wymęczony, a Agnieszka ciągnęła go jeszcze dzisiaj wieczorem do Przystani. Jego najlepsza koleżanka ostatnio ujawniła się przed rodzicami i teraz korzysta z tego pełną gębą.
Gdzieś czytał, że gej i lesbijka nie pasują do siebie jako para przyjaciół, a oni jakoś się w miarę dobrze dogadywali. Co prawda ciężko było mu powiedzieć, która z dziewczyn w klubie jest „niezłym kąskiem”, ale znali się od początków studiów. Aga udawała wtedy jeszcze heteroseksualną, a teraz twierdzi, że jest po prostu wszechstronnie uzdolniona.
Uśmiechnął się do swoich myśli, stając za ladą i odbierając pieniądze od klientki. Gdzieś kątem oka mignął mu jego współpracownik, a zarazem kolega z zespołu, zajmujący stanowisko perkusisty.
- Jakbyś coś jeszcze chciała, to zapraszamy. – Puścił do dziewczyny oko, na co ta uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
Cóż… Sam wiedział, że brzydki to on nie jest i ma się czym pochwalić.
Blondynka wyszła ze studia, oglądając się jeszcze na niego.
Westchnął ciężko, opadając na krzesło i przeczesując ręką swoje niechlujnie zaczesane do tyłu, nieco przydługie, brązowe włosy.
Gdyby tylko wiedziała, że nie interesują go kobiety, to nie uśmiechałaby się do niego w ten sposób. Pokręcił głową z rozbawieniem, sięgając po swój notes leżący pod ladą. Przerzucił kilka kartek, sprawdzając swój grafik.
Dzisiaj nic, jutro przekłucie języka i mały tatuaż w postaci chińskiego znaku.
Ostatnio szło im coraz gorzej, chociaż mieli naprawdę wielu zadowolonych klientów. Ale te studia piercingu i tatuażu rosły jak grzyby po deszczu. Wystarczy przejść się tylko ulicą Dworcową, a naliczy się z pięć.
- Zadzwoniłem już do chłopaków, w piątek próba – powiedział Bartek, perkusista, stając przed ladą i spoglądając na niego uważnie.
- W piątek? – zapytał zdziwiony, unosząc swoje kształtne brwi w geście zdziwienia. – Po co w piątek?
Bartek był bardzo dobrze zbudowany, ale za to strasznie niski. Miał jakiś metr siedemdziesiąt parę, więc wyglądał śmiesznie z tymi swoimi szerokimi barkami i karkiem niczym u pitbulla. Kręcone, czarne włosy zawsze nosił rozpuszczone i rzadko kiedy je przycinał, przez co zasłaniały połowę jego twarzy. Od tych kędzierzawych włosów wzięło się jego przezwisko – Kędzior.
- Muszla Fest, zapomniałeś?
No tak, zapomniał.
- Boże, Mat, ogarnij się. Sypiasz w ogóle? Bo wyglądasz tragicznie.
- Dzięki. – Uśmiechnął się w odpowiedzi, podnosząc się z krzesła i idąc na zaplecze. – Ja już kończę na dzisiaj! – krzyknął do kolegi. – Zamkniesz, nie?
- No, mam na piętnastą laskę umówioną na kilka kolczyków, nic specjalnego – mruknął w odpowiedzi.
Szatyn zarzucił sobie na ramię brązową, skórzaną torbę, żegnając się szybko z Kędziorem i wychodząc. Musiał się wyspać, miał czas tylko do dwudziestej. Później znowu czeka go Przystań.
Gdy tylko znalazł się w swojej małej kawalerce, niemal od razu rzucił się do laptopa. Rozmawiał wczoraj z jakimś gościem na czacie i nawet im się ta rozmowa lepiła. Właściwie, to było sympatycznie, ale tylko tyle. Nie schodzili na tematy seksu, nie mówili dużo o sobie, zdradzili jedynie imiona, a mimo to Rafał go w jakiś sposób zaciekawił.
Napisał mu rano, że na czacie będzie o czternastej. Spojrzał jeszcze na zegarek, zdążył.
Gdy system się załączył, włączył przeglądarkę i wpisał adres czata, po czym szybko się zalogował.
Przejrzał listę użytkowników, ale nigdzie nie odnalazł „Nienasyconego”. Może za chwilę wejdzie? Albo nie odczytał maila?

Wsiadł do samochodu, odnajdując w kieszeni telefon. Wybrał numer do brata, naciskając zielony przycisk i przykładając sobie aparat do ucha, po czym przekręcił klucz w stacyjce.
- Halo? – odezwał się głos w słuchawce. Rafał podtrzymał komórkę ramieniem, wycofując pojazd i wyjeżdżając na ulicę.
- Cześć, jesteś teraz w pracy czy w domu? – zapytał, przerzucając szybko bieg i ujmując telefon w dłoń.
- W domu, ale za godzinę wychodzę, a co? – Gracjan odetchnął ciężko, na co brunet zmarszczył brwi.
- No chciałem do ciebie przyjechać, ale jak nie chcesz, to ok. – mruknął, znów trzymając aparat ramieniem, gdyż musiał zatrzymać się na światłach.
- Nie no. Możesz wpaść. Stało się coś? – zapytał podejrzliwie.
Oczywiście, że się stało. Jest w związku, w którym nie powinien nigdy być. Jego życie jest do bani, a on nie może nic z nim zrobić. Żona rozpaczliwie chce dziecka, a on…? A on chyba nie chciałby unieszczęśliwiać kolejnej osoby. Tych nieszczęść już wystarczy.
- Nie. Będę za chwilę – odpowiedział jednak, rozłączając się.
Rozmowa z bratem w cztery oczy zawsze dawała mu jakąś ulgę. Miał z nim naprawdę wiele wspólnego, ale Gracjan nie wiedział jak wiele.
Nigdy mu się nie ujawnił. Zresztą, nikt nie wiedział jak jest naprawdę, że wcale nie jest heteroseksualny. Ale nawet gdyby wiedział, to co? Jak niby mógłby pomóc?
No właśnie. Nie mógłby. Nikt nie mógłby mu pomóc, bo na drodze do jego szczęścia stoi Martyna, której za nic nie chciałby skrzywdzić.
Jechał jeszcze jakieś dziesięć minut, aż wreszcie wjechał na blokowy parking. Wysiadł ze swojej niedomagającej Cordoby, jak zwykle mocno zatrzaskując drzwi, które tym razem jednak się nie zamknęły. Odskoczyły z powrotem, wprowadzając Rafała w jeszcze większe rozdrażnienie.
Przeklął pod nosem, łapiąc za klamkę i zatrzaskując je niemal z furią. Zamknęły się.
Odetchnął ciężko, opierając rękę na dachu samochodu. Musi się uspokoić. Musi. Przecież zawsze był opanowany, a teraz co?
Zaczęło go to przerastać, bo wiedział, że w końcu ulegnie Martynie, tak jak robił to zawsze. Spojrzał w stronę bloku.
Właściwie, to po co tu przyjechał?
No tak, żeby nie wracać do domu.

Rozdział 3 – Marianka, czyli jak przetrwać obiad u teściowej.

Mieszał ze znużeniem kawę, wpatrując się we własne dłonie.
- Coś się stało – stwierdził Gracjan, uważnie obserwując brata. – Powiesz mi wreszcie, co to takiego?
- Nic – odetchnął ciężko, wymuszając uśmiech. – Naprawdę, to nic – zapewnił go, łapiąc szklankę w dłoń. – I co, masz wreszcie kogoś? – Zmienił temat, posyłając bratu zainteresowane spojrzenie.
Tak jak szło mu łatwo kłamanie prosto w oczy Martynie, tak nie potrafił kłamać Gracjanowi. Zresztą, wydawało mu się niemożliwe oszukanie brata.
- Nie – zaśmiał się mężczyzna, pocierając nerwowo kark.
Najwidoczniej stwierdził, że dalsze wypytywanie Rafała nie ma sensu. – Ostatnio odpuściłem. Jakby miał się ktoś rozsądny pojawić, to już by był. Nie będę niczego robić na siłę.
- I dobrze. – Potaknął starszy z braci. – Bo ten, co go ostatnio miałeś, to…
- Nie mówmy o nim, co? – westchnął brunet. – Było, minęło. Krótki epizod – wzruszył ramionami. Rafał potaknął, milknąc na chwilę. Pomiędzy nimi zapanowała cisza przerywana odgłosami wiertarki dobiegającymi z mieszkania obok.
Aż miał ochotę się uśmiechnąć, gdy przez głowę przebiegła mu myśl o wyjątkowym szczęściu ojca. Dorobił się dwóch synów, niestety obaj są gejami. Gdyby żył, nie byłby pewnie zadowolony.
- A jak z Martyną? – zapytał nagle Gracjan, posyłając bratu uważne spojrzenie. Tak jakby wiedział, z czym ten zmaga się dzień w dzień, ale po prostu nie chciał mówić tego na głos. Czekał, aż sam mu powie?
- Chce dziecka – wydusił z siebie Rafał, popijając powoli kawę. I znowu nastała przytłaczająca cisza.
- A ty nie chcesz. – Bardziej stwierdził, niż zapytał.

Wrócił do domu, zastając Martynę siedzącą na kanapie ze swoim laptopem i stosem papierów porozrzucanych dookoła. Westchnął ciężko, stając przed żoną, ale ta całkowicie go zignorowała.
- Co na obiad? – zapytał, chcąc zwrócić na siebie jej uwagę. Szatynka wydęła jedynie usta, nadal nie odrywając wzroku od monitora.
- Jedziemy przecież do mamy – powiedziała obojętnie, na co Rafał sapnął nerwowo, odgarniając papiery z kanapy i siadając tuż obok małżonki.
- Martyna… - jęknął, układając sobie w głowie to, co chciał powiedzieć. Znów musiał przepraszać, żeby pomiędzy nimi było tak jak dawniej. – Słuchaj. Z tym dzieckiem to jest tak, że…
- Że nie chcesz. Proste – zawarczała, spoglądając na niego jedynie przelotnie, po czym zaczęła coś szybko pisać, waląc nerwowo palcami w klawiaturę.
- To nie jest tak, że nie chcę. – Musiał na szybko wymyślić jakąś dobrą wymówkę. Wcześniej był tak zaaprobowany sprawą Supermana i tego czata, że zupełnie zapomniał, a miał przecież czas na myślenie. Mnóstwo czasu w pracy i jeszcze więcej po niej. – Po prostu… - zaciął się. – Jak każdy facet, chcę, żeby dziecko było moje – wymyślił w końcu na poczekaniu i stwierdził, że to wcale nie jest takie głupie. Tej wersji będzie się trzymać. Może wszystko rozejdzie się po kościach? – Nie wiesz jak to jest.
- Nie wiem? – zapytała, spoglądając na niego inaczej. Już nie ze złością, a jedynie z niezrozumieniem.
- Chcę mieć z tym dzieckiem coś wspólnego. Chcę wiedzieć, że… - że co? Że też musiał wygłaszać takie heteryckie gadki!
- Ty je zrobiłeś – dokończyła za niego, kiwając głową. Uśmiechnął się, potakując szybko i aż odczuwając ulgę. Naprawdę nie lubił się z nią kłócić. Nie lubił oglądać tej jej obrażonej na cały świat miny, nie lubił siedzieć z nią w jednym pokoju w przytłaczającej ciszy.
Bo w jakiś sposób ją szanował, nawet, jeżeli najchętniej by się jej pozbył ze swojego życia. Ale wiedział, że nie może.
Nie zrobiłby jej tego.
- Rozumiesz? – zapytał z nadzieją, a w głowie odezwał mu się cichy, ironiczny głosik. Jak mogła zrozumieć, skoro on sam tego nie rozumiał?
Ale potrafił dobrze kłamać. Był świetnym kłamcą, przez te jedenaście lat się wyrobił.
- Nie – powiedziała zgodnie z prawdą. – Ale spróbuję – uśmiechnęła się. – Za dwa dni będzie najlepszy termin na…
Przeszły go nieprzyjemne ciarki na samą myśl o tym.
- Spróbujemy – powiedział beznamiętnie, odwracając wzrok.
- Moglibyśmy zacząć dzisiaj – jej dłoń przesunęła się po jego ramieniu, zostawiając po sobie niemiłe uczucie. Nie lubił, gdy go dotykała.
- Tak – mruknął, wciąż utrzymując obdarty z uczuć ton, nawet jeżeli w środku wszystko w nim krzyczało. Zbliżenia z nią były dla niego coraz bardziej nieprzyjemne. Musiał wyobrażać sobie, że robi to z facetem, tyle że niestety anatomia Martyny w niczym nie przypominała mężczyzny… A już na pewno nie umięśnionego, wysokiego faceta z jego snów.
Gdy był z nią, boleśnie sobie uświadamiał, że jego życie będzie wyglądać tak do samego końca. Że już nigdy nie będzie… Kim właściwie? Pedałem? Odmieńcem?
A może po prostu nie będzie sobą?
- To chodź, szykujemy się do mamusi. Jedziemy Cordobą? – zapytała, wyłączając laptopa i odkładając go na bok.
Uśmiechnął się sztucznie, potakując i ściągając z siebie marynarkę, a następnie krawat i koszulę. Musiał założyć coś wygodniejszego.
Wprost nie mógł się doczekać tej wizyty u „mamusi” i jej półgodzinnego wykładu, który niechybnie go nie ominie.

- Rafał! Znowu schudłeś! – Wystarczyło, że przekroczył próg i wszedł w pole widzenia tej harpii. Nawet butów nie zdążył ściągnąć, a ona już zaatakowała go tą samą gadką, niezmienną od jedenastu lat…
A nie.
Nie, na samym początku było: „Jaki on chudy!” dopiero później przeobraziło się to w: „Znowu schudłeś!” – Martyna, czym ty go, do jasnej cholery, karmisz? Jakimiś azjatyckimi wodorostami czy co? Chłop mięsa potrzebuje, a nie! – Mama Martyny znana była z niewyparzonego jęzora. A Rafał z doświadczenia wiedział, że gdy w krwioobieg dostały się procenty, ten jęzor jeszcze bardziej się rozwiązywał. Ale na szczęście „mamusia” nie była alkoholiczką i piła jedynie na jakichś uroczystościach, bo tak to by chyba już w ogóle z nią zwariował.
Marianka, jak miała na imię teściowa, była istną choleryczką. Naprawdę nie warto było się z nią spierać. Ty swoje, ona swoje, a i później i tak zacznie te swoje wykłady, niczym ksiądz kazanie. Naprawdę, czasem warto sobie odpuścić dla nie nadszarpania nerwów.
Chociaż, jakby spojrzeć na to z innej strony, „mamusia” wcale nie była aż taka zła. Każdy ma swoje wady, a jego teściowa ma ich naprawdę wiele, ale jego koledzy z pracy (jak wywnioskował z podsłuchanych rozmów z teściowymi) mieli dużo gorzej.
- Mamuś – jęknęła Martyna tylko i nie zdążyła nic więcej powiedzieć, bo Marianna zaczęła trajkotać.
- Nie żadne mamuś! Nic dziwnego, że ci dzieciaka jeszcze nie zrobił. Boże przenajświętszy, dobrze, że was na obiady zapraszam! Ty też nie wyglądasz najlepiej, Martynka. Skóra i kości, wiedziałam, że najlepszym rozwiązaniem byłoby…
- Mamo, wróciłem z pracy, jestem naprawdę głodny. Co zrobiłaś? Świetnie pachnie. – Wszedł jej w słowo, gdyż zaczynał wyczuwać nie tylko ogórkową, ale także nadchodzący wykład umoralniający. A mechanizm rządzący Marianną jest taki, że wystarczy tylko zmienić temat i postarać się, aby ona ten temat podłapała.
- Ogórkową z zeszłorocznych kiszonych, co robiłam. Jest pyszna, oczywiście nie zachwalając – ruszyła w stronę salonu. – Rozbierać się! Jeszcze mi tu popadacie z głodu.
Posłał Martynie uważne spojrzenie, ściągając skórzane buty i odwieszając swój prochowiec.
Przeszli jasnym korytarzem do równie jasnego pokoju, którego ściany ozdabiane były świętymi obrazkami. Marianna, jak to jest z kobietami z jej pokolenia, była typową babcią z moherkiem. Może nie codziennie, ale bardzo często bywała w swojej parafii, oddając na nią ostatnie grosze i przymilając się proboszczowi.
Właściwie Rafał nie widział w tym nic takiego złego, nie miała wnuków, to co miała robić z wolnym czasem?
Na dużym (za dużym jak na trzy osoby) stole stało jedzenie i porozstawiane talerze. W wielkiej misce znajdowała się góra ziemniaków, tuż obok równie duża kupka kotletów i zrazów, a na środku stał garnek z – zapewne – zupą.
- Mamuś, za dużo tego – jęknęła Martyna, a Rafałowi na ten widok aż się odechciało jeść. Znowu wmusi w niego trzy talerze zupy, masę ziemniaków i dwa kotlety. Bo w końcu jest mężczyzną, a mężczyzna w jej mniemaniu powinien jeść tyle, co słoń.
- Siadaj i nie marudź. Ja tu robię, a ty marudzić będziesz jeszcze, co? – Kolejną wadą Marianny była szybkość wyrzucanych z siebie słów. Czasami ciężko było zrozumieć, co w ogóle mówi. Chociaż Rafał już się chyba przyzwyczaił do tej specyficznej kobiety. Na początku było gorzej. – Siadajcie, to o tych dzieciakach pogadamy, no. Bo słyszałam, że ty, Rafciu, coś się do roboty nie przykładasz. To ja mogłam zajść w ciążę, a Martyna nie może? Weźcie sobie chociaż potomka zaadoptujcie, co będę mogła Kryście z dołu powiedzieć, że wreszcie mam wnuka. Ona to już ma szóstkę! I się chwali, baba zakichana.
- Mamo, już obgadałam z Rafałem tą kwestię. Postaramy się o to, żeby dziecko było nasze – wytłumaczyła spokojnie Martyna.
Brunet wolał się w tej sprawie nie wcinać, bo wiedział, że gdy tylko otworzy usta, Marianna wpadnie z potokiem słów, mówiąc w kółko to samo. A tego nie za bardzo chciał.
Nalał więc wszystkim zupy (jak uważa teściowa, to są honory mężczyzny), po czym, życząc: „Smacznego”, zaczął jeść. Powoli. Miał nadzieję, że Mariance umknie to, ile talerzy zupy już zjadł.
- To się lepiej starajcie. Ja nie wiem, ci mężczyźni w tych czasach coraz mniej płodni albo co? Masz taką kobite pod nosem, a ty…
- Mamo – jęknęła Martyna. – Jedzmy już. Taka pyszna zupa! – pochwaliła, najwidoczniej także wiedząc, że najlepiej zmienić temat. A jeszcze jak się pochwali za coś Mariannę, to już jest niemal pewne, że nowy temat zostanie podjęty.
- Ano pyszna. Domowe kiszone! Żadnych konserwantów. A trąbią o tym w telewizji naokoło, że to niezdrowe! Bo te wszystkie ulepszacze teraz wszędzie dodają! Nawet w mleku masz!
Rafał już wiedział, że dzisiejsza wizyta u „mamusi” tak szybko się nie zakończy albo przynajmniej, że nie obejdzie się bez bólu głowy.

Na twarzy krótko ściętej blondynki pojawił się uśmiech. Jej dłoń zanurkowała do kieszeni obcisłych, czarnych dżinsów, szukając w niej czegoś zapalczywie.
- Ile płaciłaś? – zapytał szatyn, opierając się o ścianę klubu i przyglądając się jej z rosnącą ekscytacją.
Dziewczyna wyciągnęła malutki foliowy woreczek, w którym znajdowały się dwie białe tabletki.
- Dostałam – pochwaliła się, odgarniając grzywkę, która jak zwykle wpadała jej w oczy. – To co? Doładowujemy się? – wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Chłopak pokręcił rozbawiony głową, ruszając w stronę baru.
Och, jak on kochał to uczucie po tych tabletkach. Mógł wszystko! Był panem świata! A seks w tym cudownym stanie uniesienia był taki nieziemski…
Doszli do lady, zamawiając dwa piwa. Barman uśmiechnął się do nich, potakując i na dłużej zawieszając wzrok na Mateuszu. Ten tylko zmierzył chłopaka uważnym spojrzeniem, po czym przeniósł je na Agnieszkę. Nie był jakiś bardzo przystojny, więc nie był nim zainteresowany. Znał swoją cenę, wiedział, że wygląda świetnie, pomimo swojego znienawidzonego, trochę przydługiego nosa.
- No to od kogo dostałaś? – zapytał z szerokim uśmiechem.
Aga machnęła ręką, sięgając po kufel piwa. Była bardzo niska i szczupła, ale mimo to cały czas żyła na diecie. Jakby miała jeszcze z czego chudnąć!
- Wczoraj bawiłam się z takim jednym i dostałam – ruszyła w stronę stolika. Nie mogli być zbytnio na widoku, bo niestety właściciel klubu był dosyć konsekwentnym człowiekiem.
Gdy tylko usiedli w cieniu, podała przyjacielowi jedną z tabletek, a drugą wepchnęła sobie do ust, szybko popijając piwem. Mateusz poszedł w jej ślady, wypijając niemal połowę złocistego trunku.
Odczekali chwilę, czując jak rozlewa się w nich ekstatyczne ciepło. Szatyn odetchnął, odchylając głowę na oparcie.
- Idziemy? – zapytała Aga, wstając powoli z dziwnym uśmiechem na ustach. – Nie możemy zmarnować tej nocy! – zawołała z entuzjazmem, ciągnąc go na parkiet.

Odetchnął ciężko, przenosząc wzrok z sufitu na jej uśpioną twarz, skąpaną w mroku nocy. Wpatrywał się tak w nią przez dłuższą chwilę, wsłuchując się w jej równomierny oddech, po czym odrzucił kołdrę na bok i zaczął przeszukiwać kieszenie swoich spodni.
Jeszcze pół godziny temu uprawiali seks. Cieszył się, że miał już spokój, ale wiedział, że przecież nie na długo. Nie mógł odmówić, bo byli małżeństwem… Zawsze po stosunku z nią czuł się taki przytłoczony, ale i tak było to lepsze uczucie niż przed. Wtedy obawiał się, że mu nie stanie, że się nie podnieci i co wtedy? Jak to wytłumaczy? Kryzysem wieku średniego?
Na szczęście dzisiaj poszło jakoś gładko. Jak zwykle zamknął oczy, zaczął wyobrażać sobie facetów, a później nie myślał już o niczym.
Wyciągnął paczkę papierosów i zapalniczkę. Normalnie nie palił, w odróżnieniu od Gracjana, który był już nałogowcem.
Dzisiaj wiedział jednak, że fajki mu się przydadzą, tak dla odstresowania. Chociaż to „odsteresowanie” zdarzało mu się coraz częściej.
Naciągnął na siebie jeszcze bokserki, po czym wyszedł na balkon, przeklinając w myślach temperaturę panującą na zewnątrz. Był środek kwietnia, więc na dworze nie było jeszcze tak ciepło jakby sobie tego życzył. Ale jeszcze niedługo, byle do lata.
Objął się ramieniem, wsuwając w usta końcówkę papierosa i szybko podpalając. Gdy tylko się zaciągnął, poczuł niemalże wewnętrzną ulgę. Papierosy zawsze go uspokajały.
Oparł się o ścianę, podnosząc wzrok na czarne, zachmurzone niebo. Chciałby być daleko stąd, chciałby, żeby to wszystko jakoś inaczej się ułożyło.
Dlaczego wtedy mówił o tym ojcu? Dlaczego go posłuchał?
To śmieszne, że dopiero dwa lata temu zdał sobie sprawę z tego, że ojciec wcale nie miał racji.

Uchylił powoli powieki, czując bolesne pulsowanie w skroniach i nieznośną suchość w ustach. Wbił jeszcze zamglony wzrok w biały sufit. Czuł się strasznie obolały, chyba wczoraj trochę przesadził z piciem i tabletkami.
Leżał chwilę w bezruchu, nasłuchując odgłosów jeżdżących samochodów. Zaraz… samochodów? Mieszkał przecież daleko od ruchliwych ulic. Rozejrzał się po pokoju, w którym się znajdował, szybko zauważając, że pierwszy raz go widzi.
Nie był w swojej kawalerce, to było pewne. Skrzywił się na widok soczyście pomarańczowych ścian i czerwonych zasłon w oknach. Wszystko w tym pomieszczeniu się ze sobą gryzło, wszystkiego było za dużo.
Każdy mebel z innej serii. Szklane biurko z metalowymi stópkami, w wyraźnie nowoczesnym stylu i stara, finezyjnie zdobiona dębowa szafa.
Boże… gdzie on był?
Usłyszał chrapnięcie dobiegające z boku. Niemal automatycznie przeniósł wzrok na plecy jakiegoś bruneta, leżącego tuż koło niego.
Och rany! Nic nie pamiętał! Tańczył, obściskiwał się z jakimś kolesiem przy stole, później znowu tańczył, pił, wziął kolejne tabletki od Agi i… I tu się film urywa.
Dodatkowo czuł nieprzyjemne pieczenie w dolnych partiach ciała. Pięknie! Nie dość, że nie wie, co wczoraj robił, to jeszcze poszedł z jakimś gościem do jego domu w stanie ostro nietrzeźwym i był na dole!
Rozejrzał się niemal z paniką dookoła w poszukiwaniu jakiejś prezerwatywy czy chociażby opakowania po niej. Miał chociaż nadzieję, że nie dał się przelecieć bez gumy. Jeszcze złapie jakiegoś syfa i co wtedy?
Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył zmiętego, wyraźnie używanego kondoma na starym, wytartym parkiecie, tuż obok swoich spodni.
Podniósł się do siadu, oceniając jeszcze mężczyznę, którego policzek wgniatał się w poduszkę. Był około czterdziestki, a może nawet już po niej. Kilka siwych włosów, zero zarostu i mocno krzaczaste brwi. Złapał za kołdrę, odsuwając i lustrując wzrokiem przeciętne ciało czterdziestolatka. Nic specjalnego.
Westchnął ciężko, naciągając na siebie bieliznę i spodnie. Chciał się stąd jak najszybciej wynieść. Mógł chociaż wyhaczyć kogoś przystojniejszego!
- Hej, młody – Usłyszał za plecami zaspany głos mężczyzny. Niemal jęknął zniechęcony, zapinając rozporek. – To spotkamy się jeszcze? Było naprawdę super.
- Ta. Zadzwonię – skłamał, nie miał przecież nawet jego numeru.
- Świetny tatuaż – powiedział facet. – Wczoraj nie mogłem oderwać od niego wzroku.
Mateusz uśmiechnął się, jakby obłaskawiony, od niechcenia spoglądając na głowę smoka, którą miał na piersi. Jego własny projekt!
- Dzięki – Założył swój T-shirt, poprawiając jeszcze fryzurę. Byle do domu.



CDN