Marionetki
Dodane przez Aquarius dnia Czerwca 29 2011 21:23:20
Człowiekowi nie stawać z bogami. Nawet tymi zapomnianymi...

Lasy poprzecinane dziesiątkami srebrzystych skaleczeń małych jezior, łysinami polan, zrogowaciałymi bliznami starych suchych mateczników i gdzieniegdzie jasnozielonym meszkiem młodników. Noc. Najkrótsza noc w roku. Triumf lata, słońca. Miłości, młodości - życia. Taniec płomieni odbity w wodach jeziora. Jedność wody z ogniem - akt bogów. Trzask płonącego drewna, duszny igliwny dym, gra świateł i cieni. I złote krople parującej żywicy. Szczupła postać siedząca w kucki na miękkim mchu, wpatrzona w odbite iskry. Siostry - gwiazdy i ogniki. Gdzieś w dali śmiechy, śpiewy, muzyka. Tu tylko samotność i zamyślenie. I niemy zachwyt.

Hałas. Ogień odbity w rudych włosach, gdy odwraca się szybko - złota aureola. Zrywa się nagle, zaniepokojony. Rozszerzone zielone oczy przepatrują ciemność za obrysem poblasku ogniska. Oddech ulgi.
- Ty…
Młodzieniec w rozchełstanej, batystowej koszuli z dzbankiem młodego wina w dłoni.
- Beletyn! - śmieje się wyciągając dzbanek ku rudym włosom.
- Beletyn… - cicho, niemal smutno.
Ale dzbanek wędruje ku bladym ustom. Bogom się nie odmawia nawet, gdy w nich się nie wierzy. Mały łyk piecze gardło, grzeje żołądek, pali w środku.
- Beletyn! - drugie przepicie
- Beletyn… - drugi łyk.
Naprzeciw siebie dwie postacie jak pytanie i odpowiedź. Rudy i pszeniczny. Lato i jesień. I dzbanek krążący między nimi.

I nagle dzbanek jest pusty a powietrze faluje z gorąca. Nieubłagana grawitacja ciągnie w dół, ciągnie usta do ust. Nieśmiały młodo winny pocałunek. Pocałunek gorący. Żar. Żar ognia i ciała. Biała koszula jak zjawa spływa na ziemię. Skóra rozgrzana do czerwoności niemal parzy. Podnieca, kusi, przyzywa. Wiruje młode wino i słodka młodzieńcza miłość. Usta walczą z ustami, język z językiem. Miękka trawa ugina się pod naporem ciał, źdźbła przywierają do skóry. Jęk. Ruch, pospieszna gonitwa za spełnieniem. I krzyk, ekstaza. Ekstatyczna agonia. Wybuch światła i czerwona mgła z wolna zasnuwająca oczy. Kilka spazmów i uspokojenie. W tę najkrótszą noc w roku.

Znaleźli go rano, przy pustym dzbanie i wygasłym ognisku. Był nagi. Ubranie rzucone niedbale nasiąkło rosą. Śmiertelnie biała skóra również skrzyła się setkami srebrzystych kropli. Na ustach miał lekki uśmiech, ale w zielonej trawie widniały głębokie bruzdy, gdy palce rozpaczliwie próbowały coś schwycić. Nie wiedzieli czy to ślady miłości czy walki. Na jego szyi podbiegłe krwią odbicia dłoni, które skradły mu życie. Zasnute mgłą śmierci otwarte oczy.

Beletyn. Zabawa bogów i ludzi. Zabawa bogów ludźmi. Nie wierzył - umarł. Oni lubią posłuszne marionetki…