Ancyum 12a
Dodane przez Aquarius dnia Sierpnia 29 2011 20:10:30
12a






Za wszelką cenę starał się zachować spokój. Był w końcu Blondynem, a w dodatku szefem misji dyplomatycznej. Opanowanie mieli we krwi. Jednak ani on, ani żaden z jego pobratymców nie byłby przygotowany na spokój w sytuacji, w jakiej się znalazł. W jego sypialni leżał odchodzący od zmysłów ciężarny Mieszaniec, który właśnie zaczął rodzić. Jego krzyki odbijały się pełnym boleści echem od marmurowych ścian. Nie pamiętał który raz z kolei próbował połączyć się z Dahlim. Już miał wybrać numer do Raoula, gdy nagle wrzaski ustały. Riki leżał na wznak na jego łóżku i oddychał głęboko. Gdyby nie zaczerwienione i mokre od łez oczy, wyglądałby jak odpoczywający po sutym posiłku.
- Riki...? Wszystko w porządku? – Zapytał siadając na skraju łóżka tuż przy nim. Delikatnie odgarnął ciemne, wilgotne włosy, które przykleiły się do twarzy Mieszańca.
- Chyba tak... - wyszeptał Riki. Jego głos był zachrypnięty od krzyków. - Przestało...
Słysząc to Xin-Ju odetchnął z ulgą.
- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo mnie wystraszyłeś.
- Założę się, że nie bardziej niż ja sam siebie. – Mówiąc to Riki próbował się uśmiechnąć.
- Nie wątpię.
- To chyba przez to egzotyczne żarcie. – Powiedział Mieszaniec powoli się podnosząc.
- Mimo wszystko skontaktuję się z Raoulem...
- Nie! Nie waż się do niego dzwonić! – Syknął Riki. – Powiedziałem ci – już wszystko w porządku. Pogorszyło mi się od jedzenia i nie widzę powodu, aby panikować.
- Skąd masz tą pewność? Przecież lada dzień...
- Ale na pewno nie dzisiaj! Poczułbym, gdyby to było to. To, że zarzygałem ci dywan, nic nie znaczy.
Almond spojrzał na niego zrezygnowanym wzrokiem. Nie ma co, Mieszaniec był wyjątkowo upartym stworzeniem. Chyba właśnie ta cecha sprawiała, że był tak cholernie interesujący.
- Jak uważasz. Mimo to, jeżeli to się powtórzy, dzwonię do Am’a bez względu na wszystko.
- Już dobra, dobra... - mruknął Riki z wyraźną niechęcią. – Jeśli nie dasz mi więcej swoich specjałów, to jakoś przeżyję.
Blondyn uśmiechnął się. Dobrze, że Louie tego nie słyszał.
- Potrzebujesz czegoś? Chcesz wody albo coś innego? – Zapytał czule gładząc ciepły policzek Mieszańca.
- Jeśli nie masz nic przeciwko, to bym się chwilę zdrzemnął. – To mówiąc Riki położył się z powrotem na łóżku, wtulając twarz w miękkie poduszki. – Myślę, że przeżycia dzisiejszego dnia trochę mnie zmęczyły.
- Oczywiście. Odpocznij ile chcesz. – Odpowiedział Almond przykrywając go kołdrą. Następnie po cichu opuścił sypialnię zostawiając lekko uchylone drzwi. Westchnął głęboko. Noc zapowiadała się nader interesująco. Trzymał go w ramionach w jedwabnej pościeli. Niestety los postanowił spłatać mu małego figla. Cóż... w końcu, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z jego planem, to i tak prędzej czy później dostanie, to co chce.
Rozsiadł się wygodnie w fotelu odwróconym w stronę tarasu, po czym zapalił papierosa. Czuł jakiś wewnętrzny niepokój. Nie wiedział dlaczego, ale gdy patrzył na tego Mieszańca, robiło mu się cieplej na sercu. Ogarniała go nieznana mu wcześniej czułość. Czyżby aż tak bardzo się zmienił przebywając poza Amoi? Czy obecność Rikiego w jego życiu spowodowała, że zaczęły w nim kiełkować typowo ludzkie uczucia? Gdyby Mieszaniec nie należał do Iasona, to czy też wzbudzałby u niego taką fascynację? Już od pewnego czasu Almond obawiał się, że nietypowy stan Rikiego i zemsta na Iasonie są tylko zwykłymi wymówkami. Już chyba sam siebie nimi nie przekonywał. Chciał mieć Rikiego dla siebie. Tylko dla siebie.


***


Riki nie zasnął od razu. Przez długą chwilę leżał z zamkniętymi oczyma przywołując w myślach ostatnie wydarzenia. Przecież jeszcze wczoraj kochał się z Iasonem, natomiast niespełna pół godziny temu tarzał się w łóżku z Almondem. Do tego jeszcze ten atak. Z całą pewnością to jeszcze nie był poród. Przecież czułby, gdyby tak było. Poza tym tak nagle przeszło... Skłamał Almondowi mówiąc, że to od jedzenia. Sam nie znał przyczyny. Może to z nerwów? A może to była reakcja jego ciała na ból związany ze zdradą Iasona. Iason... pewnie wciąż jeszcze leży w objęciach tego parszywego dupka. Samo myślenie o tym bolało go niesamowicie. Bał się zasnąć. Bał się, że widok ich splecionych, nagich ciał powróci jak tylko odpłynie w sen. Kochał go. Tak bardzo kochał tego aroganckiego, dumnego sukinsyna. To była trudna miłość. Dojrzewała w nich obu latami. Nieważne jak bardzo chcieli walczyć z tym potężnym uczuciem, łączyło ich ono niczym niezniszczalny łańcuch. Myśląc o kochanku niemalże instynktownie położył dłoń na krągłym brzuchu. Czy po tym wszystkim co przeszli mógł on zostać naruszony przez intrygę jednej osoby? Intryga... to sugerował mu Katze. Przecież to było oczywiste! Na tę myśl Riki zacisnął mocno pięści na jedwabnej pościeli. Jakim cudem szok, ból czy też szalejące w jego organizmie hormony zdołały aż tak zaćmić zdolność logicznego myślenia? Ten pieprzony skurwysyn wiedział kiedy wykonać ruch i bez problemu trafił w jego słaby punkt. Najgorsze jednak było to, iż Riki pozwolił sobie uwierzyć w wykreowaną przez blondyna sytuację. Z ich dwojga to on zawiódł najbardziej – zwątpił w Iasona tak bardzo, że gotów był przespać się z innym mężczyzną w akcie zemsty czy też w ramach swojego „zadośćuczynienia”. Boże, dlaczego to wszystko dotarło do niego dopiero teraz? Jego miejsce jest przy Iasonie, a nie w mieszkaniu Almonda. Owszem, mężczyzna niesamowicie działa na niego, lecz z całą pewnością to nie jest nawet połowa tego, co czuje do przywódcy Syndykatu. To była bardziej fizyczna fascynacja. Co za idiota z niego! Głupi, popieprzony i impulsywny kundel!!! Jutro, jak tylko się obudzi, wróci do Eos i lepiej by tam nie spotkał doktorka... Powinien był posłuchać Katze. W końcu broker znał go jak nikt inny. Wiedział jaki ma porywczy charakter i od początku starał się mu uzmysłowić, że coś w tym wszystkim nie gra. Mieszaniec niespokojnie przewrócił się na drugi bok. Musi zasnąć, odpocząć po tym całym cholernym dniu. Czuł jak powoli zapada się w ciemną i ciepłą ciszę.


***


Blondie nie wiedział kiedy zasnął. Wciąż siedział w fotelu, trzymając w dłoni wypalony kikut papierosa. Blade promienie słońca przebijającego się przez szare chmury ogarnęły jasnością cały salon. Musiało dochodzić południe. Słyszał jak James krząta się w kuchni. Leniwie przetarł zaspane oczy. Musi się doprowadzić do porządku.
- Dzień dobry, James. – Przywitał lokaja idąc do garderoby.
- Dzień dobry, panie Almondzie.
- Bądź tak uprzejmy, James, i podaj mi lunch. Oczywiście razem z poranną kawą.
- Oczywiście, proszę pana.
- Czy Riki już jadł?
- Nie, proszę pana, zdaje się, że pan Riki jeszcze się nie obudził. – Opowiedział James włączając ekspres do kawy.
Nim Almond zdążył skomentować ten fakt rozległ się bolesny krzyk. Dochodził z sypialni, gdzie znajdował się Riki. W oka mgnieniu Xin-Ju wpadł do pokoju. Nie spodziewał się tego, co zastał w alkowie. Riki leżał na podłodze trzymając się, tak jak kilka godzin temu, za brzuch i głośno krzycząc z bólu. Jednakże tym razem wymiotował krwią. Był nienaturalnie blady, a jego ciało co chwila drgało w bolesnych spazmach. Dyplomata szybko podbiegł do niego i przewrócił tak, by Mieszaniec nie mógł się udławić podczas kolejnych wymiotów. Następnie, bez chwili wahania, zadzwonił do Raoula.


***


Przez całe swoje trzydziestoletnie życie ani razu nie przyszło mu na myśl, że pewnego dnia opuści Tanagurę. Ogromna, betonowa dżungla stanowiła jego dom, i mimo iż nie była najpiękniejszym miejscem na Amoi, był do niej bardzo przywiązany. To tu się urodził, tu rozwinął skrzydła swojej naukowej kariery, to tu się prawdziwie zakochał... Nic zatem dziwnego, iż układając w walizce idealnie złożone rzeczy poczuł jak zalewa go fala smutku. Miał nadzieję, że ten wyjazd oznaczał tylko przejściową rozłąkę z tym miejscem. Z niechęcią spojrzał na pozostałe dwie torby stojące pod ścianą obok drzwi. W jednej z nich, oprócz ubrań, znajdowały się książki, bez których nie wyobrażał sobie jakiegokolwiek wyjazdu. W drugiej z kolei mieścił się podręczny sprzęt medyczny oraz lekarstwa. Usiadł na brzegu szerokiego łóżka i westchnął głęboko. Czeka ich długa i wyczerpująca podróż. Miał nadzieję, iż pojazdy dyplomacji będą wyposażone w klimatyzację. O tej porze na południu było diabelnie gorąco. W sumie, to tam rzadko kiedy nie było gorąco. Lecz to nie upału obawiał się najbardziej. To, co powodowało, że jego żołądek kurczył się na samą myśl o wyjeździe miało bursztynowe oczy, krótkie, rude włosy i rządziło czarnym rynkiem Tanagury z ramienia samego Iasona Minka. Mimo upływu tylu lat Katze nadal nie pozostał mu obojętny. Nie potrafił wyrzucić go ze swojego serca nawet jeśli ten odrzucił ich związek, by zostać meblem Blondyna. Nie przeszkadzało mu, że Katze był Mieszańcem a on pełnoprawnym, choć ubogim, obywatelem. Najwyraźniej jednak tylko jemu.
Wysoki, melodyjny dźwięk telefonu oderwał go od myśli o przeszłości. Jednak tylko na chwilę. „O wilku mowa” – sarknął w myślach Dahli widząc dane osoby dzwoniącej do niego. Odebrał rozmowę, po czym przybrawszy jak najbardziej oficjalny ton głosu, odezwał się.
- Dahli Lou, słucham?
- Jest u ciebie Riki? – zapytał bez przywitania Katze. Lekarz bez problemu rozpoznał po barwie jego głosu, że broker jest zdenerwowany.
- Nie, nie ma go... a dlaczego pytasz?
- Riki zaginął. – Padłą krótka odpowiedź.
- Jak to – zaginął? Jak mogliście pozwolić, aby ciężarny Mieszaniec zaginął?! Na Boga, Katze! – Krzyknął w słuchawkę Dahli.
- Czy ty myślisz, że trzymamy go w klatce i na łańcuchu?! W każdej chwili mógł sobie pójść gdzie zechce. I poszedł. – Syknął w odpowiedzi broker.
- A co z nadajnikiem w pierścieniu?
- Nie ma żadnego pierścienia. Iason wykreślił go z rejestru. Jest całkowicie wolny.
- No to kurwa pięknie. Zatem gratuluje wam pomysłu. Możesz mi chociaż powiedzieć jak do tego doszło, że on sobie, jak to ująłeś, poszedł?
- To nie jest teraz istotne. – Padła chłodna odpowiedź po drugiej stronie. – Jak dowiesz się czegokolwiek, to daj znać. – Tymi słowami Katze zakończył między nimi rozmowę.
Dahli ze złością odłożył słuchawkę na widełki. Był wściekły. Riki nie był w stanie, który pozwalał mu na beztroskie szwendanie się po mieście. Mimo iż nie nastał jeszcze czas porodu, powinien znajdować się pod nieustanną obserwacją. Przewidywania przewidywaniami, ale nigdy nic nie wiadomo. Najlepszym rozwiązaniem było pozostawienie go w spokoju, w domowym zaciszu, gdzie poczekałby do dnia wyjazdu. Sytuacja, w jakiej się znalazł Mieszaniec, sama w sobie była dla niego dość stresująca. Gdyby do tego doszły inne zmartwienia czy niedogodności, wszelkie ustalone przez założenia, w tym termin porodu, mógłby trafić szlag. Cóż, w obecnym układzie nie pozostało mu nic innego jak ewentualnie dokończyć pakowanie i czekać, aż sprawa się rozwiąże. Mieli niewiele czasu.
Ledwo wstał i ponownie zabrał się za układanie rzeczy w walizce, gdy ponownie zadzwonił telefon. Tym razem był to Raoul.


***


Wychodząc szybkim krokiem z windy Dahli nie miał wątpliwości, że sytuacja była bardzo poważna. Krzyki Rikiego słyszał już na parterze. Wedle tego, co ustalili z Raoulem, było jeszcze za wcześnie na poród. Owszem, istniała obawa, że Riki może zacząć rodzić w trakcie transportu, lecz po ostatnich badaniach byli niemalże stuprocentowo pewni, że nastąpi to później. Tymczasem było gorzej niż źle. Twarz Rikiego była trupioblada, oczy czerwone i opuchnięte od łez. Jego brzuch zdawał się być nieco większy niż poprzednio, nabrzmiały, lekko poruszał się. Dwie, nieświadome niczego istoty wewnątrz niego szukały wyjścia na świat wywołując kolejne bolesne skurcze.
Na sali oprócz niego i Raoula znajdowało się jeszcze trzech laborantów. Jeden z nich odmierzał w strzykawce odpowiednią dawkę jakiegoś medykamentu. Zapewne był to środek przeciwbólowy bądź uspokajający. Inny, stojący tuż obok właśnie dopinał Rikiego pasami do noszy. Dahli zmarszczył brwi. Nie przypominał sobie, aby w którymkolwiek szpitalu stosowano taką procedurę. Riki był w tej chwili przymocowany do łóżka i unieruchomiony. Wyglądało to bardziej na przygotowanie do jakiegoś chorego i niecnego eksperymentu, niż do porodu.
- Przepraszam, panie Am. – Odezwał się do Raoula wydającego polecenia trzeciemu laborantowi. – Czy to jest konieczne? Te pasy i .
- Tak. Przebierz się. Operujemy jak tylko w końcu zadziała środek nasenny. – Odpowiedział mu Blondyn wsuwając na szczupłe dłonie zielone, gumowe rękawice medyczne.
- Ale panie Am, przecież...
- Żadne „ale”! Widzisz co się dzieje? Większość środków na niego nie działa. Odkąd tu przyjechał dajemy mu wszystko co możemy i co mu nie może zaszkodzić. Równie dobrze moglibyśmy dawać mu placebo. Pasy zostają. W pewnej chwili skurcze były tak silne, że nie był w stanie kontrolować swojego ciała. No już, przebieraj się.
Bez dalszej dyskusji Dahli skierował się na zaplecze. Po chwili wrócił ubrany w długi, biały fartuch, włosy spiął na karku. Riki wydawał się już dużo spokojniejszy. Słychać było tylko pojedyncze jęki. Lek w końcu zadziałał. Jego wzrok powędrował na stolik, gdzie leżały skalpele i inne narzędzia operacyjne. Wzdrygnął się mimowolnie. Rozkrajanie ciała ludzkiego nie było mu obce. Kilkakrotnie był świadkiem różnych operacji czy sekcji zwłok i taki widok nie robił na nim większego wrażenia. Jednak teraz na noszach nie leżały zwłoki, a młody chłopak, który naprzeciw naturze, miał wydać na świat swoje potomstwo. Chłopak, którego znał, którego mimo jego wybuchowego charakteru, zdołał polubić. Teraz będą go ciąć. Niestety operacja była jedynym wyjściem w tej sytuacji. Jego ciało, pomimo przemian, nie było zdolne do tak zwanego naturalnego porodu. Miał nadzieję, że wszystko pójdzie tak, jak trzeba. Musi.


***


Minęło kilka godzin odkąd przywiózł Rikiego do laboratorium. Mimo to nadal miał przed oczami jego drobne ciało zgięte w bólu, a w uszach rozbrzmiewał mu jego przeraźliwy krzyk. Nikt nawet nie raczył go informować na bieżąco o stanie chłopaka. Czuł wściekłość, że takie piękne stworzenie zostało skazane na niewyobrażalne cierpienie w imię chorego eksperymentu. Był pewien, że Mieszańca nikt nawet nie zapytał o zgodę. W sumie po co? Przecież tu, w Tanagurze nie znaczył nic. Niedobrze mu się robiło, gdy pomyślał, że kiedyś przecież on sam stał na takim stanowisku. Liczyły się tylko elity. I Jupiter. Elity dbały o Jupitera, zwykli obywatele o Elity, a Mieszańcy stanowili tylko mięso armatnie, żywy kurz przewijający się po czarnym rynku. Najwyższym zaszczytem, jaki mógł ich dosiąc było zostanie meblem na posługach elit. Riki zasługiwał na coś więcej. Był inteligentny, ambitny. Dowiedział się o nim co nie co. Był przywódcą Bison, silnego gangu panującego w slumsach Ceres. Potem stał się zabawką Iasona. Zabawką, dla której szef Syndykatu stracił głowę. Pasja chłopaka obudziła w nim pragnienie sięgnięcia po zakazany owoc. Pożądanie, uczucia, miłość... Tak, elita też potrafiła kochać. Lecz dla każdej kochającej istoty, miłość staje się słabością, a elity nie mogą być słabe. Muszą być filarem społeczeństwa, oznaką siły Jupitera, jego władzy. On nie mógł pozwolić na żadne rozprężenie, to by zniszczyło panujący porządek. Dlatego robił wszystko, by stłumić ludzką naturę swych dzieci wpajając im od narodzin pogardę dla ludzkich odruchów. Tworzył tym samym tamę wyraźnie odgradzającej ich od reszty mniej wartościowych w tym świecie istnień. Lecz czasem wystarcza kropla, aby tama się przelała, bądź by pękła niczym szkło, pod naporem wody. Taką kroplą dla Iasona był właśnie Riki. Almond widział to w jego spojrzeniach, słyszał w jego słowach. Mieszaniec był najważniejszą rzeczą dla Minka. Kochał go całym sobą. Dlatego też chłopak stanowił idealny klucz do jego zemsty. Początkowo zamierzał pozbawić go władzy. Wystarczyło tylko umiejętnie pokierować nastrojami politycznymi na partnerskich planetach, w czym z resztą chętnie pomogła mu opozycja. Tanagura stała u progu wojny. Lecz Almond wiedział, że to go nie złamie. Osłabi jego pozycję, ale nie zniszczy. Tanagura już dawno przestała być dla Iasona priorytetem. Był nim Riki. Odbierając mu najukochańszą osobę zadałby mu potężny cios. Tak jak on kiedyś zadał mu. To on miał być głową Syndykatu. Tak chciał Jupiter. Do tego przygotowywał się całe swoje życie. Oddał się temu. Tymczasem Jupiter zmienił zdanie. Przekazał tę funkcję Iasonowi. Nastoletniemu szczeniakowi, który dopiero stawiał pierwsze kroki w świecie polityki. Jemu pozostał tylko wybór – podporządkowanie się Minkowi w Tanagurze albo służba w dyplomacji, gdzie odpowiadał tylko przed Jupiterem. Druga opcja dawała mu szansę na opuszczenie Amoi. Podróżując między galaktykami miał czas na nabycie nowych doświadczeń, uspokojenie się i obmyśleniu słodkiej zemsty na byłym kochanku, który zwinął mu sprzed nosa jego największe marzenie. To, co mu zrobił tamtego dnia było zaledwie zapowiedzią bólu jaki miał czekać Iasona Minka.


***


Kilka dni wcześniej.
- Po co masz czekać? Wprowadź swój plan w życie zanim on wyjedzie. Zawsze istnieje obawa, że zmieni zdanie i zostanie z Iasonem. Gdyby jednak nieopatrznie wydarzyło się coś, co zmieniłoby jego nastawienie do ukochanego... coś, co znacznie nadwyrężyłoby więzy, jakie ich łączą... - Almond wstał z fotela i powolnym krokiem podszedł do Raoula. Swobodnym gestem odgarnął kosmyki, które przesłoniły zielone oczy naukowca.
- Masz na myśli... - szepnął Raoul patrząc w oczy drugiego mężczyzny szukając w nich potwierdzenia własnych domysłów.
- Tak. Dokładnie tak.
-... a jaką ty będziesz miał z tego korzyść?
- Dostanę to, czego pragnę. – Nonszalancko odpowiedział Almond odchodząc w stronę okna.
Raoul prychnął na te słowa.
- Ty naprawdę myślisz, że Riki rzuci ci się na szyję, jak tylko Iason nie wróci na noc do domu? Chyba za bardzo dałeś się ponieść wyobraźni. On prędzej sam przeczesze całą Tanagurę aby go odnaleźć.
- I o to chodzi. – Xin – Ju spojrzał na naukowca z cwanym uśmiechem. – Najważniejsze, aby go w końcu odnalazł. W twoim łóżku. W jego organizmie szaleją hormony. Nie będzie myślał racjonalnie w stanie szoku. To już moja w tym głowa, by nasze drogi w tym czasie się skrzyżowały.
- Sądzisz, że to wystarczy? Pamiętaj, że wciąż pozostaje kilka dni, podczas których...
- Zmodyfikuję mu pamięć.
- Co?
- Zmienię jego wspomnienia. Miejsce Iasona będę zajmował ja. Nie wróci do niego, bo nie będzie nawet świadomy, że on istnieje. Nawet jeśli się spotkają, Mink będzie dla niego kimś obcym.
- Chcesz sięgnąć aż po takie metody, aby zdobyć zwykłego Mieszańca? Na Boga Almond! Przecież możesz mieć każdego. W Ceres są ich setki. Dlaczego uparłeś się akurat na Rikiego?
- Po prostu. Może znudziły mi się pokazy pieszczochów i chcę spróbować czegoś nowego... a Riki jest dla mnie wyzwaniem. To nie jest byle jaki Mieszaniec. Jego duma, upór i bezczelność są na swój sposób pociągające. – Rozmarzył się mężczyzna. - Poza tym jest kochankiem samego Iasona Minka. Bardzo wartościowa zdobycz. – To mówiąc Almond obnażył w uśmiechu rząd równych, śnieżnobiałych zębów. Ten uśmiech i spojrzenie wskazywały, że w swojej wyobraźni bardzo dokładnie widział siebie z Rikim u swojego boku. Był wręcz pewien swojego zwycięstwa.
Raoul musiał przyznać, że Almond nie tracił czasu ani sposobności. Doskonale wiedział, czego chciał i dostosowywał swój przemyślany plan do zaistniałych okoliczności. Nie bez powodu był uznawany za jednego z najzdolniejszych polityków w zakresie dyplomacji.
Jeśli chciał Rikiego, to mógł być pewien, że go dostanie. Przy pomocy wszelkich możliwych sposobów. Pozostała tylko jeszcze jedna kwestia.
- A dzieci? Rozumiem, że chcesz dla własnej przyjemności Rikiego, ale po cholerę ci te bachory? – Raoul zmarszczył brwi, po czym usiadł na sofie. Dolał sobie sporą ilość wina.
- Przydadzą się. Widzisz, Raoul. Na pewnych planetach panuje nieco odmienny model rodziny niż u nas. Tam posiadanie dzieci, nawet przez małżeństwa jednopłciowe jest dużym atutem. Myślę, że dla moich politycznych potrzeb mogą się one okazać całkiem użyteczne. „Poza tym taki cios będzie dla Minka o wiele bardziej bolesny” – pomyślał Almond, po czym także sięgnął po karafkę i poczęstował się lampką ciemnego trunku. Następnie zbliżył się do biotechnologa i stuknął swoim kieliszkiem o jego. – Zatem za przyszłość, Raoul. Za spełnienie marzeń.