Bo to twój dobry kumpel 3
Dodane przez Aquarius dnia Listopada 26 2011 15:40:16
***

Dzwonisz po raz czwarty, mając nadzieję, że tym razem odbierze. Nadzieja wreszcie się spełnia - słyszysz senne i pełne urazy: „Taaa?”, a potem: „Boże, Paweł, czemu dzwonisz, jak ja śpię?”.
- Jest jedenasta - odpowiadasz, zalewając sobie w kuchni kawę. - Co ty, całą noc na baletach byłeś?
- Czytałem - odmrukuje.
- Do której?
- Nie wiem... piątej, szóstej... Zadzwoń później, dobra?
- Później też zadzwonię, ale teraz skup się i słuchaj - mówisz, siadając przy stole z kubkiem Nescafé. - Jedziemy do Holandii.
- To bezpiecznej drogi - mamrocze Michał.
- Jezu, Skała, obudź się na chwilę, co? My jedziemy do Holandii! My! Ty i ja!
- O. - To zabrzmiało mniej śpiąco. - Nie zauważyłem, kiedy mi się oświadczyłeś i namówiłeś na ślub tam.
- Tak, i kiedy ci dziecko zrobiłem, też nie zauważyłeś - odcinasz się ze śmiechem, słodząc kawę. - Ty i ja, Monika, Mateusz, mój brachol ze swoją laską, Gośka, Magda, może jeszcze Rafał. Jedziemy razem do Holandii.
- Teraz?
No normalnie jakbyś z małym dzieckiem rozmawiał.
- W czasie majówki, głupku - tłumaczysz, odkładając łyżeczkę na stół. - Obudziłeś się czy ja nadal z twoimi chrapiącymi zwłokami rozmawiam?
- Z chrapiącymi zwłokami - odpowiada natychmiast.
- To je ożyw.
- Dzida - no, nie jest źle, skoro używa ksywy, to jest już w miarę przytomny - ja jeszcze śpię, rozmawiam na zasadzie lunatykowania. Mózg mi jeszcze nie pracuje, bo się nie wyspał, jasne? Nie używam go na razie.
- No patrz, a jak używasz, to nie ma żadnej widocznej różnicy - rechoczesz w komórkę. Z kubka z kawą unosi się apetyczny zapach.
- Kup sobie okulary - mruczy.
- Dobra, nie marudź, tylko słuchaj - nakazujesz i upijasz łyk kawy. - Jedziemy za miesiąc na majówkę do Amsterdamu, chcesz jechać?
- A to ja mam jakiś wybór? - Ziewa głośno. - Nie no, jasne, że chcę jechać. A ile to będzie kosztować?
Zaczynasz wyliczać mu cenę: za wynajęcie mikrobusu na dziewięć osób, za paliwo, dorzucasz, ile mniej więcej warto wziąć forsy na jakieś zakupy i gdzie prawdopodobnie pójdziecie, potem omawiasz dokładną trasę w tę i z powrotem, a potem się orientujesz, że po drugiej stronie komórki panuje niepokojąca cisza, a Skała, wbrew sobie, nie marudzi: „Skończ już z tymi liczbami, psychika mi się kurczy”. Coś jest nie tak.
- Michał? - mówisz podejrzliwie. - Michał, jesteś tam?
Cisza.
- Skalnicki! - wrzeszczysz do telefonu. Odpowiada ci jakiś szmer, pomrukiwanie, a potem słyszysz:
- No słucham, słucham, super jest...
Brzmi to tak nieprzytomnie, że wybuchasz śmiechem.
- O której będziesz znów używał mózgu? - pytasz krótko.
- O piątej - odpowiada Michał i znów ziewa.
- Wpadnę do ciebie o szóstej - oświadczasz. - Możesz znów się zamienić w chrapiące zwłoki.
Słyszysz tylko „Złaź, Oriana” i „Cześć”, po czym Michał się rozłącza.

***

Wyjechaliście o wpół do szóstej rano. Mikrobus jest wygodny i fajny, dobrze się go prowadzi, a niemiecka autostrada, którą jedziecie, jest idealnie gładka. Wiedzieliście, że przekroczyliście granicę, gdy zamiast dziur na drodze zobaczyliście równą nawierzchnię.
W samochodzie są trzy duże, trzyosobowe fotele; z tyłu siedzą Magda, Gośka i Monika, siedzenia pośrodku, przy odsuwanych drzwiach, zajął twój brat z Anetą i Mateusz, a ty z Rafałem siedzisz obok kierowcy, na podwójnym siedzeniu.
Michał prowadzi, zmieniliście się na ostatnim postoju. Michał jest chyba jedyną osobą, której potrafiłeś przekazać kluczyki wynajętego na swoje nazwisko i w razie problemów obciążającego kosztami tylko ciebie mikrobusu. Masz do Skały zaufanie, a do tego wiesz, że on nie będzie pił, więc nie zostawi cię nagle z niespodzianką pod tytułem: „Ale ja jednak jestem wstawiony i jednak nie mogę prowadzić”. Ty na wyjeździe nie pijesz, przeżyjesz bez piwa, a Michał nie pije w ogóle, więc jest doskonałym zastępstwem.
Dziewczyny śpią z tyłu, Aneta je batoniki, które twój potwornie zabujany brat kupił jej przed wyjazdem - ostrzegłeś młodego, że jak wyświnią czekoladą obicia, to będziesz to wycierał jego, Radka, językiem - a Mateusz wyjął wino i pociąga na zmianę z Rafałem.
- Ile jeszcze? - pyta nagle Magda, przeciągając się.
- A co, niedobrze ci? - reagujesz natychmiast.
- Nie - uspokaja - tylko jestem ciekawa.
- Dużo, Madzia, dużo - mówi Rafał kuszącym tonem. - Więc sobie łyknij, to ci się skróci.
- Ta, od wyjazdu prosto do powrotu - odcina się dziewczyna. - Nie, dzięki. O której mniej więcej dojedziemy?
- Druga, trzecia - odpowiadasz. - Trzecia najpóźniej, jeśli utrzymamy to tempo. Fajnie się go prowadzi, nie? - zwracasz się do Michała.
- Bardzo - odpowiada, przerzucając biegi. - A jeszcze fajniej po niemieckich drogach, jak zauważymy chociaż jedną dziurę, to chyba pamiątkowe zdjęcie zrobimy.
Pozostałe dziewczyny z tyłu też się obudziły i coś jedzą. Prosisz Monikę, żeby podała ci dwie drożdżówki. Jedną dajesz Michałowi, drugą zjadasz błyskawicznie. Rozpierasz się wygodnie w fotelu - ładna ta tapicerka, ciemnoszara - i patrzysz przed siebie. Dobrze się tak jedzie.
Kolejny postój robicie dwie godziny później. Niedaleko stacji benzynowej jest supermarket, więc po zatankowaniu podjeżdżacie tam, żeby rozprostować kości. Rozdzielacie się na parę minut, ty z Mateuszem dopadasz sklepu ze sprzętem komputerowym, reszta gdzieś ci znika. Potem znajdujecie Monikę, Magdę i Michała w księgarni, grzebiących na półkach. Maniacy.
- Jak będziecie czytać w czasie jazdy, to biegniecie za mikrobusem - ostrzegasz.
- Chyba że ja będę prowadził, wtedy Dzida pobiegnie - uzupełnia Michał radośnie.
- Ty możesz pobiec już zaraz - informujesz uprzejmie.
Znów się zmieniacie za kierownicą. Między Michałem a tobą siedzi Monika, Rafał przeniósł się do tyłu do dziewczyn i próbuje je namówić na wino. Biedny Rafał, myślisz złośliwie, przystawia się do każdej i każda go olewa.
Po kolejnym postoju Monika wraca do tyłu, a Michał z Rafałem idą na środkowe siedzenia. Aneta miała ochotę popatrzeć przez przednią szybę, natomiast twój brat nie mógłby odstąpić Anety. To się smarkacz zabujał.
Dziewczyny z tyłu szaleją; jakaś butelka wpadła im pod siedzenie, więc Gośka, chuda jak patyczek, wciska się pod nie, Monika, leżąc na siedzeniu, trzyma ją za nogę, żeby w razie czego pomóc wyjść, a Magda, klęcząc przy stopach Moniki i chyba płacząc ze śmiechu, robi im zdjęcia. Masz nadzieję, że na kolejnym postoju nie będziesz musiał rozkręcać tylnego siedzenia, żeby wyjąć stamtąd Gośkę.
Następna stacja. Oglądacie akcję wyjmowania butelki spod siedzenia, bo Magda drugą komórką to filmowała. Piski i śmiechy dochodzące z telefonu ściągają na was spojrzenia innych ludzi.
- Dobra, wystarczy robienia wiochy - oświadcza Gośka, obciągając czerwoną bluzkę. - Gdzie jest kibel?
Kibel okazuje się płatny. Nie wiesz, dlaczego, ale dla dziewczyn to powód do kolejnego ataku śmiechu. Nie rozumiesz kobiet, trudno. Michał na bank też nie rozumie, więc nawet go nie zapytasz.
Tracisz wiarę w ludzi, gdy wracający po tobie na parking Skała zaśmiewa się wariacko.
- Co? - pytasz podejrzliwie.
- Mateusz... - wydusza z siebie, opierając się o maskę samochodu.
- Co Mateusz? - starasz się być cierpliwy. Może Mateusz chodzi i pryska na ludzi gazem rozśmieszającym?
- Mateusz postanowił zademonstrować Radkowi i Anecie swoją znajomość niemieckiego - wyjaśnia Michał, gdy już wreszcie się uspokaja. - Wziął dwie Kinder Niespodzianki z półki do rąk, uniósł, powiedział podniosłym głosem: „Ich habe zwei granaten”, a starsze małżeństwo, które stało obok, spojrzało na niego i zaczęło coś do niego mówić. - Znów się roześmiał. - Ja się cofnąłem, Radek odciągnął Anetę, a Mateusz tam stoi z głupią miną i ani słowa nie rozumie.
Śmiejecie się, a gdy wraca Mateusz, cały czerwony i zły, dostajecie kolejnego ataku głupawki.
- Jedziemy stąd - oświadcza Mateusz obrażonym głosem. - Jakieś głupie Niemcy tu mieszkają, nic po polsku nie rozumią.
Michał staje przed drzwiczkami od strony kierowcy, opiera o nie ręce i śmieje się dalej. Chciałbyś się napić wody, ale wolisz poczekać, bo też co chwila ogarnia cię śmiech, a nie chcesz się udławić.
Do Amsterdamu dojeżdżacie koło trzeciej. Wszyscy przyklejacie nosy do szyb, by podziwiać widok. Zwalniasz, żeby móc dokładniej się przyjrzeć.
Robi wrażenie, niesamowite wrażenie. Monika jest zachwycona. Magda przez szybę pstryka zdjęcia. Michał opuszcza szybę po swojej stronie i mruczy, że jest pięknie.
Zwiedzacie, trzymając się razem. Dzielnicę Czerwonych Latarni zostawiacie na wieczór, teraz chodzicie po rynku, wchodzicie do sklepów, zaśmiewacie się z masy koszulek z Che Guevarą i listkami marihuany. Monika przymierza naturalnej wielkości holenderskie chodaki, drewniane i pięknie malowane, a Magda i Mateusz wzdychają do wymyślnych czekoladek. Rafał sprawdza na sprzedawcy swoją angielszczyznę, a sprzedawca na nim swoją cierpliwość.
Grzebiecie z Michałem w koszulkach. Ty chcesz czarną z marihuaną, Michał szuka jakiejś z motywem Amsterdamu, chociaż taką z ziołem już wybrał. Fioletową. Z jego rudym łbem daje to piorunujący efekt.
- To dla przyjaciela - tłumaczy, kiedy pytasz go, czemu tak się napalił na koszulkę z Amsterdamem. - Zioło go specjalnie nie ubawi. O, ta jest fajna. - Wyciąga niebieską z biało-czerwonym obrazkiem zabytkowych kamienic na starówce. - I rozmiar dobry - mruczy, patrząc na metkę.
- Masz kogoś? - pytasz, oglądając jeszcze koszulki z Guevarą. To „przyjaciel” nie jest dla ciebie zbyt jednoznaczne, chociaż Michał nie nazywał tak nigdy swoich chłopaków.
- Nie. - Kręci głową i wstaje. - To przyjaciel. Też gej, ale to nie znaczy od razu, że musimy ze sobą sypiać - dodaje z rozbawieniem.
- Nie no, jasne - zgadzasz się, chociaż jeszcze przed chwilą chyba tak jakoś myślałeś.
Monika kupiła chodaki. Wygląda w nich... jak fajna laska w chodakach, co innego miałeś odpowiedzieć na jej pytanie o wygląd?
Na starówce jest spory tłok, chwilami musicie iść gęsiego. W odpowiedniej kawiarence, o którą Radek dopominał się od pół godziny, zamawiacie sobie trochę marihuany do palenia i parę kawałków ciasta z ziołem. Ty nie palisz, bo prowadzisz, Michał, bo w ogóle nie, Monika z Magdą też odmawiają, ale Gośka z Anetą i reszta chłopaków popalają skręta radośnie. A potem wyprowadzacie twojego zzieleniałego brata na ławkę na zewnątrz, żeby doszedł do siebie.
- Bo nawet ćpać trzeba umieć - stwierdza Mateusz sentencjonalnie.
- A ty, młody, na szczęście nie umiesz - uzupełniasz, patrząc na Radka z ulgą. Nie jest już taki zielony.
W czasie ponownego spaceru po rynku Gośka przysiada na ziemi, bo teraz jej jest niedobrze. Dziewczyny prowadzą ją pod ręce na ławkę.
- Bo nawet ćpać trzeba umieć - powtarza swoje motto Mateusz.
- Trzeba też umieć zmienić płytę - odwarkuje Gośka, pochylając głowę między kolana. Na szczęście nie wymiotuje.
Kupujecie sobie potem frytki i picie w jakimś barze; zjadacie to na stojąco, obserwując ludzi na rynku. Michał oddaje ci swoją porcję ketchupu, bo on w ogóle tego nie używa, a ty lubisz dużo.
Gdy już się nieco ściemnia, ruszacie do Dzielnicy Czerwonych Latarni. Mateusz trąca Michała w ramię.
- Skała, ty się zanudzisz - mówi z koleżeńską złośliwością. - Dziewczyny też.
- Na alfosnów sobie popatrzymy - odcina się Michał, a Mateusz rechocze, kiwając głową.
Dzielnica jest niesamowita i podniecająca: w każdym pokoju czy pomieszczeniu przynajmniej jedna laska w samej bieliźnie, czerwone światła w środku, tłum ludzi na zewnątrz. Nie wiesz, gdzie najpierw patrzeć, najchętniej przykleiłbyś się do wszystkich szyb naraz. Stojąca za tobą Monika mówi nagle cicho:
- Potworne.
- Jak mięso w spożywczym - odpowiada jej Michał równie cicho. - Zupełnie odczłowieczone.
- W zasadzie mogłyby założyć na głowy worki na śmieci - dodaje Monika. - Efekt byłby ten sam.
Odchodzisz kawałek dalej, bo chociaż kochasz Monikę, to wiesz, że ona nie rozumie. Przecież to genialne, widzieć tyle seksownych, prawie nagich kobiet dookoła siebie. Aż się gorąco robi.
Sobotni wieczór mija na oglądaniu Dzielnicy i na ostatnim spacerze po rynku. Koło północy wracacie do samochodu; ty i Michał kładziecie się za siedzeniami, w bagażniku połączonym bezpośrednio z autem. Leżycie obok siebie, Michał na boku, tyłem do ciebie, twarzą do zagłówków siedzeń, a ty na plecach, obaj okryci kurtkami. Mateusz z Rafałem poszli jeszcze raz pogapić się na prostytutki w Dzielnicy, więc dziewczyny i twój brat mają więcej miejsca do spania.
Słyszysz spokojny oddech śpiącego kumpla. Trochę cię razi światło pobliskiej latarni, więc naciągasz kurtkę na twarz i jesteś coraz bardziej rozluźniony.
A potem to czujesz. Krótkie, mocne i bolesne. Zrywasz się, wściekły, i szarpiesz Michała za ramię.
- Co? - jęczy ten sennie.
- Skała, wstawaj i ściągaj glany - warczysz cicho, żeby nie obudzić reszty. - Właśnie mnie przed chwilą kopnąłeś. Ty tymi kopytami chyba wywijasz przez sen na wszystkie strony. Nie dziwię się, że nikogo nie masz, pewnie wszystkich swoich facetów zakopałeś na śmierć.
Michał patrzy na ciebie przez chwilę, przytomniejąc, a potem, dusząc się od powstrzymywanego śmiechu, siada, zdejmuje buty i kładzie je w kącie bagażnika, przy stopach. Jeszcze chwilę później, gdy znów leżycie okryci kurtkami, podśmiewa się w swoją.
Budzisz się po raz trzeci, odkąd się zmieniliście. Otwierasz oczy i najpierw widzisz trochę oświetloną drogę, potem drugi pas autostrady, po którym jedzie inny mikrobus, potem dłoń Moniki na twoim kolanie, potem jej głowę opartą na twoim ramieniu, a potem znów zamykasz oczy.
Gdy budzisz się kolejny raz, masz twarz zwróconą w drugą stronę, więc widzisz Michała.
Prowadzi spokojnie, wygląda na wyspanego. Szybka muzyka gra na tyle głośno, by w razie czego nie dać mu łatwo zasnąć, podobnie jak włączone światło. Zresztą obaj z Michałem potraficie wyczuć, kiedy tracicie już siły. Gdy w pewnym momencie mieliście zupełnie dość, zaparkowaliście na jakiejś zamkniętej stacji i znów się przespaliście w bagażniku.
- W porządku? - pytasz na wszelki wypadek.
- W porządku, w porządku - odpowiada, zerkając na ciebie. - Śpij, jeszcze pewnie z godzinę dam bez problemu radę.
Jest jedną z trzech czy czterech znanych ci osób, przy których odważysz się zasnąć, gdy prowadzą w środku nocy samochód. Przytulasz mocniej Monikę i przymykasz oczy. Michał bierze łagodny zakręt, a światła samochodu rzucają na czarny pas autostrady dwie żółtawe, jajowate smugi.

***

Stoisz przed drzwiami jego mieszkania podenerwowany. Cholera, miesiąc raptem nie było cię w mieście, a tu takie historie.
Kiedy ci otwiera, w pierwszej chwili go nie poznajesz. Jest blady, rozczochrany, w twarzy ma coś tak potwornie smutnego i zgaszonego, że aż nie wiesz, co powiedzieć.
- O, Paweł - mówi głosem wypranym z jakichkolwiek emocji i odsuwa się, żeby cię wpuścić.
W mieszkaniu nie ma takiego bałaganu, jak się spodziewałeś. Siadacie w kuchni. Patrzysz na niego jak na ducha; w niczym nie przypomina tego Michała, którego znasz od tylu lat.
- Potwornie mi przykro - odzywasz się wreszcie. - Dopiero wczoraj wróciłem z Warszawy, Monika mi powiedziała, ledwo się spotkaliśmy. Nie chciałem dzwonić, nie wiedziałem... no, co powiedzieć - kończysz przepraszająco. On tylko kiwa głową i odpowiada:
- Miło, że przyszedłeś - ale jego głos nadal jest bez życia.
Wiedziałeś, że on i jego ciotka mają tylko siebie, nie licząc kota, którego francuskiego, długaśnego imienia, chyba z jakiejś powieści, nie mogłeś nigdy zapamiętać i który pożegnał się z tym światem około roku temu; wiedziałeś, że Michał bardzo swoją ciotkę kocha; wiedziałeś, że strata bliskiej osoby boli - ale nie spodziewałeś się, że śmierć ciotki załamie go aż tak potwornie. Z drugiej strony, myślisz, patrząc, jak siedzi osowiały i wyłączony, mogą mu się przypominać teraz rodzice i tym bardziej go to dobija. Poza tym od pogrzebu minęło raptem kilka dni, nadal jest w szoku.
- Mogę ci jakoś pomóc? - pytasz cicho. Michał kręci głową, a potem nagle uśmiecha się blado i patrzy na ciebie.
- Nie, dzięki... Sebastian wszystko załatwił. - Słyszysz wreszcie w jego głosie jakieś emocje, coś łagodnego i ciepłego. - I załatwia - dodaje. - Przychodzi, gotuje. - Michał wskazuje głową kuchenkę. - Zmywa, ogarnia, kupuje, wyrzuca - wylicza, prostując się trochę. - Podanie też za mnie napisał - dodaje. - Musiałem się tylko podpisać. Do dziekana, o coś tam okolicznościowego, nie pamiętam, nawet nie czytałem, nie będą się mnie czepiać, jak wrócę na zajęcia. Na razie nie mogę się zebrać - wyjaśnia jeszcze. Opiera łokcie na stole i wsuwa dłonie we włosy. - Paskudnie się czuję - mówi cicho. - Wiesz, co jakiś czas żalę się Sebastianowi, w kółko to samo, a on słucha i nie marudzi, że się powtarzam. A poza tym jest cholernie pusto. - Unosi nieco głowę i znów na ciebie patrzy. - W domu. Taka cholerna cisza i pustka, czasami, jak wchodzę do pokoju ciotki, to odruchowo chcę powiedzieć „ciociu” albo zapytać, czy coś jej przynieść, i łapię się na tym, że szukam jej wzrokiem na kanapie i przy biurku.
Teraz ma zmęczony głos, tak jak twarz i spojrzenie; to zmęczenie jest wyczuwalne w każdym geście. Żal ci go bardzo i głupio się czujesz, że nie byłeś na pogrzebie, chociaż przecież siedziałeś wtedy w Warszawie, a Monika, jak wyjaśniła, po prostu nie wiedziała, jak ci to powiedzieć tak przez telefon, niczym wiadomość, że kupiła sobie nowego laptopa. To dlatego ostatnio dzwoniła rzadziej i rozmawiała krócej, wymawiając się złym samopoczuciem. Już myślałeś, że znalazła sobie kogoś, więc wróciłeś do Szczecina przygotowany na kłótnię i próby odbicia jej jakiemuś dupkowi, a ona po przywitaniu cisnęła w ciebie taką wiadomością. Ulga, że między wami wszystko w porządku, przemieszała się ze współczuciem i poczuciem winy, że nie mogłeś jakoś wesprzeć kumpla.
- Masz gdzie mieszkać? - pytasz naraz. - Tego mieszkania na pewno ze stypendium nie opłacisz, masz gdzie mieszkać? Bo możesz u mnie, zmieścisz się.
Jego lekki uśmiech łagodzi twoje wyrzuty sumienia. Możesz mu pomóc. Nawet jeśli on tej pomocy nie potrzebuje, jak się okazuje, gdy odpowiada:
- Nie, dzięki, Sebastian już mnie do siebie władował, od piątku do niego idę. - Prostuje się wreszcie całkowicie i odgarnia włosy sprzed oczu. - Mam u niego siedzieć, póki nie napiszę licencjatu i się nie obronię. A mieszkanie będę musiał sprzedać. - Tego się akurat domyślałeś. - Potem się za czymś rozejrzę... - mruczy, patrząc gdzieś ponad twoją głową. - Chcesz coś do picia? - pyta nagle. Chyba dopiero teraz w pełni dotarła do niego twoja obecność.
Odpowiadasz, że nie i pytasz, czy będzie mu dobrze u tego Sebastiana - którego co prawda dotąd nie spotkałeś, ale za to którego imię słyszałeś już tyle razy, bo Michał nazywał go zawsze swoim najbliższym przyjacielem i co chwila o nim wspominał. Teraz uśmiecha się z cieniem rozbawienia.
- Bardzo - zapewnia spokojnie. - Zmusi mnie do wstania, umycia się, zjedzenia czegoś, pójścia na uczelnię, a po powrocie do pisania pracy. Wiesz, taka metoda kija i marchewki - wyjaśnia, kładąc ręce na stole i przyglądając się im. - Zrobi mi jedzenie, a potem wrzaśnie, że mam ruszyć mózgiem przed laptopem albo wynosić się na wykład. Śmieszne, ale w jego wykonaniu to działa.
Dajesz słowo, jeżeli ten facet jest niższy i drobniejszy od Michała, to chyba będziesz wył ze śmiechu na wyobrażenie tej metody kija i marchewki. Ale nie teraz, teraz to nie jest stosowne.
Rozmawiacie jeszcze parę chwil, a potem żegnasz się i wychodzisz. Cholera, za dużo nie możesz zrobić. Możesz najwyżej przejść się z Moniką na cmentarz w niedzielę i zapalić u ciotki Michała lampkę, bo ta kobieta zawsze była dla was taka miła, pozwoliła wam zrobić w swoim mieszkaniu kawalerski wieczór, gdy Krzychu się żenił półtora roku temu i wiesz, że zawsze traktowała Michała jak matka. Akceptowała bez słowa jego decyzje co do studiów. I jego orientacja nigdy nie stanowiła dla niej problemu.
Przejdziesz się z Moniką w niedzielę.

***

Odchodzisz od małego warzywniaka z torbą pełną jabłek i czereśni oraz reklamówką, którą rozpychają trzy duże kiście winogron. Mężczyźni są od dźwigania, oświadczyłeś wyniośle Monice, gdy rano się okazało, że w ten piękny, majowy czwartek silnik samochodu jednak zdechł i nie pojedziecie po zakupy. Mężczyźni są od dźwigania, więc wyskoczyłeś do centrum, załatwiłeś w banku, co musiałeś i kupiłeś owoce, a Monika obiecała, że wracając z biblioteki, kupi chleb i serek topiony z czosnkiem, bo to lekkie. Ruszasz z Rodła na Niepodległości, musisz złapać jedynkę.
I naraz słyszysz krzyk:
- Paweł! - który zmusza cię do odwrócenia głowy. Po drugiej stronie ulicy, przed drzwiami księgarni Matras, stoi Michał, a w zasadzie stał, bo właśnie machnął ci ręką i rzucił się, by przeciąć kolejno: swoją część ulicy, część przystanku tramwajowego, niewysokie ogrodzenie - jednym pięknym susem - kolejną część przystanku i twoją część ulicy. Cud, że nigdzie nie ma straży miejskiej, która by go zgarnęła i wypchała mandatami po glany.
Witasz się z nim uprzejmym pytaniem, czy mu zupełnie odpierdzieliło, żeby jak pieprzona baletnica podskakiwać między pędzącymi samochodami.
- Jakimi pędzącymi - odpowiada radośnie, a ty patrzysz podejrzliwe. Wygląda, jakby się czegoś nawąchał.
- Co ci się tak gęba cieszy? - pytasz.
- Dostałem pracę w „Pograniczach”! - krzyczy na całą ulicę, aż jakaś starsza pani się za wami ogląda, a dwie nastoletnie dziewczyny chichoczą, przechodząc obok.
Idziecie na twój przystanek i siadacie na ławce; teraz dopiero rozumiesz, w czym rzecz: „Pogranicza” to dwumiesięcznik literacki. Michał dostał tam pracę - no, może nie do końca taką pracę, jak sobie wyobrażałeś, bo nie ma stałego etatu, ale zamówiono u niego kilka artykułów i wreszcie będą mu za to płacić, a nie, jak na studiach, łaskawie pozwalać, żeby zamieszczał u nich swoje teksty i cieszył się z tego, że je w ogóle przyjęto.
Michał wymachuje glanami tak radośnie i z takim zacięciem, że czekasz, kiedy mu któryś but spadnie i poszybuje gdzieś - może do tyłu, zaliczając długi lot i lądując na dachu budynku Trzynastu Muz, w którym znajduje się redakcja tego Michałowego pisma.
Skała wygląda bardzo dobrze: odprężony, uśmiechnięty - szczerzy się bez ustanku - rozgadany, ożywiony. Zbyt ożywiony, bo dostajesz jego gwałtownie gestykulującą prawą ręką w nos. Michał cię przeprasza, śmieje się sam z siebie i gestykuluje dalej.
Rozmawiacie dość długo, przepuszczasz cztery kolejne jedynki. Trudno, tramwaje jeszcze przyjadą, a z kumplem dawno się nie widziałeś.
Michał pisze do paru gazet, te „Pogranicza” to jego małe marzenie, które mu się wreszcie spełniło, publikuje drobne opowiadania w jakimś czasopiśmie o fantastyce i działa w Lambdzie. Poza tym przez styczeń i luty latał po mieście, pomagając w organizowaniu marcowej Manify, teraz urządza większą grupą jakiś maraton filmów LGBT, ale to już prywatnie, poza tym udziela się jakoś w Teatrze Kana, tego akurat za bardzo nie rozumiesz, bo Michał wdał się w jakieś dygresje do dygresji i właśnie zaczął na głos układać projekt monodramu.
Ty opowiadasz o sobie, o Monice, o waszym planowanym wyjeździe w lipcu do Włoch, bo Monika marzy o zwiedzeniu Rzymu; potem jeszcze chwilę gadacie, a potem Michał pyta o godzinę i po usłyszeniu odpowiedzi zarzuca sobie na ramię plecak, który dotąd leżał na ławce między wami.
- Muszę lecieć - mówi, wstając. - Za dziesięć minut muszę być na Zamku, umówiłem się z Sebastianem na oblewanie moich „Pograniczy” lodami.
- Jak dzieci - wytykasz mu z rozbawieniem.
- Ej, ja się czuję młody - odpowiada Michał, ściskając twoją rękę. - Dopiero co skończyłem dwadzieścia pięć lat, co to jest?
- Ćwierć wieku, Skała - wypominasz mu. - Ja mam do tego jeszcze trzy tygodnie, ale ty już lecisz z górki.
Michał uśmiecha się szeroko.
- Ja się zaraz odmłodzę - odpowiada, poprawiając nieco przekrzywioną paskiem plecaka szarą koszulę. - Sebastian powiedział, że on stawia, więc naciągnę go na wielkie lody i będę marudził jak dzieciak, a on będzie na mnie patrzył z wyrozumiałym i cierpliwym politowaniem.
- A potem trzaśnie cię w pysk - kończysz z rozbawieniem, przekładając reklamówkę z winogronami z lewej ręki do prawej.
- W łeb - poprawia cię. - On mi z reguły daje w łeb.
Ten jego rudy łeb widzisz jeszcze przez moment, gdy Michał przechodzi na drugą stronę ulicy - tym razem przez pasy - znów macha ci ręką i znika na odnóżu Placu Żołnierza Polskiego, które poprzez Trzynaście Muz i Muzeum Narodowe prowadzi do Zamku Książąt Pomorskich.

***

Wkładasz do wielkiego, wypełnionego już trochę koszyka na zakupy sos boloński i wegetariański. Obiecałeś Monice zrobić makaron na ostro. Zostawiasz półki z sosami, kierujesz się ku herbatom.
Nadal jesteś z Moniką. Nie pobraliście się, bo ona na razie nie ma ochoty na małżeństwo. Nie naciskasz, nie czujesz już potrzeby kurczowego trzymania jej przy sobie. Monika pracuje z trudną młodzieżą w publicznym ośrodku, angażuje się w propagowanie czytania wśród młodocianych przestępców w poprawczaku oraz kieruje akcją „Umiem wyrażać emocje” w szkołach. Lubisz patrzeć na pełne podziwu spojrzenia kolegów, gdy chwalisz się, co robi Monika. Lubisz patrzeć na jej szczęśliwą twarz, pełną satysfakcji z pracy. Lubisz patrzeć po prostu na Monikę, która robi to, co chciała robić.
Ty masz firmę leasingową, którą z coraz lepszym efektem rozkręcasz. Oboje dużo pracujecie, macie dla siebie mało czasu - ale za to jaki to jest czas! Dzisiaj, gdy Monika wróci ze szkolenia w Poznaniu, zjecie twój makaron z sosem, potem będziecie się długo kochać, potem przegadacie pół nocy, a potem Monika zrobi na śniadanie jajka na miękko i sałatkę z warzyw. O właśnie, musisz kupić jajka.
Nie, żeby zawsze było idealnie, żebyście się nigdy nie kłócili, żeby nie było spięć, wzajemnych wyrzutów i gniewnego milczenia. Ale teraz umiecie sobie z tym radzić inaczej niż za pomocą obrażonego zrywania. W końcu macie już po dwadzieścia dziewięć lat.
Popychasz wózek, w którym jest i ulubiona wiśniowa herbata Moniki, i twoja malinowa. W Carrefourze nie ma zbyt wielu ludzi o tej porze, dochodzi dopiero dwunasta; pamiętasz, że gdy byłeś tu w zeszłym miesiącu, pod koniec sierpnia, nie mogłeś się przecisnąć - wszędzie tłumy rodziców i dzieci, kupujących rzeczy do szkoły i krzyczących na siebie wzajemnie. Teraz, pod koniec września, młodsze wrzaskuny siedzą już w budach.
Nagle zauważasz ciemnorudą czuprynę pochyloną nad koszykiem, parę metrów przed tobą. Patrzysz uważnie: dość wysoki rudzielec grzebie w zakupach, potem odwraca głowę w bok, chyba szukając kogoś wzrokiem - i widzisz, że to Michał. Kurde.
W ostatnich latach wasze kontakty mocno się rozluźniły - ty miałeś dużo pracy i dużo nowych znajomych, on też. Czasami do siebie dzwoniliście, czasami się gdzieś spotykaliście, przez zeszłe dwa-trzy lata to chyba tylko natykaliście się na siebie na mieście.
Inna rzecz, że przy tak osłabionych kontaktach całkiem nieźle orientujesz się w jego sytuacji. Czytałeś wszystkie trzy zbiory jego opowiadań, wiesz, że pisał scenariusz do jakiegoś serialu fantasy, nawet parę odcinków widziałeś, współorganizował jakąś konferencję o seksie czy płci, poza tym w paru gazetach i czasopismach są jego teksty, recenzje książek i jeszcze inne, a niedawno napisał sztukę.
Opowiadania ci się podobały; były tam co prawda wątki gejowskie, lesbijskie zresztą też, ale ci nie przeszkadzały - te lesbijskie to nawet mogłyby być bardziej szczegółowe; serial był fajny, tylko szedł o niewygodnej dla ciebie porze; recenzje i te inne teksty regularnie czyta Monika, ona też widziała sztukę, bo ciebie wtedy nie było w kraju. Mówiła, że świetna i że jak znowu będą ją wystawiać, musicie iść razem. Fakt, chętnie byś to obejrzał.
Podchodzisz do niego. Wita się z tobą zdumiony i wesoły, pytasz, co u niego, a wtedy obok was pojawia się bardzo wysoki brunet, który wsadza do koszyka dużą butelkę płynu do mycia naczyń i dwa pudełka proszku do prania. Patrzy pytająco, więc Michał was sobie przedstawia. W sumie to wcale nie czujesz się zaskoczony, gdy słyszysz imię tego faceta, tyle razy już twój kumpel je wypowiadał.
- To ja was zostawię, chłopaki - mówi tamten z przyjaznym uśmiechem. - Nagadajcie się spokojnie. Biorę koszyk, Michał, idę po mięso, a potem będę gdzieś przy sokach. Cześć - rzuca do ciebie i odchodzi, pchając koszyk.
- Przyjaciel, co? - pytasz z rozbawieniem. Michał uśmiecha się szeroko, mógłbyś policzyć mu zęby.
- Przyjaciel, spowiednik, opieka zdrowotna, dokarmiacz, stały czytelnik i wielka miłość - odpowiada głosem, w którym słychać olbrzymią radość i coś niezmiernie czułego. - Przemocą wyciąga mnie ze sobą na zakupy, bo mówi, że nie zamierza sam cierpieć, ale jakoś to wytrzymuję.
Rozmawiacie chyba ponad pół godziny; Michał wygląda na szczęśliwego, mówi o swoim pisaniu, co prawda z pewnym zakłopotaniem, jakby zdradzał coś intymnego, ale jednocześnie z dumą, szczególnie gdy wspomina o sztuce teatralnej, mówi także o tamtym facecie; ty mu opowiadasz o swojej firmie, o pracy Moniki oraz o samej Monice.
- Cholera, która godzina? - pyta naraz Michał, a gdy spoglądasz na zegarek - bo Skała, jak zawsze, zegarka nie nosi - i odpowiadasz, obaj stwierdzacie, że jest późno. - Muszę iść - mówi Michał. - Trzeba pocierpieć przy wypakowywaniu koszyka przy kasie i ładowaniu potem wszystkiego do reklamówek.
Ściskacie sobie ręce, żegnacie się i Michał znika między półkami po lewej, a ty skręcasz wózkiem w prawo. Podejrzewasz, że znów minie sporo czasu, nim się kolejny raz zobaczycie - ale w gruncie rzeczy to wcale nie szkodzi. Michał to i tak twój dobry kumpel.

***

Czasami masz wrażenie, że musisz opowiedzieć sobie jakieś wydarzenie z boku, jakbyś to nie ty opowiadał, tylko ktoś trzeci, ktoś, kto mówiąc do ciebie, prowadzi cię za rękę po twoim własnym życiu. Umożliwia ci to nabranie pewnego dystansu do siebie i do tego, co przeżywasz, spojrzenie cudzymi oczami, przyjrzenie się samemu sobie z innej strony. Dzięki takiej opowieści w niezrozumiały sposób cała historia zaczyna się układać zgodnie z właściwą hierarchią i dostrzegasz smak, wartość, urok drobiazgów. Nie jesteś w stanie określić, od kiedy ci się zaczęło to autorelacjonowanie i dlaczego, ale po prostu tak masz i czujesz tego potrzebę.
Czasami więc opowiadasz sobie siebie, myślisz o swoim życiu jako o czymś cudzym, oglądanym i komentowanym, prowadzisz swoisty monolog ku sobie, nadawcy i odbiorcy zarazem.
Czasami zatem stajesz z boku samego siebie i uważnie się obserwujesz, opowiadasz, opisujesz. Tak jak przed chwilą, gdy jego czupryna znikała ci z oczu.

KONIEC