Master of destruction 1
Dodane przez Aquarius dnia Lipiec 06 2011 14:21:54
Fanfik stanowi alternatywną wersję wydarzeń, które miały miejsce w Gantzu. Rozchodzę się z historią Oku Hiroyi po misji z Cebulowym Obcym. Jeśli chodzi o postać Nishi'ego, bardziej trzymam się wersji z anime, niż z mangi.
Dla niewtajemniczonych w mangę/anime; myślę, że wystarczy znać główny zarys fabularny, aby zorientować się w fanfiku. Nie nawiązuję do prawie żadnych wydarzeń, które miały miejsce w oryginale, więc nieznajomość mangi/anime nie powinna stanowić problemu.
Co do samego tekstu, to powstało tego już dość sporo, pierwsze rozdziały były tworzone kilka miesięcy temu. Myślę, że wraz z kolejnymi opowieść się rozwija i staje się coraz ciekawsza.





* * *


... nie ma możliwości, aby w jednej chwili być tak do końca, absolutnie sobą. Osobowość ludzka składa się z tak wielu odcieni i przybiera tak wiele kształtów, że nie sposób wyrazić jej całej w jednym momencie. Gdzieś na dnie duszy czai się coś tak śliskiego i obrzydliwego, że nie przychodzi nam nawet do głowy, iż to naprawdę może tam istnieć. Jednak ostatecznie nadchodzi dzień, kiedy bariery zostają zniszczone, łańcuchy zerwane i ta brutalna niszcząca siła uwalnia się. Myślę, że to całkiem naturalne. Problem rodzi się dopiero wtedy, gdy okazuje się, że brama prowadząca do powrotu jest zatrzaśnięta.

***


"... pierwsza zasada naszej miłości dla ludzi; słabi i nieudani niech sczezną"

Czytałem właśnie książkę, kiedy poczułem, że rozpoczęło się transportowanie. Gdy moja głowa znalazła się już w tak dobrze znanym pokoju, spostrzegłem starą ekipę; Kishimoto, Kei'a i Kato. No i psa, ale o nim raczej nie warto wspominać. Nikogo nowego nie było.
- Nishi, już myślałem... - zaczął Kato.
Wpatrywał się we mnie tym troskliwym spojrzeniem. Co on sobie wyobrażał? Że jest moim ojcem czy bratem? Nie potrzebowałem wsparcia nikogo z nich.
- Że co? - warknąłem. - Może, że Gantz polubił mnie na tyle, że już nie muszę brać udziału w tym uroczym teleturnieju?
Wyraz jego twarzy stężał na moje słowa. Nie powiedział już nic więcej. I dobrze. Ta jego nadopiekuńczość w stosunku do wszystkich była nie do zniesienia. Cholerny bohater.
- Dlaczego... - zaczęła Kishimoto. - Dlaczego nie ma nikogo więcej?
Spojrzała na Kato. Szczerze powiedziawszy, rozśmieszała mnie jej postawa. Wyobrażała sobie, że ten "bohater" wybawi ją z każdej opresji. Gdyby tylko postanowiła sama coś robić podczas misji, to przysłużyłaby się znacznie bardziej.
Przeniosłem wzrok na Gantza. Czarna kula błyszczała lekko. Ciekawe, czym właściwie była. Pozostali utwierdzili się w przekonaniu, że wiem znacznie więcej od nich. Nie miałem zamiaru wyprowadzać ich z błędu.
- Nie wiem... Może zaraz ktoś dojdzie... - odpowiedział jej.
- Cóż. Gdyby stało się inaczej, mocno by mnie to zdziwiło. To by było coś nowego. Ale im mniej osób do zabicia, tym trudniej będzie pozbyć się celu.
Spojrzeli na mnie oburzeni. Westchnąłem.
- Kiedy w końcu zrozumiecie? Tu nie chodzi o tworzenie braterskich więzi, harcerzyki. Tylko o przetrwanie. Doprawdy... Tłumaczenie wam tego to jak gadanie do tego tam - wskazałem na śliniącego się psa.
- Skurczybyk... - zaczął Kei.
Naszą rozmowę przerwała znajoma piosenka. Wszyscy spojrzeliśmy na Gantza. Na ekranie wyświetlił się napis:
" No i co się gapicie, gnojki? Strach was obleciał, że jest was mniej? Nie widzę potrzeby, aby było was więcej. Wasze buźki mi się znudziły, pora zastąpić je nowymi. He, He, hee."
Kishimoto przyłożyła ręce do twarzy w geście przerażenia.
- To znaczy... że on chce się nas pozbyć!
- Powiedziałbym raczej, że pogrywa sobie z nami. Mam to gdzieś. I tak sobie poradzę. - odparłem.
- Coś ty taki pewny siebie, do cholery?! - krzyknął Kei. Podszedł do mnie. Był wyraźnie wściekły.
- Bo bez tego się umiera. Nie chcesz umierać, prawda? Boisz się. Widzę, jak się boisz, aż drżysz - zauważyłem ze złośliwym uśmiechem.
Stał tuż przede mną. Doskonale widziałem, jak w jego źrenicach czai się strach i początek obłędu.
Złapał mnie za koszulę.
- Kurono... Otwórz oczy.
Zacisnął szczęki, ale nic nie odpowiedział. Domyślałem się, że mnie nienawidzi. Jednak nie za to, jaki byłem. Tylko za to, że ustawicznie mówiłem mu prawdę, której nie był w stanie przełknąć.
- Zobaczcie, pokazał cele - zawołał Kato.
Kurono mnie puścił. Faktycznie, na ekranie pokazały się zdjęcia dwójki obcych. Jeden z nich wyglądał jak wielka jaszczurka, a drugi jak człekopodobna roślina. Nie czytałem szczegółów. I tak nigdy nie były do niczego przydatne. Stanowiły tylko element czarnego poczucia humoru Gantza.
Rozpoczęło się wysyłanie. Kiedy znaleźliśmy się na miejscu, rzuciłem im krzywy uśmiech i poszedłem w swoją stronę.
- H-hej... - zawołał Kato.
Odpowiedziałem, nawet się nie odwracając.
- Nie jestem z wami, zapamiętaj to wreszcie.
Wyciągnąłem radar. Nie mogłem marnować czasu. Godzina na uporanie się z przeciwnikami zwykle wystarczała, ale lepiej mieć się na baczności. Kurono miał rację. Byłem pewny siebie. Ale miałem również świadomość, że jej nadmiar, podobnie jak brak, prowadzi do śmierci.
Uaktywniłem niewidzialną osłonę i zbliżałem się do czerwonej kropki na moim radarze. Właściwie byłem już na miejscu. Schowałem urządzenie do kieszeni i wyciągnąłem broń. Ciemność ziejąca z każdej bocznej uliczki nie zachęcała mnie. Czekałem. W końcu usłyszałem jakieś odgłosy. Moim oczom ukazał się jaszczur. Nie był taki duży, jak przypuszczałem. Mniej więcej mojego wzrostu, na pewno nie przekraczał półtora metra. Wycelowałem i oddałem strzał. Bestia zrobiła unik.
- Cholera... - wystrzeliłem po raz drugi, jednak znowu się nie udało. Otworzył pysk i wypluł na mnie jakąś toksyczną substancję. W porę odskoczyłem, lecz moją niewidzialność szlag trafił. Upadając, wypuściłem urządzenie z dłoni i skąpało się w żrącym płynie.
A niech to. Leżąc na boku, wystrzeliłem znowu. Tym razem prawie się udało. Należało wymyśleć lepszą taktykę, był za szybki.
Podbiegłem do niego, mając nadzieję, że tym razem nie będzie pluł. Udawałem, że strzelam, po czym błyskawicznie skręciłem na prawo i oddałem kolejny strzał. Cholera, odskoczył do tyłu. Syknął coś, kurewsko rozwścieczony. Zamachnął się ogonem i mocno mnie uderzył. Przewróciłem się. Zdołałem jeszcze zauważyć, jak zamrugał swoimi błyszczącymi oczami.
- Nishi! - usłyszałem za sobą. No nie, przyszli mi przeszkadzać. Miałem ich dość. Chociaż z drugiej strony mogli rozproszyć uwagę potwora.
- Wszystko gra - powiedziałem. - Jest szybki.
Nie zdążyłem powiedzieć nic więcej, bo splunął na mnie tym przeklętym jadem. W porę przeturlałem się na lewo. Wstałem najszybciej jak to było możliwie.
Jaszczur zauważył pozostałych. Znowu zamrugał kilka razy. Jego oczy wydawały się doskonale rejestrować obraz, wyglądały na bardzo delikatne. To sprawiło, że wpadłem na wspaniały pomysł.
- Ty, mięśniaku - zwróciłem się do Kato. - Złap go.
- Co? - zdziwił się.
- Zrób to, do cholery!
Zawahał się przez chwilę, ale rzucił się na jaszczura. Trwała szamotanina. Świetnie. Mogłem to wykorzystać. Podszedłem go od tyłu i z całej siły wcisnąłem mu palce w oczy. Zasyczał przeciągle. Doskonale. Obawiałem się, że mógłbym go nie trafić, bo wraz z Kato cały czas się przesuwali, a broń działała z opóźnieniem. Jednak teraz...
Kato nie mógł dłużej wytrzymać. Potwór odrzucił go kilka metrów dalej. Biegał w kółko, łapami trzymając się za krwawe punkty w oczodołach.
- Tak! - ucieszyłem się.
- To... wstrętne - Kishimoto wyraziła swoją opinię.
Wymierzyłem i bez wahania utłukłem potwora.
- No, jeden mniej. Przybędzie trochę punktów.
- Jak możesz myśleć w ten sposób? - obruszyła się dziewczyna.
- Jak to możliwe, że jesteś ode mnie starsza, a taka głupia?
Zacisnęła zęby na tą obelgę.
Dalej, chcąc nie chcąc, wyruszyłem z nimi. Pomyślałem, że w tym wypadku jednak należało się trzymać blisko nich. Było nas za mało, abyśmy mogli sobie pozwolić na straty.
Wyciągnąłem radar.
- Co z drugim? - zainteresował się Kei.
- Jest w tamtym budynku - wskazałem na fabrykę.
- Czy tam są ludzie? - zapytał Kato.
- Nie wiem. I nic mnie to nie obchodzi - odpowiedziałem.
- Jeśli są tam ludzie, to musimy go wywabić na zewnątrz. Przecież...
- Proszę bardzo, jeśli to zrobisz, to zabiję go na zewnątrz. Wiedz jednak, że jestem raczej niecierpliwy. A jeśli podejdziesz do niego i powiesz "Przepraszam pana, czy mógłby pan wyjść na dwór?" to raczej nie zareaguje w odpowiedni sposób.
Dalej szliśmy już bez słowa. Miałem wrażenie, że oni się mnie boją. I bardzo dobrze. Strach był najlepszą barierą. Dzięki niemu nie zbliżali się do mnie.
Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Fabryka wyglądała na opuszczoną. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w nią tylko, mając nadzieję, że obcy sam wyjdzie nam na spotkanie. Nic się jednak nie wydarzyło. Zerwał się lekki wiatr. Nie mogłem wciąż tracić czasu.
- Dobra. Ja idę - oznajmiłem i jako pierwszy wszedłem do środka. Wnętrze było ciemne i nieprzyjazne. Od razu zauważyłem mnogość korytarzy. Żałowałem, że Gantz nie wyposażył nas w latarki. Stawiałem wolne, ciche kroki. Nerwowo ściskałem pistolet. Nie zapowiadało się na to, żeby coś miało się wydarzyć. Jednak miałem pewność, że to tylko cisza przed burzą.
- Czy to... na pewno tu jest? - nieśmiało zapytała Kishimoto.
- Yhm - mruknąłem tylko.
Drażniło mnie to, że w ogóle się odzywa. Z resztą, obecność każdego z nich działała mi na nerwy.
Poczułem jak grunt pod stopami lekko się zatrząsł. Nieznaczne, lekko wyczuwalne tąpnięcie. A może tylko nadepnąłem na coś...?
- Hej, też to poczuliście? - usłyszałem Kei'a.
Czyli jednak mi się nie wydawało. Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, wszystko zaczęło się trząść bardzo mocno. Nie czekałem na ich reakcje. Pobiegłem przed siebie. Chciałem znaleźć cel zanim budynek się zawali. Żywiłem głęboką nadzieję, że jeśli nie uda mi się uciec, to kostium zneutralizuje obrażenia. Biegłem cały czas prosto. Niespodziewanie, ta metoda okazała się najbardziej skuteczna. Dotarłem do pomieszczenia, w którym znajdowała się wielka roślina, przypominająca rosiczkę. Nie poruszała się.
Za sobą usłyszałem czyjeś sapanie. Odwróciłem się na moment. Kei za mną pobiegł.
- Po coś za mną lazł? - zapytałem go zniechęcony.
Poprzedniego razu srogo mnie zawiódł. To, że dziewczyna i Kato nie są w stanie pociągnąć za spust w takiej sytuacji, nie dziwiło mnie wcale. Byli beznadziejnie słabi i zakłamani. Wprost żenujący. Zdawało mi się, że Kei jest inny, że jest w stanie stanąć na wysokości zadania. Czy się pomyliłem...?
- Odwal się. A gdzie miałem biec?
Po jego twarzy spływały krople potu. Wątpiłem, że ze zmęczenia. Również dostrzegł roślinę i pewnie nie mógł przestać myśleć o momencie, kiedy się poruszy.
- Twoje ziomki pobiegły gdzie indziej -zauważyłem.
- Poradzą sobie - odpowiedział.
- No tak, nie będziesz im przecież matkować. Wolisz martwić się o siebie. To całkiem naturalne - odparłem i uznając rozmowę za zakończoną, wymierzyłem.
Tak jak się spodziewałam, roślina nie dała się zabić od pierwszego strzału. Rozwarła swoje potężne szczęki i zdawało się, że połknęła wystrzał. Cholera. Zaraz potem użyła szczęk do wyprowadzenia swojego ataku. Widziałem, jak między nimi pojawia się kula światła i zrozumiałem, że to bardzo źle wróży. Szczególnie, że wstrząsy nie ustały.
- Musisz strzelać w inne miejsce!
- Wiem! - odwarknąłem. - Nie teraz!
Nie czekając na jego reakcję, rzuciłem się w stronę okna i wyskoczyłem przez nie. Poczułem nieprzyjemne uderzenie ciała o podłoże, jednak kostium sprawił, że nie poczułem dotkliwego bólu. Spojrzałem w górę. Kurono wciąż stał na parapecie, jednak widząc, że jestem w jednym kawałku, wziął ze mnie przykład. Zrobił to na sekundę przed eksplozją energii. Z grymasem na twarzy pozbierał się z ulicy. Spojrzał najpierw na mnie, a potem na trzęsący się budynek.
- Powinniśmy uciekać. To zaraz... - zaczął.
- Taa - odparłem i pospiesznie się oddaliliśmy.
Budynek jednak się nie zawalił. Drgał cały czas i miało się wrażenie, że lada moment runie, jednak nic się nie działo.
- To coś nie poszło za nami - zauważył Kei.
- Zaraz pewnie przyjdzie.
Staliśmy tak przez chwilę, nic nie mówiąc i wpatrując się w okno. Usłyszałem za sobą jakieś dziwne odgłosy. Raptownie się odwróciłem. Chodnik zaczął pękać i spod ziemi wynurzyła się poczwara. Jej ogromne cielsko wyrwało spory fragment betonu.
- O kurwa... - usłyszałem zduszony szept Kurono.
Co za tchórz, pomyślałem. Zawsze trząsł się jak osika.
- Weź się w garść - poleciłem mu.
- Że niby mam się oswoić... z tym czymś?! - oburzył się.
Kreatura przypominała ogromną dżdżownicę. Miała okrągły otwór gębowy, wokół którego błyszczały ostre kły. Ponad nimi widniało granatowe oko.
Stworzenie zaryczało wściekle i uderzyło nas głową. Poturlaliśmy się po ziemi.
- Cholera... Nie pozwolę! - pozbierałem się i wystrzeliłem. Bezskutecznie.
- Musimy zrobić coś, żeby wylazła - zaproponował Kurono.
- Przestań pieprzyć. I tak ją dorwę! - odkrzyknąłem.
Nie miało znaczenia, czy potwór ucieka czy też nie. Głęboko wierzyłem, że po postu nie może mi się nie powieść.
- Obłąkany... - burknął Kei.
- Nie wkurzaj mnie - odparłem i wystrzeliłem w dziurę, jednak potwór popełzał już gdzieś dalej.
- Czy to będzie nas gonić? - zapytał.
- Co to ma...? - zacząłem, ale stanowczo mi przerwał.
- Czy będzie nas gonić?!
Ulica znowu się zatrzęsła.
- A jak myślisz, do cholery?
- Chodź - pociągnął mnie za rękę i pobiegliśmy w obranym przez niego kierunku.
Pomyślałem, że najlepiej będzie nie protestować. Tępe upieranie się przy swoim planie, który polegał na braku jakiegokolwiek planu, byłoby nonsensem. Istniało przecież prawdopodobieństwo, że Kurono wpadł na coś, co będzie można wykorzystać. Nie zadawałem żadnych pytań. Włożyłem całą energię w ucieczkę.
Ziemia pod nami drgała. Obawiałem się, że lada moment dżdżownica może nas wyrzucić w powietrze.
- Rozdzielmy się - zaproponowałem. - To rozproszy jego uwagę!
- Świetny pomysł. Upatrzy sobie jednego i rzuci się na niego. Mam przeczucie, że to będę ja! - zaprotestował.
Głupiec. Mój pomysł był dobry. Miałem niemal całkowitą pewność, że zadziałałby. Już chciałem odłączyć się od niego, kiedy znaleźliśmy się tuż przed autobusem, który właśnie się zatrzymał. Bez namysłu wpadliśmy do środka.
Byłem bardzo zdyszany. Kostium lepił się do ciała, co stanowiło okropne odczucie. Czułem jak rwało mnie w płucach.
- Co zrobimy? Przecież tu jest tylu ludzi... - zaczął.
- Nie baw się w tego twojego przyjaciela "Obrońcę Ludzkości" - odparłem z kpiną. - Skoro to nas nie dogoniło, to do jadącego autobusu nie...
- Na przystanku mu się uda.
Spojrzeliśmy na siebie w milczącym porozumieniu.
- W takim razie, gdy tylko się zatrzymamy... - zasugerowałem.
Skinął głową.
Wcale nie liczyłem na współpracę. Nic nie szkodzi. Z samym Kurono mogłem współdziałać. Wraz z resztą tworzył pewnego rodzaju grupę. Co prawda nieoficjalną, ale jednak. Nienawidziłem grup.
Rozejrzałem się po pasażerach. Wszyscy stali lub siedzieli, milcząc, z lekką mgiełką w oczach. Zupełnie nieświadomi, że zaraz mogą zginąć. Spojrzałem na blondynkę naprzeciwko mnie. Siedziała, czytając gazetę. Wyobraziłem sobie, że dżdżownica odrywa jej głowę. Blond włosa główka oderwana od karku, z której kapie krew. Zanim by to się stało, zapewne krzyczałaby. Tak, wyglądała na taką, co krzyczy. I zaczęłaby panikować, do końca niepogodzona ze swoim losem...
Autobus zatrząsł się i przewrócił. Ludzie krzyczeli. Nie zastanawiając się długo, wybiłem szybę i wypełzłem z pojazdu. Kurono wziął przykład ze mnie.
Podniosłem się i rozejrzałem. Nigdzie nie mogłem dostrzec dżdżownicy. Należało skrępować potwora, bo inaczej pozbycie się go było niemożliwe. Tylko, że nie wziąłem żadnej innej broni oprócz X-guna. Cholera...
- Kurono? Masz Y-guna?
- C-co? Czy to to? - zapytał i wyciągnął swój pistolet.
Bez słowa wyrwałem mu go i zadałem kolejne pytanie.
- Potrafisz wchodzić na drzewa?
- Co?
Z jakieś sto metrów przed nami znajdowało się drzewo z dogodnie rozstawionymi gałęziami. Wskazałem je palcem.
- Wejdź na nie - poleciłem.
- Kim ty do cholery jesteś, żeby mi rozkazywać?! - krzyknął.
Ziemia znowu się zatrzęsła.
- A chcesz wrócić? Jeśli tak, ciapo, to zrób to, kurwa mać.
Spojrzał na mnie z dziwną konsternacją. Jednak nie wahał się już dłużej. Zaskoczyło mnie, że tak szybko potrafi biegać. Najwyraźniej jego mobilizacja sięgała zenitu. Tak jak podejrzewałem, dżdżownica zwróciła na niego uwagę i ruszyła za nim. Widziałem jak ulica pęka, w miejscu gdzie obecnie się znajdowała.
- Dobra - szepnąłem sam do siebie i wycelowałem.
Kei'owi udało się dobiec do drzewa. Zaczął się wspinać z małpią zręcznością, zapewne kostium znacznie mu to ułatwiał. Bestia przebiła się przez asfalt i wynurzyła na zewnątrz. Pomimo tego jeszcze nie strzelałem. Chciałem poczekać aż cała wyjdzie na powierzchnię. Ryzykowałem i wiedziałem o tym. Nie miałem przecież najmniejszego pojęcia ile może mieć metrów. Przez moją zwłokę Kei mógł zginąć. Jednak to nie ocalenie go stanowiło dla mnie priorytet. Najbardziej liczyło się zgładzenie celu.
Wspinał się szybko, jednak pomimo tego potwór wciąż znajdował się tuż przy nim.
Nagle wpadłem na lepszy pomysł. Mogłem po prostu przybić dżdżownicę do drzewa. Z pewnością nie mogłaby się oswobodzić. Tak też zrobiłem. Potwór przeciągle zawył, lecz nie był w stanie przeciąć przytrzymujących go sznurów.
Podszedłem do drzewa. Kurono zdążył już zeskoczyć na ziemię. Najpierw rzucił krótkie spojrzenie na wijącą się poczwarę. Następnie przeniósł wzrok na mnie. Dostrzegłem w jego oczach nieme, aczkolwiek wyraźne ponaglenie. Patrzył niemal prosząco. Chciał, aby to już się skończyło.
Przez chwilę nie reagowałem. Jednak byłem pewien, że on zdaje sobie sprawę, iż wychwytuję przesłanie.
Wiał lekki wiatr. Niósł ze sobą słodki zapach jesieni. Miał też w sobie coś z aromatu nocy. Z tą sielankową atmosferą kontrastowało systematyczne skowyczenie obcego.
- Ty to zrób - powiedziałem w końcu.
Mój ostry, szorstki głos przeciął aksamit powietrza. Kei drgnął. Widziałem, jak rysy jego twarzy tężeją, układając się w wyraźny protest. Po chwili jednak zdołał się opanować. Podniósł broń. Jego prosto ułożone dłonie napięły się, sylwetka wyprostowała. Po czole spływały krople potu, a oczy drgały niespokojnie. Ciało było doskonale przygotowane do ataku. Niestety, to było wciąż za mało. Bardzo długo celował w wijąca się i zawodzącą bestię. Wznosiła do nieba swój krzyk rozpaczy. A przynajmniej tak to brzmiało.
Zaszedłem go od tyłu i położyłem dłonie na jego dłoniach. Wciąż wyczuwałem w tym człowieku potencjał. Pomimo tego wiedziałem, że jeśli go nie popchnę, nie zdoła się przełamać.
- Cz-czekaj... - zaczął niepewnie.
Moje palce przylgnęły do jego, ułożonych na spustach, palców.
- To ty to zrobisz, nie ja - odparł chrapliwym, łamiącym się głosem.
Całe jego ciało drżało. Każda cząstka jego jestestwa buntowała się przeciwko najbardziej amoralnemu czynowi uznanemu przez społeczeństwo.
Nie zrezygnowałem. Postanowiłem dać mu jeszcze jedną, ostatnią szansę. Miał prosty wybór - umrzeć albo stać się mordercą.
- Ja ci tylko pomogę. Nie wyrywasz się, więc ty to zrobisz - szepnąłem mu do ucha.
Usłyszałem jak przełyka ślinę. Nogi się pod nim uginały.
Odczekałem jeszcze chwilę.
Lekko napiąłem palce, na co odruchowo się szarpnął. Nie odepchnął mnie, tak jak się spodziewałem. Wiedział, że mam słuszność. Tak naprawdę tego pragnął, tylko nie potrafił się do tego przyznać i z tym pogodzić.
Pociągnąłem za spusty. Kilka sekund później ciało ofiary napęczniało i wybuchło, opryskując nas krwawym deszczem. Jeszcze przez chwilę się poruszało, a później drgało już tylko jej zwisające jelito. Z błogą satysfakcją przyglądałem się zwłokom. Czułem rozkoszne dreszcze na myśl, że odebrałem jej życie, że po raz kolejny zagórowałem nad śmiercią. Nie mogąc oderwać wzroku od gasnącego ciała, zupełnie zapomniałem o Kurono. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie jego obecność. Klęczał i trzymał się za brzuch. Miał trudności z oddychaniem. Zdawało mi się, że zbiera mu się na wymioty.
- Dlaczego... dlaczego mogę żyć tylko takim kosztem?
Nie wiedziałem czy kieruje pytanie do mnie czy w pustkę. Postanowiłem odpowiedzieć.
- Bo takie są zasady. Tu nie ma ani sprawiedliwości ani moralności. Tylko zasady Gantza - wyjaśniłem spokojnie.
- Kurwa... - uderzył pięścią w ziemię.
W jego oczach pojawiły się łzy, które zaraz potem zaczęły spływać po policzkach i kapać na asfalt.
Nie miałem zamiaru go pocieszać. Z resztą, nie zdałoby mu się to na nic. Tylko on sam mógł sobie pomóc.
Nieoczekiwanie podniósł się i wystrzelił do martwej dżdżownicy. Zrobił to jeszcze kilkakrotnie, zawodząc z wściekłości. Był zawzięty, jednak nie ulegało wątpliwości, że strzelanie do martwych to zupełnie co innego. Mimo wszystko, zdołał nieco się uspokoić.
- Tobie... Tobie sprawia to przyjemność - rzucił oskarżycielsko.
Uśmiechnąłem się sarkastycznie.
- Jeśli dożyjesz, wkrótce sam to zrozumiesz.
Pokręcił głową. Nie chciał się zgodzić z tym, co mówiłem. Miał w sobie dużo energii i woli życia, więc podejrzewałem, że moje słowa niedługo się sprawdzą.
- Zrozum to, do cholery. Nikt tu nie wymaga od ciebie człowieczeństwa. Jesteś tylko narzędziem - powiedziałem cicho i usiadłem.
Rzuciłem okiem na radar. Nie dostrzegałem żadnych celów. No, to chyba na tyle. Tamci musieli uporać się z rosiczką.
Oczy Kurono znowu zalśniły łzami. Tak się składało, że miałem mu do zaserwowania gorzką, ostrą jak brzytwa, prawdę. Ponadto, nie odczuwałem ani krzty współczucia czy chęci pomocy. Łkał, a ciemność wchłaniała jego rozpacz jak czarna dziura. Wpatrywałem się w niego z twarzą bez wyrazu. Ja już dawno pozbyłem się sumienia, a jeśli wciąż je posiadałem, to musiało ukryć się bardzo głęboko, w jakimś odległym zakątku mojej duszy.
Rozpoczęło się transportowanie. Na dziś koniec rewelacji.


***


Kolejny tydzień minął spokojnie. Gantz nie miał nam do zaoferowania żadnych niespodzianek. Chodziłem do pracy, bo szkoła stała się dla mnie nieosiągalna. Oficjalnie zostałem uznany za martwego, więc nie mogłem uczęszczać na zajęcia. Ludzie widzieli moją śmierć, widzieli moje martwe ciało. Właśnie dzięki temu zrozumiałem, że jesteśmy kopiami. Nie wiedziałem czy w każdym przypadku po gamerze pozostawały zwłoki, lecz jednego byłem pewien. Skoro ciało ulegało destrukcji, to żadne z nas nie mogło być oryginałem.
Nie wróciłem do rodziców. Za bardzo się obawiałem, że mogą mnie stracić po raz drugi. Z pewnością mnie opłakiwali, albo przeciwnie; przeklinali za moją "bezmyślność". Nie miałem pojęcia, która opcja była prawdziwa i wolałem nie spekulować. Najlepszym wyjściem było nie robienie sobie złudnych nadziei, dopóki nie stałbym się znów żywy i wolny.
Jeśli się tak stanie.
No właśnie. Nie miałem przecież żadnej, nawet najmniejszej pewności, że słowom Gantz'a można zaufać. Ostatecznie byliśmy dla niego tylko pionkami bez tożsamości. Wiedziałem jednak, że muszę w to zapewnienie bezgranicznie wierzyć. Wątpliwości oznaczałyby klęskę.
Rankami pracowałem, żeby mieć czym spłacić wynajmowane mieszkanie. Imałem się prac, w których nikt specjalnie nie zwracał uwagi ani na mój wiek ani na dane osobowe. Popołudnia miałem dla siebie. W tym czasie czytałem lub po prostu leżałem, wpatrzony w sufit i myślałem. Moja egzystencja była mętna i ponura. Z resztą, stanowiła coś w rodzaju poczekalni. Czekałem na prawdziwe życie lub ostateczną śmierć.
Z pewnością pozostałbym wciąż zawieszony w tej apatycznej pustce, gdyby nie pewien zbieg okoliczności.
W środę zadzwonił do mnie zarządca. Byłem z nim w całkiem przyjaznych stosunkach, więc rozmowa rozegrała się w nieoficjalnym tonie.
- Jest sprawa, którą możesz się zainteresować. Skontaktował się ze mną pewien licealista. Obecnie nie mam już wolnych mieszkań, a twoje ma dwa pokoje... Więc pomyślałem, że może będziesz chciał przyjąć go do siebie i podzielić opłaty na pół.
Mruknąłem przeciągle, dając mu do zrozumienia, że się namyślam. Nie miałem ochoty na niczyje towarzystwo. Z drugiej zaś strony, ledwo wiązałem koniec z końcem i zmniejszenie opłat byłoby iście błogosławieństwem. Ostatecznie, ten argument przewyższył moją niechęć. Doszedłem do wniosku, że nie muszę przecież zawierać z tą osobą przyjaźni. Ściślej, wcale nie musze się odzywać.
- Niech będzie - odparłem. - Kiedy mam się go spodziewać?
Usłyszałem cichy pomruk i szelest kartek.
- Dziś po południu. Bardzo mu zależało na czasie.
- W porządku. Dziękuję, że pan o mnie pomyślał.
- Drobiazg. Do usłyszenia - odparł i rozłączył się.
Przeciągnąłem się na krześle. Ciekawe, co to za licealista. Szczerze powiedziawszy i tak nie podejrzewałem, aby długo ze mną wytrzymał.


***



Nogi miałem oparte na biurku i zagłębiałem się w najnowszej, aczkolwiek średnio interesującej, powieści Cobena, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi. Aha, przyszedł. Uśmiechnąłem się złośliwie.
- Proszę - odparłem, nie podnosząc nawet wzroku znad książki.
Drzwi skrzypnęły i licealista wszedł do środka. Nie powiedział jednak żadnego "Cześć", ani "Miło mi poznać". Czyżby wystraszył się na sam mój widok...? Groźnie przecież nie wyglądałem.
- Ty...? - usłyszałem znajomy, zszokowany głos.
Uniosłem głowę i moim oczom ukazał się Kurono Kei. Miał naprawdę idiotyczny wyraz twarzy, lecz obawiałem się, że mój był taki sam.
- Jaki ten świat mały - zacząłem z sarkastycznym uśmiechem. - No, no, jeden z nas zginie i opłaty znowu będą większe.
Moje czarne poczucie humoru najwyraźniej nie przypadło mu do gustu. Skrzywił się, ale był jednocześnie mocno zmieszany. Nie lubił mnie, ale zdawał sobie sprawę, że dzięki mnie dostał mieszkanie. Nie wiedział, jak ma się zachować.
Zdobył się na jakiś pomruk i wtaszczył do środka bagaże.
- Pokoje są dwa, ale łóżko jedno. Masz materac? - zapytałem.
Pokręcił głową.
- To sobie kupisz. Na razie wielkodusznie pozwolę ci spać ze mną.
Jego zachowanie naprawdę było pocieszne. Odnosiłem wrażenie, że z każdą chwila jest coraz bardziej zażenowany.
- Możesz rozpakować się tutaj. Drugi pokój będzie mój. Osobiście, nie obchodzi mnie, co będziesz tu robić, bylebyś nie zakłócał mojego spokoju i nie zostawiał syfu w łazience. Ode mnie to tyle.
Mój rzeczowy ton nie wywołał żadnej reakcji.
- Oczywiście możesz jeszcze się wycofać. Powiesz zarządcy, że sprawiłem na tobie wyjątkowo antypatyczne wrażenie.
Na tą uwagę lekko się uśmiechnął. W końcu odzyskał zdolność mówienia.
- Nie spodziewałem się, że na ciebie trafię - odparł.
Wzruszyłem ramionami.
- Powiedziałbym, że to zrządzenie losu, ale ostatnio nasz los ma ściśle określoną nazwę.
Wychwycił aluzję i skrzywił się.
- Rozluźnij się, cholera. Przecież nie wyciągnę giwery i nie rozwalę ci łba. - A po chwili dodałem: - Jeśli nie będziesz mnie denerwował.
Jego myśli bardzo wyraziście odbijały się na jego twarzy. Nie był ucieszony, że tym współlokatorem okazałem się ja. Mnie jednak nic to nie obchodziło i z przyjemnością bawiłem się konwersacją.
- Masz coś do picia? - zapytał.
- Taaa. W lodówce jest sok. Możesz go tu przynieść. Szklanki są w szafce.
Ściągnąłem nogi ze stołu i zamknąłem książkę. Doprawdy, zabawna sytuacja.
- Czemu się przeprowadziłeś? - zapytałem, gdy wrócił.
- Kishimoto sprawiła, że nie mogłem opłacić mieszkania. Bardzo lubiła dużo jeść i brać długie prysznice - wyjaśnił.
Jego wzrok zgubił się w szklance soku pomarańczowego.
- Mieszkała z tobą? - zdziwiłem się.
Skinął głową.
- Yhm. Nie miała gdzie się podziać.
Uśmiechnąłem się z wymownym wyrazem twarzy.
- A ty się bez słowa zgodziłeś, tak?
- No, jakoś tak... - zaczął nieporadnie.
- Frajer jesteś. Ona leci na tego cholernego Obrońcę Ludzkości. A co do ciebie, obchodziły ją tylko twoje pieniądze - stwierdziłem.
Nabrał powietrza w płuca, gotowy do protestów, a nawet wzniesienia rebelii, jeśli zaszłaby potrzeba.
- Ja wcale nie...! - żachnął się.
Zamlaskałem, poirytowany.
- Jasne. Hipokryta. Zapomnij o tej cycatej panience, ona lubi tylko dużych pacyfistów-imbecylów.
Wstałem od stołu. Miał chyba zamiar coś odpowiedzieć, ale rozmyślił się.
- Chcesz coś zjeść? - zapytałem, idąc w stronę kuchni.
- Tak, chętnie.
- Kto wie, może ostatnia wieczerza - zakpiłem.
- Jesteś zbyt fatalistyczny - dobiegł mnie jego głos z za ściany.
- Ależ skąd. Tryskam optymizmem.
Wyciągnąłem chleb. Zabrałem się za krojenie go.
- Akurat... - odparł.
Naszła mnie ochota, aby nieco go nastraszyć. Stanąłem we framudze z nożem w dłoni. Postarałem się o wściekły wyraz twarzy i syknąłem:
- Masz coś do mojego optymizmu?
Nie wiem, czy byłem tak dobrym aktorem, czy Kurono był tak naiwny, ale doskonale widziałem, jak kolory odchodzą mu z twarzy. Ledwo utrzymywał szklankę.
Roześmiałem się na całe gardło.
- Nie wytrzymam, co za tchórz! - skomentowałem, wciąż się śmiejąc. Otarłem łzy z oczu.
- Jesteś, kurwa, okropny - obruszył się.
Po chwili zrobiłem kanapki i zaniosłem je do pokoju.
Z zaciekawieniem przyglądałem się Kurono, który w oka mgnieniu rzucił się na talerz.
- No, no. Widzę, że Kishimoto suchej nitki na tobie nie zostawiła - odparłem.
- Niby chciała zacząć gotować, ale uznałem, że to nie jest zbyt dobry pomysł.
W jego głosie pobrzmiewała gorycz i udręka. Może nie wyraźnie, ale dostrzegalnie.
- Daj sobie z nią spokój. Weź przejrzyj na oczy. I tak niedługo będzie martwa - stwierdziłem sucho.
Spojrzał na mnie wściekle. Zdawało się, że walczy sam ze sobą, aby mnie nie uderzyć.
- A nie mam racji? Powiedz, co ona potrafi zrobić? Zademonstruję - teatralnie przyłożyłem dłoń do twarzy i zapiszczałem, imitując dziewczęcy głosik: - Kato-kun, Kato-kun,! Kato, Kato!
Po prezentacji powróciłem do swojego normalnego głosu.
- I na tyle ją stać. Nie łudź się, że ta paniusia na ciebie spojrzy - przeszedłem do najwyższego stopnia cynicznego tonu. - Nie jesteś tak fajny jak Kato, bo nie masz długich, lśniących włosów i szerokich barów. A-a, i zapomniałbym. I nie pierdolisz od rzeczy, że nie powinniśmy zabijać obcych. To przecież nieetyczne, to żywe stworzenia.
Zabrałem się za kanapę, widząc, że Kei nie je.
- Może masz rację. Ona nie mówi o niczym innym.
- Nie wpadaj przez to w kompleksy. Po prostu upatrzyłeś sobie dziewczynę o inteligencji przeciętnego owczarka niemieckiego.
- Mógłbyś jej chociaż nie obrażać. Ona nie jest psem - burknął niezadowolony.
- Co nie zmienia faktu, że zakochała się jak dziesięciolatka. W sumie to nie mój interes. Wzdychaj sobie do niej po nocach, tylko nie płacz za głośno, bo mam płytki sen.
Zarumienił się na wiśniowo i jego wzrok znów krążył gdzieś po kątach. Ciekawiło mnie, ile ze mną wytrzyma. Tego dnia jego odporność psychiczna nie była zbyt dobra.
Ku mojemu zaskoczeniu, powiedział:
- To już przesądzone. Przeprowadziła się do Kato.
Zamrugałem. To dlatego wyglądał jakby połknął cytrynę. No cóż, tak jak powiedziałem, to nie była moja sprawa.
- Skoro tak. To i tak nie wróży dobrze.
Oparł głowę na dłoni.
- Dlaczego tak myślisz?
- Bo uczucia w naszej sytuacji mogą być zgubne.
- Mi się wydaje, że dla niej to... "uczucie" jest jej główną siłą napędową - powiedział po namyśle.
- Z czasem wszystko może się odwrócić.
Kurono miał podkrążone oczy. Najwyraźniej był senny. Mówił niewiele i zastanawiałem się czy to efekt jego zmartwień czy nieoczekiwanej sytuacji. Chyba zaczynał czuć się swobodniej. A ja rozważałem, czy dobrze postąpiłem, zgadzając się na ten układ.


***



Życie z Kurono układało się nienajgorzej. Pewnie głównie dlatego, że ja połowę dnia spędzałem w pracy, a on w szkole. Obecnie zajmowałem się sprzedawaniem na targowisku. Oczywiście na czarno, ale nie przejmowałem się tym za bardzo.
Spotykaliśmy się dopiero około czwartej. Pomimo tego, że jego nienawiść i moja agresja zelżały, na początku trudno mi było się przyzwyczaić do jego obecności. On dużo czasu spędzał przed telewizorem, a ja przy książkach. Przez jakiś czas po prostu mijaliśmy się obojętnie. Wyczuwałem jego niechęć w stosunku do mnie. Z resztą, ten facet był sceptycznie nastawiony do większości świata. Podobnie jak ja. Należałem do ludzi bardzo krytycznych i dostrzegałem wyłącznie ludzkie wady.
- Że cię nie nudzą te pierdoły - zagadałem do niego, kiedy któregoś dnia wpatrywał się w ekran telewizora. Niebieskie światło odbijało się w jego oczach.
- Nudzą - przyznał.
- To czemu nie zajmiesz się czymś innym? - zapytałem.
- Oglądaniem zdjęć trupów? - nawiązał do naszej pierwszej rozmowy. - Podziękuję.
Wykrzywił twarz we wrogim grymasie.
- No tak. O wiele bardziej spektakularnie wyglądają na żywo - prowokowałem go.
Dał się na to złapać, bo odwrócił wzrok od ekranu i wbił go we mnie.
- Jesteś klasycznym przykładem psychopaty. Zdajesz sobie z tego sprawę?
Uniosłem brew, słysząc ten osąd.
- To, co odczuwam to tylko makabryczne poczucie wyższości nad zabitymi przeze mnie obiektami.
Nie rozumiał. Czekał, aż powiem coś jeszcze, ale ja nie miałem ochoty na dalsze prowadzenie tej dyskusji.
- Może wypożyczysz jakiś film zamiast gapić się na to mózgojebne badziewie?
- Co cię to w ogóle obchodzi?
- To tylko taka "przyjacielska" sugestia.
Poszedłem do swojego pokoju i zamknąłem za sobą drzwi. Czasem zdarzało się nam takie słowne przekomarzanie. Bywało to nawet zabawne. Jednak pomimo tego nie zwracaliśmy na siebie większej uwagi.
Zatopiony w lekturze, nie zdawałem sobie sprawy z upływu czasu. W pewnej chwili usłyszałem, że Kei bierze prysznic. Rzuciłem okiem na zegarek. No tak, dwudziesta trzecia. W rzeczy samej, odpowiednia pora na przygotowanie się do spania. Postanowiłem się umyć zaraz po nim. Odłożyłem książkę i ziewnąłem. Utkwiłem wzrok w suficie. To codzienne życie było takie męczące. Czułem się jak przepływający statek, który nie ma nic wspólnego z otoczeniem. Mija je tylko, pogrążony w drodze właściwie niewiadomo dokąd. Ponadto, otoczenie jest jednostajne i beznamiętne. Tak, woda. Zdawało się, że zewsząd otacza mnie woda. Nie miałem nawet na czym zawiesić wzroku.
Drzwi skrzypnęły i do środka wszedł Kei. Wycierał sobie włosy ręcznikiem. Wyglądał na równie znużonego. Bez słowa wstałem i poszedłem do łazienki.
Kiedy po twarzy spływały mi ciepłe krople wody, poczułem błogą senność. Rękę oparłem na kafelkach. To zabawne, ale wcale nie czułem, że żyję. Kiedy nie zabijałem i nie balansowałem na pograniczu śmierci, życie jakby przepływało mi między palcami. Znajdowało się obok mnie, a ja nie brałem w nim udziału.
To nie był mój świat.
Pamiętam, że ogarnęło mnie wielkie zdziwienie, kiedy to zrozumiałem. Nie trwało to jednak długo. Szybko przyzwyczaiłem się do nowego punktu widzenia. Jakby na to nie patrzeć, Gantz miał mi do zaoferowania o wiele więcej niż normalny świat w moim dotychczasowym życiu.
Ubrałem się i poszedłem prosto do sypialni. Zwyczajnie miałem ochotę odsunąć od siebie całą irytację i znużenie, chciałem zasnąć.
- Kiedy w końcu kupisz ten cholerny materac? - rzuciłem do siedzącego na łóżku Kurono.
- Wolisz, żebym dawał równą połowę na czynsz czy żebym się wyniósł z twojego łóżka? - zapytał zniechęcony.
- Przecież rodzice wysyłają ci kasę. Nie możesz im powiedzieć, że potrzebujesz więcej? - zasugerowałem, wchodząc do łóżka. - Twoja obecność dwa centymetry obok mnie nie pozwala mi zasnąć.
- Może ci zaśpiewać, co? Atarashii asa ga kita...
Skrzywiłem się, słysząc początek "A new morning has come". Najwyraźniej ten "hymn" przestał w nim budzić przerażenie.
- Ta piosenka zwykle nakręca mnie na mordowanie. Poza tym, cholera, ona jest na dzień dobry, a nie na dobranoc.
Zgasił światło i też wślizgnął się pod kołdrę.
- Czyli chcesz, żeby zaśpiewać ci ją rano, tak? - zakpił.
- Zaraziłeś się moim poczuciem humoru, czy co?
Zdawało mi się, że usłyszałem, jak się uśmiecha. Czyżby to oznaczało potwierdzenie?
Ułożyłem się na boku, plecami do niego. Dzięki temu mniej odczuwałem obecność intruza. Miałem wrażenie, że nic już nie powie. Zamknąłem oczy i starałem się rozluźnić.
- Nigdy się nie boisz? - usłyszałem.
Głos był niepewny, doskonale zdawał sobie sprawę, że pyta o coś osobistego.
- Czasem się boję - odparłem. - Jednak nie na tyle, żeby się poddać.
- Yhm - mruknął.
Nie rozmawialiśmy więcej. Nie miałem zamiaru się przed nim otwierać. Nie potrzebowałem tego, na samą myśl o tym robiło mi się niedobrze. Za ścianą powiek była tylko czerń. Spokojnie pogrążony w niej, zasnąłem.


***


Stałem na szkolnym korytarzu. Pod stopami miałem znajome czerwono - szare kafelki, których szczerze nienawidziłem, jak wszystkiego w tym budynku. Od każdej ściany, każdej klasy zionęła pustka i zimno. Miałem na sobie mundurek, więc musiałem być w trakcie zajęć. Tak, z całą pewnością. W ręku trzymałem kilka książek. Tylko jaka teraz może być lekcja? Udałem się w głąb korytarza, aby odnaleźć swoją klasę. Trafiłem akurat na przerwę, więc wszędzie w około stali uczniowie. Nie wgłębiałem się w ich rozmowy, ich wiecznie paplające języki nic mnie nie obchodziły. Słuchanie ich oznaczało zwykłą stratę czasu.
Na parterze nie znalazłem nikogo, kogo bym znał. Poszedłem na pierwsze piętro. Zanim jednak zdołałem się porządnie rozejrzeć, poczułem na ramieniu czyjąś ciężką dłoń. Odwróciłem się. Wnętrzności się we mnie ścisnęły. Przede mną stali najwięksi szkolni przestępcy. Równie potężni, co paskudni. Ich przywódca, chłopak o grubej twarzy, uśmiechnął się szeroko na mój widok.
- No, no, kogo my tu mamy - zaczął.
Wyrwał mi trzymane przeze mnie książki. Starałem się je odebrać, ale gdy tylko wyciągnąłem dłoń, poczułem mocne uderzenie w brzuch, a potem w szczękę. Zakrztusiłem się swoją krwią. No tak, on miał to szczęście, że nigdy nie był sam. W przeciwieństwie do mnie.
Jeden z jego osiłków wykręcił mi ręce na plecach. Krzyknąłem z bólu.
- Te podręczniki chyba nie będą ci już potrzebne - oznajmił i na moich oczach rozrywał książki, tudzież wyrywał z nich większość kartek. Rozdarł je na kawałeczki i wyrzucił w powietrze. Starałem się wyrywać, ale sytuacja, jak zwykle z resztą, okazała się beznadziejna. Było ich kilku, a nawet jeden miał więcej siły niż ja. Zacisnąłem zęby.
- No co się tak gapisz, skurwielu? Skoro postanowiłem, że nie musisz się uczyć, to tak ma być. Chłopaki, chodźcie z tą ciotą do kibla. Trzeba mu dać nauczkę, że gapi się na mnie tak bez respektu.
Znowu się szarpałem, na co zareagowali kolejnym mocnym kopnięciem w plecy. Mój kręgosłup pulsował tępym bólem. Zamroczyło mnie na chwilę. Jednak wiedząc, że zaraz na pewno będzie dużo gorzej, odzyskałem przytomność umysłu. Posunięty do ostateczności, gryzłem ich po rękach, jednak to też nie robiło na nich wrażenia.
Zaciągnęli mnie do ubikacji. Gdy tylko znaleźliśmy się z dala od potencjalnych nauczycieli, którzy przerwaliby im "zabawę", zostałem rzucony o ścianę. Przywódca jedną ręką złapał mnie za włosy, a drugą bił mnie z pięści w twarz. Znowu poczułem gorzki smak krwi w ustach.
- Odwal..cie się ode mnie - mruknąłem.
Zobaczyłem jak jego gęba nabiera surowych rysów. Był wściekły.
- Coś ty powiedział?
Nie powtórzyłem, ale bez względu na to przyłożył mi z kolana w krocze. Zsunąłem się po ścianie.
- Teraz sobie przejebałeś, suko - kopnął mnie kilka razy. Jęknąłem.
Jego wspólnicy wzięli mnie za ramiona i pociągnęli do jednego z klozetów. Poczułem odór bijący z środka. Silne palce zacisnęły się na mojej szyi i pociągnęły w stronę muszli. Jeden z nich nacisnął spłuczkę. Woda zalała całą moją twarz, zakrztusiłem się nią. Co chwilę wyciągał mnie na chwilę za włosy, żebym mógł zaczerpnąć powietrza i się nie udusić. Kiedy to robił, słyszałem jak się śmieją. Po chwili jednak moja głowa znowu lądowała w kiblu. Zacisnąłem pięści. Chciałem umrzeć. Tak straszliwie chciałem umrzeć, pragnąłem tego z całego serca. Dlaczego mnie nie dobiją...? Chociaż, nie. Nie godziłem się na taką śmierć. Wolałem wybrać bardziej godny jej rodzaj, nie utopienie w szkolnym kiblu. Poniżenie mnie obezwładniało, przekraczając granice, które potrafiłem ścierpieć. Jednak to nie był koniec. Wciąż trzymając mnie za włosy, podniósł mnie do góry.
- Przeproś - zażądał.
Woda kapała mi na ramiona. Czułem rosnące mdłości, a w oczach miałem mroczki. Jednak rozumu jeszcze mi nie odebrało. Spuściłem wzrok, ale nie wyrzekłem ani słowa. Wiedziałem, że nawet, jeśli pozwoliłbym na jeszcze większe upokorzenie, nie daliby mi spokoju. Drań chciał tylko, żebym uznał jego wyższość.
- Ty jebańcu! - krzyknął mi prosto do ucha, aż zabolały mnie bębenki.
Nastał kolejny grad uderzeń, tym razem od wszystkich. Nie wiem kiedy, upadłem na ziemię, zalany łzami i krwią. Nie miałem nawet siły wstać. Zacząłem wrzeszczeć, z nadzieją, że ktoś przyjdzie na ratunek. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Personel szkolny za bardzo się ich bał, żeby zareagować. Któryś kopnął mnie ze sporym impetem w tył głowy.


***



Poderwałem się z łóżka do siedzącej pozycji. Wciąż byłem pogrążony we śnie, wciąż straszliwie się bałem i chciałem uciekać. Pot pokrywał całe moje ciało, włosy lepiły się do twarzy. Nie potrafiłem uspokoić oddechu. Jednak trzeźwość umysłu powoli powracała, wspomnienia odpływały coraz dalej ode mnie. Drgnąłem, zauważywszy Kurono, który siedział na łóżku i wpatrywał się we mnie. Widziałem w jego oczach coś pomiędzy zaniepokojeniem i zaciekawieniem.
Poczułem się zażenowany, że zobaczył mnie w takim stanie, z błaganiem w oczach, zupełnie przerażonego i bezbronnego.
- I co się gapisz? - warknąłem agresywnie. - Kup do kurwy nędzy ten jebany materac i wynoś się do tamtego pokoju.
Wstałem z łóżka i błędnym krokiem skierowałem się do kuchni. Nalałem sobie wody. Wziąłem głęboki oddech i moja ręka powoli przestawała drżeć.
Nie było powodu do niepokoju. Teraz wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż wtedy. Teraz to ja posiadałem ogromną siłę. Gantz dał mi to, czego pragnąłem. Był dla mnie o tyle łaskawszy od zwykłego świata, że przynajmniej dawał mi szansę, aby walczyć i zwyciężyć. Wcześniej byłem z góry skreślony, skazany na porażkę. Traktowany jak najgorszy śmieć, jakbym nie zasługiwał nawet na to, żeby oddychać. Wolno zacisnąłem palce w pięść i uspokoiłem się. Nie widziałem żadnego powodu, aby okazywać komuś litość. Ostatecznie, sam nigdy tego doświadczyłem.
- W porządku? - Kei stanął w drzwiach. Miał obojętny, lecz nie byłem pewien czy naturalny, wyraz twarzy. Podejrzewałem, że to zdarzenie zburzyło w nim mój wizerunek sadystycznego mordercy o zrytej psychice. Nieważne. Nie miałem zamiaru usprawiedliwiać się moją przeszłością. Teraz byłem po prostu sobą, bez względu na to, jaki miała ona na mnie wpływ.
- Taaa - burknąłem. - A czemu miałoby być źle? Daruj sobie to fałszywe zainteresowanie.
- Ja wcale nie... - zaczął.
- Założę się, że czujesz się zaintrygowany, bo takie nocne koszmary nie pasują do mojej bezwzględności. I starasz się być miły, bo liczysz, że opowiem ci coś ciekawego.
Dopiłem wodę do końca i wstawiłem szklankę do zlewu. Co za zakłamany człowiek.
- Dlaczego, do cholery, wydaje ci się, że masz prawo oceniać innych ludzi, co? Zdaje ci się, że jesteś taki błyskotliwy, że przypisujesz sobie umiejętność przejrzenia każdego na wylot - zaatakował.
- Zwykle mam rację. Nie obchodzą mnie twoje intencje. Nie interesuj się mną. Ostatecznie, ja udaję, że tego nie zauważam, kiedy przez sen macasz mnie po klacie, myśląc, że to klata Kishimoto.
Otworzył usta i zastygł bez ruchu. Chyba nawet przestał oddychać, a policzki natychmiastowo się zaróżowiły.
- Żartowałem - oznajmiłem i wstałem.
Nie zwracając na niego dłużej uwagi, postanowiłem wrócić do łóżka. Kei wydał z siebie wściekły syk.
- Ty skurczybyku! To nie było śmieszne!
Uśmiechnąłem się lekko.
- Właśnie, że było. Na dodatek ci stoi, więc chyba nie odbiegłem za bardzo od twoich tęsknot i marzeń.
- Ja cię zabiję! - krzyknął i rzucił się na mnie.
Przewrócił nas obu na podłogę. Jego palce zacisnęły się na mojej szyi. Nie był jednak w tym stopniu wkurwienia, żeby atakować na poważnie. Poza tym, za bardzo się mnie bał, wiedząc, z jaką łatwością pociągam za spust. Złapał mnie za piżamę i uderzył mną parokrotnie o podłogę. Z lekkim uśmiechem wykonałem cios w jego brzuch, również nie z maksymalną siłą. A trzeba przyznać, że tak słaby jak kiedyś nie byłem. Pomimo kostiumu, walki z obcymi sporo poprawiły moją sprawność. Korzystając z momentu jego nieuwagi, popchnąłem go na podłogę tak, że tym razem ja znalazłem się na górze. Odwdzięczyłem się serdecznym uściskiem za gardło.
- Teraz to nie ma znaczenia - odparłem, zaciskając palce mocniej - Ale podczas misji masz walczyć na serio, a nie - zwiększyłem jeszcze nacisk, naprawdę go dusząc. - udawać, ze walczysz.
Puściłem go i wstałem. Zaczerpnął powietrze.
- Nie pouczaj mnie. Wiem, co mam robić, tylko że nie jest to takie proste - odparł.
- To lepiej, żeby zaczęło takie być - opowiedziałem i wróciłem do łóżka.
Poszło nienajgorzej. Za pomocą drobnej prowokacji odwróciłem jego uwagę od swojej osoby. Tak było najlepiej.


***

Deszcz padał ogromnymi kroplami. Spadały z nieba jak przysłowiowe gromy. Stałem przy oknie z założonymi na piersi rękami. Czytanie i gapienie się w sufit mnie znużyło. Właściwie, nie miałem pomysłu na jakiekolwiek zajęcie. Czasem lubiłem przyglądać się deszczowi, w takich ulewach było coś niepokojącego i nastrojowego. Jednak ileż można? Postanowiłem, że najlepszym pomysłem na odegnanie senności będzie kubek kawy. Udałem się do kuchni. Jednak, żeby tam dotrzeć musiałem przemierzyć drugi pokój. Kei bezczynnie siedział na fotelu. Najwyraźniej pogoda działała na niego tak samo jak na mnie.
- Hej - odezwał się do mnie.
Zatrzymałem się, czekając na jego słowa.
- Zagramy w karty? - zaproponował, niby od niechcenia. A może naprawdę od niechcenia. Trudno wyczuć.
Przez chwilę milczałem. Po chwili jednak uśmiechnąłem się lekko i odparłem:
- Jesteś chyba naprawdę zdesperowany - stwierdziłem, właściwie nie udzielając odpowiedzi.
- To idę spać. Nudzę się - stwierdził, lekko urażony.
- Dobra. Nie żebym się litował. Też się nudzę - odparłem szczerze.
Kurono rozłożył się wygodniej w fotelu.
- Yhm. Wiem, że ty się nie litujesz - oznajmił sugestywnie.
Poszedłem do kuchni i po chwili wróciłem z kawą. Usadowiliśmy się na podłodze (fotel był tylko jeden) i Kurono zaczął tasować karty.
- Gramy na pieniądze? - zaproponowałem.
- Huh? Czy ja wiem... - zaczął niezadowolony.
- Weź nie chojrakuj. Na pieniądze będzie bardziej ekscytująco.
Upiłem łyk kawy.
- Ty jesteś uzależniony od adrenaliny.
- Być może. Już się nad tym zastanawiałem.
Westchnął przeciągle i wyciągnął portfel. Zdobyłem się na krzywy uśmiech i wyjąłem swój.
- Jeśli mnie ograsz co do yena, to spłacisz cały czynsz? - zapytał z nadzieją.
- Koleś, czy ja mam na imię Kato? - odparłem sarkastycznie.
Westchnął znowu i zaczął rozdawać karty.
- Niech będzie poker - zadecydowałem.
- Yhm.
Dostały mi się całkiem niezłe karty. Nie zdradziłem się jednak z tym. Kurono, przeciwnie, wyglądał jak jakiś męczennik. Z trudem powstrzymywałem chichot.
- Wrzucam do puli początkowej - mruknął i położył między nami jakiegoś drobniaka.
- Heh. Bawisz mnie - wyznałem szczerze i wyłożyłem tysiąc dwieście jenów.
Jęknął zrozpaczony, ale kontynuował grę.
Wymieniłem jedną kartę, on wymienił dwie.
- Wychodzę - odparłem i pokazałem swoje karty.
- Strit - oznajmiłem i rzuciłem okiem na jego mierną parę.
Z zadowoloną miną zgarnąłem pieniądze.
- Nie pękaj - powiedziałem.
- Zobaczysz, teraz wygram. To był tylko przypadek.
- Pewnie. Dawaj, dawaj.
Zręcznie to ukrywałem, ale czułem się dość dziwnie. Za oknem zacinał deszcz, a ja grałem z nim w karty, jak zwyczajny dzieciak, który nie ma co robić w brzydką pogodę. Zabawne, nie pamiętałem już, kiedy ostatni raz czułem się jak zwykły, beztroski dzieciak. W tamtym momencie doznałem czegoś w mniej więcej takim tonie.
Rozegraliśmy jeszcze sześć partii. Udało mu się wygrać tylko dwa razy, miałem zdecydowaną przewagę. Rozpoczęliśmy siódmą. Po wymianie okazało się, że znów mam całkiem trafny zestaw. Podczas gdy Kei układał swoje karty, dopiłem kawę. Przyjemne ciepło rozeszło się po moim ciele.
Nagle poczułem znajome odczucie. Mrowienie w czaszce, które schodziło coraz niżej. Kurono widział, że zaczynam znikać. Miał wybałuszone oczy i zastygł bez ruchu.
- Cóż, widać, że zbiera się na inną grę - stwierdziłem.
Po jakiejś minucie cały siedziałem już w znajomym pokoju.
Rzuciłem szybkie spojrzenie na pozostałą dwójkę, która najwyraźniej nie miała zamiaru się przywitać.
Zaraz potem dołączył Kurono, który siedział przede mną tak jak w naszym mieszkaniu.
- Kei-chan... - rytualnie wyksztusił z siebie Kato.
Widząc, że został zmaterializowany naprzeciwko mnie, również z kartami w dłoniach, zaniemówił.
Straciwszy nimi zainteresowanie, wyłożyłem karty przed Kurono.
- Mam trójkę.
- Och... Ja mam strita - mruknął, całkowicie pozbawiony entuzjazmu. - Ale pula została w pokoju.
- Bez obaw, nie zapomnę o niej - zapewniłem go.
Zszokowane miny Kishimoto i Kato niesamowicie mnie bawiły.
- Spotykacie się? - zapytała w końcu, nie mogąc powstrzymać swojej babskiej ciekawości.
- Pewnie, Kei'a kręcą takie złe typy jak ja - oznajmiłem z szerokim uśmiechem, na co Kurono warknął na mnie wściekły, a reszta omal nie zemdlała.
- Żartuję, imbecyle. Dzielimy mieszkanie ze względu na mniejsze rachunki. Kurono wyznał, że twój apetyt całkowicie zrujnował go finansowo - zwróciłem się do Kishimoto.
Zrobiła urażoną minę, jakby poczuła się wyjątkowo zakłopotana.
- Ty... - wysyczał Kei, całkowicie zawstydzony, że powiedziałem coś, co oczerniło jego osobę w oczach dziewczyny.
- Daj spokój koleś, ona i tak cię nie chce. Możesz przynajmniej być szczery. Wrzuć na luz. Może rozegramy jeszcze partyjkę? Jeszcze chwila minie zanim Gantz nam zaśpiewa.
- Twój spokój jest przerażający - powiedział Kato.
Odłożyłem karty i wstałem.
- Prawdę mówiąc, nie jestem spokojny. Jestem niezwykle podekscytowany! A zapowiadało się na nudny dzień.
Kato i Kishimoto spojrzeli na mnie z wyraźną dezaprobatą i zniesmaczeniem.
- Znowu jesteśmy sami - zauważył Kei.
- To niedobrze. Co ten Gantz sobie wyobraża... Zachciewa mu się żartów - odparłem.
Atarashii asa ga kita, kibou no asa da...
Założyłem ręce na piersiach i czekałem. Kiedy piosenka dobiegła końca, na ekranie pojawił się napis:
"Widzicie, jaki jestem świetny. Działam lepiej niż agencja towarzyska. Każdy z was dzięki mnie znalazł drugą połówkę"
Kopnąłem w kulę, zniecierpliwiony.
- Przestań się wydurniać. Do rzeczy - warknąłem.
Kishimoto zachichotała, na co obrzuciłem ją ostrym spojrzeniem.
- Trochę szacunku. Mam rozwalić ci czaszkę?
Natychmiast się uspokoiła, a Obrońca Ludzkości postąpił krok do przodu, na wypadek gdybym zechciał spełnić swoje słowa.
Gantz bez kolejnych złośliwości wyświetlił zdjęcia i opisy celów.
- To nie wygląda groźnie - zawyrokowała Kishimoto.
- Głupia - zacząłem. - To tylko przynęta, jak z tą cebulą. Prawdziwego celu nam nie pokaże.
- A-ach. Faktycznie...

"Powodzenia, ciamajdy. Nie straćcie głów, He, heeehee, He."

- Ta dwuznaczność - zauważył Kato.
- A-aa... - Kishimoto drgnęła. Rozpoczęło się transportowanie.
Wspaniale. Już nie mogłem się doczekać. Znowu nadarzała się okazja, żeby poczuć to szaleństwo, dać się porwać barbarzyńskiemu instynktowi. Ścisnąłem mocniej broń. Pora zaczynać.