Vision of bishounen
Dodane przez Aquarius dnia Lipiec 06 2011 20:22:44
No intro in herre. Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że rzecz ma się głównie Allena i jego...otoczenia. Nie napiszę, z kim albo w jakim charakterze, bo wszystko zepsuję >:>.
Aha, i jeszcze jedno. Jeśli niektóre fakty nie za bardzo współgrają ze sobą, to nie moja wina. Słuchanie Ludacrisa i pisanie...czegoś takiego to trudne zajęcie... Mózg mi jush paruje.......puffffff




Ciemno...wszędzie ciemno. I cicho. Niebezpiecznie cicho. Allen poczuł czyjeś dłonie na swoich ramionach. Drgnął, ale się nie odwrócił. Nie obejrzał. Czyjś ciepły oddech owionął jego ucho.
- I tu cię mam- ktoś pocałował jego szyję tuż pod uchem.
Allen nie wytrzymał i gwałtownie odwrócił się. Z cienia wyłoniła się charakterystyczna sylwetka i ...

I w tym momencie się obudził. Cały zlany zimnym potem. Jego długie blond włosy oblepiały mu twarz i szyję. Rozejrzał się po pokoju i odetchnął z ulgą. Znajdował się w swojej kajucie na Crusaidzie. Wstał, obmył twarz i wyszedł na mostek kapitański.
- Zapraszamy, kapitanie. Jak na razie wszystko w porządku. Wiatr się ustabilizował, dlatego nakierowałem statek na dryf. - Gadeth uśmiechnął się łagodnie. Allen odwzajemnił uśmiech.
- Doskonale, jeśli dalej tak pójdzie, do Asturii dotrzemy na czas- wyjrzał przez okna na dziobie. Chmury przesuwały się leniwie nad płaskimi wzniesieniami. Nagle Allena ogarnęła nostalgia i przypomniał sobie, jak biegał z Sereną po takich wzgórzach. Szybko jednak odegnał te wspomnienia i przyjął postawę odpowiedzialnego kapitana.
- Są jakieś wieści od Vana?- Zwrócił się do Gadetha.
- Rano wysłał nam znak, że spotka się z nami już na miejscu- padła rzeczowa odpowiedź. Allen spojrzał ukradkiem na swego podwładnego. Był dość przystojny. Wysoki, dobrze zbudowany, ale jednak szczupły. Jego krótka, czarna czupryna kontrastowała z długimi żółtymi kosmykami włosów Allena. Przyglądał się jeszcze chwilę jego zwinnym ruchom, po czym odszedł do swojej kajuty.

I znowu ciemność...Allen wiedział już, co za chwilę nastąpi, więc gdy te same dłonie spoczęły na jego ramionach, ani drgnął. Poczuł ten sam oddech i te same usta, co poprzednio. Ale się nie odwrócił. Był ciekaw, co jeszcze szykował dla niego tajemniczy przybysz.
- I tu cię mam. -Powtórzył - Jesteś nieostrożny.
Nim Allen się spostrzegł, już leżał na podłodze. Jego oprawca stał nad nim, ale mrok skrywał mu twarz. - Kim jesteś?- Zapytał blondyn, albo tak mu się tylko zdawało, gdyż ten drugi nie zareagował. Stał tak nad nim, a Allen czuł na sobie jego penetrujące spojrzenie. Aż nagle, zupełnie niespodziewanie przybysz skulił się w sobie nieznacznie, a z jego pleców wyrosła para ogromnych skrzydeł. Blondyna zatkało -...Van...?- Szepnął
Ale skrzydlaty osobnik w niczym nie przypominał Vana. Tylko te pióra... - Nie, ty nie jesteś Van...Ty jesteś....- Szepnął niepewnie. Patrzyło na niego dwoje ciemno czerwonych oczu. Poczuł jego usta na swoich i w tym momencie opuściły go wszystkie siły. Leżał tak, poddając się woli skrzydlatego. Ciepło rozchodziło się od ust po całym ciele. Allen wiedział, że nie powinien tego robić, ale odwzajemnił pocałunek. I nagle obudził się. Albo raczej zrobił to potężny wstrząs.

Po chwili do jego kajuty wparował Gadeth.
- Kapitanie, Zaibach atakuje!- Następny wstrząs zwalił ich obu na ziemię. Kapitan ubrał się szybko i wbiegł na mostek. Od razu rozpoznał latającą jednostkę wrogiego Zaibachu. Nad głównym portalem powiewał dobrze mu znany proporzec.
- Folken- syknął ze złością. I nagle doznał szokującej wizualizacji. Zobaczył Głównego Stratega Zaibachu oraz jego twarz. Jego zmrużone, ciemne oczy. Wiśniowe, zimne i bezwzględne. Natychmiast otrząsnął się z tych wizji i zaczął wydawać krótkie, rzeczowe rozkazy. Właściwie jego Crusaide nie miał zbyt dużych szans z olbrzymią bojową jednostką Folkena. Włącznie z jego Sherezadą jest ich za mało, aby stawić czoło wrogowi. Myśl, myśl, myśl- Allen zacisnął pięści, ale rozwiązanie jakoś wcale nie przychodziło.
- Kapitanie -Gadeth nagle wyrósł przed nim- Mam pewien pomysł. Dość szalony, jednak stwarza pewne szanse na wygraną...

-No i jak ja dałem się w to wpakować- Allen zganił się w myślach za to, ze posłuchał przyjaciela. Stał teraz sam, w wąskim i mrocznym korytarzu na statku nieprzyjaciela. Gdzieś tam, na swoich stanowiskach, czekała reszta jego załogi, w tym momencie również zdana na siebie. Allen usłyszał kroki, które zbliżały się w jego kierunku. Zacisnął dłonie na rękojeści miecza i czekał, aż przeciwnik będzie wystarczająco blisko. Świst ostrza. Głuchy odgłos ciała bezwiednie padającego na podłogę. Szczęk miecza chowanego w pochwie. Allen przymknął na chwilę powieki. I znowu ujrzał to samo. Zmrużone, błyszczące oczy, wpatrujące się w niego z wyższością, ale i ciepłem. Dziwnym i niebezpiecznym. Wojownik westchnął i otworzył oczy. Ale to nic nie dało. One nadal się w niego wpatrywały. Minęła chwila, zanim uświadomił sobie, że to nie jego wyobraźnia. Te oczy na prawdę na niego patrzyły. Obca postać stała przed nim i wpatrywała się w niego z tym samym wyrazem. Allen odskoczył odruchowo w tył i sięgnął po miecz. Potknął się i przewrócił o ciało zabitego żołnierza.
- Ty...- syknął i zacisnął dłonie na rękojeści miecza tak mocno, że zbielały mu kostki. Wróg stał spokojnie i z szyderstwem w oczach uśmiechał się do niego lekko.
- Allen Shezar- Folken jakoby delektował się każdą głoską tego nazwiska.
- Dlaczego nas zaatakowaliście?- Warknął blondyn.
- Wiedziałem, że do mnie przyjdziesz- szepnął Folken, albo Allenowi tak się tylko zdawało, bo nie zauważył, aby Strateg poruszał ustami. Te usta,...Allen przypomniał sobie nagle, jak to one całowały go we śnie. Na to wspomnienie, opuścił miecz niżej i wyprostował się dumnie, zarumieniony nieznacznie.
- Odwołaj ten bezsensowny atak, to odejdziemy- powiedział już zupełnie spokojnym głosem. Ale Folken uśmiechnął się tylko delikatnie, milcząc uparcie. Podszedł do blondyna i jak gdyby nigdy nic, począł rozwiązywać chustkę pod jego szyją i rozpinać śnieżnobiałą koszulę. Allen odepchnął dłoń oprawcy i odwrócił się gwałtownie. Po chwili pojął jednak swój błąd. Wiedział już, co stanie się za chwilę. Zupełnie jak w jego śnie. I rzeczywiście, poczuł na plecach delikatny oddech Folkena. Zacisnął usta i przymrużył oczy. Tamten położył dłonie na białych, bufiastych rękawach Allena i pocałował jego szyję. Rycerz Caeli chciał uciec, walczyć, odtrącić ręce wroga, ale jedyne, do czego był zdolny, to wydać z siebie ciche westchnienie. Folken natomiast nie przestawał. Całował oszczędnie i delikatnie, ale pewnie, jakby znając każdą linię ciała rycerza.
- Śniłeś mi się...- szepnął prawie niesłyszalnie Allen i westchnął ponownie.
- I tu cię mam- szepnął równie cicho drugi mężczyzna w przerwie między pocałunkami. -Bo widzisz, ja nie wierzę w sny. A teraz jesteś nieostrożny- nie minęła chwila, a Allen już leżał na zimnej, stalowej podłodze latającej fortecy Zaibachu.
- Ale jeśli cię to pocieszy...- Folken zaczął miękko- ty też mi się śniłeś. Nie wiedziałeś, kim jestem. Dlatego pokazałem ci to. - W tym momencie zrzucił z siebie górną część szaty. Napiął się i z jego pleców wystrzeliła para czarnych skrzydeł. Ciemne pióra latały w około jego postaci i lądowały przy Allenie. -Dopiero wtedy zrozumiałeś- dokończył i klęknął przy rycerzu. Położył dłoń na jego mostku i obdarzył go głębokim, ciepłym spojrzeniem. Blondyn nie za bardzo wiedział, czy powinien coś powiedzieć, czy może próbować się wyrwać. Patrzył w rubinowe oczy Folkena jak zahipnotyzowany. Tamten przysunął się powoli i złożył na ustach Allena gorący, a zarazem delikatny pocałunek. Rycerz odtrącił go i zerwał się na równe nogi. Rozszerzonymi oczyma patrzył, jak Folken podnosi się powoli i patrzy na niego. A raczej na jego usta. Allen dotknął ich i poczuł ciepło. Jego usta drżały. Czuł w skroniach łomoczące w piersi serce. Zamknął oczy i odgarnął włosy z twarzy. Odetchnął i już miał przypomnieć przerwania ataku, ale coś w spojrzeniu Folkena nie pozwoliło mu na to.
- Nie patrz tak na mnie!- Zażądał
- Jak? Przecież cię nie zatrzymuję. Idź, jeśli chcesz...Ale wiem, że ten pocałunek będziesz pamiętał do końca swych dni. I będziesz żałował, że nie zostałeś.- Strateg schował swe skrzydła i uśmiechnął się zachęcająco. Allen zawahał się. Wiedział, że nie powinien, że musi słuchać rozsądku, że to wróg i wszystkie te myśli wirowały w jego głowie. Nadal czuł jednak w ustach smak tych pocałunków. A ciało wroga kusiło przedziwnie.
Szczupła szyja; mocno zarysowane kości obojczykowe, umięśniona klatka piersiowa, brzuch, a niżej....Allen zaczerwienił się na samą myśl.
- Co zrobisz, jeśli teraz odejdę?- Zapytał cicho, prawie niesłyszalnie. Naprawdę chciał zostać i nienawidził się za te myśli.
- Będę cię ścigał tak długo, aż sam do mnie przyjdziesz- odparł Folken zupełnie spokojnie, również bardzo cicho. - Ale wolałbym, żebyś teraz został... Mam tu niewiele rozrywek- zalotnie przechylił głowę. Allen ostatkiem sił zdusił w sobie chęć porwania Stratega w ramiona, ale nadal nie był do końca pewien, co powinien zrobić. Folken wyczuł to i kontynuował. Podszedł do niego bezgłośnie i pogładził jasny policzek, na co Allen przymrużył oczy jak kot, łasy na pieszczoty.
- Wahasz się- Strateg pocałował go w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu musnęła skórę dłoń. - To dobrze- całował okolice jego ust- Bardzo dobrze- dotarł do miękkich warg i złożył na nich przelotny pocałunek. Allen do tej pory stał sparaliżowany, jednak gdy poczuł na sobie usta Folkena, coś w nim pękło. Położył swą szczupłą dłoń na karku wroga i przytrzymał jego głowę przy swojej. Tamtego trochę zdziwiła ta nagła reakcja, ale nie dał się długo przekonywać. Nasilił pocałunek, teraz odwzajemniany przez Allena i objął go w pasie. Stali tak w ciszy i oddawali się tej skromnej rozkoszy. Rycerz Niebios czuł ciepło promieniujące z głowy i rozchodzące się po całym jego ciele. Folken zadrżał i poruszył się niespokojnie, gdy dłoń blondyna penetrowała jego plecy i natrafiła na połączenie między kręgami. Allen skupił się na tym miejscu i wodził wokół niego, bawiąc się rozkoszą Folkena. Ten tylko jęknął i zamknął dłonie na pasie od miecza Rycerza. Czuł, że szczupły blondyn nie będzie się spieszył i nie liczył na to. Zacisnął powieki i wtulił się w jego ramię, wzdychając i muskając czasem ustami gładką skórę kochanka. Allen zaś poznawał mapę jego ciała, cały czas jednak będąc w pobliżu wrażliwego punktu na kręgosłupie. Zauważył, że przyjemność czerpie z samego faktu, że Folken drży pod jego dotykiem i że teraz Główny Strateg Zaibachu był zdany na jego łaskę, a nie odwrotnie. Uniósł twarz Drakończyka i pocałował jego gorące usta. Ten nie protestował i wsunął język między wargi Allena. Równocześnie odsunął się od niego na tyle, by móc rozpiąć kostium, krępujący jego rozgrzane ciało. Blondyn nie opierał się, nadal masując jego plecy i kark. Gdy już stał bez górnej części garderoby, Folken zajął się jego ramionami. Całował je i pieścił delikatnie palcami. Nagle usłyszeli jakiś wybuch. Allen momentalnie oprzytomniał i odskoczył od Folkena, który również wydawał się wrócić do brutalnej rzeczywistości. Usłyszeli jakieś krzyki, a potem kolejny wybuch.
-To moi ludzie- orzekł blondyn i w tym momencie uświadomił sobie, że obydwaj są prawie nadzy. Szybko wsunął miecz za pas, narzucił koszulę i zaczął doprowadzać ją do porządku. Folken jednak wyręczył go i swymi długimi palcami pozapinał jego ubranie. Allen zdziwił się nieco, gdyż był on już ubrany i wyglądał, jakby dopiero przyszedł.
-Więcej nie spotkamy się...w takich okolicznościach- szepnął mężczyzna o seledynowych włosach, gdy dopiął ostatni z guzików niebieskiego munduru. Allen spojrzał na niego i zmrużył oczy.
-Może masz rację, Strategu, ale za każdym razem, gdy zniszczę melefa Zaibachu, będę myślał o tobie. Uwolnię cię stąd...- Folken chciał zaprzeczyć, ale rycerz zamknął mu usta delikatnym i prawie dziecięcym pocałunkiem. Pogładził jego policzek i bez zastanowienia skierował się biegiem do portalu prowadzącego za zewnątrz. Przed samym wyjściem odwrócił się na chwilę. Chciał jeszcze ostatni raz spojrzeć na swego kochanka, ale jego już nie było. Tylko pióra wirujące dookoła. Jedno doleciało aż do Allena. Wyciągnął ku niemu smukłą dłoń, ale gdy dotknęło powierzchni jego skóry, rozprysło się na małe, srebrne iskierki. Blondyn zamknął dłoń i uśmiechnąwszy się smutno, wyszedł....


Pangea 2003