A teraz na ciebie zagłada...
Dodane przez Aquarius dnia Lipiec 06 2011 20:47:12
"Dla Eleven...S, Mojej Pani. - z miłością."



-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------



"co do cholery?!" niewyraźna myśl zamajaczyła w pięknej główce Kamuii'a. Ostatnie co pamiętał, próba upicia się kiedy...nie pamiętał nawet dlaczego. No tak ale upić się próbował w swoim mieszkaniu. Nie ulegało wątpliwości, że teraz w swoim mieszkaniu nie był. W powietrzu unosił się dziwny zapach. Nie znał go. Czuł jak w jego żyłach krąży coś bardzo ale to bardzo niepokojącego. Nie alkohol...

Narkotyk.

Z trudem otworzył oczy. Dlaczego było tu tak cholernie ciemno?! Jakby był w grobowcu. Ale przecież w grobowcach nie było łóżek z jedwabną pościelą...pościelą?

Oww fuck!!!

Musi wstać, wynieść się z tego miejsca. Szarpnął się. Nagły ból w ramionach rzucił go z powrotem na łóżko. Ręce...były związane za nadgarstki tuż nad jego głową. A oczy...poczuł na twarzy jedwabisty dotyk...zasłonięte przepaską. Mało tego. Nogi miał szeroko rozsunięte i przywiązanie do krawędzi łóżka.

Fuuuck

Jeszcze raz spróbował wyszarpać ręce. Ale ten kto go wiązał najwyraźniej wiedział co robi. Pęta zamiast rozluźnić się jeszcze mocniej kąsały go w nadgarstki. Kamuii jęknął przeciągle.

Absolutnie mu się to nie podobało. Absolutnie. Nic a nic.

Wtedy usłyszał kroki.

Dźwięk przybierał na sile. Kamuii zaczął się rzucać na posłaniu. Kroki rozbrzmiewały coraz wyraźniej. Nagle ustały. Chłopak czuł wzrok prześlizgujący się po jego ciele. I choć chciał nie było sposobu by się przed nim osłonić. Poczuł się brudny.

Owiał go słodki zapach. Czuł go już kiedyś... I właśnie wtedy kiedy jego przytępiony narkotykiem umysł skojarzył zapach z osobą, ON odezwał się.

- Kamuii-chan, zrobisz sobie krzywdę jeśli dalej będziesz się tak wiercił.-

Sieshirou-san

SEISHIROU-SAN

Smok Nieba natychmiast zastygł w bezruchu.

- Tak lepiej, prawda?- głos Sakurazukamoriego zabrzmiał tuż nad nim. I nie wiedzieć czemu, chłopak, zamiast strachu - całkowicie zrozumiałego w sytuacji, w której jest się skrępowanym przez totalnego psychopatę, bez szansy ucieczki lub ratunku - poczuł jak ogarnia go niesamowita wściekłość.

- Natychmiast mnie rozwiąż popaprańcu!!!- wrzasnął na całe gardło. O uszy Kamuii'a otarło się ciche westchnienie.

- Kamuii - zaczął zupełnie spokojnie- nie wydaje mi się, żeby w twojej sytuacji mądre było obrażanie mnie.

O czym Sei nie wiedział, chłopak dopiero się rozkręcał.

- A co? Subaru puścił cię kantem i myślisz, że jak mnie nastraszysz to tak sobie o nim zapomnę?- zrobiło się cicho. Bardzo. Wręcz grobowo. I wtedy, gdy cisza zaczęła wibrować On odezwał się znowu. Spokojnym głosem.

- Widzisz, Kamuii, myślałem o tym. Najpierw przyszło mi do głowy, żeby cię zabić. Ale polubiłem Fuume i nie chciałbym mu odbierać tej przyjemności. Byłem przekonany, że on prędzej czy później, wybije z twojej śliczniej główki brudne myśli dotyczące kogoś, kto nie jest twoją własnością. Niestety Fuuma nie pilnuje cię należycie. - wywód mężczyzny został nagle przerwany.

- Po pierwsze - mówił Kamuii a głos trząsł mu się ze złości - SUBARU nie jest rzeczą, ma uczucia i aktualnie nic nie wskazuje na to by miał przelać je na ciebie. - chłopak parsknął jak dziki kot.

- Kamuii, to Ty go zostawisz - dalej zadziwiająco spokojnie.

- Nie ma szans!- Smok Nieba znowu parsknął.

- Będą, Kamuii, będą, kiedy tylko z tobą skończę... - w tym samym czasie w którym mężczyzna wypowiadał te słowa, Kamuii poczuł jak powietrze gęstnieje od magii. "to koniec" pomyślał "mimo wszystko mnie zabije".

Chłopak zacisnął zęby i czekał na śmierć. Ale ta nie nadeszła. Zaklęcie uderzyło w niego, czuł jak rozpływa się po ciele, parzy. Po pokoju rozszedł się dźwięk rozdzieranego materiału i szybciej niż Kamuii mógł zareagować, całe jego ubranie rozpłynęło się w niebycie. Pozostała tylko przepaska na jego oczach. Owiał go chłód. Chłopak zaczął się trząść. Nie z powodu zimna ale dlatego, że nagle zrozumiał co Sakurazukamori zamierza z nim zrobić.

Mężczyzna patrzył jak z delikatnej twarzy odpływa prawie cała krew. Kamuii był w jakiś sposób podobny do Subaru. Tylko, że jeszcze bardziej kobiecy i zupełnie nie doświadczony. To absolutnie nie przeszkadzało Seishirou, mówiąc prawdę, czyniło całą lekcję ciekawszą. Widząc tak imponujące rezultaty, mężczyzna zdecydował, że odpowiednie słowa mogą także przynieść zamierzony efekt. Uśmiechną się na tę myśl. Dość paskudnie.

- Chodzi o to, Kamuii, że mnie zdenerwowałeś. Ja nie denerwuję się łatwo. Jednak tobie się udało. Wiem, że jesteś odporny na ból. Jednak ten rodzaj bólu, który mam zamiar ci pokazać, przewyższa inne. Wiesz o czy mówię... Zrobię ci to tak, że później na samą myśl o dotyku drugiej osoby będzie ci się robić niedobrze. Ta kara, oczywiście, nie jest adekwatna do twojej winy, Kamuii. Na twoją winę nie ma wystarczającej kary. Jednak to w stu procentach rozwiąże twój problem z Subaru. - Sakurazukamori skończył. W bladym świetle lampki nocnej, widział jak czarna, aksamitna przepaska nasiąka wilgocią. Zachęcony wynikiem swojego monologu, mówił dalej.

- Drażni mnie też trochę to jak jedna, dobrze znana nam persona, doszukuje się u mnie nieustannie... jak by to nazwać... hmm... pozytywnych uczuć. Kamuii, zrobimy wszystko, żeby rozwiać te niemądre, sam przyznasz, inklinacje.

Nigdy. Nigdy w ciągu całego swojego szesnastoletniego życia, Kamuii nie bał się tak jak w tej chwili. Nagle przypomniał sobie, z bolesną wyrazistością, wszystkie te razy, kiedy Fuuma ostrzegał go przed jakimkolwiek kontaktem z Subaru. Kamuii ignorował każdy z komentarzy, przekonany, że to tylko zazdrość powodowała Monou. Teraz Fuuma objawił mu się jak najlepszy, najczulszy przyjaciel.

- Już za późno na łzy, Kamuii.

Kamuii, który znał tylko delikatny dotyk ust Subaru, poczuł jak skórę na jego udach tnie niewiarygodnie ostry skalpel. Nagły szok spowodował, że chłopak próbował się wyrwać. Sei wbił ostrze w wrażliwą, wewnętrzną część uda. Z gardła Smoka Nieba wyrwał się krzyk.

- Widzę, że jednak potrzebny będzie knebel. Nie chcemy, przecież, straszyć sąsiadów.

Głos uwiązł chłopakowi w gardle. Choć jego ciało krzyczało, żaden dźwięk nie mógł wydostać się z ust. Sakurazukamori kontynuował swoją zabawę. Ciął wszystkie wrażliwe miejsca na delikatnym, jasnym ciele chłopca. Jego praca koncentrowała się szczególnie na obszarze torsu i krocza.

Ból był tak wielki, że Kamuii powinien dawno zemdleć. Powinien. Jednak pozostawał świadomy. Czuł jak jego krew wycieka z głębokich ran. Czyni go jeszcze słabszym i bardziej bezradnym. Seishirou nie śpieszył się. Skalpel wycinał na skórze chłopca zawiłe i na swój sposób piękne wzory. Mężczyzna co raz to przyglądał się krytycznie swojemu dziełu.

Poprawiał.

Kiedy już trudno było znaleźć zdrowe miejsce, a ciało po prostu opływało krwią Sakurazukamori uznał, że makabryczny tatuaż jest skończony.

- Piękny... - Kamuii otworzył usta do jęku, ale knebel zatrzymał głos w jego gardle.

Mężczyzna poczuł przemożną chęć zajrzenia w te piękne oczy. Płynnym ruchem uniósł ostrze do całkowicie mokrej przepaski. Przeciął. Ku jego wielkiej irytacji, powieki Kamuii były ciasno zaciśnięte.

- Kamuii, popatrz na mnie - w odpowiedzi chłopak zacisnął je mocniej.

Po pokoju rozeszło się paskudne plaśnięcie, kiedy Seishirou wymierzył policzek chłopakowi, na tyle mocny, że gdyby nie trzymające go więzy, Kamuii stoczyłby się z łóżka.

Smok Nieba oddychał głębokim, urwanym oddechem. Z ust pociekła mu krew.

- Otwórz oczy, Kamuii - tym razem chłopak posłuchał. Powoli, jakby sprawiało mu to ból, Kamuii, otworzył oczy. Miały piękny ambrowy kolor, ale to już nie były jego oczy... Ich wyraz zmienił się zupełnie. Butę i pewność siebie zastąpił strach. To były oczy przerażonego zwierzęcia. Sakurazukamori to widział. I bardzo to mu się podobało.

Kamuii widział nad sobą nagie ciało Sakuzarukamoriego. Wydawało się być twarde jak kamień. Był piękny ale to było perfekcyjne zimne piękno. On pochylił się nad nim i przeciął więzy na kostkach i nadgarstkach. Chłopak zwinął się w kłębek. Nie próbował uciec.

- A teraz Kamuii, będziesz miły dla mnie. - mężczyzna usiadł na łóżku. Wskazał na siebie.

- Na początek, Kamuii, zrobisz mi to ustami. - chłopak, słysząc te słowa poderwał się niespodziewanie i rzucił do drzwi. Nie minęła sekunda a Sakurazukamori był przy nim.

Uderzenie pięścią posłało go na przeciwległą ścianę. Najprawdopodobniej pogruchotało kilka żeber. Tylko, że mężczyzna jeszcze nie skończył. Podszedł równym, pełnym gracji krokiem i gołą stopą wymierzył kopniaka w brzuch. Ból spotęgowały rany po skalpelu. Kamuii zwinął się na podłodze. Z ust krew już mu się lała. Sei domyślił się, że któreś ze złamanych żeber przebiło płuco. Krew była lekko różowa. Sakurazukamori sięgnął po odłożony wcześniej skalpel. Następny kopniak przewrócił chłopca na brzuch. Sei przyparł go stopą do podłogi. Kamuii bał się głębiej odetchnąć. Nie wiedział już, czy jest mokry od potu, czy krwi. Najprawdopodobniej od obydwu. Ostrze znowu cięło delikatną skórę, tym razem na plecach. Mężczyzna chciał, żeby to co wyżynał zostało na długo...Gdyby teraz ktoś widział płynne ruchy jego dłoni, widziałby, jak zwolna pojawia się słowo...

Dziwka.

Chłopak, choć oszołomiony bólem, i tym promieniującym z lędźwi, i tym nowym, na plecach, wiedział co zostało wyryte. Ale przecież nie był dziwką, nie mógł być. Czuł jak krew spływa mu z boków, rozlewa się kałużą, ogrzewa zimną podłogę. Jego ciepło. Jego życie. Uciekało z niego.

- Kamuii, prosiłem cię o coś - powiedział swoim nienaturalnie spokojnym głosem Sei, siadając na skraju łóżka. Kamuii chciał protestować. Chyba tak. Może by to zrobił, gdyby miał odwagę, gdyby nie bał się kary, gdyby ból nie zaćmiewał mu myśli. Nie, on musiał na to zasłużyć. Takie rzeczy nie spotykają niewinnych... nie takie... Jest winny. Na pewno. Musi być.

A skoro tak, musi odpokutować za swoje grzechy.

- Nie będę powtarzać, Kamuii - nie mógł wstać. Nie śmiał, w obawie, że Seishirou weźmie to jako próbę ponownej ucieczki. Podczołgał się. Wolno. Głowę miał opuszczoną. Nie chciał widzieć. W końcu, a ten czas wydawał się wiecznością, Kamuii dotknął krawędzi łóżka... i zimnej jak lód nogi mężczyzny. Ten pochylił się, wsunął dłoń we włosy chłopaka.

Podciągnął na kolana. Kamuii nie myślał o niczym. Nie mógł. Odnalazł ustami, to co go przerażało. Wzdrygał się ale dłoń zanurzona we włosach nie pozwoliła mu się cofnąć. Przyciskała. Wziął go w usta. Głęboko. Dławił się.

- Postaraj się bardziej, Kamuii - chłopak nie robił tego nigdy. W ustach miał krew, która choć trochę zabijała smak mężczyzny. Trochę. Nie więcej. Ale robił to co mu kazano. Starał się bardziej. Przesunął językiem po nabrzmiałym, czerwonym organie. Lizał. Wtykał język w malutki otwór z którego wydostawał się słonawy smak. Pieścił delikatną, niczym jedwab, skórę wokół. Skupił się nad tą czynnością, jakby była najważniejszą rzeczą w jego życiu. Seishirou oparł się o framugę łóżka. Mały Kamuii dawał sobie świetnie radę. Nawet nie podejrzewał go o takie umiejętności. Spojrzał na niego. Oczy miał zamknięte. Przez chwilę Sei chciał zwrócić mu uwagę, ale to oznaczałoby przerwanie tej słodkiej czynności jakiej właśnie, z taką pasją, chłopak się oddawał. Kamuii był gorący i wilgotny. Jego usta otaczały go. Wędrowały po nim w górę i w dół. Rozbudzały. Ciało, nagie, smukłe, lśniące od krwi. Poruszało się w rytmie jaki wyznaczały usta. Mężczyzna nie wydał z siebie nawet dźwięku, kiedy doszedł.

Gardło skurczyło się chłopakowi, gdy coś je wypełniło. Poczuł gorzko-słony smak. Odsunął się momentalnie.

- Nawet nie próbuj tego wypluć, Kamuii - Sei chwycił chłopca za podbródek, zmuszając do połknięcia. Kamuii skulił się ale połknął.

- Czyżbyś już nie miał sił? Powiedz, Kamuii, dalej masz ochotę na Subaru? - pytanie nie wymagało odpowiedzi. Sei chciał zobaczyć wyraz twarzy chłopca, kiedy to powie. Nie zawiódł się. Kamuii spojrzał na niego. Oczy miał pełne łez, nie przestał płakać, od kiedy Sakurazukamori z nim zaczął. A teraz wprost dławił się łzami. Tłumione łkania trzęsły jego ciałem. Nie mógł ich powstrzymać.

Sei wstał z łóżka. Kamuii spojrzał na niego przerażonym wzrokiem.

- To nie wystarczy, Kamuii - mężczyzna złapał go za ramiona. Podniósł, jakby był szmacianą lalką. Popchnął na łóżko, które nosiło jeszcze ślady jego perwersyjnej zabawy. Wilgotne od krwi, pachnące nią. Każdy mięsień odezwał się bólem przy upadku. Kamuii miał wrażenie jakby jego pierś miażdżono i palono zarazem. Otworzył usta do krzyku. Żaden dźwięk nie wydostał się zza niewidzialnego knebla.

Sakurazukamori znów usiadł na łóżku. Chłopak patrzył jak dłoń mężczyzny wędruje do penisa, na nowo budzi go do życia.

- Rozłóż nogi, Kamuii, szeroko. - Kamuii wiedział co się teraz stanie. Co stać się musi, by kara się dopełniła. Żeby to wszystko się skończyło. Nie ważne jak. Bo on już więcej nie wytrzyma. Rozłożył przed mężczyzną uda. Zimna dłoń Sei'a dotknęła jego kolana. Podążyła w górę po doskonałych liniach makabrycznego tatuażu.

Kamuii zamknął oczy, wolał nie patrzeć. Wystarczy, że czuł. Ręka Sei'a rozbudzała jego rany, z których teraz zaczęła sączyć się świeża krew. Mocny chwyt rozepchnął jego nogi jeszcze szerzej.

Kamuii zacisnął powieki. Czuł się zupełnie bezradny, kiedy Sei unosił jego lewą nogę i przełożył ją przez ramię. Prawą odepchnął tak, żeby mięśnie były jak najbardziej napięte. Udało mu się. Kamuii miał wrażenie, że zaraz coś się w nim zerwie. Nic nie mogło go przygotować na to co Sakurazukamori z nim robił. Pozycja jaką wybrał, była najgorszą z możliwych. Dobrą dla doświadczonych kochanków. Nie dla chłopca, który jeszcze nie miał swojej pierwszej nocy. Sakurazukamori uśmiechnął się. W jego zamyśle był ból.

I właśnie to przyszło, kiedy mężczyzna wrzynał się w dziewicze ciało Kamuii'ego.

Chłopiec stracił oddech. Nie mógł wiedzieć, wyobrazić sobie, że to może tak boleć. Czuł jak wszystko w jego wnętrzu jest rozrywane na kawałki. Mężczyzna wchodził w niego. Ostre, gwałtowne ruchy odejmowały mu rozum. Za każdym razem Seishirou docierał głębiej. Ranił dotkliwiej. Kamuii wił się pod przygniatającym go ciałem. Próbował blokować. Ale wtedy bolało jeszcze bardziej. Sakurazukamori wbił paznokcie w poraniony nadgarstek chłopca i rżnął go jeszcze mocniej. Choć Kamuii miał otwarte oczy, nagle zrobiło się zupełnie ciemno... i cicho. Pogrążał się w nicości. Kończył się.



Seishirou Sakurazukamori stał lekko pochylony nad nieruchomym ciałem. W tym ciele było jeszcze życie. Niedużo ale jednak. Tak, to bez wątpienia było jego najdoskonalsze dzieło. Prezent dla Subaru... ostrzeżenie dla Subaru.

Idealnie piękny mężczyzna wyciągną dłoń. Z jego palców wystrzelił płomień. Wstrząsnął skatowanym ciałem poniżej. To wystarczyło.

- Słyszysz mnie Kamuii? Wiem, że tak. Pamiętasz o czym rozmawialiśmy na początku naszej zabawy? A później tak bardzo bolało, prawda? Tak bardzo, że nie mogłeś oddychać. Teraz złożę ci obietnicę, Kamuii. Jeśli choć raz dotkniesz Subaru... obiecuję ci, że lekcja się powtórzy, tylko... że Subaru będzie na twoim miejscu a ty... będziesz patrzył... Słowo Sakurazukamoriego.





" ...i tak było zawsze..."

Seishirou Sakurazukamori


***



* - tytułu rzecz jasna sama nie wymyśliłam, jeśli ktoś zauważył, brawo. Pan Andrzejewski napisał opowiadanie pod tym tytułem, nawiasem mówiąc, całkiem fajny kawałek, warto przeczytać. Ci co czytali wiedzą o czym mówię;)
* - Kamuii na swoje Moce, to fakt, ale spróbujcie przywołać jakiekolwiek zaklęcie, kiedy jesteście naćpani....


TANDARIDEI