Szach mat 17
Dodane przez Aquarius dnia Listopada 04 2011 23:01:14
Pewnego dnia król postanowił przejechać się konno. Jak zawsze w takich wypadkach, jeden z królewskich doradców przyszedł do koszar i zebrał mały oddział, który miał jechać z królem dla jego ochrony, chociaż jeszcze nigdy nie zdażyło się żeby królewskie życie było w niebezpieczeństwie. Ponieważ tego dnia Sanus zajęty był sprawami państwowymi, Lantar postanowił dołączyć do królewskiej świty. Dużo słyszał o nowym królu od ukochanego i bardzo chciał go zobaczyć. Pierwszym co go zdziwiło to fakt iż król nie życzy sobie odświętnych mundurów królewskiej gwardii przybocznej, tylko zwykłe ubiory, nawet te noszone nacodzień, po służbie. Drugim co go zdziwiło był sam król. Kiedy go w końcu zobaczył, myślał iż to kolejny z królewskich doradców przyszedł omówić szczegóły królewskiej przejażdżki. Był młody i bardzo skromnie ubrany, w prosty strój, podobny do tego, który nosił Sanus, jedynie w szarym kolorze. Jednakże kiedy wszyscy żołnierze zaczęli klękać przed tym młodzieńcem, zrozumiał iż to król we własnej osobie. Kolejne zdziwienie przeżył kiedy król odezwał się do jednego z żołnierzy. To był jeden z tych, którzy razem z nim wrócili by wyleczyć rany. Król rozmawiając z nim uśmiechał się i uważnie słuchał co żołnierz miał do powiedzenia. Lantar był zszokowany, ich nowy władca był zupełnie inny niż Lamer dziewiąty!
W końcu Jego Wysokość wsiadł na konia i ruszyli na przejażdżkę. Lantar był wprawnym jeźdźcem i widział iż król nie radzi sobie zbyt dobrze na koniu, jednak widać było iż stara się jak może i nie próbuje ukrywać swoich niedoskonałości.
Przejażdżka przebiegała spokojnie. Król pozwolił koniowi biec kłusem. W pewnym momencie, nie wiadomo skąd, na drogę wyskoczył zając. Królewski koń spłoszył się i stanął dęba. Niestety król nie zleciał, tylko kurczowo chwycił się końskiej grzywy. Niestety. Gdyby zleciał z konia to uchroniło by to od poważniejszego wypadku, który wkrótce miał się zdarzyć. Zanim żołnierze zdążyli zareagować koń puścił się w cwał unosząc władcę w nieznanym kierunku. Żołnierze szybko ruszyli za nim. Lantar widział jak król pochyla się nad końskim łbem i próbuje uspokoić go. Jednak nie przynosiło to żadnego skutku. Jednak po pewnym czasie chyba zaczęło to dawać efekty bo odległość miedzy królem a żołnierzami zaczęła zmniejszać się. I kiedy już wydawało się, że koń stanie tuż nad samym klifem, nagle miedzy jego kopytami mignęło szarobiałe futerko i koń zrzucił jeźdźca wprost w przepaść. Kiedy żołnierze w końcu przybyli zobaczyli spokojnie pasącego się konia i ani śladu króla. Przerazili się. Już widzieli siebie skracanych o głowę za nieupilnowanie króla, gdy jeden z nich postanowił zobaczyć jak głęboka jest przepaść. Pochylił się ostrożnie a jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
- Hej, zobaczcie!
Wszyscy pochylili się nad przepaścią i zobaczyli niewielką półkę na której leżał król.
- Jak myślicie, żyje? – zapytał jeden.
- Cholera wie, nie rusza się.
- Trzeba wrócić do zamku po pomoc!
- Dobry pomysł! – odkrzyknęli pozostali i wsiadłszy na konie ruszyli w stronę zamku.
Ruszyli wszyscy z wyjątkiem jednego, Lantara. Postanowił on zejść na dół i wyciągnąć króla. Czepiając się wystających kamieni i rosnących na ścianie roślin powoli zszedł na skalną półkę. Pochylił się nad nieprzytomnym i ostrożnie przekręcił go na plecy. Odetchnął z ulgą, kiedy usłyszał jęk.
Oddarł ze swojej koszuli dwa wielkie pasy i obwiązał rany króla na głowie i na nodze.
- Wasza Wysokość – pochylił się nad królem – Wasza Wysokość .
Z ust leżącego wyszedł jęk a jego powieki lekko drgnęły. Powoli uniosły się, jednak szybko się zamknęły przysłaniając zamglone od bólu oczy. Lantar podarł resztki swojej koszuli na pasy, zarzucił sobie nieprzytomnego na plecy i przywiązał. Modląc się by te prowizoryczne liny wytrzymały, zaczął się wspinać z powrotem. Niestety szło mu to o wiele wolniej niż schodzenie, ze względu na ciężar na plecach. Ale w końcu wydostał się. Przez chwilę klęczał pochylony próbując wyrównać oddech. Odwiązał nieprzytomnego wciąż króla i położył ostrożnie na ziemi. Sprawdził oddech, był ledwo wyczuwalny, ale wciąż był. Odetchnął z ulgą. Nigdy by sobie nie darował gdyby król przez niego zginął. Podprowadził konia i przerzucił nieprzytomnego przez siodło.
- Proszę o wybaczenie, wasza wysokość, ale inaczej nie da rady – powiedział, mimo iż wiedział, że król go nie słyszy.
Wsiadł na konia i powoli ruszył w stronę zamku. Starał się tak prowadzić konia aby jak najmniej trzęsło.
Był już mniej więcej w połowie drogi, gdy zobaczył pędzących w jego stronę żołnierzy i powóz.
Ostrożnie przełożyli króla do powozu i szybko ruszyli w drogę powrotną. Na pałacowym dziedzińcu już czekał medyk i doradcy. Zaaferowany Lantar, śledzący z niepokojem służących niosących nieprzytomnego władcę nawet nie zauważył wpatrzonych w niego z podziwem oczu, oczu jego ukochanego.
Doradcy weszli do pałacu zaraz za królem, więc żołnierz nie miał możliwości nawet zamienienia jednego słowa z Sanusem. Ale nie przeszkadzało mu to. Wiedział, że gdy przyjdzie wieczór znowu zakradnie się do jego komnaty i będzie napawał się jego ciepłem i miłością.
Wrócił do koszar. Oporządził konia i postanowił przed swoją potajemną schadzką poćwiczyć trochę pisanie. Przez te pół roku, gdy był na granicy, jego ręka odwykła od pióra.

***

Siedzieli wszyscy w sali obrad i omawiali wydarzenia ostatniego tygodnia, gdy nagle drzwi otworzyły się z rozmachem i wpadł służący.
- Wasza miłość! Wasza miłość! – krzyczał już od progu, a gdy podbiegł do stołu powiedział: - Wasz miłość, wrócili żołnierze który wyjechali z jego wysokością i powiedzieli, że jego wysokość spadł z konia w przepaść!
- Nie żyje? – zapytał zaniepokojony Kirim, a pozostali doradcy bez słowa patrzyli przerażeni na służącego.
- Nie wiadomo, wasza miłość. Jego wysokość spadł na skalną półkę i potrzebne są jakieś liny żeby go stamtąd wyciągnąć.
- No to na co czekasz? – zirytował się główny doradca.
- Żołnierze już się tym zajęli. Medyk kazał mi tu przyjść i powiadomić waszą miłość.
- Powiadomiłeś mnie i możesz już odejść.
Służący ukłonił się i wyszedł. Kirim usiadł i oparł brodę na złączonych razem dłoniach.
- Kirim… - wyszeptał Sanus. – Co teraz będzie?
- Nie wiem – odparł . – Miejmy nadzieję, że jego wysokość przeżyje.
- A jeżeli nie? – zapytał Ganar.
- Nie chcę nawet o tym myśleć – mruknął Kirim i wyszedł bez słowa z sali. Pozostali ruszyli za nim.
Wyszli na dziedziniec i czekali aż żołnierze wrócą. W końcu na horyzoncie ukazało się kilku konnych, a zaraz po nim wóz.
Służący szybko wzięli nieprzytomnego króla i zanieśli do jego komnaty. Za nimi ruszył medyk i królewscy doradcy. Niestety medyk nie wpuścił ich do królewskiej komnaty.
Stali więc pod drzwiami niecierpliwie czekając aż medyk skończy swoje. W końcu drzwi się otworzyły.
- I jak? – zapytał się z niepokojem w głosie Kirim. – Żyje?
- Na razie żyje, chociaż leży nieprzytomny. Niestety nie wiem czy przeżyje.
Doradcy zasępili się.
- Musi przeżyć – powiedział stanowczo Ganar. – Wszakże przepowiednia mówi iż doprowadzi nasz kraj do dobrobytu!
- Może przepowiednia mówi jednak o kimś innym? – zapytał nieśmiało Sanus.
- Na pewno chodzi o niego - odparł stanowczo Ganar.
- W takim razie będzie żył – Sanus był pewny siebie. – Musi żyć, żeby wypełnić przepowiednię i doprowadzić nasz kraj do rozkwitu – wyszeptał już mniej pewnie.
- Nawet jeżeli będzie to wymagało od niektórych poświęceń? – zapytał Kirim, a pozostali spojrzeli na niego, zastanawiając się o czym on mówi.
- Może nie będzie aż tak źle – bąknął niepewnie Sanus. – Z każdej sytuacji jest zawsze jakieś wyjście, prawda?
- Masz rację – Kirim uśmiechnął się i poklepał Sanusa po plecach. – Będziemy się martwić jak przyjdzie na to czas.
Sanus uśmiechnął się niepewnie.

***

Minęło kilka dni. Rany Lantara zagoiły się już całkowicie i dzień powrotu nad granicę zbliżał się wielkimi krokami. Ale on nie chciał o tym myśleć. Jego myśli zaprzątał tylko i wyłącznie Sanus i ich potajemne schadzki u niego w komnacie. Dopóki mógł, chciał spędzić z nim jak najwięcej czasu. Niestety nadszedł dzień gdy dostał rozkaz powrotu na granicę. Właśnie przygotowywał się do wyjazdu, który miał nastąpić na następny dzień, gdy nagle usłyszał jakieś poruszenie na dziedzińcu koszar. Zaciekawiony wyszedł z budynku i zobaczył idącego w jego kierunku jednego z królewskich doradców. Krótkie czarne włosy, srogi wyraz twarzy. Czarny strój dopełniał całości, sprawiając, że czuło się wokół niego jakąś dziwną aurę. Widocznie nie tylko on tak uważał. Inni żołnierze także patrzyli na niego z zainteresowaniem i pewną dozą niepewności. Tymczasem doradca podszedł do Lantara. Przez chwilę taksowało spojrzeniem, aż w końcu odezwał się:
- Ty jesteśs Lantar Sonusa? – głos miał dźwięczny, opanowany i jakiś taki… Lantar nie potrafił znaleźć właściwego słowa, wiedział tylko iż dziwnie się czuje.
- Ja – potwierdził. Nie było sensu zaprzeczać.
- Jego wysokość chce cię widzieć. Masz przyjść dzisiaj w południe do sali tronowej. Zrozumiałeś?
- Wasza miłość jest pewien, że to o mnie chodzi? –zdumiał się.
- To ty wyciągnąłeś jego wysokość z tej przepaści?
- Ja.
- Więc chodzi o ciebie. Ubierz się należycie i przyjdź w południe do sali tronowej. Jego wysokość chce cię nagrodzić za twój czyn.
- Ależ nie ma takiej potrzeby. Ja…
- Skoro jego wysokość uważa iż należy cię nagrodzić, to tak ma być – doradca przerwał Lantarowi zimnym głosem i nie czekając na reakcję żołnierza odwrócił się i odszedł.
Zaskoczony żołnierz patrzył na oddalającego się doradcę dopóki ten całkiem nie zniknął. Dopiero wtedy obstąpili go inni żołnierze i zaczęli gratulować. Lantar był wyraźnie zakłopotany.
Niektórzy z żołnierzy postanowili to uczcić i ruszyli do miasta do karczmy. Lantar wiedział, że żołnierze nie będą sobie żałować, więc odmówił pójścia z nimi. Owszem, jak każdy, lubił wypić dobry trunek, lecz nie lubił tych popijaw w czasie których żołnierze pili do upadłego. Dlatego też zawsze się z nich wykręcał. Tym razem miał ułatwienie w osobie króla. Stanęło więc na tym iż inni poszli świętować za niego.
Lantar wrócił do izby i usiadł na łóżku. Jego serce zaczęło walić jak oszalałe, zrobiło mu się dziwnie gorąco. Nie mógł w to uwierzyć. Jego rodzina tez nie uwierzy. Jego wysokość chce go nagrodzić! Może da trochę złotych monet, albo może pozwoli zostać trochę dłużej na zamku? Mógłby wtedy pobyć trochę dłużej z ukochanym. Tak, to by była najlepsza nagroda. Uśmiechnął się i zamknął oczy. Zaczął sobie wyobrażać gdzie zabierze ukochanego i co będzie z nim robił. Przed oczami pojawiały się coraz śmielsze obrazy. Czuł jak jego ciało reaguje na nie. Czuł rosnące podniecenie. Już nie mógł wytrzymać. Położył się i uwolnił pulsującą erekcję. Zaczął się pieścić mając wciąż przed oczami nagiego, seksownego Sanusa. Eksplodował wykrzykując jego imię. Kiedy w końcu odzyskał zmysły, dotarło do niego gdzie jest i przeraził się. Jeśli inni widzieli co robił… Podniósł głowę i z ulgą stwierdził, że izba jest pusta. Odetchnął głęboko. Musi przestać myśleć o Sanusie, musi bardziej się kontrolować. Żołądek dał znać o sobie. Przeszedł do sąsiedniej izby i przygotował sobie posiłek. Potem wrócił do izby w której miał pryczę i wyciągnął kufer. Trzeba będzie przygotować się na spotkanie z królem. Tylko w co ma się ubrać? W odświętny ubiór? Nie, przecież już nie należy do królewskiej straży przybocznej, więc ten strój odpada. A może strój który nosi na co dzień? Nie, zbyt skromnie. Chyba jednak najlepiej będzie ubrać zwykły uniform żołnierski. Tak. Przecież jest żołnierzem, więc jego wysokość powinien go zobaczyć jako żołnierza. Wyciągnął strój i uważnie mu się przyjrzał. Rozłożył go na łóżku, wygładził i strzepnął niewidzialne pyłki. Na szczęście, przygotowując się do powrotu na granicę, odświeżył go wcześniej i teraz nie musiał z nim nic robić. Z wyjątkiem jednego, założenia go. Szybko zmienił odzienie, jeszcze raz sprawdził, czy nigdzie nie ma żadnego pyłku i wyszedł z izby. Opuścił koszary i udał się w stronę zamku. Im bliżej celu był tym bardziej nerwowy się robił. Kiedy stanął przed drzwiami sali tronowej jego serce waliło jak oszalałe. Stał jak skamieniały dopóki służący do niego nie podszedł i nie zaprosił do sali tronowej. Wszedł z wciąż walącym sercem. Szedł powoli, a wszyscy się przed nim rozstępowali. Czuł na sobie ciekawskie spojrzenia, słyszał szepty, ale nic sobie z nich nie robił. Szedł wpatrzony w tron i siedzącego na nim króla. Wyglądał o wiele lepiej niż wtedy gdy Lantar ostatnio go widział. No cóż, jakby nie patrzeć, wtedy był na granicy śmierci. A teraz… Siedział na tronie zupełnie nie jak król. Lantar pamiętał Lamera dziewiątego i jego minę z jaką patrzył na poddanych. Człowiek czuł się wtedy małym, nic nie znaczącym robakiem i bał się zrobić chociażby krok. A Akirin pierwszy miał taką miłą, budzącą zaufanie twarz i uśmiechał się tak ciepło… Był zupełnym przeciwieństwem Lamera dziewiątego. Ośmielony tym wszystkim Lantar podszedł tak blisko tronu, jak tylko można było i uklęknął spuściwszy głowę.
- Czytaj – odezwał siękról.
- Za uratowanie królewskiego życia – Lantar usłyszał głos jednego z doradców. - z narażeniem własnego, my niżej podpisani, król Akirin pierwszy, niniejszym nadajemy Lantarowi Sonusa tytuł szlachecki oraz przekazujemy na własność jego i jego potomkom ziemię leżącą na zachód od stolicy. Podpisano: Akirin pierwszy – doradca skończył czytać i zwinął zwój.
- Powstań. – Tym razem królewski głos zabrzmiał o wiele bliżej, a w zasiegu, wciąż spuszczonego, wzroku Lantara, znalazła się para nóg.
Posłusznie wstał, wtedy król podał mu pierwszy zwój.
– Oto królewskie rozporządzenie na dowód, iż od dzisiejszego dnia możesz używać szlacheckiego tytułu. A to – podał żołnierzowi drugi zwój – akt nadania ziemi. Mam nadzieję, iż będziesz z dumą i honorem reprezentował stan szlachecki oraz przestrzegał wszelkich zasad, hrabio Sonusie.
- To wielki honor i zaszczyt dla mnie bronić królewskiego życia. Póki życia starczy będę stał przy królewskim boku, nawet jeżeli przyjdzie mi poświęcić własne życie. Będę z dumą i honorem reprezentował stan szlachecki i przestrzegał wszelkich zasady tak, by nie przynieść hańby, ani nie zawieść królewskiego zaufania – po czym ucałował królewski pierścień.
Kiedy już było po wszystkim, żołnierz wyszedł. Tymczasem król podszedł do Sanusa.
- Sanus…
- Wasza Wysokość?
- Dzisiaj wieczorem masz przyjść do mojego łoża, zrozumiałeś? – spojrzał groźnie na Sanusa.
- Jak Wasza Wysokość każe – wyszeptał Sanus ze ściśniętym gardłem.
Król wyszedł z sali tronowej, a Sanus stał jak skamieniały. Stało się to czego tak bardzo się obawiał. Bojąc się, że zaraz wszyscy zobaczą jego łzy wyszedł szybko z sali tronowej i pobiegł do swojej komnaty. Rzucił się na łóżko i rozpłakał. Dlaczego akurat teraz? Dlaczego akurat teraz król sobie o nim przypomniał? Teraz, gdy wszystko zaczęło układać się pomyślnie, gdy zaistniała szansa, żeby mogli być razem, król postanowił zepsuć ich szczęście. Nie może na to pozwolić, nie teraz. Ale co ma zrobić? Chyba jedynym wyjściem będzie ucieczka za granicę. Chociaż nie, to kiepski pomysł. Jeszcze król mógłby się chcieć zemścić na jego rodzinie, a na to nie może pozwolić. Więc co ma robić? Może gdyby porozmawiał z królem, gdyby mu wytłumaczył, zrozumiałby i zrezygnował? Tak! Tak zrobi. Porozmawia z królem i będzie błagał go, żeby zaniechał tego co zamierza i pozwolił mu cieszyć się szczęściem z ukochanym! Król na pewno się zgodzi, przecież jest zupełnie innym królem niż Lamer dziewiąty. Nie chłoszcze ludzi, rozmawia nawet ze służącymi i cały czas się uśmiecha. Tak, ktoś taki z pewnością wysłucha jego prośby i zrozumie.
Podbudowany tą myślą Sanus położył się i zamknął oczy. Przed oczami pojawił się obraz Lantara, jak dumie szedł przez całą salę tronową, jak odbierał od króla nagrodę. Tak pięknie wtedy wyglądał. Był z niego taki dumny, że aż chciał krzyczeć: „to mój ukochany”. Lantar… kilka łez wymknęło się spod przymkniętych powiek i spadło na poduszkę.

***

Lantar wyszedł z sali tronowej i przystanął. Był w tak ciężkim szoku, ze aż nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Coś takiego… To chyba sen. Rozwinął jeden z pergaminów i zaczął powoli czytać. A kiedy dotarł do niego sens słów z pergaminu, zrozumiał, że to nie sen. Serce zabiło mu jak oszalałe gdy zrozumiał co to oznacza. Już nie będzie musiał ukrywać swojego uczucia do Sanusa, będą mogli oficjalnie pokazywać się razem, będzie mógł brać udział w tych wszystkich przyjęciach odbywających się na zamku przy boku ukochanego. Będzie mógł… Tak był zaabsorbowany wyobrażeniem sobie tego co będzie mógł robić z ukochanym, że nawet nie usłyszał jak podszedł do niego służący. Dopiero stanowcze chrząkniecie przywrócił go do rzeczywistości.
- Jego Wysokość pragnie zobaczyć waszą miłość – powiedział służący kłaniając się. – Proszę za mną.
Zdziwiony posłusznie poszedł za służącym. Szli przez jakiś czas, aż w końcu stanęli przed drzwiami jakiejś komnaty. Służący otworzył drzwi i skłaniając nisko głowę przepuścił Lantara. Żołnierz powoli wszedł do środka. Pierwszym co rzuciło mu się w oczy było ogromne, bogato zdobione łoże.
- Witam, hrabio Sonusa – usłyszał nagle głos.
Odwrócił się i zobaczył króla stojącego przed szklanymi drzwiami prowadzącymi do ogrodu. Szybko uklęknął i spuścił głowę.
- Wasza wysokość…
- Mam nadzieję iż podoba wam się moja nagroda, panie hrabio?
- Wasza wysokość jest zbyt łaskawy – odparł zdenerwowany. – Ja nie zrobiłem tego dla nagrody. Nie zastanawiałem się, czy to król czy nie król. Widziałem tylko, że inny człowiek potrzebuje pomocy.
- Naprawdę? – miał wrażenie, że głos króla stał się jakiś dziwny.
- Proszę o wybaczenie moich słów, wasza wysokość – powiedział szybko modląc się, żeby król nie rozgniewał się jeszcze bardziej. – Jestem tylko prostym żołnierzem, synem zwykłego chłopa. Nie znam pięknych słów, a rodzice zawsze uczyli mnie żeby mówić prawdę, więc mówię.
Król roześmiał się.
- Widzę, panie hrabio, iż bardzo prostolinijny z was człowiek. Mam nadzieję, ze przebywanie wśród innych szlachciców nie zepsuje was i dalej będziecie tacy skromni. A tak w ogóle to nie odpowiedzieliście na moje pytanie, czy podobała wam się moja nagroda.
- Oczywiście wasza wysokość, bardzo! – zapewnił żarliwie. – Chociaż… - zawahał się.
- Tak?
- Kiedy powiedziano mi, że wasza wysokość chce mnie nagrodzić, nie sądziłem, że to będzie coś tak wspaniałego.
- A czego się spodziewaliście, hrabio?
- Myślałem, ze wasza wysokość da parę złotych monet, albo na kilka dni zwolni ze służby… - bąknął zawstydzony.
Król roześmiał się ponownie, jednak tym razem dłużej i bardziej szczerze.
- Jeszcze nigdy się taks szczerze nie śmiałem, odkąd tu przybyłem – powiedział król, kiedy w końcu ucichł jego śmiech. – Widzę, hrabio, iż słuszną podjąłem decyzje nadając wam tytuł szlachecki.
- Wasza wysokość? – podniósł zdumiony głowę, lecz szybko ją opuścił widząc wpatrzone w siebie oczy króla.
- Może nie mam doświadczenia jako król i jeszcze wiele muszę się nauczyć, ale doskonale widzę jacy ludzie mnie otaczają. Niestety niewielu jest wśród nich ludzi tak szczerych i prostolinijnych jak wy, hrabio. Dlatego też cieszę się iż dołączycie do tego grona i mam nadzieję, że nigdy się nie zmienicie, hrabio.
- Będę robił wszystko co w mojej mocy, żeby nie zawieść waszej wysokości.
- A jeśli chodzi o szczegóły… Na ziemi, którą wam dałem, hrabio, stoi niewielki pałacyk, którego poprzedni król używał kiedy udawał się w tamte rejony na polowanie, albo zabawić się z dziewkami. Mnie osobiście nie jest on do niczego potrzebny. Wysłałem już tam służących żeby go odpowiednio przyszykowali. Do tego czasu, myślę iż możecie, hrabio, zamieszkać w komnatach Sanusa. Ponieważ od teraz przestajecie być żołnierzem, wiec nie wypada byście żyli w koszarach. Poza tym, skoro teraz już możecie się oficjalnie pokazywać razem, nie ma sensu żeby wasz ukochany czekał dłużej niż to konieczne, prawda, panie hrabio?
Lantar zdumiony podniósł wzrok i zobaczył ciepło uśmiechnięte oczy króla, a w nich figlarne ogniki.
- Skąd… Skąd wasza wysokość wie? – wyszeptał. – Zawsze staraliśmy się by nikt nas nie widział…
- Jestem królem, hrabio, muszę wiedzieć dużo różnych rzeczy żeby móc należycie rządzić i chronić moich poddanych. Ale nie martwcie się, hrabio, nie mam nic przeciwko temu związkowi i nie zamierzam was w żaden sposób karać.
- Dziękuję, wasza wysokość – wyszeptał zakłopotany i spuścił głowę.
- A żebyście miło rozpoczęli waszą wspólną przyszłość, mam dla was mały prezent. Sanus nic o nim nie wie, więc będzie mile zaskoczony.
- Ależ nie trzeba, wasza wysokość. To zbytek łaskawości ze strony waszej wysokości.
- Nie marudźcie hrabio, nie marudźcie. Robie to, bo taki mam kaprys.
- Dziękuję, wasza wysokość.
- Wstańcie, panie hrabio.
Lantar posłusznie wstał z klęczek, jednak wciąż trzymał nisko pochyloną głowę.
- Postanowiłem na dzisiejszą noc oddać wam swoją komnatę.
- Wasza wysokość? – zdumiony podniósł wzrok.
- Będzie to miłe wspomnienie, o którym będziecie mogli opowiadać wnukom i prawnukom – król zachichotał. – Rzadko kto ma okazję spędzić całą noc w królewskim łożu i jeść to, co tylko król może jeść.
- Wasza wysokość… - głos Lantara był coraz bardziej zdumiony.
- Kiedy noc zapadnie przyjdzie po was, hrabio, służący. Przez tą jedną noc będziecie mogli korzystać z wszystkiego co znajduje się w tej komnacie. Będzie na was czekał posiłek, więc lepiej nic nie jedzcie, hrabio, do tego czasu. Będziecie też mogli wejść do królewskiego ogrodu – król wskazał ręką na przeszklone drzwi – i zrywać z niego kwiaty, które tylko chcecie. I nie przejmujcie się, hrabio, gdy zbytnio pobrudzicie pościel, służące wszystko usuną.
- Wasza wysokość… - zdumiony żołnierz nie mógł wykrztusić ani słowa.
Widząc jego minę król zaśmiał się.
- A teraz, panie hrabio, zostawcie mnie samego. I pamiętajcie, dla Sanusa to ma być niespodzianka, więc lepiej będzie jeżeli nie będziecie się z nim teraz widzieli.
Lantar odruchowo pokiwał głową. Wciąż był zszokowany kiedy król w końcu wypchnął go za drzwi komnaty. Stał pod tymi drzwiami i stał starając się zrozumieć to co się właśnie przed chwilą wydarzyło. To z cała pewnością był sen! Coś takiego nie może się dziać naprawdę. To jest zbyt piękne, by działo się naprawdę. Uszczypnął się z całej siły i syknął. Zabolało, a to oznaczało iż nie śni.


CDN